Partie antysystemowe

Drukuj

Zjawisko buntu wobec polityki (tradycyjnych partii) w historii najnowszej najczęściej wiążemy z głęboką i dramatyczną transformacją lat 60.: ruchem na rzecz praw obywatelskich w Ameryce, rewoltą z maja 1968 r. we Francji, protestami studenckimi w Wielkiej Brytanii czy Meksyku itd. Ten fenomen, wbrew oczekiwaniom niektórych badaczy, znalazł swoją kontynuację również i w nowym tysiącleciu w postaci (szeroko komentowanych i analizowanych) oddolnych i cechujących się dużym potencjałem ruchów antyglobalistycznych (global justice movement).

Jednak przedmiotem niniejszego artykułu jest nie bunt wobec polityki, lecz bunt w polityce. W roku 1996 w renomowanym czasopiśmie „Party Politics” Andreas Schedler opisał grupę europejskich partii, które określił mianem antyestablishmentowych. Partie te na początku lat 90. zbijały polityczny kapitał na powiększającym się dystansie pomiędzy rozczarowanym wyborcą a politycznymi partiami głównego nurtu. Spadek poziomu zaufania do elit, a zwłaszcza liderów i działaczy partii politycznych wykorzystały jako główną oś narracji w komunikacji z wyborcą. Wchodziły w rolę buntowników walczących w imię ofiar (wyborców) zdradzonych przez tradycyjne siły polityczne.

http://www.flickr.com/photos/kancelariapremiera/7985202454/sizes/m/
by Kancelaria Premiera

Nowa fala polityki, określana także później jako „polityka protestu”, była prowadzona w obrębie skostniałych do tej pory systemów politycznych i ciekawa jest co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, bazowała na doktrynie politycznego, prawicowo zorientowanego populizmu, po drugie, wyborcze poparcie generowała dzięki wykorzystaniu radykalnego scenariusza społecznych zachowań – buntu.

W tym miejscu warto wspomnieć, iż bunt jest w zasadzie jedynym typem reakcji, któremu Robert King Merton przyznawał charakter grupowy. W swojej słynnej pracy na temat struktury społecznej opisywał pięć możliwych scenariuszy przystosowania jednostek w społeczeństwie: konformizm, innowację, rytualizm, wycofanie i wreszcie bunt. Reakcja buntownicza, według Mertona, polegała na odrzuceniu zarówno dotychczasowych celów społecznych, jak i służących do ich realizacji zinstytucjonalizowanych środków przy jednoczesnym dążeniu do wprowadzenia nowych. „Ten rodzaj przystosowania wyprowadza ludzi na zewnątrz otaczającej struktury społecznej, aby tworzyli wizję i próbowali realizować strukturę nową, to znaczy zupełnie przekształconą”.

Aby opisać buntowniczy charakter partii antyestablishmentowych, kilka słów należy poświęcić początkom systemów partyjnych. Wiodąca w naukach o polityce teoria podziałów socjopolitycznych (Seymour Martin Lipset i Stein Rokkan) utrzymuje, iż tradycyjne partie polityczne – socjaldemokratyczne, konserwatywne czy liberalne – powstawały na gruncie wcześniejszych długotrwałych konfliktów między grupami społecznymi. Najważniejsze z nich to spór między centrami a peryferiami, laickością a wyznaniowością, pracą a własnością środków produkcji. Świadomość odrębności, artykulacja własnych interesów przez poszczególne grupy i w końcu samoorganizacja doprowadziły do powstania tradycyjnych rodzin partii i ich zaplecza (kościołów, związków zawodowych). Oddolna legitymizacja na długie lata zapewniła poszczególnym siłom politycznym zaplecze wyborcze, jednak ten obraz lojalnych elektoratów i partii reprezentujących grupowe interesy zmienił się w latach 60., kiedy doszło do rozmrożenia układu partyjno-wyborczego, a zewnętrzne – antywojenne, ekologiczne, feministyczne ruchy społeczne – dały początek Nowej Polityce.

Opisywane tutaj partie antyestablishmentowe 30 lat później starały się ten schemat polityzacji społecznych sporów wykorzystać ponownie. Proces ten jednak odbywał się wewnątrz systemu politycznego rozumianego jako system reprezentacji, w którym główną i bezalternatywną funkcję pełnią partie polityczne. W celu mobilizacji elektoratu wykorzystano mit buntu. Mertonowską „nową wizję” i „nowe struktury” reprezentować mieli m.in. Jean-Marie Le Pen, Jörg Haider czy kilka lat później Pim Fortuyn. W swoich wystąpieniach kreślili oni obraz politycznej anomii jako głównej bolączki systemów demokracji przedstawicielskiej. Ważnym jej symptomem i w rezultacie zarzewiem buntu miała być powiększająca się od lat 60. grupa chwiejnego elektoratu, a więc wciąż głosujących, lecz niestabilnych w swoich politycznych wyborach obywateli.

