Opozycyjne mity i nadzieje

Drukuj

Nowi prorocy biorą się z nowych idei. A skoro nowych idei w polskiej polityce brakuje, po co nam nowi polityczni prorocy?

Za chwilę* będziemy „świętować” drugą rocznicę samodzielnej władzy PiS-u – połowę kadencji, czyli czas pozwalający ocenić siłę i słabości rządzących. Dużo trudniejszym zadaniem jest próba wystawienia oceny opozycji – tej szeroko rozumianej, parlamentarnej, pozaparlamentarnej, jej zaplecza publicystycznego i intelektualnego w kontekście najistotniejszego dla niej pytania: „Czy ktoś może zastąpić PiS u steru władzy w przyszłej kadencji i kto to może być?”.

Nie zamierzam się zajmować udowadnianiem, że obecne rządy przynoszą Polsce więcej szkód niż korzyści – to jest zapewne dla większości czytelników tego tekstu dosyć oczywiste, a potwierdzenie dla swoich przekonań znajdą w dowolnym numerze „Newsweeka”, „Polityki” czy „Gazety Wyborczej”. Bardziej interesuje mnie nadzieja (lub jej brak) na rządy lepsze, te w przyszłości.

Oczekiwanie cudu nad Wisłą

Kiedy piszę ten tekst, perspektywa zmiany rządu nie wydaje się bliska. Oczywiście można szukać jej w nagłej dekompozycji obozu władzy, do której obóz ten wydaje się przygotowany, ale to wcale nie oznacza, że zamieni się ku naszej uciesze w „salę samobójców”.

Widoczne są linie podziału, sympatii i antypatii w obozie rządzącym. Widać też, że w wypadku kluczowych postaci: Antoniego Macierewicza, Zbigniewa Ziobry czy prezydenta Andrzeja Dudy mówienie o „szorstkiej przyjaźni” jest eufemizmem. Zawsze może się zdarzyć (według zasady: nigdy nie mów nigdy), że polityczność w sobie odkryją i premier Beata Szydło, i minister Mariusz Błaszczak, posiadający przecież formalny potencjał do budowania własnej pozycji. Gdzieś na zapleczu są nadal mało dziś widoczni samuraje z „Zakonu PC”. Jeśli dodamy do tego różne młode wilki rozproszone po rozbudowanych resortach i spółkach skarbu państwa, ze sprzecznymi interesami, konfliktami, ambicjami – to potencjał rozpadowy jest wielki. Ale…

Ale władza jest znakomitym spoiwem – to dotyczy wszystkich formacji. Jak znakomitym –pokazały rządy PO. Platforma Obywatelska przeżyła wiele wstrząsów wewnętrznych dzięki władzy; Donald Tusk mógł przecież odstawić liczących się liderów tej partii na boczny tor lub sprawić, by odeszli w zapomnienie, właśnie dzięki temu spoiwu. Drugim (może nawet równorzędnym z władzą) lepiszczem jest sam lider – Jarosław Kaczyński.

Trudno znaleźć kogoś, kto by lepiej umiał zarządzać autodestrukcyjnymi osobowościami obozu prawicy. Dworsko-feudalny układ, jaki stworzył wokół siebie Kaczyński, w którym formalna pozycja w partii czy rządzie jest wtórna wobec aktualnej pozycji na dworze panującego, jest wprost idealna do zarządzania tym środowiskiem. Nie bez kozery dziennikarze śledzą, kto i w jakiej sprawie zabierze głos na konwencji partyjnej – bo to (a nie piastowana formalnie funkcja) jest wyznacznik jego aktualnej pozycji. Wasale mogą się pomiędzy sobą kłócić, walczyć, ale w sporze najsilniejszym argumentem jest dostęp do prezesa i możliwość opowiedzenia mu o niegodziwościach przeciwnika. To Kaczyński jako pan feudalny wyda ostateczny wyrok w sprawie.

Sposób działania rządu będącego najbardziej chyba „resortowym” z tych, które pamiętam, sprzyja owemu układowi. Po dwóch latach widać jak na dłoni, że każdy z ministrów prowadzi swoją politykę, pozycja premier jest słaba, instytucja odwołania się do „ucha prezesa” partii w każdej chwili może zniwelować każdą próbę skoordynowania pracy resortów. Prezes PiS-u jak dotąd konsekwentnie dba o to, by żaden z wasali nie był zbyt „wygrany” lub „przegrany”, a ci są wdzięczni, że mogą partycypować w profitach, nawet jeśli te są nieco poniżej ich marzeń czy ambicji. Wiedzą, że naruszenie równowagi, otwarte sprzeciwienie się Jarosławowi Kaczyńskiemu, oznacza wygnanie i utratę swojego księstewka.

