Opiekuńcze państwo dobrobytu i liberalne państwo upowszechnionego dostatku

Drukuj

Czy wciąż aktualny jest projekt opiekuńczego państwa dobrobytu? Przykład Szwecji wskazywałby, że opiekuńcze państwo dobrobytu jest ideałem osiągalnym. Podobnie Niemcy w lat 70., 80. i 90. byłyby dobrym tego przykładem, choć dzisiaj niemiecki model państwa dobrobytu przeżywa poważne trudności. Ideał opiekuńczego państwa zrealizowano zatem w jakimś przybliżeniu w kilku najbogatszych państwach świata, można więc pytać, czy wraz osiągnięciem wysokiego poziomu bogactwa w innych krajach projekt ten może znaleźć zastosowanie. Pytanie to odnieść można by również do Polski, przyjmując optymistyczne założenie, że rozwój gospodarczy ostatnich dwóch dekad będzie kontynuowany. W eseju tym interesują mnie jednak ogólniejsze prawidłowości, nie zaś szczególna polska sytuacja.

Argumentem na rzecz odpowiedzi: „Tak, możliwe jest opiekuńcze państwo dobrobytu” byłoby spostrzeżenie, że nigdy w dziejach ludzkości nie było do dyspozycji tylu środków technicznych i tak sprawnych technologii, które dzisiaj mogą umożliwiać niezwykle szeroki dostęp do wszelakiego rodzaju dóbr.

W istocie jednak panuje raczej sceptycyzm niż optymizm co do przyszłości opiekuńczego państwa dobrobytu. Czy czasy, gdy opiekuńcze państwo dobrobytu było nęcącą perspektywą i projekt ten budził wielkie nadzieje są już poza nami?  Chyba istotnie tak jest, choć socjaldemokrata przyzna to mniej chętnie niż ktoś o poglądach bardziej liberalnych. To, co było możliwe w niektórych najbardziej rozwiniętych państwach w latach 70. czy 80. i brano to za wzorzec do upowszechnienia, okazuje się dzisiaj trudniejsze do urzeczywistnienia niż dawniej, a nawet niemożliwe. Dlaczego tak się dzieje?

Kryzys ideału opiekuńczego państwa dobrobytu

Tradycyjna krytyka tego ideału koncentruje się na wysokich kosztach dystrybucji wszelkiego rodzaju pomocy socjalnej, nadmiernych zasiłkach dla bezrobotnych dopuszczających w jakiejś mierze pasożytniczy tryb życia itd. Zwolennik opiekuńczego państwa dobrobytu odpowie pewnie na tę krytykę, że dotyka ona nadużyć jego ideału (z czym można by się jakoś uporać), a nie istoty społecznego projektu.

Dalsza jednak krytyka będzie mówiła o niesprawności państwa obdarzonego pozorną omnipotencją, niezdolnego do uporania się z wyzwaniami zmiennej i ewoluującej sytuacji społeczno-ekonomicznej. Padnie argument, że w modelu opiekuńczego państwa dobrobytu za dużo jest państwa i to jest zasadniczym źródłem kłopotów. Zostanie powiedziane: „mniej państwa i będzie lepiej”. Nie jestem jednak przekonany, że krytyka taka, oznaczająca powrót do sporów liberałów ze zwolennikami państwa socjalnego, jakie trwają od XIX w., może dzisiaj wnieść coś istotnego, niezależnie od tego, czy jest słuszna, czy nie.

Należy raczej pytać, na czym polega owa współczesna ewolucja sytuacji społeczno-ekonomicznej, która tyle trudności sprawia opiekuńczemu państwu? Pierwszą, dość paradoksalną, przyczyną jest zakres postępu technicznego i rozmaitość nowych technologii.