Charyzmatyczni liderzy w płomiennych przemówieniach opisywali konflikt narosły w obrębie systemu politycznego. Piętnowali elity, które zdradziły swoich wyborców, a jednocześnie ich atakują – tych „jedynych prawdziwych obrońców ludu”. Polityków przedstawiano jako klasę zakłamanych i niekompetentnych karierowiczów, same partie jako organizacje nierealizujące podstawowych funkcji, a więc niemające racji bytu. Innymi słowy, liderzy „nowych” partii zawłaszczali, jeśli nie nieuświadomiony, to na pewno niezinstytucjonalizowany konflikt (całego) elektoratu z dotychczas rządzącymi. Co ważne, apel kierowano do wyborców niezależnie od ich proweniencji, ponad politycznymi podziałami, co znacząco zwiększało szanse wyborcze.

„Nowa wizja” – populizm polityków

Tymczasem koncepcja obrony „prawdziwego suwerena” – ludu – jest znana i od XIX w. pozostaje domeną ruchów i partii populistycznych. Choć wokół tego terminu narosło wiele problemów definicyjnych, warto zastanowić się nad (przynajmniej ogólną) jego charakterystyką.

I tak populizm może przybrać formę ideologii politycznej czy ruchu politycznego w warunkach demokracji przedstawicielskiej, korzystając z jej procedur (pluralizmu czy wolności słowa) dążyć do zwiększenia wertykalnych powiązań między organami władzy przedstawicielskiej a wyborcami. Stąd podkreślanie rangi rozwiązań demokracji bezpośredniej (referenda, większościowe systemy wyborcze). Jednocześnie istotne jest dążenie populistów do uproszczenia procedur, które ustanawiają reprezentację. Mamy więc do czynienia z dążeniem do stworzenia rządów w mniemaniu populistów lepszych, co niekoniecznie oznacza bardziej reprezentatywnych.

Po drugie, populiści silnie identyfikują się z „centrum” czy „ojczyzną” (heartland) rozumianą też jako wspólnota. Wielość definicji „ojczyzny” wśród ruchów populistycznych na świecie sprawia, że są one sytuowane w różnych miejscach politycznego spektrum, od lewicy do prawicy.

Trzecią cechą populizmu jest brak jednolitego systemu wartości (core values). Jednocześnie określenie „populistyczny” jest częstym przydomkiem innych ideologicznie podejść np. national-populisme we Francji.

Znana z historii wersja agrarna czy gospodarcza tej doktryny powinna zostać uzupełniona o kolejny typ – populizm polityków, który w przeciwieństwie do dwóch poprzednich odwołuje się nie do wybranych grup społecznych, lecz do „ludu wybierającego”, elektoratu jako całości. Tutaj populizm jest odpowiedzią na tzw. kryzys legitymacji i dyskusje nad zmianami konstytucji, rolą partii politycznych i poziomem korupcji, zawiera w sobie sprzeciw wobec głównej zasady demokracji liberalnej, według której „większość” powinna być ograniczana przez prawo.

W Europie Zachodniej populiści stają w opozycji wobec „liberalnego konsensusu”, multikulturowego ładu powojennego, w Europie Środkowo-Wschodniej zaś konsensu wypracowanego w okresie transformacji ustrojowej (reformy rynkowe, integracja z organizacjami euroatlantyckimi, odrzucenie języka i działań nacjonalistycznych). Za cel obierają sobie co najmniej jedną z politycznych sfer tabu, która staje się przyczynkiem do dyskusji na tematy wyrzucone poza nawias przez partie głównego nurtu. To właśnie brak wyrazistych tematów i wyraźnych różnic w programach tradycyjnych partii politycznych jest podawany za jeden z głównych powodów sukcesów politycznego populizmu.

W procesie masowej komunikacji buntownicy antyestablishmentowi są reprezentowani przez charyzmatycznych liderów, ci z kolei odwołują się do emocji, posługują symbolami, a dzięki bezpośrednim technikom perswazyjnym trafiają szczególnie do odbiorców o niskich kompetencjach komunikacyjnych (co jest często powiązane z niższym poziomem wykształcenia). Narzędzia z jednej strony znane i wykorzystywane w politycznych kampaniach w połączeniu z nowymi i kontrowersyjnymi tematami zyskują pozór nowości. Wyborcy, zmęczeni nieefektywnym układem sił, poddani regułom uproszczonego medialnego przekazu na temat polityki, wybierają rozwiązania ich zdaniem radykalne.

