Planować? Nie planować?

Drukuj

Chaos, bałagan, wolna amerykanka – te pojęcia słyszy się najczęściej, kiedy mowa o przestrzeni publicznej polskich miast po roku 1989. Znika z pola widzenia oczywista refleksja, że ćwierćwiecze Trzeciej Rzeczpospolitej to sukces polskich miast. Narastające zniechęcenie do tego, co widać na ulicach i placach, zaczyna się przekładać na coraz większą popularność planowania i zakazów. Kroi się powrót do socjalizmu?

Drzewo pośrodku, ściany wokół, kamienna posadzka i ani żywej duszy. Tak wygląda warszawski Rynek Mariensztacki w godzinach szczytu. Nawet psa z kulawą nogą nie ujrzysz w tej perle polskiej urbanistyki. Mimo to na wykładach stołecznych urbanistów Mariensztat jest uznawany za jedno z wybitniejszych osiągnięć polskiej urbanistyki, przykład miasta świetnie zaplanowanego, o optymalnie dobranych funkcjach, w ludzkiej skali, wzorcowego. Ludzi tam nie ma, ale urbanistom się podoba.

W tym samym czasie nad brzegami Wisły ścisk. Na rowerach, bez rowerów, z psami, bez psów, chodzą, stoją, siedzą i leżą tłumy ludzi. Przeważnie młodych, ale mniej młodzi też są. Piją piwo albo nie piją, rozmawiają, stukają kciukami w smartfony. Centralna hipsternia miasta to fenomen 2013 r. Na zapuszczonych brzegach rzeki, na wysokości Powiśla, wokół megamodnych knajpek wybudowanych na samym brzegu rzeki, kilkaset metrów od pustego Mariensztatu samorzutnie rozwinęło się miejsce spotkań, w którym w letnie popołudnia, wieczory i noce skupiają się tysiące ludzi. W miejscowych planach zagospodarowania nie znajdzie się ani dopuszczenia, ani nakazu takich funkcji, a jednak ludzie są.

Kontrast pomiędzy brzegiem Wisły pełnym ludzi a zawsze pustym Mariensztatem to chyba najbardziej jaskrawy przykład rozejścia się dróg polskich urbanistów i mieszkańców.

Ludzie głosują nogami

Skoro nikt nie chce przychodzić w to rzekomo świetnie zaprojektowane miejsce, to może po prostu nie jest takie świetne? Jakie są kryteria oceny jakości przestrzeni publicznej, jeśli głosowanie nogami nie jest istotne? Wydaje się, że starcie akademickich wizji z realną oceną mieszkańców jednak nie zmusza urbanistów do przemyśleń.

Audycja telewizyjna na żywo w TVP Warszawa. Temat: „Jak się żyje na osiedlu Za Żelazną Bramą”. Łączymy się z reporterem, który jest na miejscu i zbiera głosy mieszkańców, a po chwili wracamy do studia, w którym eksperci wyrażą opinię profesjonalistów. Mieszkańcy: „Tu się żyć nie daje! Mieszkania ciasne, nawet sklepu spożywczego w okolicy nie ma. Niech pan się rozejrzy wokół – samo blokowisko, a gdzie plac zabaw dla dzieci?”. Doktor urbanista: „Osiedle Za Żelazną Bramą należy do największych osiągnięć polskiej urbanistyki”. Lokator: „Tu teraz sami starzy ludzie mieszkają, bo nikt młody nie chce mieszkać w takich blokach! Wszyscy uciekają!”. Doktor historyk sztuki: „Bloki te posiadają bardzo ciekawą geometrię okien”. I tak w kółko.

Rozmowa urbanisty z mieszkańcem to rozmowa ślepego z głuchym. Razi wyniosła poza i bezduszność profesjonalistów. Zainteresowanie akademickimi kryteriami oderwanymi od ludzkich potrzeb zdumiewa. Liczy się śmiałość wizji, kompleksowość rozwiązań, interesujący wygląd i kompozycja przestrzenna – najlepiej jeśli jest widoczna z lotu ptaka. To, że ludzie nie latają, specjalistów nie przejmuje, wolą się skupiać na „właściwym odczytaniu założenia urbanistycznego”. A przecież rolą urbanisty – tak uczą na studiach z planowania przestrzennego – jest właśnie odgadnięcie ludzkich potrzeb, policzenie, ilu będzie mieszkańców i ile im potrzeba sklepów, zieleni, miejsc parkingowych, placów zabaw.