Ideał opiekuńczego państwa dobrobytu zakładał szeroki dostęp do powszechnie znanych dóbr i usług. Związane to było w jakimś stopniu ze strukturą produkcji społeczeństwa przemysłowego. Wszyscy mieli posiadać lodówkę, niezależnie od tego, czy była standardowa i tania, czy też bajerancka, ze złotymi klamkami. Lodówka pozostawała lodówką i w swojej zasadniczej funkcji była taka sama, niezależnie od tego, czy milioner przechowywał w niej kawior i szampana, czy przeciętny zjadacz chleba – butelkę z mlekiem. Można było mieć nadzieję, że pewnego dnia wszyscy będą mieli lodówki (choć bez złotych klamek).

Społeczeństwo poprzemysłowe wytwarza jednak znacznie większy i bardziej zróżnicowany asortyment dóbr i usług niż społeczeństwo przemysłowe. I wiele z nich ma taki charakter, że nie posiada owej „masowej wersji” niczym tania i powszechnie dostępna lodówka.

_crystal palace postcard
http://www.copyrightexpired.com/hawkins/nyc/Benjamin_Waterhouse_Hawkins.html

Istotnym przykładem, który często się podaje, są usługi medyczne. Współczesna medycyna jest bez porównania bardziej zaawansowana niż kilkadziesiąt lat temu. Ten postęp jest jednak związany z ogromnymi kosztami najrozmaitszych nowych form terapii. Owe usługi (czasem o ogromnej wadze dla zdrowia, a nawet życia) okazują się za drogie, by mogły być opłacane z publicznej kasy. Postęp w tak ważnej dziedzinie nie daje się umasowić.

A zatem dzisiejszego państwa nie stać na to, by dystrybuować obywatelom tego, co teoretycznie byłoby dostępne i co nawet przez ogół społeczeństwa mogłoby być uważane za niezbędne.

Inny typ trudności stwarza umasowienie wielu produktów i obfitość dóbr. Jeśli dobrobyt polega na tym, aby mieć ciągle więcej, to okazuje się, że pewnego typu dóbr może być już za dużo (np. samochodów) lub że produkcja tych dóbr powoduje nadmierne zużycie i wyczerpywanie się zasobów naturalnych. Związane jest to z demografią i globalizacją.

W naiwnej wizji części lewicowych ideologów jeszcze przed kilkunastu laty globalizację narzucał kapitalistyczny Zachód, aby wykorzystywać i wyzyskiwać uboższą część świata. Wiemy już dzisiaj, że proces globalizacji jest znacznie bardziej skomplikowany. Obecnie przeciw efektom globalizacji protestuje nie trzeci świat, lecz robotnicy zamykanych fabryk w krajach rozwiniętych. Biedniejsi potrafią w skali globu bardzo skutecznie konkurować z bogatszymi, choć wcale nie oznacza to, że od razu stają się bogatsi.

Problem zarazem polega na tym, czy można w jednej części globalizującego się świata żyć bezpiecznie i w dobrobycie, podczas gdy w innej panuje nędza i niedostatek. Z pozoru może tak być i widać to gołym okiem. Bogactwo we współczesnym świecie, tak jak i dawniej, rozłożone jest bardzo nierównomiernie. Wystarczy porównać getta romskie na prowincji rumuńskiej z wsią niemiecką, nie trzeba nawet przywoływać takich kontrastów jak Mogadiszu i Paryż. Na problem padnie jednak nowe światło, jeśli zapytamy, czy możliwy jest dobrobyt wedle recepty opiekuńczego państwa dobrobytu, gdy owe krainy dostatku będą podmywane falami migracji, których nie można we współczesnym świecie powstrzymać. Pozostaje też wątpliwość, czy opiekuńcze państwo dobrobytu może być uniwersalnym wzorcem i celem rozwoju społecznego, a nie tylko czy może zaistnieć w jakiejś szczególnej i izolowanej sytuacji.

