Pobudka niemieckiej gospodarki

Drukuj

Nowy minister gospodarki w rządzie Angeli Merkel, reprezentujący liberalną FDP Rainer Brüderle, miał pod koniec stycznia szansę, aby podzielić się z opinią publiczną bardzo dobrą informacją. Mianowicie najnowsze dane odnośnie dynamiki zamówień dla niemieckiego przemysłu wskazały na dużo silniejsze odbicie koniunktury niż dotychczas przewidywali eksperci resortu. W ujęciu miesięcznym wskaźnik ten (istotny o tyle, że obrazuje, z jaką mocą gospodarka będzie pracowała w najbliższych miesiącach) wzrósł w listopadzie aż o 2,8%, choć wcześniejsze prognozy wskazywały na wzrost rzędu zaledwie 0,2%. Do wzrostu wskaźnika przyczyniły się zwłaszcza zamówienia z zagranicy (+3,6%) w tym w szczególności spoza strefy euro. W tym samym okresie w całej strefie euro analogiczny wskaźnik wzrósł zgodnie z danymi Eurostatu o zaledwie 1,6%. Choć w odniesieniu do indeksu zamówień przemysłowych w Niemczech nie można mówić jeszcze o stabilnym trendzie wzrostowym (w październiku spadł on o 1,9%; dane za Bundesministerium für Wirtschaft und Technologie), to również niezależni ekonomiści uważają, że listopadowy wzrost można interpretować jako jeden z sygnałów nadchodzącej poprawy koniunktury gospodarczej.

Pierwsze oznaki ożywienia

Tempo ożywienia gospodarczego w roku 2010 jest faktycznie oceniane przez większość ekspertów z umiarkowanym, lecz jednak, optymizmem. Komisja Europejska szacuje wzrost niemieckiej gospodarki w bieżącym roku na 1,2% (a więc wyraźnie więcej niż prognoza dla całej UE wynosząca 0,7%). Rząd Niemiec wychodził wstępnie z takiego samego założenia jak Komisja Europejska, jednak pod koniec stycznia zdecydował się podnieść swoją prognozę do poziomu 1,4%. Bardziej optymistyczni są analitycy Deutsche Banku, którzy spodziewają się wzrostu PKB aż o 2%. Sceptycznie do sprawy podchodzi natomiast Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który potencjał wzrostu niemieckiej gospodarki szacuje na zaledwie 0,3%. Z perspektywy dynamiki wzrostu, jaką osiągały w ostatnich latach gospodarki rozwijające się, takie prognozy mogą nie robić wrażenia – warto jednak zauważyć, że w całej mijającej dekadzie wzrost PKB w Niemczech tylko dwukrotnie przekroczył poziom 2% (dane za Eurostat).

Rys. 1. Prognozy wzrostu PKB Niemiec w 2010 r., dane w %

Źródło: Opracowanie własne, dane za portalami DB Research, Eurostat, MF i MFW.

Dla gospodarki niemieckiej takie tempo wzrostu jest więc obiektywnie znaczne – w przeciwieństwie choćby do gospodarki polskiej, której potencjał wzrostu (ze względu na niższą bazę) jest znacznie wyższy. Znacznego odbicia ekonomiści spodziewają się przede wszystkim w dziedzinie eksportu. Choć dzierżoną od sześciu lat pałeczkę lidera światowego eksportu Niemcy utraciły w ubiegłym roku na rzecz Chin, w 2010 roku zgodnie z prognozą The Economist Intelligence Unit wartość niemieckiego eksportu może zwiększyć się nawet o 7% (w cenach bieżących) i sięgnąć 980 miliardów euro, wobec 918 miliardów w roku 2009. Wzrosnąć – choć znacznie mniej dynamicznie – ma również konsumpcja prywatna, a eksperci berlińskiego resortu gospodarki w świetle listopadowych danych o zamówieniach w przemyśle również i w tym zakresie z większym optymizmem patrzą na pierwszy kwartał 2010 roku.