Skoro więc czołowe osiągnięcia polskiej urbanistyki – Mariensztat, osiedle Za Żelazną Bramą – są tak wysoko oceniane przez specjalistów, to może odeszli oni od swoich własnych kryteriów i ideałów? Może zaskorupili się w branżowym myśleniu, w wieży z kości słoniowej, w której mogą oceniać jakość miast tylko na podstawie map i zdjęć, bo wtedy mieszkańców nie słychać?

Planować – jak to łatwo powiedzieć

Gorzej, jeśli planiści zajmą się ludzkimi potrzebami, ale nie do końca im się powiedzie. Warszawskie osiedle Sady Żoliborskie z lat 60. XX w. to kolejny przykład ikony polskiej urbanistyki. Niskie bloki wśród pięknej zieleni (stąd nazwa, przedtem były tu sady, a autorka koncepcji projektowała budynki tak, by wyciąć jak najmniej drzew) sprawiają niemal idylliczne wrażenie. Jesienią, kiedy liście nabierają jaskrawych barw, jest tu po prostu pięknie. Zaprojektowano też sklepy, a nawet bar mleczny, który funkcjonuje, mimo że system się zmienił. Jednak kilka kroków obok nieprzyjemny zgrzyt. Przy głównej ulicy, do której bloki są odwrócone tyłem, stoją paskudne blaszane budy, w których mieszkańcy osiedla kupują warzywa i owoce, jajka i pieczywo.

A przecież w ramach osiedla wybudowano prawdziwe sklepy, wszystko było dokładnie przemyślane. Po co więc te budy? Wygląda na to, że urbanistka nie doszacowała spożycia ziemniaków i marchwi. Albo też policzyła dobrze, ale łakomstwo mieszkańców przekracza normy.

Widok drobnego handlu wciskającego się wszędzie tam, gdzie jest popyt, to w Warszawie charakterystyczna część krajobrazu. Powstaje w miejscach, gdzie jest najwięcej ludzi – zazwyczaj koło przystanku autobusowego. I tak jak to było od tysięcy lat przy ulicy, a nie daleko od niej, bo wiadomo, że mieszkańcom łatwiej jest kupować w miejscu, w którym już są, niż udawać się w tym celu do miejsca, które im wyznaczyli nawet najlepsi urbaniści. Przykład Sadów Żoliborskich pokazuje, że planowe wyliczenie wszystkiego, co by się chciało, jest nierealne, bo nikt nie może precyzyjnie przewidzieć, czego i w jakich ilościach będą potrzebowali mieszkańcy. Efekt jest odwrotny od zamierzonego: osiedle obrasta obskurnymi budami, bo przecież gdzieś ludzie muszą kupować warzywa.

Jednak wolny rynek wydaje się największym wrogiem planistów i stał się już zwyczajowym chłopcem do bicia podczas debat i urbanistycznych dyskusji. Wydaje się, że jest ciosem w serce idei planowania, że jego prostackie natręctwo i merkantylna natura rażą wyrafinowane gusta planistów.

Jeden z autorów Ursynowa narzekał na łamach „Gazety Stołecznej”, że zaprojektował świetną dzielnicę, która do końca komunizmu zachowała czystość idei, a po roku 1989 zaczęła obrastać sklepami i sklepikami, które zakłóciły spójny krajobraz. Faktycznie, przez całe lata 80. na Ursynowie rozbrzmiewały utyskiwania mieszkańców, że wokół nie ma gdzie kupić podstawowych produktów spożywczych, nawet po chleb trzeba jeździć daleko. „Małomiasteczkowy guścik” – zżymał się na to planista, wytykając mieszkańcom, że przywieźli z sobą do Warszawy swoje prowincjonalne przyzwyczajenia i teraz muszą koniecznie co rano zjeść świeżą bułkę, podczas gdy on odwiedzał zagraniczne metropolie i wie, że nowocześni ludzie po zakupy jadą raz w tygodniu samochodem i kupują na cały tydzień.