Opisany stan buduje podstawową zwartość tej ekipy, w której granicę maksimum sprzeciwu wyznacza teatralnie smutne spojrzenie ministra Gowina głosującego zgodnie z nakazem partii, a wbrew sumieniu. Liczyć więc na autodestrukcję obozu „dobrej zmiany” w najbliższej przyszłości nie należy, musiałby się zdarzyć jakiś cud. W Polsce niezależnie od formacji politycznej, wyznania lub jego braku wierzymy w cuda i je lubimy, zapominając, że z definicji cud jest zjawiskiem rzadkim i niespodziewanym. Opieranie na nim planów jest błędem samym w sobie.

W poszukiwaniu nowych proroków

Z badań opinii publicznej wynika, że 30–40 proc. Polaków popiera PiS – czyli nie podziela diagnozy o szkodliwości tych rządów, dając jednocześnie sygnał, że nie szuka i nie widzi alternatywy w partiach opozycyjnych. Budzi to w nas – przeciwnikach tego rządu – nieco histeryczne reakcje. Bo jak to? Dwa lata psucia państwa i nadal 40 proc. chce głosować na PiS?

Najgłupsze z możliwych opinie, jakie czytam, są o wyborcach, że nie rozumieją, że „ciemny lud…”. Nóż mi się w kieszeni otwiera. A kim oni są ci ciemni wyborcy? To nasi sąsiedzi, koledzy z pracy, szwagier i teściowa. Inne plemię? Publicystycznie można się w to bawić, ale kto ich przekonał do głosowania na PiS? Sam Kaczyński? Urodą, elokwencją i wdziękiem osobistym?

Należę do tych, którzy w poprzednim ośmioleciu usiłowali odegrać rolę gęsi kapitolińskich, ostrzegając przed skutkami miałkości rządów bez wyznaczonych celów, pozostawienia problemów bez reakcji, ucieczki od tworzenia autokorekty systemu Trzeciej Rzeczpospolitej. Bo ten system nie był i nie jest ideałem, a zepchnięcie przez PiS opozycji do narożnika „obrona status quo” jest najłatwiejszą formą przedłużania panowania obecnej władzy. Władzy – co zauważają z wolna byli już jej zwolennicy z kręgów prawicy wolnościowej czy republikańskiej – będącej kwintesencją wszystkich wad i niedoskonałości Trzeciej Rzeczpospolitej.

Kaczyński współtworzył ten system i w wykorzystywaniu jego luk i patologii czuje się jak ryba w wodzie. To system Trzeciej Rzeczpospolitej umożliwiał oligarchizację poszczególnych sfer życia publicznego. To właśnie ten system pozwalał na upartyjnianie mediów publicznych, ograniczanie domeny wspólnej na rzecz „rządzącej większości”, resortowości rządzenia. PiS pod hasłem walki z tym systemem doprowadza jego patologie do maksimum. Druga strona pozostaje reaktywna, daje się nabierać na powierzchowne deklaracje władzy i z nimi walczy. A publicystyczne zaplecze opozycji, zamiast odnaleźć meritum problemu, nerwowo szuka winnych – jeśli nie wśród wyborców, to w gronie liderów partyjnych.

Najwięksi nawet krytycy ciemnego ludu muszą przyznać, że ludu wymienić się nie da. Ale – jak twierdzą – można wymienić liderów. A zatem skoro Polacy nie chcą dać władzy Grzegorzowi Schetynie i Ryszardowi Petru, to na pewno oddadzą przykładowo Borysowi Budce i Kamili Gasiuk-Pihowicz.

Wybaczcie, z całym szacunkiem dla wymienionej czwórki, ze szczególnym uwzględnieniem dwójki ewentualnych pretendentów – ale to już dowód skrajnej bezradności i braku kontaktu z rzeczywistością. To jak wiara, że Donald Tusk przyjedzie z Brukseli i z któregoś peronu pójdzie prosto do pałacu na Krakowskim Przedmieściu, by nas pod żyrandolem bronić przed PiS-em. Albo że gen. Anders na tym rumaku sprezentowanym przez Stalina pogoni bolszewików za Dniepr co najmniej. Pokolenia czekały na tego Andersa, rządy w Londynie się zmieniały, dzieliły, a wolność przynieśli nam robotnik ze stoczni w otoczeniu wykształconych w komunistycznych szkołach opozycjonistów.