Nie bez znaczenia są też i inne cywilizacyjne czynniki, których oddziaływania wciąż dostatecznie nie znamy i nie potrafimy przewidywać. Należy do nich, to więcej niż przykład, internet. W świecie internetu wiele praw rynku zostaje zawieszonych (co jest zjawiskiem znacznie szerszym i głębszym niż same akty „piractwa”), co w niejasny jeszcze sposób zmienia reguły dystrybucji dóbr i usług. Można by oczywiście upierać się, że wspomagać to może powszechny dostatek, czy jednak wspomagać będzie model opiekuńczego państwa dobrobytu, jest wysoce niepewne[1].

Podsumowując i nieco uproszczając: opiekuńcze państwo dobrobytu stało się za drogie, a reguły dystrybucji dóbr i usług, jakie zakłada, okazują się w nowych warunkach cywilizacyjnych nieefektywne.

Ideał opiekuńczego państwa dobrobytu i liberalizm

Cała ta dyskusja zmusza oponentów projektu opiekuńczego państwa dobrobytu, wśród nich przede wszystkim liberałów, do poważnego przemyślenia również własnego stanowiska. Opiekuńcze państwo dobrobytu to udany w kilku krajach wytwór myślenia socjaldemokratycznego, który zarówno partie, jak i myślenie liberalne usuwał nieco w cień. Prawdziwy czy rzekomy kryzys opiekuńczego państwa zdaje się przywracać znaczenie myśli liberalnej. Moja teza brzmi jednak tak, że liberał nie może z lekceważeniem potraktować porażki ani kryzysu opiekuńczego państwa dobrobytu. Twierdzę, że myślenie liberalne nie jest tak odległe od tego ideału, choć widzieć winno całkiem inne środki jego realizacji.

Krytyka liberalna dotyka często przede wszystkim tego, że rząd wydaje nie swoje pieniądze. Dobrobyt dnia dzisiejszego jest pozorem, wynika z zadłużania się na poczet przyszłości. To zadłużanie państwa zmienia się w głęboką patologię władzy, jeśli utrzymuje się ona dzięki rozdawnictwu dóbr, na jakie danego społeczeństwa zdecydowanie nie stać. Taka krytyka opiekuńczego państwa dobrobytu jest z pewnością zasadna. Dotyka jednak tylko powierzchni zjawisk społecznych, jeśli można zasadnie twierdzić (jestem do tego skłonny), że opiekuńcze państwo dobrobytu nie jest zdolne podołać wielkim współczesnym wyzwaniom cywilizacyjnym. Skoro tak, spór o efektywność opiekuńczego państwa dobrobytu przybiera nowy kształt i nie można go porównywać do opozycji liberalizm–socjalizm, jaką znamy z XIX w.

Przypomnijmy najpierw pewną oczywistość. Demokracji niezbędny jest pewien stopień równości nie tylko szans, lecz także ekonomicznego poziomu życia (co nie musi oznaczać zniwelowania) i jeśli różnice społeczne wzrastają ponad pewne granice, demokracja, a więc i wolność są zagrożone. Na tę prawidłowość wskazywało i wskazuje wielu politologów, historyków i filozofów, jak chociażby wybitny amerykański myśliciel John Rawls.

Każdy też rząd, niezależnie od swej orientacji politycznej, tylko po części może się kierować doktryną społeczną i polityczną, jaką reprezentuje. Każdy rząd działa w konkretnych warunkach i musi się z nimi liczyć. Wiele posunięć to kroki wymuszone przez rzeczywistość (Niemcy mówią: Zwangzug), a nie wynik decyzji podejmowanych na podstawie jakichś spekulatywnych i teoretycznych przesłanek. Musi się też liczyć ze społecznymi wyobrażeniami, nawet jeśli mają one utopijny charakter.