Po fatalnym dla niemieckiej gospodarki roku 2009 (spadek PKB według różnych szacunków rzędu od 4,8% do 5%, a więc nie tylko największy w powojennej historii tego kraju, ale i znacznie głębszy niż przeciętnie w strefie euro), pierwsze oznaki ożywienia nad Menem i Łabą wydają się wyraźnie przebijać. Na poprawę nastrojów wyraźnie wskazuje również systematycznie rosnący w ostatnich miesiącach indeks Ifo. Wartość indeksu opracowanego przez monachijski Instytut Badań nad Gospodarką w części dotyczącej oczekiwań co do rozwoju koniunktury zyskał już 25 punktów wobec swojego wieloletniego minimum z końca 2008 roku. W styczniu jego wartość wyniosła 100,6 punkta (o 1,7 punktu więcej niż w grudniu) i była najwyższa od lipca 2007 roku. Trend wzrostowy indeksu Ifo odnotowano już 10 raz z rzędu, jednak skala poprawy nastrojów, jaka miała miejsce w grudniu zaskoczyła nawet analityków, którzy spodziewali się mniejszej zmiany w stosunku do grudnia.

Rys. 2. Wartość wskaźnika IFO w okresie XII 2008 – I 2009

Źródło: opracowanie własne, dane za portalem Instytutu Badań nad Gospodarką.

Zręczna reakcja na kryzys

Sądząc po aktualnych prognozach instytucji międzynarodowych (w tym Komisji Europejskiej), ożywienie gospodarcze w Niemczech może mieć bardziej dynamiczny charakter niż w innych krajach, choć w kontekście rozmaitych protekcjonistycznych polityk innych rządów niekoniecznie sprzyjał temu wysoki poziom zależności tamtejszej gospodarki od eksportu. Wielkich wątpliwości nie budzi również fakt, że to stosunkowo dynamiczne ożywienie niemiecka gospodarka zawdzięcza dość zręcznej reakcji na kryzys, jaką zaaplikował jej gabinet Angeli Merkel. Skala pakietów antykryzysowych była w Niemczech co prawda znacznie mniejsza niż w Stanach Zjednoczonych (według szacunków Deutsche Banku wyniosła ona w Niemczech nieco ponad 3% PKB, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych była prawie dwukrotnie wyższa). Zestaw dobranych instrumentów okazał się przy tym skuteczny. Dwa główne pakiety koniunkturalne obejmowały ulgi podatkowe (tak dla osób fizycznych, jak i przedsiębiorców), podwyższenie świadczeń rodzinnych, zmniejszenie obowiązkowych składek na ubezpieczenie zdrowotne i od utraty pracy, a także zwiększone inwestycje publiczne w zakresie infrastruktury. Dzięki tym propozycjom uniknięto radykalnego załamania konsumpcji i dano niezbędny oddech przedsiębiorcom. Wydaje się jednak, że kluczowe znaczenie dla niemieckiej gospodarki miały dwa rozwiązania – tzw. premia za odwraczanie (niem. Abwrackprämie) i rozszerzenie możliwości skracania pracownikom czasu pracy (niem. Kurzarbeit).

Premia za odraczanie to bez wątpienia najbardziej popularny antykryzysowy pomysł rządu w Berlinie (samo sformułowanie Abwrackprämie otrzymało nawet tytuł niemieckiego Słowa Roku 2009). Dla ożywienia koniunktury w przemyśle motoryzacyjnym (bez wątpienia dla niemieckiej gospodarki najważniejszym), ale również z pobudek ekologicznych, niemiecki rząd zaproponował posiadaczom ponad 9-letnich samochodów dopłatę w wysokości 2500 euro na zakup nowego, spełniającego wysokie normy ekologiczne modelu, o ile tylko zezłomują stary samochód. Zainteresowanie programem zdecydowanie przerosło oczekiwania rządu i mimo podwyższenia kwoty pierwotnie przeznaczonej na ten cel (ostatecznie 5 miliardów euro) z dopłat można było korzystać raptem przez dwa miesiące. Jednak te dwa miesiące wystarczyły, aby branża motoryzacyjna zanotowała wyraźny wzrost produkcji względem ubiegłego roku. W 2009 roku koncerny motoryzacyjne sprzedały w Niemczech aż 3,8 milionów nowych samochodów, co uchroniło je przed masowymi zwolnieniami, a tysiące kooperujących z nimi firmami – przed upadkiem.