„Nowa struktura” – paradoks antypartii

Sama idea „władzy ludu, dla ludu i przez lud” ani sprzeciw wobec rządzących elit, który ma stanowić „nowy konflikt”, nie były nowe. Co więcej, realizowano je za pośrednictwem tradycyjnych struktur, jakimi są partie polityczne. To znienawidzone przez populistów organizacje politycznego wyzysku stały się machinami oblężniczymi twierdzy bronionej przez polityczny establishment. I choć przez samych liderów oraz część publicystów określone zostały jako antypartie, ich nowatorskość nigdy nie została sprecyzowana. Choć nazwa „partia” ustępowała miejsca określeniom „lista”, „front”, „ruch”, „platforma” czy „porozumienie”, quasi-buntownicy spośród wielu innych możliwych form instytucjonalizacji wybrali właśnie partyjną. Dlatego aby ostatecznie rozstrzygnąć pytanie o możliwość buntu w polityce, o efektywność antypartyjności, należy rozważyć kilka kwestii.

Paradoksalnie, funkcje najczęściej przypisywane partiom politycznym w dużym stopniu pokrywają się z zadaniami stawianymi przed innymi formami organizacji społecznej, m.in. wspomnianymi na początku ruchami społecznymi. Mowa tutaj o funkcji integracyjnej partii, w której ramach obywatele mobilizują się i zrzeszają wokół danego tematu, o tworzeniu platform artykulacji interesów i ich prezentowaniu w sferze publicznej, w końcu o rekrutacji liderów. Wszystkie te zadania mogą być i są realizowane przez stowarzyszenia, czy związki wyznaniowe lub inne nieformalne organizacje. Pojawia się więc pytanie, czy imperatyw „przywrócenia ludowi należnego mu znaczenia” musi i może być realizowany właśnie przez partie.

Dochodzimy w tym momencie do ostatniej grupy zadań przypisywanych partiom, a mianowicie „dążenia do zdobycia i utrzymania władzy”, co w praktyce liberalnych demokracji można utożsamić ze współtworzeniem parlamentów i rządów. Ta ostatnia funkcja, wyróżniająca partie polityczne na tle pozostałych form społecznego nacisku, była też głównym argumentem liderów takich jak Haider, Fortuyn, ale także Andrzej Lepper, premier Bułgarii Bojko Borisov czy prezydent Rumunii – Traian Băsescu. Ich zdaniem jedynie udział w systemie tworzył realną szansę na „powrót władzy w ręce prawowitego suwerena”. Szansę, której (w domyśle) inne organizacje nigdy nie miały.

Biorąc pod uwagę rolę, jaką współcześnie partie polityczne odgrywają na szczeblu państw, hegemonię tych partii w procesie tworzenia gabinetów oraz wpływ na kształt stanowionego prawa, i mając na uwadze rosnące znaczenie ich międzynarodowych struktur (międzynarodówek, frakcji w Parlamencie Europejskim, partii europejskich), jak również powiększający się zakres budżetowego finansowania największych z nich, trudno się z tą „partyjną strategią rozwoju” nie zgodzić. Jednak w przypadku partii, które mają być reprezentantem „nowej struktury” – koniem trojańskim polityki – ten mariaż jest więcej niż ryzykowny.

Opisywane tutaj partie antyestablishmentowe starają się w oczach swoich wyborców uchodzić za polityczną siłę „zewnętrzną” w stosunku do tych tworzących „polityczny układ” na szczeblu centralnym czy lokalnym. Tymczasem już sam fakt wyboru tej formy organizacyjnej narzuca na quasi-buntowników formalne i nieformalne ograniczenia.

Podstawowym są konstytucyjne zakazy działania organizacji o charakterze antysystemowym. Zapisy te na starcie łagodzą potencjalnie radykalne „nowe wizje” i „nowe struktury”. Z punktu widzenia społecznej percepcji partie polityczne jako organizacje cechuje szokująco niski poziom społecznego zaufania. Tendencja ta (także w Polsce) utrzymuje się od wielu lat. W ostatnim badaniu CBOS-u z marca 2012 r. partie polityczne znalazły się na ostatnim, 23. miejscu. Podobnie rzecz się ma w innych państwach Unii Europejskiej – partie ogólnie (średnia dla EU-27) cieszyły się zaledwie 19 proc. zaufaniem, również najniższym w porównaniu z innymi krajowymi instytucjami (Eurobarometr 2011 r.).

Drugi aspekt, przeczący możliwości buntu w polityce dzięki „nowej strukturze”, wynika z regulacji prawnych. Choć ustawodawstwo dotyczące rejestracji i działania partii politycznych jest różne w różnych państwach UE i trudno jest te kwestie uogólnić, imperatyw „dążenia do zdobycia i utrzymania władzy” najczęściej doprowadza partie do udziału w wyborach. Ta sfera działalności jest już ściśle regulowana, a mechanizmy wyborcze (progi wyborcze, techniki przeliczania głosów na mandaty, itd.) stanowią główną zaporę dla efektywności nowych politycznych przedsięwzięć, wymuszają koalicje przedwyborcze, czyli – innymi słowy – dostosowanie się do „reguł gry” ustalonych przez dyskredytowany establishment.