Tak samo musi postępować rząd, którego ideowym zapleczem jest liberalizm. Do owych realiów, z którymi również liberalny rząd musi się liczyć, należą też powszechne wyobrażenia o opiekuńczym państwie dobrobytu. Nie można więc pominąć tego, że oczekiwania związane z ideałami opiekuńczego państwa dobrobytu są trwale obecne w wyobraźni społecznej. Nie musi to być związane w czyjejś głowie z jakąś doktryną społeczną. Rozpowszechnione społeczne marzenie o powszechnym dobrobycie oraz przekonanie, że za niemal wszystko jest odpowiedzialna władza (symboliczny władca w dawniejszych społecznościach), przynależą do kondycji ludzkiej. Opiekuńcze państwo dobrobytu nie może być więc traktowane jedynie jako czasowy wytwór określonego kierunku myślenia politycznego, lecz odpowiada części najgłębszych zbiorowych ludzkich potrzeb i wyobraźni. Iluzją byłoby budowanie teorii społecznej, a tym bardziej próby uprawiania polityki, która nie chce się z tym liczyć. Współczesna krytyka opiekuńczego państwa dobrobytu musi to brać pod uwagę.

„Społeczeństwo upowszechnionego dostatku”

Liberalizm definiuje się jako postawę człowieka, który ceni wyżej wolność od równości. Jest to definicja najbardziej banalna, tym niemniej trafna. Jednak liberalizm, który problem równości lekceważy i odsuwa na bok, jest jego wersją prymitywną. Jaka więc może być liberalna odpowiedź na kryzys projektu opiekuńczego państwa dobrobytu?

Liberała przedstawia się tradycyjnie jak przedsiębiorcę. Partie liberalne mają też zwykle klientelę polityczną złożoną z ludzi ponadprzeciętnie majętnych.

Warto zauważyć, że przekonania liberalne przybierają w krajach postkomunistycznej Europy Środkowej często bardzo szczególny kształt. Liberałem bywa tu często ktoś, kto niekoniecznie jest ponadprzeciętnie majętny. Bycie liberałem polega na ciągłym nawoływaniu do ograniczania roli państwa i często na tym się kończy. Te uproszczona wersja liberalizmu jest reakcją na komunistyczną przeszłość i smutne doświadczenia z gospodarką centralnie sterowaną. Spór z opiekuńczym państwem dobrobytu ma tu w tle jego karykaturę, jakim było opiekuńcze państwo realnego socjalizmu.

Nawet jednak w tych najbardziej uproszczonych wersjach liberalizmu pewna intuicja jest trafna, że upowszechnionego dostatku nie może zapewnić samo państwo. Nawet zaś socjalliberał, uznając, że rząd ma prawo dokonywać pewnych regulacji w gospodarce i jest obowiązany wspomagać społeczeństwo w dążeniu do lepszych warunków życia, mając szalenie istotną rolę do odegrania, nie jest jednak jedynym, a nawet nie jest decydującym czynnikiem. Tym decydującym czynnikiem są natomiast zachowania i postawy samego społeczeństwa. W okresie po 1989 r. nieustannie podkreśla się potrzebę wyrabiania w społeczeństwie takich cech jak zdolność do inicjatywy, co przeciwstawia się „wyuczonej nieudolności” będącej produktem poprzedniej komunistycznej epoki. Można te wezwania rozumieć jako apel skierowany do jednostek i ich indywidualnej samodzielności, ale też jako wezwanie do całego społeczeństwa, by podjęło wyzwanie zbiorowej odpowiedzialności za własny los.

Należy też zwrócić uwagę, że zadłużenie państwa (jeśli rozumieć je ogólniej) może być związane nie tylko z działaniem władz, lecz zachowaniami samego społeczeństwa, masową skłonnością poszczególnych jednostek do zadłużania się, życia ponad stan, wyobrażenia, że można realizować dowolne niemal zachcianki konsumpcyjne. Współczesne zadłużenie w Europie jest związane nie tylko z długami państwowymi poczynionymi przez rządy, ale w bardzo dużej części z długami prywatnymi, będącymi wynikiem nierealistycznych oczekiwań konsumpcyjnych.