Dla rynku pracy kluczowe znaczenie miało z kolei rozszerzenie możliwości stosowania skróconego czasu pracy. W grudniu 2009 roku liczba osób bezrobotnych w Niemczech wynosiła niespełna 3,3 mln i była tylko o nieco ponad 250 tys. osób wyższa niż w październiku 2008, kiedy wskaźnik ten osiągnął swoje długoletnie minimum. Tym samym stopa bezrobocia w Niemczech utrzymuje się na stosunkowo niskim, i wciąż znacząco niższym od europejskiej średniej, poziomie 8,7%. Zwłaszcza w kontekście galopującego wzrostu bezrobocia w innych gospodarkach (np. amerykańskiej i hiszpańskiej) , trudno nie zgodzić się, że kluczową rolę odegrała na niemieckim rynku pracy możliwość skrócenia czasu pracy. Regulacja ta pozwala przedsiębiorcy zmniejszenie wymiaru czasu pracy pracownika, przy czym za nieprzepracowany czas musi wypłacić mu 60% standardowego wynagrodzenia (67% gdy pracownik ma dzieci). Rozwiązanie takie pozwala pracodawcy na pewną elastyczność i odsunięcie decyzji o zwolnieniach, jeśli czasowo zatrudnienie jest wyższe niż wskazują potrzeby produkcyjne. Długofalowo rozwiązanie niesie za sobą dodatkową korzyść w postaci oszczędności na kosztach rekrutacji i wdrażania nowych pracowników, kiedy produkcja znowu wzrasta. Możliwość zastosowania skróconego czasu pracy nie jest rozwiązaniem nowym w niemieckim prawie – zmiana wprowadzona w 2009 roku polegała na jego wydłużeniu i to znacznym, bo z 6 do 24 miesięcy. W 2009 roku w systemie skróconego czasu pracy pracowało w Niemczech 1,5 mln osób, obecnie ich liczba spadła do około 1,1 mln osób. Biorąc pod uwagę, że w ramach systemu pracownik przeciętnie pracuje w wymiarze 1/3 dotychczasowego czasu pracy, jego wprowadzenie mogło oszczędzić aż około 400 tys. miejsc pracy. Stosunkowo dobra sytuacja na rynku pracy uchroniła z kolei niemiecką gospodarkę przed poważnym załamaniem popytu na rynku wewnętrznym.

Co będzie dalej?

Wiele spośród rozwiązań wdrożonych przez niemiecki rząd w 2009 roku będzie jeszcze funkcjonowało w roku 2010. Przedsiębiorcy chcący skorzystać z mechanizmu skróconego czasu pracy, będą mogli stosować go przez 18 miesięcy – nieco krócej niż rok wcześniej, ale wciąż trzy razy dłużej niż przed kryzysem. Wiele z rozpoczętych inwestycji infrastrukturalnych będzie realizowanych również w 2010 roku, a w najbliższych miesiącach w życie wejdą instrumenty przewidziane kolejnym, trzecim pakietem koniunkturalnym, czyli tzw. Ustawą przyspieszenia gospodarczego, obejmującą przede wszystkim rozwiązania podatkowe (podwyższenie ulgi na dzieci, ulgi w zakresie podatków spadkowych i CIT-u oraz obniżenie VAT-u na usługi hotelarskie). Z pewnością w 2010 roku właściciele starych samochodów nie będą mogli liczyć na ulgę w zakupie nowego pojazdu – bez tego wsparcia branżę motoryzacyjną mogą czekać ciężkie dni – szef niemieckiego związku przemysłu motoryzacyjnego (VDA) Matthias Wissmann prognozuje, że sprzedaż samochodów może być w tym roku nawet o milion sztuk (a więc praktycznie o jedną czwartą) niższa niż w roku 2010. Jednak motoryzacyjni lobbyści już przekonują rząd w Berlinie do kolejnych instrumentów wsparcia – obecnie na tapecie jest bardziej korzystne rozliczanie prywatnego korzystania z samochodów służbowych pod względem podatkowym oraz wsparcie rządu na działalność badawczo-rozwojową prowadzoną przez przemysł. Zapewne branży, która generuje w niemieckiej gospodarce największą liczbę miejsc pracy, część z tych pomysłów uda się przeforsować. Biorąc pod uwagę skalę działań interwencyjnych, na perspektywę wzrostu w 2010 roku można faktycznie patrzeć spokojnie. Dodatkowo wzrost będą wspierać stabilny poziom inflacji, stabilizacja na rynkach finansowych (systematyczny spadek awersji do ryzyka i związana z nim zwiększająca się dostępności do kredytów dla przedsiębiorstw), a także wysoka wiarygodność kredytowa Niemiec, która odsuwa zagrożenie znaczącym wzrostem oprocentowania obligacji i niski poziom stóp procentowych, który przypuszczalnie przez większość 2010 roku nie ulegnie znaczącej poprawie.

