Po nas choćby potop

Drukuj

Od kilku lat ocieramy się o progi ostrożnościowe zapisane przezornie w ustawach, a nawet konstytucji. Stały się one przyczynkiem do naszej chwały w kryzysie, dziś rząd proponuje by je na „ten jeden raz zawiesić”. Przy czym zdajemy sobie sprawę, że „ten jeden raz” oznacza „na zawsze”. Wystarczy przypomnieć sobie o „tymczasowo” wprowadzonym podatku Belki, albo „czasowej” podwyżce VAT. Rząd zupełnie przy tym nie zauważa, że rozmontowuje tamę chroniąca nas przed wydatkowym szaleństwem – bo skoro można zwiesić ten raz to czemu nie drugi, trzeci, czwarty.

Minister Rostowski twierdzi, że „likwidacja OFE nie jest całkowicie wykluczona”. Otóż mija się z prawdą. Likwidacja OFE jest całkowicie pewna. Nie wiadomo tylko czy nastąpi podczas tego czy następnego „przeglądu” systemu emerytalnego. Bo właśnie do demontażu systemu służą te „przeglądy”. Łatwo to zauważyć, bo ani jeden sensowny wniosek z poprzedniego przeglądu nie został wdrożony w życie, jedyne co się ostało to obcięcie składki.

Nasze finanse publiczne są trwale niezbilansowane, a co gorsza ten rozjazd przychodów i wydatków będzie się tylko pogłębiał. Żadna siła polityczna nie jest zainteresowana zmianą tego stanu rzeczy, a trudno sobie wyobrazić by Leszek Balcerowicz ze swoim FOR zdobył większość miejsc w parlamencie. Reformy nie będzie, bo prowadziłaby ona do zachwiania delikatnej równowagi polegającej na kupowaniu spokoju społecznego od zorganizowanych i wpływowych grup społecznych takich jak górnicy, nauczyciele, administracja etc. za pieniądze sektora prywatnego. Żaden polityk nie jest samobójcą.

Jednak widzimy jakim obciążeniem staje się ta sytuacja. Każdy nawet niewielki kryzys wywołuje lawinę zadłużenia i od kilku lat ocieramy się o progi ostrożnościowe zapisane przezornie w ustawach, a nawet konstytucji. Stały się one przyczynkiem do naszej chwały w kryzysie, dziś rząd proponuje by je na „ten jeden raz” zawiesić. Przy czym zdajemy sobie sprawę, że „ten jeden raz” oznacza „na zawsze”. Wystarczy przypomnieć sobie o „tymczasowo” wprowadzonym podatku Belki, albo „czasowej” podwyżce VAT. Rząd zupełnie przy tym nie zauważa, że rozmontowuje tamę chroniąca nas przed wydatkowym szaleństwem – bo skoro można zwiesić ten raz to czemu nie drugi, trzeci, czwarty… Celem jest ochrona wydatków, co widać po projekcie nowelizacji budżetu polegającej głównie na wzroście deficytu.

Wszystko to w czasach, kiedy nasz kraj ma się całkiem nieźle. Katastrofa demograficzna uderzy z pełną siłą za około 10 lat, wciąż odnotowujemy wzrost gospodarczy. Lepiej już było i można przygotowywać się na twarde lądowanie. Stąd worki pieniędzy w OFE czy Funduszu Rezerwy Demograficznej nie będą pozostawione przez rządzących w spokoju. Jeśli będzie można za nie kupić trochę wyborczej kiełbasy to tak się stanie. Orkiestra będzie grała póki będzie się dało udawać, że istniejąca sytuacja jest do utrzymania.

Tsunami

To jednak musi się w końcu skończyć, bo walka z matematyką na dłuższą metę jest z góry przegrana. Same deficyty FUS będą w stanie rozbić każdy budżet, zwłaszcza bez zabezpieczenia w Funduszu Rezerwy Demograficznej. Jednocześnie rozmontowywanie OFE to tych deficytów dodatkowe zwiększanie, tylko po to by poratować dzisiejszy budżet, który relatywnie operuje w świetnej sytuacji. To jakby zamiast oszczędzać na czarną godzinę zaciskając pasa kiedy jest dobrze, zapożyczać się w świetnych latach by spłacać długi w ciężkim okresie. Z punktu widzenia rozsądnego człowieka jest to zupełnie bezsensowne działanie, ale z punktu widzenia polityka spłata długów nastąpi, kiedy on sam na pewno nie będzie już u władzy, a tymczasem najbliższe wybory za pasem. Ale to właśnie horyzont patrzenia odróżnia polityka od męża stanu.

Zatem za lat kilka lub kilkanaście znajdziemy się w sytuacji, w której mamy olbrzymie zobowiązania – głównie emerytalne i zero aktywów. Zapewne czeka nas wówczas bankructwo zakończone na przykład rozwiązaniem w postaci emerytury obywatelskiej. Konieczne będzie tez obcięcie wielu przywilejów, czemu będą towarzyszyć olbrzymie protesty. Jeśli nazwiemy to „greckim wariantem” to mamy dość optymistyczną wizję. Za 10 czy 15 lat Niemcy same znajdą się w trudnej sytuacji i raczej nie będą pompowały w Polskę miliardów by nieco złagodzić wstrząs tak jak dziś to ma miejsce w Helladzie. Co się wyłoni kiedy opadnie kurz – trudno powiedzieć. Miejmy nadzieję, że państwo gotowe porzucić szalone pomysły i budować swoją przyszłość na wolności – w tym gospodarczej. Niestety dużo bardziej prawdopodobne jest, że za katastrofę interwencjonizmu odpowiedzialnością zostaną znowu obarczeni liberałowie. Wpaść wtedy możemy w spiralę populizmu prowadzącego do jeszcze większej biedy. To niestety dużo bardziej prawdopodobny scenariusz.

Czytaj również
  • Łukasz Stach

    Zgadzam się z Pana tekstem, a dodałbym jeszcze, że najgorsze jest w tym przyrastaniu długu i „dojeniu” pozostałych jeszcze aktywów (OFE, FRD), że pieniądze te idą na zaspokojanie roszczeń poszczególnych grup (co Pan trafnie zauważył). Gdyby to szło na infrastrukturę, modernizację energetyki, badania naukowe, wspieranie np. programu budownictwa mieszkaniowego czy edukację to możnaby to było jeszcze przeboleć, bo powstałaby jakaś baza, na której możnaby oprzeć przyszły wzrost. Tymczasem te pieniądze są przejadane i cześć… Kasa przepadnie, długi zostaną, ale to dopiero za dekadę, może nawet nieco później… A wtedy rządzić będą inni…

  • marcinach

    A skórki z lemingów to po ile?

  • Hubert Sulżyński

    Bardzo dobry tekst, najgorsze że prawdopodobnie kolejna partia rządząca jest na tyle socjalistyczna iż nie będzie narażała spokoju publicznego dla odważnych zmian w gospodarce, boję się kolejnych wyborów, po „złych” będą jeszcze gorsi…

O autorze
*
TomaszKasprowicz
Przedsiębiorca, naukowiec, publicysta.