Wskazałem, że opiekuńcze państwo dobrobytu odwołuje się do głęboko zakorzenionych w społecznej wyobraźni dążeń i marzeń, które są nie do wykorzeniania ani też najprawdopodobniej nie należy z nimi walczyć. Są niczym ludzkie dążenie do szczęścia. Postawa liberalna nie może zaprzeczać tym marzeniom. Można natomiast i trzeba głosić, jeśli jest się liberałem, że marzeń tych i dążeń nie może realizować samo państwo i nie ono przede wszystkim. Kluczowa jest przy tym kwestia tego, jak rozumiane jest pojęcie „dobrobytu”. Trzeba więc stwierdzić, że istotnym czynnikiem jest kulturowe (a nie tylko ekonomiczne) rozumienie tego, czym jest dobrobyt, jaki może on być i jak do niego dochodzić.

Dość uproszczone wyobrażenie mówi, że im więcej bogactwa, tym więcej dobrobytu. Takie postawienie sprawy może być w jakimś stopniu trafne w stosunku do krajów skrajnie ubogich. Jeśli ktoś cierpi głód i zdobędzie trwałe źródło pożywienia, to z pewnością jego dobrobyt wzrasta. Sprawy jednak komplikują się od pewnego poziomu zasobności. Dobrobyt staje się coraz bardziej definiowany kulturowo, w coraz mniejszym zaś stopniu uzależniony jest od samego tylko poziomu rozwoju gospodarczego.

Wyobrażenie dobrobytu oparte na przekonaniu, że jest on niemal wyłącznie uzależniony od bogactwa, nazwijmy „dobrobytem ekscesywnym” lub „ekscesywnym wyobrażenie o dobrobycie”. Do pewnego stopnia równoważne jest ono wyobrażeniu, że im więcej konsumpcji, tym więcej dobrobytu. Taki sposób myślenia o dobrobycie, choć stale obecny, jest też nieustannie i ciągle kwestionowany. Obok powtarzania mądrości ludowej, że „pieniądze szczęścia nie dają”, podejmuje się próby zastąpienia definicji dobrobytu określanej przez sam tylko poziom PKB per capita przez wprowadzenie takich terminów jak np. „jakość życia”, „wskaźnik rozwoju społecznego” itd.  Polski socjolog Janusz Czapiński wprowadza termin „psychicznego dobrostanu”[2].

Okazuje się, że jakkolwiek te inne miary „społecznej szczęśliwości” są silnie skorelowane z dobrobytem mierzonym przez PKB per capita, to jednak nie mówią o  tym samym. Na jednakowym poziomie dobrobytu, mierzonego poprzez PKB per capita, odczucie dobrobytu zarówno poszczególnych jednostek, jak i całego społeczeństwa może być nader różne wskutek różnych kulturowych uwarunkowań i  percepcji tego, czym ów dobrobyt ma być oraz z jakimi wartościami ma być związany.

Liberalizm, mając wolność za wartość nadrzędną, winien odnosić się w pogłębiony i dojrzały sposób do wzorców dobrobytu, wzorców konsumpcji i wartości, jakie kryją się za pojęciem „opiekuńczości”. Gdy opiekuńcze państwo dobrobytu funkcjonuje dobrze, liberalizm ma niewiele do powiedzenia, może jedynie pytać, czy owa opiekuńczość państwa nie powoduje ograniczenia wolności. Gdy jednak opiekuńcze państwo dobrobytu znajduje się w kryzysie i nie jest w stanie sprostać wyzwaniom cywilizacyjnym, trzeba pytać, jak mamy interpretować dobrobyt i opiekuńczość w nowych warunkach. Myślenie liberalne zdobyć się musi na jakąś poważną odpowiedź, jeśli nie ma być ograniczone wyłącznie do powtarzania, że chodzi o regulatywną rolę rynku, która – jak widzimy w obecnym kryzysie – jest tak zawodna.