Fantazje, że PO stanie się seksowna, bo Budka, a Nowoczesna potęgą, bo Gasiuk-Pihowicz, to jakiś rozpaczliwy infantylizm; to przekonanie, że lud jest faktycznie ciemny do czerni absolutnej włącznie. To wiara w to, że wystarczy ładnie mówić, nieważne co. Niemniej tego typu pomysły pojawiły się w publicznej debacie. Dlatego napiszę tylko o podstawowych słabościach obu kandydatur.

Po pierwsze, ani Budka, ani Gasiuk-Pihowicz nie są szefami swoich partii, co nie jest zrządzeniem ślepego losu, ale decyzją środowisk, z których się wywodzą. Podstawowym testem demokracji jest wybór lidera wewnątrz ugrupowania – Budka powinien zatem powiedzieć Schetynie: „Jesteś słaby, zmierzmy się!”. Gasiuk-Pihowicz to samo powinna powiedzieć Petru: „Niech zwycięży lepszy”. Wielokrotnie krytykowałem i Schetynę, i Petru, ale to oni decyzją własnych partii są ich liderami. Po drugie, nie znam żadnej znaczącej różnicy merytorycznej pomiędzy Schetyną a Budką, Petru a Gasiuk-Pihowicz – czemu więc ma służyć zmiana? Po trzecie, władzę trzeba kochać, władzy trzeba pragnąć, władzę trzeba umieć zdobywać – zarówno w swojej formacji, jak i w państwie. Schetyna i Petru na poziomie formacji już to pokazali.

Nowi prorocy biorą się z nowych idei – skoro nowych idei nie ma, to po co nam nowi prorocy? Wiara w to, że facelifting wystarczy opozycji do uzyskania przewagi nad władzą, jest złudna – nie tu tkwi problem.

Zjednoczona opozycja

Za podobnie histeryczną tezę uznaję dogmat o zjednoczonej opozycji jako remedium na przewagę PiS-u. Truizmem jest opowiadanie, że reguły matematyczne w liczeniu procentów poparcia nie obowiązują – 2+2 rzadko daje 4, częściej 3 lub 6. Obawiam się, że w wypadku jednoczenia obecnej opozycji premii za jedność nie będzie.

Dlaczego? Przede wszystkim spora część modernizacyjnie, okcydentalnie zorientowanych Polaków, którzy powinni być naturalnym zapleczem opozycji, lokuje siebie obok dzisiejszego systemu partyjnego. Składa się na to niepewność co do faktycznego oblicza Nowoczesnej i rozczarowanie Platformą Obywatelską (którą przez lata popierali), dzisiejsza realizowana przez Schetynę „kotwica konserwatywna”, która nie pozwala na znaczące gesty w sprawach wolności światopoglądowych (inna rzecz, czy byłyby one jakkolwiek wiarygodne w wykonaniu tej partii), podobne do PiS-u stanowisko w sprawach uchodźców, relacji z Kościołem katolickim. Z punktu widzenia tej partii i opozycji w ogóle nie uważam tego za złe, wręcz przeciwnie – Polacy są w swojej masie konserwatywni i takie skrzydło opozycja mieć musi. PO z tradycjonalistycznym PSL-em są ważnym tej opozycji elementem, niemniej nie przyciągną „wyborcy nowych idei”.

Na to szansę ma Nowoczesna, o ile zechce konsekwentnie odróżnić się od PO i skupić na wypracowaniu oferty dla wyborcy trzeciej dekady XXI w. – tak, nie pomyliłem się, trzeciej. Bo druga już nam się kończy. Taka oferta nie da przewagi nad PO dziś, ale za dwie kadencje z przyczyn naturalnych jak najbardziej. To tutaj powinny powstać diagnozy działań koniecznych dla rozwoju Polski czy koncepcja na zagospodarowanie aktywności no logo – animowanej dziś przez rozproszone środowiska.

