Pogoda dla liberalizmu

Drukuj

Badania opinii publicznej wskazują na to, że rośnie liczba liberalnych światopoglądowo Polaków, którzy nie znajdują jednak swojej reprezentacji politycznej.

Wyniki majowych wyborów do Parlamentu Europejskiego wprowadziły w konsternację część komentatorów polskiej polityki. Przeprowadzone niemal w 25. rocznicę pierwszych częściowo wolnych wyborów głosowanie pokazało bowiem, że partie odwołujące się do programu lewicowo-liberalnego cieszą się poparciem raptem 13 proc. Polaków. Pozostałą część elektoratu zagospodarowało 7 partii mniej czy bardziej prawicowych w sferze aksjologicznej. Czy po ćwierćwieczu Trzecia Rzeczpospolita przechyliła się jeszcze bardziej w prawo? Czy może rezultaty elekcji nie odzwierciedlają przemian w sferze wartości i postaw polskiego społeczeństwa? Innymi słowy: czy Polacy gonią Zachód tylko gospodarczo, czy także pod względem społeczno-kulturowym? Przyjrzyjmy się po kolei najważniejszym składowym zachodnioeuropejskiego modelu nowoczesnego, otwartego społeczeństwa: stosunkowi do obecności religii w życiu publicznym, postawom wobec najważniejszych sporów światopoglądowych oraz autodeklaracjom politycznym Polaków.

Wbrew popularnej w prawicowej publicystyce tezie o trwałości wpływu katolicyzmu na życie publiczne w naszym kraju wyniki ostatnich badań, w tym także tych przeprowadzanych przez Kościół, nie pozostawiają wątpliwości: laicyzacja i sekularyzacja polskiego społeczeństwa jest faktem, spór może dotyczyć tylko tempa tych zmian. Najnowsze dane Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego (ISKK) dokumentują rekordowo niski odsetek wiernych biorących udział w niedzielnych nabożeństwach (39% ogółu zobowiązanych). Od początku transformacji z kościołów ubyło kilka milionów Polaków, a jeśli za punkt odniesienia przyjmiemy początek lat 80., spadek ten będzie jeszcze większy. Choć według niedawnego spisu powszechnego aż 88% Polaków zadeklarowało przynależność do Kościoła rzymskokatolickiego, to ISKK za „wierzących” uznaje tylko 81% społeczeństwa. Jeśli jednak za prawdziwie miarodajne dane uznamy udział w praktykach religijnych, to 16% wiernych przystępujących co tydzień do sakramentu komunii nie najlepiej świadczy o stanie polskiego katolicyzmu. Spadki dotyczą nie tylko liczby wiernych, lecz także liczby kapłanów. W ciągu ostatnich dwóch dekad liczba nowych powołań kapłańskich spadła aż o 67% – to znacznie więcej, niż wynosi europejska średnia.

Formalno-instytucjonalna strona religijności to jedno. Jeszcze mniej korzystny dla Kościoła obraz wyłania się z sondaży badających postawy religijne Polaków. Okazuje się, że na przestrzeni 25 lat Trzeciej Rzeczpospolitej znacząco spadła wiara ankietowanych w zmartwychwstanie Chrystusa – 47%, nieśmiertelność duszy – 39% – czy piekło – 31% (TNS Polska). Jednocześnie tak jak na Zachodzie obserwujemy rosnący rozdźwięk między nauczaniem Kościoła a poglądami Polaków, zwłaszcza w kwestii życia seksualnego. 75% katolików nie ma nic przeciwko antykoncepcji, ponad 70% dopuszcza aborcję w przewidzianych ustawowo przypadkach, a ponad połowa jest za legalizacją eutanazji (Bendixen & Amandi International). W kilku przypadkach poglądy polskiego społeczeństwa ocierają się wręcz o herezję: 61% popiera zniesienie celibatu, 53% święcenia kapłańskie kobiet, a tylko 31% akceptuje wykluczenie rozwiedzionych z sakramentu komunii.

Stosunek Polaków do obecności Kościoła i wiary w życiu publicznym na przestrzeni ćwierćwiecza również znacznie się zliberalizował. Obecnie aż 70 proc. społeczeństwa nie chce, by księża wypowiadali się publicznie na tematy polityczne, 65 proc. jest przeciwnych możliwości zdawania matury z religii, a połowa uważa, że Kościół wywiera zbyt duży wpływ na bieżące życie polityczne. 45 proc. Polaków chce, by finansowanie Kościoła pochodziło głównie ze źródeł pozabudżetowych, 43 proc., by przenieść religię ze szkół publicznych do salek parafialnych, a tylko 19 proc. deklaruje gotowość przekazania 0,5 proc. odpisu podatkowego na rzecz Kościoła (TNS, Homo Homini).