Jeśli owo opiekuńcze państwo dobrobytu, do którego wizji przynajmniej na kontynencie europejskim tak bardzo się przyzwyczailiśmy, z najrozmaitszych względów owej opiekuńczości nie jest w stanie zrealizować, a przez to również zapewniać, dobrobytu, tak jak określa go wytworzona polityczna kultura, powstaje pytanie, co liberalizm może (niesprawnemu) opiekuńczemu państwu (pozornego) dobrobytu przeciwstawić.

Zna on w zasadzie dwie odpowiedzi, które są powszechnie wygłaszane i do pewnego stopnia decydują o percepcji liberalizmu, często zresztą w szerszych kręgach społecznych negatywnej. Jedna z nich głosi, że tych słabszych należy na razie zostawić sobie samym, aby bardziej przedsiębiorcza część społeczeństwa mogła sobie radzić lepiej.

Jest też bardziej radykalna i bardziej umiarkowana wersja tej odpowiedzi.

Bardziej radykalna wersja zakłada, że zawsze będą biedni oraz bogaci i już lepiej, żeby przynajmniej część społeczeństwa mogła żyć w dostatku, niż miałby zapanować wszechobecny chaos wywołany obsesją równości. Bardziej umiarkowana zaś, że gdy ci bardziej przedsiębiorczy staną na nogi, koniec końców pomoże to i reszcie społeczeństwa. Należy zauważyć, że wersja ta może być łatwo traktowana bądź jako cyniczna (ci, którym się lepiej powodzi, wcale nie mają zamiaru dotrzymać słowa), bądź jako mało przekonująca (ci potrzebujący pomocy nie widzą żadnej przyczyny, aby mieli czekać).

Może też być rozumiana w taki sposób, że opiekuńcze państwo dobrobytu powróci, gdy tylko sytuacja gospodarcza się poprawi. Cykl „raz więcej liberalizmu, raz więcej socjaldemokracji” może powtarzać się w nieskończoność. Pozostanie jednak przy takim wniosku oznaczałoby odmowę myślenia o obecnej, bardzo konkretnej sytuacji, kiedy mówi się o kryzysie opiekuńczego państwa dobrobytu.

Czy na obecny kryzys tego opiekuńczego państwa dobrobytu liberał może udzielić jeszcze innej odpowiedzi?

Uważam, że tak. Opiekuńczość – rozumiana jako pomoc słabszym i dążenie każdej jednostki do dostatku – są ideałami, jakich nie można lekceważyć i odsunąć na drugi plan. Z punktu widzenia liberalizmu twierdzić można jedynie, że gwarantem owych wartości ma być i może się stawać przede wszystkim społeczeństwo i jego wolnościowa kultura, a nie państwo. Tak rozumiany liberalizm odwołuje się nie tylko do kwestii ekonomicznych i zasad gospodarki rynkowej (im mniej skrępowany rynek, tym lepiej), lecz do pewnych określonych zachowań kulturowych.

Liberałem wedle tego sposobu myślenia jest ten, który zadawala się dostatkiem, jego ideałem jednak nie jest ciągłe bogacenie się. Odpowiedzią liberała na porażkę koncepcji opiekuńczego państwa dobrobytu winna być koncepcja społeczeństwa upowszechnionego dostatku. Nie państwo, lecz społeczeństwo, nie powszechny, ale upowszechniony dostatek, ponieważ plamy biedy istnieć będą zawsze, niezależnie od tego, jak bardzo będzie się starać, by je usunąć. Wreszcie chodzi o trwały, choć zmieniający się w formie dostatek, a nie wciąż pomnażany dobrobyt.

Wymaga to głębokiego przemyślenia wzorców konsumpcji i rozumienia dostatku. Tak rozumiany liberalizm będzie poszukiwał wzorca racjonalnego poziomu konsumpcji i będzie rozwijał postawę wspaniałomyślności ściśle związaną z tymi wartościami, jakie kryje za sobą ideał opiekuńczości państwa[3].