Bez tytułu

Ile planowania, a ile spontaniczności

Demiurgizm to termin, który funkcjonował już w PRL-u. Oznacza pęd urbanistów do organizowania ludziom życia, do decydowania, co będzie dla nich lepsze. I jest to termin wywołujący u planistów rozdrażnienie, bo wcale nie uważają się za demiurgów, tylko za specjalistów stosujących naukowe metody. Zapał ursynowskiego urbanisty do decydowania o tym, co ludzie powinni jeść na śniadanie, nie wygasa również u dzisiejszych planistów demokratyczno-wolnorynkowych. O ile są w stanie pójść z mieszkańcami na kompromis w sprawie bułki, to przedszkoli już nie odpuszczą.

Urban sprawl (rozlewanie się miasta) jest zjawiskiem spontanicznym i polega na wyprowadzaniu się klasy średniej z blokowisk do domków z ogrodem na przedmieściu. Rozwój przedmieść (a nawet podmiejskich miejscowości) powoduje konieczność dojazdów do centrum i dowożenia dzieci do przedszkoli. I właśnie o te przedszkola chodzi. Zdaniem planistów jest to koronny argument za rygorystycznym planowaniem miasta. Co rano mieszkańcy przedmieść wsiadają ze swoimi pociechami do samochodów i zakorkowują ulice w drodze do przedszkoli. A powinni mieszkać tam, gdzie są zaprojektowane przedszkola, a nie tam, gdzie im się podoba. Bo teraz sami stoją w korkach i przez nich inni też muszą w nich stać. I jeszcze się domagają, by im budować nowe ulice, bo chcą szybciej dojechać do przedszkola.

Tak więc za tym, by mieszkańcy dostosowywali się do planów, przemawia troska o nich samych, jak również o ich współmieszkańców i o finanse miasta. Nietrudno tu wyczuć paternalizm i nietrudno zadać kilka podstawowych pytań dotyczących granicy pomiędzy uprawnieniami władczymi władz publicznych a wolnością jednostki: A jeśli jest samotną kobietą, która swojego planu na życie nie wiąże z macierzyństwem? A co z parami bezpłodnymi? A co z osobami, które już dawno odchowały swoje dzieci? A co z ludźmi, którym po prostu marzy się życie wśród zieleni i słowików? Wszyscy powinni dostać nakaz zamieszkiwania w pobliżu przedszkoli w środku miasta, bo planiści uważają, że tak będzie dla nich lepiej?

I wreszcie: dlaczego na Mariensztacie, gdzie jest przedszkole, nie ma ludzi? Skoro bliskość przedszkola jest podstawą, to przecież właśnie tam powinno ich być najwięcej. Takich pytań jak na razie nie słychać, więc tym bardziej nie słychać odpowiedzi.

Gdzie powinno się rozwijać miasto

Narastający w debacie publicznej protest przeciwko niekontrolowanemu rozrastaniu się miasta ostatnio znalazł swój wyraz w nawoływaniach, by z ogólnomiejskich funduszy nie budować metra na Białołękę (szybko rozwijająca się dzielnica po prawej stronie Wisły). Dylemat został sformułowany następująco: „Czy metro budować tam, gdzie deweloperzy kupili tanio pola kapusty i zabudowali blokami, czy też miasto powinno rozwijać się planowo – przy torach i tam, gdzie chce ratusz?”. Już sam styl pytania sugeruje, która odpowiedź jest właściwa.

Na nic zdają się argumenty, że to nie znienawidzeni przez planistów deweloperzy mają jeździć tym metrem, tylko mieszkańcy. Argument, że planów nie było, bo miejska administracja od lat ślimaczy się z ich przyjmowaniem, też ich nie przekonuje. Jeśli nie było zaplanowane, to bojkotujemy. Dobre jest tylko to, co zaplanowane. Pojawiają się nawet propozycje ujednolicenia wszystkich szyldów nad sklepami: wielkość, kolor i czcionka miałyby być wybrane przez Urząd Miasta. Karierę robi hasło przypisywane szwajcarskiemu architektowi Christianowi Kerezowi: „Przeciwieństwem piękna nie jest brzydota, lecz przypadkowość”.