Na no logo pewnie mogłaby się zbudować lewica – choć obserwując jej działania, nie mogę dziś sobie wyobrazić, kto konkretnie i jak. SLD Włodzimierza Czarzastego wygląda jak skansen i ma równą skansenowi dynamikę działania. Partię Razem można podziwiać za trwanie, ale już trudno dostrzec ekspansję, a osobista popularność Barbary Nowackiej nie przekłada się w żaden sposób na budowanie formacji, w których uczestniczy. Roberta Biedronia z kolei, dopóki sam nie wkroczy na ogólnopolską scenę polityczną i nie krzyknie, że idzie po władzę, zaliczam do kategorii „Andersów na białych koniach”. A szkoda, bo lewica byłaby ważnym partnerem dla liberałów w kwestiach światopoglądowych, jednocześnie mogłaby uszczknąć wyborcę socjalnego, przejętego dziś przez PiS.

Widzę za to potrzebę tworzenia bloku demokratycznego – opartego na trzech filarach – konserwatywnym (PO), liberalnym (Nowoczesna) i lewicowym. Bloku, który zadeklarowałby wspólnotę co do wartości demokracji liberalnej oraz konsensów w polityce zagranicznej i obronnej. Poza tym – musi się różnić. Musi pozyskiwać wyborców odmiennych proweniencji i w ten sposób budować masę krytyczną do zmiany władzy.

Zjednoczona formalnie opozycja byłaby dziś nonsensem – bo zabije różnorodność, a co za tym idzie – wiarygodność. Nikt nie uwierzy, że PO jest za rozdziałem Kościoła od państwa, a Nowoczesna za 60-proc. podatkiem dochodowym dla najbogatszych. Inną sprawą jest ułomność projektowania zjednoczenia różnych sił, gdy nie wiemy, jaka faktycznie będzie ordynacja wyborcza – bo kto z nas się orientuje, wedle jakich reguł odbędą się wybory samorządowe czy parlamentarne? Któregoś wieczoru projekt wpłynie do Sejmu, a rano prezydent to podpisze. Nie wykluczam, że ordynacja będzie wymuszać koalicje, zjednoczenia – ale najpierw niech partie opozycji, te czy jakieś inne, nowe, zbudują swoją bazę.

A co na to my, liberałowie?

A my nie bójmy się krytykować opozycji. Idiotyczna jest teza, że krytykując opozycję, pomaga się PiS-owi. Krytykując, obnażając słabości opozycji, pomagamy jej – bo jeśli nie zrobimy tego my, zrobi to PiS w kampanii wyborczej. Zmuszajmy opozycję do pracy – przede wszystkim tej programowej, projektowania Polski po PiS-ie. Nie przyjmujmy tez w rodzaju: „Dajcie nam władzę, a potem my z fachowcami pomyślimy, co zrobić”. Nie, już teraz siadajcie i pokażcie nam, dlaczego lepszy będzie rząd tworzony przez opozycję. Budujmy siebie i swoje instytucje – uczmy się od najlepszych. PiS-owskie media w opozycji wytłumaczyły swoim zwolennikom, że kupno książki, gazety, uczestnictwo w klubie i stowarzyszeniu to równie ważna deklaracja polityczna jak ta na karcie wyborczej – a może nawet ważniejsza.

Kiedy na poczcie w Lublinie widzę, że jedynym wyeksponowanym tytułem prasowym jest „Gazeta Warszawska” (dla niezorientowanych dodam, że przy niej „Sieci” to liberalno-lewicowa czytanka), to wiem, że najwięcej pracy jest dziś poza partiami – bo one nie obronią wolnych mediów ani niewygodnych dla władzy publikacji. Obronić je możemy tylko my – kupując, prenumerując, domagając się ich w kioskach, księgarniach, na stacjach benzynowych – w końcu je tworząc.

Na łamach wolnych mediów obnażajmy władzę, ale też projektujmy sobie dobre państwo – wolne od oligarchii i partiokracji, zabezpieczone przed radykalizmem chwilowych większości, państwo, w jakim chcielibyśmy żyć. I atakujmy tymi wizjami, projektami partie opozycyjne.

PiS nie upadnie porażony urokiem tego czy innego lidera. Polacy zmienią rząd, jeśli będą przekonani, że następny będzie lepszy.

Marcin Celiński – publicysta, z-ca redaktora naczelnego „Liberté!”, przedsiębiorca, szef  Wydawnictwa „Arbitror”.

*Tekst ukazał się pierwotnie w XXVII numerze Liberté!. Cały numer do kupienia w e-sklepie.

Pomóż nam wydać kolejny numer Liberté!

Foto: Foter.com

Czytaj również
O autorze
*
MarcinCeliński
z-ca redaktora naczelnego „Liberté!”, przedsiębiorca
@ Marcin_Celinski