Podłączeni / wykluczeni

Drukuj
by Philip.Harvey
by Philip.Harvey

Jacek Żakowski twierdzi, że młode pokolenie czuje nową rzeczywistość przez skórę – czy ta przesłanka wystarcza do postawienia tezy, że wraz z ich wejściem do życia publicznego coś się zmieni? Członków tego napompowanego cyfrowymi kompetencjami pokolenia nie łączy nic oprócz daty narodzin. Zamiast ścierać się ze starszymi, wyłączają się z oficjalnego obiegu. Porzucają nadzieję na dokonanie systemowych zmian, nieświadomi, że bez ich aktywnego udziału te zmiany nigdy nie zajdą. Zamiast fali formacyjnego buntu, na której poprzednie pokolenia wpływały do polityki, wybierają boczne nurty, w których poszukują polityki alternatywnej. Ich eksperymenty są oczywiście pożyteczne i mądre, jednak dopóki przeprowadza się je na marginesie życia publicznego, nie mają większego znaczenia dla kierunku, w którym zmierza nasz kraj.

Młodzi, czyli jacy?

„Młodzi” w tekście Żakowskiego przybierają różne oblicza. Ich opis miejscami świadczy o błędnym postrzeganiu rzeczywistości przez autora – co to znaczy, że jeśli żyją, to „na fejsie”, jeśli studiują, to „na dobrych uczelniach”, naturalnie „nie interesują się przeszłością”? Jeśli tak opisana grupa rzeczywiście istnieje w społeczeństwie, to jest nieliczna.

„Młodzi” bywają też dla Żakowskiego fantasmagoryczną wypadkową niezrealizowanych marzeń jego pokolenia – „biorą kredyty, […] pracują w jęz. «lengłicz»”. Takie decyzje życiowe to dla większości nie szczyt aspiracji, lecz smutna konieczność – trudno zatem traktować je jako jądro definicji tego pokolenia. Emigracja zarobkowa lub zaciąganie kredytu to często jedyna możliwa odpowiedź na sytuację ekonomiczną w Polsce.

Ci, którzy nie godzą się na emigrację, mają do wyboru dwa wyjścia – skazać się na wegetację i stagnację, w najlepszym razie wykonywać pracę nieprzystającą do ich wykształcenia, za pieniądze ledwo starczające do pierwszego, lub – co ciekawsze – spróbować stanąć na własnych nogach, choć państwo cały czas rzuca pod nie kłody. Nie bez powodu ten gen zaradności ujawnia się najczęściej w formie biznesów prowadzonych online lub wykorzystujących nowoczesne technologie – i to nie tylko z tego powodu, że nowoczesna gospodarka zapewnia dużo wyższą stopę zwrotu niż tradycyjna. Dla przedsiębiorczej grupy młodych to po pierwsze sposób zagrania państwu na nosie – ominięcia granic tradycyjnych podziałów społecznych czy opresyjnej jurysdykcji. To ludzie, którzy opinie czerpią z Buzzfeeda, a o „Przekroju” słyszeli, bo ich dziadkowie zbierali komiksy z Filutkiem.

Taka garstka uzdolnionych – którzy dadzą sobie radę nawet w najtrudniejszych warunkach, bo są na tyle elastyczni, że potrafią się do nich dostosować – znajdzie się w każdym pokoleniu. Zwykle tworzy ona awangardę wyznaczającą kierunek rozwoju całego społeczeństwa – tak jak w niedawnym wywiadzie słusznie zauważa Sławomir Sierakowski. Śnią, knują, planują i posiadają charyzmę, która pozwala im porywać masy. Nadzieja na prawdziwą zmianę w poprzednich pokoleniach pojawiała się jednak dopiero tam, gdzie ścierały się różne pomysły na Polskę – praca filomatów byłaby niczym bez Związku Wolnych Polaków, a o Komitecie Obrony Robotników trudno dziś mówić w oderwaniu od Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Ruchu Młodej Polski. Również dzisiejsze „najważniejsze tytuły młodego pokolenia”, opisane przez Żakowskiego (łącznie z tymi niewymienionymi; pominął między innymi „Pressje” i „Teologię Polityczną”) prowadzą obfity w argumenty i cywilizowany (!) dialog o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości kraju.

Nie można tego samego powiedzieć o obecnej klasie politycznej – ani o sejmowych weteranach okopujących się na pozycjach od pięciu kadencji, skupionych na utrzymaniu stałej linii frontu, ani o młodych wilkach, powielających najgorsze znane już praktyki życia partyjnego w jeszcze brutalniejszej, bezwzględnej oprawie. Bossowie polityczni nie mają dosłownie żadnej wizji zmian w Polsce, zamiast pokazywać ludziom szanse i prowadzić ich do reform, wsłuchują się w sondaże – za miarę sukcesu w życiu publicznym uważają bowiem długość utrzymania zajętych dawno pozycji.