Narastające od lat zniecierpliwienie bezplanowością Warszawy, czyli chaosem urbanistycznym, zaczyna przybierać formy coraz bardziej radykalne. Zwolennicy rygorystycznego planowania stają się nieustępliwi i skrajni. Czytelniku, jeśli masz nawet najmniejsze wątpliwości co do planowania, lepiej się z nimi nie ujawniaj. W obecnej atmosferze możesz być uznany za wroga publicznego, a już na pewno za idiotę.

Znikąd nie słychać refleksji

Do tak nerwowej sytuacji z pewnością doprowadził widoczny gołym okiem chaos w przestrzeni publicznej, a konkretnie zalew zwykłego dziadostwa. Wspomniany wyżej widok metalowych bud na osiedlu Sady Żoliborskie budzi wątpliwości nie tylko co do bezgranicznej wiary w moc planowania przestrzennego, lecz także – równie mocne – co do wolnej ręki w zabudowie przestrzeni. Wystarczy spojrzeć na te odrapane budy, które robią z miasta slumsy, by odechciało się nadmiaru wolności.

Nie dziwi zatem, że coraz częściej pojawiają się westchnienia do czasów PRL-u i bezkrytyczny entuzjazm dla ówczesnych rozwiązań planistycznych oraz niezauważanie ich oczywistych słabości, bardzo dzisiaj widocznych.

Jednak debata polegająca na przechodzeniu od jednej skrajności w drugą to żadna debata. Nie ma prawdziwej rozmowy na temat znalezienia punktu pomiędzy skrajnościami.

Trudno oczekiwać, aby inicjatywa rozpoczęcia takiej debaty wyszła od środowisk urbanistycznych. Nie jest w ich interesie grupowym pozbawianie się monopolu na dyskusję o mieście. Nie można też spodziewać się po nich krytycznej oceny plusów i minusów osiągnięć ich własnych kolegów sprzed lat, są dla nich niedościgłymi mistrzami. Konstatacja, że trendów społecznych nie da się do końca przewidzieć ani zadekretować, też byłaby dla wielu zbyt dalekim odejściem od ortodoksji zawodowej i podważeniem fundamentów ideowych ich pracy.

Ambicje zawodowe i potrzeba prestiżu wykluczają zaryzykowanie dyskusji, która mogłaby skończyć się obniżeniem prestiżu zawodowego, zdjęciem urbanistów z piedestału, na którym chcą się widzieć jako przewodnicy społeczeństwa. Urbaniści nie życzą sobie być traktowani jak kierowcy autokaru, odpowiedzialni „zaledwie” za dowiezienie wycieczki bezpiecznie i na czas. Chcą decydować, dokąd wycieczka pojedzie.

Do tego dochodzą efekty wyłącznie politechnicznego wykształcenia urbanistów – słuchając ich wypowiedzi, można niekiedy odnieść wrażenie, że znajomość podstaw ekonomii jest im równie obca, jak i wiedza o fizyce kwantowej. Podobnie widoczne są braki znajomości nauk społecznych. Ryzyka wiążące się ze szczegółowym i rygorystycznym planowaniem są oczywiste dla każdego, kto choćby liznął studiów na kierunkach społecznych, lecz wydaje się, że urbaniści ich nie widzą. A przecież rozwój miast to zagadnienie przede wszystkim społeczne, technika ma tu znaczenie wtórne. Powoduje to, że dyskusje rozbrzmiewające w mediach i publicznych debatach czasami rażą naiwnością.

Można by mieć nadzieję, że fenomen ostatnich lat – ruchy miejskie – da odpowiedź, na jaką nie mogą się zdobyć zawodowcy. Jednak pierwsze podsumowania ich działalności każą raczej upatrywać ich celów w happeningu i dążeniu do władzy, a nie w pogłębionej refleksji i stworzeniu nowego, pozytywnego programu. Jeśli już znajdzie się w ich wypowiedziach poszukiwania programowe, to okaże się, że raczej dążą one do bezrefleksyjnego powielenia tego, co postulują zawodowcy.

Pewnie więc za następnych 25 lat, z okazji pięćdziesięciolecia Trzeciej Rzeczpospolitej, wciąż będziemy się zastanawiać, co dalej z polskimi miastami: planować czy nie planować.

Tekst pochodzi z XVII numeru „Liberte!”. 

Czytaj również
O autorze
*
MarcinWojciechowski