Można więc powiedzieć, że o ile w porównaniu z Europą Zachodnią Kościół w Polsce na brak wiernych nie może narzekać, mimo spadków ich liczby, o tyle za obrzędowością czy uznaniem dla Jana Pawła II nie podąża znajomość prawd wiary czy nauczania Kościoła. W poglądy religijne Polaków wdziera się postmodernistyczny chaos przejawiający się m.in. rosnącym przekonaniem o istnieniu duchowej natury zwierząt (jedna trzecia Polaków).

Drugim ważnym elementem zmian społecznych w ostatnich 25 latach jest powolna, acz konsekwentna liberalizacja światopoglądowa. Polacy rzeczywiście pozostają na tle Europy, a nawet najbliższych sąsiadów, społeczeństwem dość konserwatywnym, trudno jednak nie dostrzec przemian w tym zakresie. Prawicowa publicystyka pełna jest zapewnień, że Polacy – bogacąc się – nie odchodzą od „tradycyjnych wartości”, tak jak jest to regułą w europejskich demokracjach. Badania społeczne dowodzą jednak, że takie przekonanie jest zwykłym wishful thinking; Polacy nie różnią się od innych, coraz zamożniejszych społeczeństw, w których za modernizacją ekonomiczną podąża także sekularyzacja i liberalizacja postaw.

Jedną z kwestii, która w ostatnich latach – by użyć medialnego żargonu „wywołała wiele kontrowersji” – jest zapłodnienie metodą in vitro. Tocząca się debata, w której po jednej stronie zasiadał profesor medycyny, a po drugiej przedstawiciel radykalnej prawicy Tomasz Terlikowski, pozwalała ulec złudzeniu, że siły w tym sporze są zrównoważone, a przeciwników sztucznego zapłodnienia jest mniej więcej tylu, ilu zwolenników. Tymczasem w dziesiątkach sondaży poparcie Polaków dla stosowania metody in vitro oscyluje wokół 80 proc. [sic!], a 60 proc. akceptuje tę metodę leczenia niepłodności także w przypadku związków nieformalnych (CBOS). Podobnie wysoką aprobatę odnotowano dla rządowego programu dofinansowania in vitro.

Skoro wspomnieliśmy o konkubinatach, warto przyjrzeć się, jak na przestrzeni ostatnich dekad zmieniał się stosunek Polaków do związków niemałżeńskich. Z 25 proc. na początku transformacji do 51 proc. obecnie wzrósł odsetek przekonanych, że to dobra forma współżycia między dwojgiem ludzi (TNS). Można powiedzieć, że w ślad za deklaracjami poszły też czyny: według Głównego Urzędu Statystycznego w związkach niemałżeńskich żyje dziś 1,3 mln kobiet i mężczyzn – aż o dwie trzecie więcej niż na przełomie wieków! Nic więc dziwnego, że obecnie aż 21 proc. dzieci rodzi się w konkubinatach, a w niektórych miastach (Warszawa) nawet 30 proc.

Skutkiem postępującej liberalizacji postaw społecznych jest również zmieniający się stosunek do „nowinek z Zachodu”, jak pogardliwie określa je prawica, takich jak związki partnerskie. W niedawnym badaniu CBOS-u miażdżąca wprost większość Polaków (85 proc.) opowiedziała się za stworzeniem przez prawo możliwości zawierania takich związków przez pary heteroseksualne. Badania społeczne po raz kolejny udowodniły, że polski parlament jest bardziej konserwatywny niż społeczeństwo, które go wyłoniło.

Co jednak ciekawe, rośnie również akceptacja dla legalizacji związków homoseksualnych. Według TNS już niemal połowa społeczeństwa (47 proc.) jest gotowa przyznać gejom i lesbijkom prawa zarezerwowane dotąd tylko dla par damsko-męskich. I choć nadal jest to mniejszość, to na przestrzeni lat wzrost, który nastąpił, można określić jako spektakularny (z 25 proc. w roku 2002). O zmianach w tej sferze świadczy również fakt, że już niemal jedna czwarta Polaków jest skłonna uznać za rodzinę parę gejów i lesbijek, która wychowuje wspólnie dzieci (przed dekadą tylko 9 proc., CBOS).