Szalenie istotne jest pozornie tylko teoretyczne pytanie o to, jaki poziom dobrobytu ludzie skłonni są zaakceptować i uznać za dostatecznie wysoki, aby nawet przy porównaniu ze znacznie bogatszymi nie uważali się za biednych. Powszechnie powtarzana jest krytyka społeczeństwa konsumpcyjnego, a termin „konsumpcjonizm” staje się często niemal synonimem dehumanizacyjnej powierzchowności. Taka moralizująca krytyka konsumpcjonizmu, aczkolwiek zawiera w sobie wiele słuszności, jest zarazem dość jednostronna. Wolność wyraża się bowiem również w świecie konsumpcji, w doborze dóbr, którymi chcemy się otaczać. Sposób konsumpcji określa nie tylko ekonomiczny poziom życia, lecz także jest wyznacznikiem kultury i osobowości. Odpowiedź na pytanie, jakiej konsumpcji pragnę, wyznacza też definicję tego, co jest dla mnie dostatkiem, ale także moralną wartością.

Jeśli czyjeś wymagania ograniczają się do posiadania niewielkiego mieszkania, sprawnego samochodu i możliwości kupowania książek, będzie się czuł dostatnio, mogąc sobie na to pozwolić. Jeśli jednak czyjeś wymagania dotyczą willi, luksusowej limuzyny i corocznych urlopów w egzotycznych kurortach, nie posiadając tego, będzie się on czuł jak biedak. Będzie też czuł się upokorzony, spotykając ludzi, którzy takie dobra posiedli.

Poczucie dobrobytu zależy w tym sensie zarówno od gospodarki, jak i od kultury danego społeczeństwa. Jeśli ma ono zbyt wygórowane oczekiwania co do poziomu życia, jego członkowie są gotowi zadłużać się jako prywatni konsumenci, jeśli zarazem ma przesadzone wyobrażenia o egalitaryzmie, opiekuńcze państwo dobrobytu staje się w takim społeczeństwie tym bardziej podatne na kryzys. Kryzys ten zresztą – przynajmniej co jakiś czas – jest nieuchronny, gdy dążenie do nieograniczonego bogacenia przenika całe społeczeństwo.

W społeczeństwie upowszechnionego dostatku trzeba więc przede wszystkim kształtować racjonalny wzorzec konsumpcji. Brzmi to jak paradoks, ale zadaniem współczesnego liberalizmu jest powiedzenie: „Żyj skromnie, lecz dostatnio”, gdy tymczasem opiekuńcze państwo dobrobytu staje się rozsadnikiem zasady powszechnego bogacenia się na wszystkich szczeblach drabiny społecznej.

Społeczeństwo upowszechnionego dostatku ma też ograniczone oczekiwania wobec państwa (co nie oznacza, że nie dostrzega jego ogromnego znaczenia i nie wyraża wobec niego swoich wymagań). Bardziej zawierza najrozmaitszym formom samoorganizacji. Postawa ta nie może polegać na tym, by wciąż naiwnie powtarzać „mniej państwa”, lecz powinna sprowadzać się do ciągłych starań o to, by było „więcej społeczeństwa”. Jeśli społeczeństwa jest „za mało”, musi być „więcej państwa” i kwestionowanie jego znaczenia jest pozbawione odpowiedzialności.

Wedle stereotypu, jak już tu przypomniano, wzorcem liberała jest energiczny przedsiębiorca. Nie odmawiając znaczenia takiemu wzorowi, uważam, że wzorem zasadniczym dla liberała winien być aktywny obywatel i taka wzorcowa aktywność nie powinna być ograniczana jedynie do spraw gospodarczych.

Stereotypowy liberał często jest kojarzony z egoistą, z osobą, która uważa, że dbając tylko o własny interes, może coś zrobić dla ogółu. To wyobrażenie liberalizmu ma XIX-wieczne, a nawet starsze pochodzenie i kształtowało się w innych warunkach niż obecne. Dzisiejsze społeczeństwo liberalne potrzebuje nie egoizmu, lecz wspaniałomyślności. Liberałem jest dziś ten, kto swoją wolność wykorzystuje do tego, by poszerzyć wolność innych.