Różnorodne środowiska młodych budujące wizję zmian znajdują się poza tym systemem władzy. Tworzą pisma o nikłym zasięgu oraz ważne, acz systemowo zepchnięte na margines NGO-sy. Nie potrafiąc lub nie chcąc podjąć rękawicy w prawdziwej politycznej walce, próbują tworzyć alternatywne kanały sprawowania namiastki władzy. Lobbują za rozwiązaniami, które pozwolą im ominąć system demokracji przedstawicielskiej – na przykład wyszły z inicjatywą wprowadzania lokalnych referendów, które mają być rozstrzygające niezależnie od frekwencji. To jasno pokazuje patologię zarówno obecnego establishmentu politycznego, który nie potrafi włączyć w system najciekawszych młodych środowisk, jak również nieracjonalne podejście tych młodych środowisk, których niechęć do partii politycznych, naturalnych instytucji państwa demokratycznego staje się patologiczna i nie rokuje nic dobrego na przyszłość.

Część z nich utraciła jednak wiarę w możliwość zmiany obecnego systemu. Jedni bezskutecznie próbowali rozsadzić go od środka (na przykład angażując się w młodzieżówki partyjne), inni tworzyli nowe struktury według zastanych zasad. Ze względu na zmieniającą się naturę roli władzy (miejskiej, państwowej), ich poszukiwania lokaty, w której mogliby zdeponować swoją lojalność, kończą się fiaskiem. Przenoszą ją więc w miejsca, w których ich wysiłek przynosi efekt, w których jest doceniany – koncentrują się na prywatnych klubokawiarniach, czasopismach, inicjatywach kulturalnych. Ani jednych, ani drugich nie interesuje brudzenie sobie rąk polityką – bo skoro można całkiem nieźle sobie radzić na marginesie życia publicznego, nie ponosząc zarazem publicznej odpowiedzialności, to czego chcieć więcej? Ta ucieczka od prawdziwej odpowiedzialności za państwo świadczy jednak o zasadniczej niedojrzałości tej elity, która de facto jeszcze nie zapracowała sobie na to miano.

Naszym strategicznym interesem jest przerwanie tego zaklętego kręgu wykluczenia – potęgowanego przez nadzieje pokładane w inicjatywach referendalnych czy narzędziach demokracji bezpośredniej, które w istocie oddalają młodych od realnej władzy. Kontestacja systemu przez najciekawsze środowiska młodzieżowe w efekcie jedynie konserwuje dominację starych – a stawka, o którą grają, jest o wiele wyższa. Tu nie chodzi o utrzymanie kogokolwiek w siodle, czy też – mówiąc brutalniej – przy korycie, ale o to, że bez zmiany pokoleniowej nie dokona się realna modernizacja. Wszystkie będące u władzy środowiska polityczne, od prawa do lewa, są niezdolne do wprowadzania zmiany, są odtwórcze, krótkowzroczne, nastawione jedynie na schlebianie najniższym sondażowym oczekiwaniom wyborców. A jeżeli już twierdzą, że mają coś do zaoferowania, nie wychodzą poza kilka banałów. To administratorzy, kiepscy księgowi – nie zaś wizjonerzy i prawdziwi liderzy, którzy by trafnie rozpoznawali wyzwania XXI wieku.

Partyjni wodzowie już kilkakrotnie udowodnili, że nie rozumieją, na czym polega nowa fala modernizacji przetaczająca się właśnie przez świat. Owszem, czytają przemówienia z ekranu iPada, nie potrafią jednak poprowadzić Polski do zmian, dzięki którym kolejne przełomy cywilizacyjne o globalnym zasięgu (na miarę tabletów) zrodzą się właśnie u nas. Wszystko wskazuje na to, że inwestowanie w te własnie obszary tworzy współcześnie zasoby bogactwa narodów i nową jakość życia dla kolejnych pokoleń. Dopóki nie przerwiemy kręgu wykluczenia, awangardowe, ideowe grupy młodych zamiast dokonywać przełomów będą zaledwie reprodukować system albo bez końca dryfować w bocznych nurtach.

Podłączeni/wykluczeni

Grupę młodych, o której z taką wielką wiarą pisze Żakowski, można – stosując te same kryteria – wyróżnić także w jego pokoleniu. On sam zalicza się do tych, którzy zwiedzili świat, brylują na salonach, których od papieża i prezydenta Stanów Zjednoczonych dzieli „podanie ręki”. Nazwijmy ich „podłączonymi”. To ludzie, którzy posiadają kompetencje wymagane przez otaczającą ich rzeczywistość. Na początku lat dziewięćdziesiątych aby być „podłączonym” wystarczyło być przedsiębiorczym i pewnym siebie – na granicy buty.

Do funkcjonowania w dzisiejszym świecie niezbędna jest natomiast elastyczność: łatwość adaptacji, mobilność, komunikacja. Umiejętność nawigacji w takim świecie, w którym zmieniający się model produkcji wymaga od rolnika, by sprzedawał plony przez aplikację mobilną z pominięciem skupów zboża. W świecie, w którym konkurencja i rynek pracy pozwalają hydraulikowi pracować trzy dni w tygodniu w Oslo, a pozostałe cztery dni spędzać z rodziną w Polsce.