W ostatnich tygodniach opinię publiczną poruszyła sprawa prof. Bogdana Chazana, który zasłaniając się klauzulą sumienia, odmówił pacjentce wskazania szpitala, w którym mogłaby ona dokonać legalnej aborcji. Jak się okazuje, Polacy w swej zdecydowanej większości to zwolennicy tzw. kompromisu aborcyjnego z lat 90.: niemal 80 proc. jest przeciwnych całkowitemu zakazowi aborcji i dopuszcza przerywanie ciąży w przypadkach przewidzianych w obecnej ustawie antyaborcyjnej. Polacy są zdecydowanymi zwolennikami możliwości przerwania ciąży, gdy zagrożone jest życie kobiety (82 proc.), zagrożone jest zdrowie kobiety (78 proc.) lub gdy ciąża jest wynikiem przestępstwa (78 proc.). Nawet osoby określające się jako bardzo religijne w 70 proc. są zwolennikami możliwości przerywania ciąży w tych wypadkach (TNS Polska). W ślad za tymi danymi podąża stosunek Polaków do zgłaszanych przez prawicę i lewicę postulatów zmiany obecnej ustawy: 38% Polaków chciałoby antyaborcyjnego status quo, 36 proc. chce zliberalizowania ustawy, a tylko 12 proc. popiera postulat Kościoła i prawicy, by ustawę zaostrzyć.

W jakiej mierze postawy społeczne względem aborcji wynikają z osobistych doświadczeń, trudno ocenić. Niemniej sporym zaskoczeniem było zeszłoroczne badanie CBOS-u, który oszacował, że w ciągu swojego życia ciążę usunęła nie mniej niż co czwarta, ale też nie więcej niż co trzecia dorosła Polka. W skali całego społeczeństwa daje to od 4,1 mln do 5,8 mln kobiet.

Pozytywny stosunek do obecnej ustawy antyaborcyjnej przełożył się na silny opór społeczny wobec stosowania przez lekarzy „klauzuli sumienia”. Ponad połowa Polaków (52 proc.) uznaje, że lekarz nie może, powołując się na własne sumienie, odmówić zabiegu przerwania ciąży w sytuacji, gdy zezwala na to prawo (CBOS). Jeszcze bardziej jednoznaczne wyniki przyniosło pytanie o odmowę skierowania na badania prenatalne (73 proc. przeciw) czy sprzedaż środków antykoncepcyjnych (75 proc. przeciw używaniu klauzuli sumienia w takiej sytuacji). Co ciekawe, największymi przeciwnikami funkcjonowania w systemie prawnym „klauzuli sumienia” okazali się nie wyborcy lewicy, lecz… Platformy Obywatelskiej. Aż dwie trzecie elektoratu tej partii chciałoby zniesienia klauzuli. To kolejny dowód na to, że wyników wyborów i liczby głosów oddanych na partie prawicowe nie należy interpretować w kategoriach wzrostu postaw konserwatywnych.

Również regularne badania społeczne w kwestii eutanazji czy edukacji seksualnej w szkołach dowodzą, że myślenie liberalne stopniowo acz konsekwentnie zdobywa coraz więcej zwolenników. Prof. Janusz Czapiński w ostatniej „Diagnozie Społecznej” – największym badaniu socjologicznym w Polsce – wskazuje, że procesy laicyzacji i liberalizacji są faktem społecznym, a tempo tych przemian rośnie wraz ze wzrostem wykształcenia, wysokością dochodów i wielkością zamieszkiwanej gminy.

Obok stosunku do obecności religii w życiu publicznym oraz postaw światopoglądowych dobrym miernikiem przemian ostatniego ćwierćwiecza są autodeklaracje polityczne Polaków. Najdokładniejszą analizę zmian poglądów politycznych umożliwiają regularne badania CBOS-u z lat 1989–2014. W tym okresie zauważalne są wyraźne zmiany w popularności autoidentyfikacji lewicowej i prawicowej. Na początku przemian ustrojowych występowała, co nie jest zaskoczeniem po upadku systemu socjalistycznego, wyraźna przewaga deklaracji prawicowych. Bolesne skutki reform rynkowych przyniosły w latach 1993–1995 pewną stabilizację obu bloków, ale już po roku 1995 identyfikacji prawicowych zaczęło przybywać. Pogoda dla lewicy na dobre nastała w roku 1999 (niezadowolenie z rządu Jerzego Buzka) i trwała nieprzerwanie aż do roku 2003. Począwszy od tamtego momentu (kompromitacja lewicy po aferze Rywina) przez najlepszy dla prawicy rok 2005 (zwycięstwo PiS-u, „rewolucja moralna” po śmierci Jana Pawła II) aż do dziś obserwujemy przewagę deklaracji prawicowych nad lewicowymi.

Okazuje się jednak, że ostatnie lata przyniosły jedną zauważalną zmianę: wzrost identyfikacji centrowych. Obecnie Polacy, pytani o umiejscowienie się na skali lewica–centrum–prawica, najczęściej wybierają orientację centrową (32 proc.), dopiero w dalszej kolejności prawicową (29 proc.). Niespełna jedna czwarta Polaków nie potrafi określić swoich poglądów politycznych, a zaledwie 16 proc. uznaje się za lewicę. Jest to dość istotna zmiana w identyfikacjach politycznych, bowiem dotąd zwykle to zwolennicy prawicy lub lewicy dominowali jako najliczniejsza grupa wśród tych, którzy byli w stanie sprecyzować swoje poglądy. W jakiejś mierze więc wzrost zamożności i liberalizacja postaw przekłada się na strukturę autodeklaracji, które coraz częściej przybierają typową dla zachodnioeuropejskich demokracji postać umiarkowanego centrum.

„Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?” może w tym miejscu spytać liberał. Choć w ciągu 25 lat istnienia Trzeciej Rzeczpospolitej postawy społeczne i światopoglądowe Polaków ulegają stopniowej liberalizacji, to wyniki wyborów zdają się świadczyć o procesie odwrotnym: paradoksalnie coraz więcej głosów zbierają partie prawicowe, a w coraz większym odwrocie są ugrupowania liberalno-lewicowe. Skąd 87 proc. głosów w eurowyborach dla formacji centroprawicowych i prawicowych? Dlaczego tylko 16 proc. Polaków uznaje się za lewicę, skoro lewicowe przekonania co do aborcji czy eutanazji podziela większość społeczeństwa?

Również odpowiedź na te pytania odnajdujemy w ostatnich badaniach opinii publicznej. Dowodzą one, że w Polsce elektorat liberalny światopoglądowo sytuuje się przede wszystkim w centrum, a sympatie partyjne lokuje częściej w centroprawicowej Platformie niż definiującym się jako lewica SLD czy Twoim Ruchu. Wybór PO przez wyborców liberalnych jest tłumaczony częściej przesłankami negatywnymi („strach przed Jarosławem Kaczyńskim”) niż pozytywnymi (wiara w program partii), co jednak dla wymowy dobrych wyników wyborczych Platformy ma znaczenie drugorzędne. Ostatnie eurowybory pokazały, że mimo kunktatorskiej postawy PO w kwestiach światopoglądowych i niespełnieniu wielu obietnic partia ta może nadal liczyć na głosy umiarkowanych, centrowych wyborców nazywanych lekceważąco „lemingami”. Z drugiej strony część elektoratu sfrustrowanego odejściem PO od wolnorynkowych postulatów szuka pocieszenia w karykaturalnych propozycjach Janusza Korwin-Mikkego, spisując tym samym na straty kwestie światopoglądowe.

Sięgający 2005 r. podział polityczny o znamionach wręcz kulturowych i „przyspawanie” modernizacyjnego elektoratu liberalno-lewicowego do PO betonują układ partyjny i uniemożliwiają wyłonienie się silnej formacji centrowej czy centrolewicowej. Pierwszą nieudaną próbą budowy takiego ruchu była partia Janusza Palikota, którą w najlepszym momencie popierało w sondażach nawet 15 proc. wyborców. Rywalizacja z SLD na lewicowość i kolejne niezrozumiałe wolty programowe skutecznie pozbawiły jednak tego polityka wiarygodności w oczach centrowego wyborcy. I na dobrą sprawę po dziś dzień lewa strona sceny politycznej cierpi na deficyt wiarygodnych, charyzmatycznych liderów, którzy byliby w stanie powalczyć o „odklejenie” liberalnego światopoglądowo wyborcy od PO.

Czy zatem to, co składa się na kulturę polityczną – ogół postaw, wartości i sądów wartościujących na temat tego, jak powinna być sprawowana władza – sprzyja po 25 latach wolności zaistnieniu na scenie politycznej reprezentacji liberałów? Niedawny sondaż CBOS-u wykazał, że brak związku z istniejącymi partiami odczuwają przede wszystkim ludzie młodzi (w wieku 18–34), mieszkańcy dużych miast, osoby z wyższym wykształceniem. Istotną rolę odgrywa również światopogląd: największe problemy z wyborem godnej zaufania partii mają wyborcy centrum (76 proc.), relatywnie najlepiej czują się w obecnym systemie politycznym, co nie jest zaskakujące, sympatycy prawicy. I to właśnie młodzi, wykształceni, wielkomiejscy i centrowi Polacy postulują najczęściej utworzenie nowej partii o socjalliberalnym charakterze: stawiającej na wolny rynek, z wyraźnymi elementami państwa socjalnego, postulującej liberalne reformy obyczajowe i niezależnej od Kościoła. Badania opinii publicznej pokazują więc, że potencjał na nową, centrową siłę jest całkiem spory, a jej potencjalny elektorat liczniejszy niż u zarania Trzeciej Rzeczpospolitej. Wyłonieniu takiej formacji sprzyjają nie tylko czynniki obiektywne – wzrost zamożności społeczeństwa i liberalizacja postaw światopoglądowych – lecz także konkretna sytuacja polityczna: znużenie ośmioma latami rządów centroprawicy. Otwartą kwestią pozostaje to, czy znajdą się politycy zdolni do porwania liberalnych wyborców z rąk Platformy.

Czytaj również
O autorze
*
MichałZieliński