W tym sensie za wzór liberała – jeśli mówimy o postawach symbolicznych – może  dzisiaj uchodzić Bill Gates rozdający połowę swego majątku. Zaprzeczeniem  zaś postawy liberała są np. ukraińscy oligarchowie. Wspaniałomyślność nie jest jednak jedynie wyzwaniem dla bogaczy. Jest dylematem każdego z nas. Kto wolność chce czynić wartością społecznie nadrzędną, winien wymagać i oczekiwać od siebie i innych właśnie wspaniałomyślności, która nie jest tylko przywilejem bogaczy.

Przywołajmy w tym miejscu przykład do pewnego stopnia skrajny. W każdym społeczeństwie, nawet w dobrze funkcjonującym opiekuńczym społeczeństwie dobrobytu są ludzie, którym państwowe wsparcie nie jest w stanie pomóc. Jest ono zbyt zbiurokratyzowane, sformalizowane i schematyczne, aby było w wielu tragicznych ludzkich przypadkach skuteczne. Ludzie ci zostają wyrzuceni na społeczny margines, a nawet skazani na pogardę ogółu, na którą często w pewnym sensie sobie zasłużyli, jeśli nieszczęście spotyka ich z własnej winy (choć jakże trudno to rozsądzić w konkretnych przypadkach). Czy oznacza to, że nikt już nie powinien im pomagać, że można się jedynie przyglądać, jak się degradują i umierają, że mają jedynie pozostać odstraszającym przykładem dla innych? Moim zdaniem właśnie szacunek dla każdej ludzkiej wolności nie pozwala na taką obojętność. Zakorzenienie zasady wspaniałomyślności w społeczeństwie upowszechnionego dostatku może powodować, że znajdą się osoby, inicjatywy i organizacje, które będą gotowe w takich beznadziejnych sytuacjach pomagać.

Nie oznacza to, że zwolennik społeczeństwa upowszechnionego dostatku będzie odnosił się z dystansem do państwa i lekceważył jego ogromne znaczenie. Nie traktuje go jednak jako ostatecznej instancji czy też atrapy, jaką w każdej sytuacji można się zasłonić. Państwo jest dla zwolennika społeczeństwa upowszechnionego dostatku jednym z istotnych narzędzi społecznego i politycznego działania. Ma wobec niego swoje oczekiwania i wymagania. Dąży on do tworzenia społeczeństwa upowszechnionego dostatku, co nie jest celem utopijnym. Nigdy też nie będzie można powiedzieć, że cel został ostatecznie zrealizowany, ani że jest jakiś jednoznaczny przepis, jak ten cel realizować. Tym niemniej ideał społeczeństwa upowszechnionego dostatku jest odpowiedzią, jakiej liberał winien udzielić kryzysowi opiekuńczego państwa dobrobytu.


[1] Y. Benkler, Bogactwo sieci: jak produkcja społeczna zmienia rynki i wolność, przeł. R. Próchniak, Warszawa 2008. Zob. też moją recenzję tej książki: K. Wóycicki, Czy internet wesprze liberalną demokrację, kazwoy.wordpress.com.

[2] Janusz Czapiński ” od wielu lat używa tego terminu w prowadzonych przez siebie badaniach „Diagnoza społeczna”.

[3] W celowo prowokacyjny sposób podejmuje te zagadnienia niemiecki filozof Peter Sloterdijk, przede wszystkim w swoim „Die nehmende Hand und die gebende Seite”. Esej ten, który spowodował burzliwą dyskusję, był głosem jego autora w debacie o potrzebie gruntowanych reform w niemieckim systemie podatkowym.

Czytaj również
O autorze
*
KazimierzWóycicki
Ur.1949 w Warszawie, studia filozoficzne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim
@ Woycicki