Nie jest prawdą, że „wykluczenie” ma charakter pokoleniowy i polega na tym, że starsze pokolenie nie umie dostatecznie sprawnie posługiwać się nowoczesnymi technologiami. „Wykluczenie” to pojęcie dużo szersze – oznacza brak umiejętności adaptacji do świata, który tworzy się na naszych oczach, w tym przypadku – za sprawą rewolucji cyfrowej. Jest to świat elastycznego czasu pracy, samozatrudnienia, nowego modelu rodziny, innych stylów życia, różnorodnych systemów własności. Tak rozumiane „wykluczenie” może dotyczyć zarówno młodych, jak i starych.

Problem dotyczy również tych wszystkich, dla których państwo to „oni”, nie „my” – niezależnie od tego, czy to Polska Republika Ludowa, czy III Rzeczpospolita Polska. To potężna grupa, której nie da się wyróżnić cezurą wieku, wykształcenia czy dochodu. To ci, którzy nie czują jakiejkolwiek identyfikacji kolektywnej (moje miasto, moje państwo). Ten brak utożsamienia przekłada się na niechęć do wysiłku na rzecz poprawy jakości funkcjonowania wspólnoty i wzięcia za nią odpowiedzialności.

Odpowiedzialni za nową modernizację

Nic dziwnego, że Donald Tusk swobodnie wygrywa wybory hasłami anty-modernizacji dwa razy z rzędu, skoro dotychczasowi reformatorzy nie potrafili odpowiedzieć na powyższe wyzwania i nie „podłączali” wykluczonych, a tylko pogłębiali podziały. Tylko czy obowiązek modernizacyjny spoczywa właśnie na politykach? Tak, ale nie tylko na nich – zmiana zależy od wszystkich „podłączonych”, zarówno młodych, jak i starych. To „podłączeni” muszą wciągnąć na pokład zmian całe społeczeństwo.

Odpowiedzią nie są więc rewolucja ani fajerwerki na czele radosnego pochodu młodych, których oczekuje Żakowski, lecz żmudny proces oddolnej pracy, wymagający ogromnej dojrzałości i strategicznego myślenia, którym nie wykazali się dotychczas ani młodzi, ani starzy.

To wysiłek, który wymaga wyznaczenia ram sporów pomiędzy „Gazetą Wyborczą” a Telewizją Trwam, Lisem a Terlikowskim czy Klubem Jagiellońskim i „Krytyką Polityczną”, ram, które pozwolą zmierzać do wyznaczenia pola kompromisu.

O ile kompromisy w dwóch pierwszych parach brzmią obecnie jak sen futurysty, o tyle ostatni z nich jest jak najbardziej możliwy. Środowiska młodych intelektualistów nie są bowiem zapiekłe i sekciarskie. Jeżeli od „starych” odróżnia nas cokolwiek, to właśnie to, że nie daliśmy się jeszcze zasypać w wojennych okopach, a język, którym mówimy, nie jest pełen nienawiści i pogardy. Zatem – aby doszło do zmiany, musimy jednak, niczym baron Münchhausen, wyciągnąć się za głowę z mentalnego bagna, w którym tkwimy po uszy. Trzeba ustalić nowe reguły gry, tak aby decydującej roli nie odgrywała w niej dominacja i głęboka stratyfikacja w relacjach, lecz oparta na zgodzie co do zasadniczych idei gotowość do pomnażania ludzkich talentów.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Wyborcza.pl

Dyskusja o przyszłości młodego pokolenia będzie kontynuowana na Europejskim Forum Nowych Idei w Sopocie podczas dyskusji „Cyfrowe pokolenie a nowoczesna gospodarka”. Serdecznie zapraszamy.

Czytaj również
  • Tomasz Kamiński

    „Ta ucieczka od prawdziwej odpowiedzialności za państwo świadczy jednak o zasadniczej niedojrzałości tej elity, która de facto jeszcze nie zapracowała sobie na to miano.” Tutaj trafiliście w sedno Panowie. Pokolenie trzydziestolatków jest jeszcze niedojrzałe, niegotowe aby przejąć władzę. Zbyt wygodnie jest nam w naszych „niszach”, klubokawiarniach, uczelniach, firmach… Pokolenie Żakowskiego stanęło przed koniecznością dziejową spowodowaną upadkiem elity komunistycznej. A my? My takiej konieczności jeszcze nie czujemy. Rządy PO są złe, ale nie aż tak złe, żeby nas zmobilizować do ruchu i przejęcia odpowiedzialności. Może tak musi być w normalnym kraju? Przemiana pokoleniowa następuje powoli, naturalnym jest, że rządzi pokolenie 50-60latków, a nie młodzi? Może ta niedojrzałość to stan normalny, więc nie ma co z tego nam czynić zarzutu?

*
Gość