Niezależnie więc od charakteru partii, jej komunikatu czy charyzmy lidera partyjność już na starcie naraża quasi-buntowników na utratę wiarygodności. Dotyczy to zwłaszcza podmiotów nowych o słabo rozbudowanych strukturach.

Stąd międzynarodowy rozgłos, który każdorazowo towarzyszył antypartiom wchodzącym w skład parlamentów (rządów). Przełamanie przez antypartie bariery reprezentacji (Dania 1998 r., Austria i Belgia 1999 r., Holandia 2002 r.) oznaczało, iż quasi-buntownicy zdołali stworzyć efektywny przekaz i zgromadzić duże społeczne poparcie lub zbudować rozległe struktury terenowe, ewentualnie wejść w przedwyborczy mariaż z partiami głównego nurtu. Każda z tych opcji osobno lub dowolna ich kombinacja mogła być symptomem początku zmiany systemu reprezentacji.

Tymczasem – i tu dochodzimy do ostatniej kwestii – nawet w przytaczanych powyżej przypadkach, wyrosłych na micie społecznego buntu, zmiana taka nie nastąpiła. Faktem jest, że partie antyestablishmentowe w kilku przypadkach zmieniły układ sił, np. rozbijając tradycyjne koalicje w Austrii czy Belgii, w niektórych państwach poruszyły tematy tabu (zwłaszcza problem nowej polityki imigracyjnej). Jednak niesiona na sztandarach radykalna zmiana systemów wartości i wytworzenie nowych struktur w żadnym z wypadków się nie powiodły.

Najczęściej powielany scenariusz to utrata poparcia wyborczego dla quasi-buntowników krótko po wejściu do parlamentów/gabinetów. Los ten podzieliły Austriacka Partia Wolności, Lista Pyma Fortuyna, szwedzka Nowa Demokracja i inne. Scenariusz buntu wyczerpał się, a właściwie już na starcie był skazany na niepowodzenie, ponieważ „nową wizję” bardziej reprezentatywnego systemu politycznego postanowiono zrealizować w nowych/starych partyjnych strukturach.

Historia kołem się toczy

Niezależnie od lekcji, jaką politycy i opinia publiczna w Europie otrzymali dekadę temu, mit wewnątrzsystemowego buntu pozostaje nośny i jest często wykorzystywany. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że w przypadku polityków (w przeciwieństwie do wyborców) lekcja została odrobiona. Spadające poparcie wyborcze nie przeszkodziło części z nich w eksploatowaniu tego wątku, wręcz przeciwnie, wykorzystano go ponownie do budowy nowych partyjnych struktur. W niektórych przypadkach działo się to jeszcze w trakcie trwania kadencji – z Austriackiej Partii Wolności wydzielił się Sojusz na rzecz Przyszłości Austrii, Duńska Partia Ludowa powstała jako odłam Partii Rozwoju. Inny, choć równie skuteczny, scenariusz zrealizowano w Holandii czy Szwecji, gdzie po porażce wyborczej partii matek mit buntu ponownie pojawił się krótko później w procesie tworzenia nowych partii – na miejsce Listy Pima Fortuyna Geert Wilders powołał radykalną Partię Wolności, Nową Demokrację zastąpiła Szwedzka Demokracja. Nowi liderzy wyraźnie zaostrzyli swoją antyestablishmentową retorykę, a na scenie politycznej wystrzegali się mariażu z partiami głównego nurtu i nie wchodzili z nimi w koalicje. Ich strategia do dziś zakłada ciche poparcie dla mniejszościowych rządów w zamian za realizację części postulatów. Takie zachowanie umożliwia ciągłe wykorzystanie mitu buntu w polityce i generowanie wyborczych głosów protestu. Koniec końców śmiertelnie groźna dla politycznych systemów lewicowa koncepcja społecznego buntu jest nadal wykorzystywana przez prawicowych populistów do zbijania politycznego kapitału, a w efekcie cementuje istniejący układu sił.

Niesprawiedliwe byłoby jednak pozostawienie bez zdania komentarza innych możliwych płaszczyzn społecznego buntu. Wśród nich na uwagę zasługuje wzrastająca na zachodzie liczba tzw. niezależnych deputowanych (non-aligned), budujących swoje poparcie w pierwszym rzędzie na niepartyjności oraz antypartyjna polityka szczebla lokalnego, budująca sieci poparcia wokół lokalnych liderów.

Czytaj również
O autorze
*
DominikaKasprowicz