Rozwiązania, które w walce z kryzysem zastosował rząd Niemiec, miały oczywiście charakter interwencji, ale interwencji stosunkowo rozsądnej. Berlin nie pakował bez opamiętania miliardów euro w wymagające restrukturyzacji przedsiębiorstwa, ale starał się uelastycznić rynek pracy, odciążyć podatkowo konsumentów i przedsiębiorców oraz dać impuls do nabywania ekologicznych produktów. Dziś można powiedzieć, że te rozwiązania się sprawdziły, a niemiecka gospodarka zapewne zakończy 2010 rok na solidnym plusie – pytanie jednak, co dalej? W konsekwencji hojnych działań antykryzysowych w 2010 roku deficyt budżetowy będzie rekordowo wysoki i wyniesie ponad 85 miliardów euro, a więc prawie dwa razy więcej niż przewiduje unijny limit zapisany w Pakcie Stabilności i Wzrostu, który dopuszcza deficyt na poziomie 3%. Tym samym poziom długu publicznego 2010 roku zbliży się do granicy 80%. Chadecki minister finansów Wolfgang Schäuble ocenia, że taki wzrost zadłużenia w bieżącym roku jest „trudny, niezbędny i ekonomicznie prawidłowy” ze względu na konieczność prowadzenia antycyklicznej polityki gospodarczej. Jednocześnie Schäuble zapowiada, że od 2011 roku rozpocznie ostrą batalię o przywrócenie stabilności finansów publicznych – zgodnie z zaproponowaną przez niego regułą, co roku deficyt ma spadać o 10 miliardów euro. Takie postępowanie jest konieczne nie tylko ze względu na grożącą palcem Komisję Europejską (choć ta ma akurat poważniejsze problemy – na przykład z Grecją), ale i wielką niemiecką dumę, jaką jest wiarygodność kredytowa. Od 2011 roku specjalne rozwiązania, ulgi i dodatkowe wsparcie będą więc musiały stopniowo znikać. Ponadto, ustalane we Frankfurcie stopy procentowe też nie będą wiecznie na obecnym rekordowo niskim poziomie (EBC już wycofuje się z pierwszych interwencyjnych mechanizmów, dając sygnał, że wyjście ze skrajnego poluzowania polityki monetarnej jest nieuchronne). Eksperci z firmy Deloitte na podstawie badania przeprowadzonego wśród podmiotów z branży motoryzacyjnej przewidują z kolei, że wśród podwykonawców wielkich koncernów może dojść do fali bankructw. Prawdziwym testem dla niemieckich pakietów koniunkturalnych będzie więc rok 2011 i kolejne. Wtedy okaże się, czy instrumenty wprowadzone przez rząd Angeli Merkel miały charakter wędki, która pozwoliła przedsiębiorstwom przejść przez najtrudniejszy moment i dalej już samodzielnie generować wzrost, czy też ryby, która tylko krótkofalowo uratowała przedsiębiorstwa przed śmiercią głodową.

Czytaj również
O autorze
*
KamilaŁepkowska