Pokonał Afganistan. Na rowerze

Drukuj

Pukali się w czoło i mówili: „Zgłupiałeś. Zabiją cię. W nocy afgańscy policjanci zamieniają się w bezwzględnych talibów. Bądź rozsądny i nigdzie nie wychodź”. Nie posłuchał. W piątek wyszedł z bazy, wsiadł na rower i pojechał przed siebie.

Komunistyczna klatka

Przemek Mularczyk przychodzi na świat 31 października 1971 r. w Piotrkowie Trybunalskim. Jego ojciec jest w domu niezmiernie rzadkim gościem, matka prowadzi prywatny biznes. Chłopak większą część dnia spędza więc z uwielbianą babką. Ostatnią klasę podstawówki kończy już po przeprowadzce, w Łodzi. W domu dużo mówi się o wolności. Świeżo upieczony łodzianin szybko zapisuje się na prywatny kurs języka angielskiego. Postanawia, że niebawem ucieknie do Ameryki, która uśmiecha się do niego z kolorowych pocztówek i czarno-białych filmów.

Ma problem, bo od początku chce zwiedzać i eksplorować świat, ale zdobycie jednego z dwóch dostępnych paszportów (jeden na kraje komunistyczne, drugi na blok zachodni) nie jest w ówczesnej Polsce łatwe. Podróże, wyłączając wycieczkę z mamą do Bułgarii, odbywa na razie w swojej wyobraźni.

Przemek wygląda na dobrych kilka lat mniej niż wskazuje na to jego metryka. Pewna siebie postawa, brak zbędnych kilogramów, ani jednego siwego włosa. Zapewnia, siedząc na werandzie z widokiem na świeżo posadzone krzewy różanecznika, że jedną z bardzo niewielu możliwości „pokręcenia się po świecie” i zarobienia przyzwoitych pieniędzy było wtedy zostanie marynarzem. Jednak do Wyższej Szkoły Morskiej dostać się nie próbował, myślał, że nie da rady. Decyduje się za to na szkołę marynarki wojennej i zostaje marynarzem na 15 kolejnych lat.

Latający Holender

Przemkowi nie służy zbyt długie zagrzewanie miejsca w jednej przystani. W roku 2002 zgłasza swoją kandydaturę na stanowisko specjalisty z ramienia NATO zawiadującego systemami komputerowymi w Holandii. Jego dokumenty aplikacyjne zostają uwzględnione w procesie rekrutacyjnym. Niebawem przychodzi informacja o pozytywnym rozpatrzeniu wniosku. Łodzianin z entuzjazmem przyjmuje propozycję wyjazdu na kontrakt do Niderlandów. „Podczas pobytu w międzynarodowym batalionie w Maastricht nauczyłem się budować sieci komputerowe i nimi zarządzać” – mówi.

Po roku spędzonym w Holandii Przemek zostaje przeniesiony do bazy wojskowej w Afganistanie. „Pojawiła się okazja zobaczenia kawałka świata. W 2003 r. zajęliśmy się budową pierwszej infrastruktury komputerowej w Kabulu. W dwa miesiące musieliśmy postawić wszystko. Obyło się, niestety, bez ekscytujących i pozytywnych wrażeń. W tamtym czasie w Afganistanie nie wyściubiłem nosa z bazy. Każdy, kto zostanie żołnierzem, jest bardzo zestresowany, obawia się zamachów, strzelanin i śmierci. Od kolegów nasłuchałem się opowieści, które zniechęciły mnie do podejmowania jakiegokolwiek zbędnego ryzyka”.

W 2005 r. Przemek zwalnia się ze służby wojskowej i zaczyna pracować od rana do nocy jako pracownik cywilny. Stara się uzyskać pełny kontrakt z NATO i stanowisko w Europie. Afganistan go męczy. Przemek uważa, że to kraj zbyt niebezpieczny, a on ma przecież żonę i dwójkę dzieci.

Paryż nie ma magii

Po niespełna roku wygrywa konkurs i zostaje pracownikiem cywilnym NATO. Praca, o której marzą ludzie z różnych krajów, dla niego staje się codziennością. Stabilizacja, pewny kontrakt, dobry pakiet socjalny, przyzwoite pieniądze. Los sprawił, że trafia do Paryża.

„Spędziłem tam trzy lata. Zabawne, ale zupełnie mi się nie spodobało. Musiałem pracować dłużej niż kiedykolwiek, do tego dochodziły gigantyczne korki i bezczynne godziny spędzone w metrze. Ponadto człowiek jest tam udręczony częstymi strajkami związkowców. No i nie byłem usatysfakcjonowany stylem życia w korporacji, wyścigiem szczurów, życiem na kredyt – wylicza. – Wtedy pomyślałem, że w tym Afganistanie było coś fajnego, magicznego, coś, czego nie zdążyłem nawet dotknąć”.

365 dni błękitnego nieba

Wkrótce Przemek trafia na powrót do stolicy Afganistanu.

„Skoro wróciłem do Kabulu, postanowiłem swoje życie uczynić przyjemniejszym. Usystematyzowałem harmonogram pracy. Miałem też swoich podwładnych, więc było mi łatwiej. Chciałem po prostu zacząć czerpać satysfakcję z pobytu w Afganistanie. W Kabulu niebo jest błękitne przez 365 dni w roku. Szkoda było mi w piątek – jedyny wolny dzień – marnować czas na spanie. Wstawałem więc wcześnie rano, a następnie ruszałem w całodzienną podróż”.

Powierzchnia dwukrotnie większego od Polski Afganistanu jest w trzech czwartych pokryta górami. Żeby znaleźć się na szczycie jakiegoś interesującego punktu widokowego, bardzo często trzeba zrezygnować z podróży samochodem.

Przemek rozpromienia się na wspomnienie anegdoty z rowerem: „W naszej bazie było dwóch Afgańczyków, którzy opuszczali ją wspólnie na bardzo rzucającym się w oczy, pełnym świecidełek, dzwoneczków i lampek rowerze. Od razu mi się spodobał. Zatrzymałem ich i zaoferowałem za niego 50 dolarów. Chcieli 100. Skończyło się na 60. Ja wziąłem rower, oni wracali piechotą”.

Pierwsza wycieczka

Rodowici Afgańczycy pracujący w bazach NATO wcale nie są bardziej skorzy do  wycieczek krajoznawczych od przybyłych tam z Europy i USA żołnierzy oraz cywilów. Przemek przez pewien czas podzielał ich obawy. „Moi afgańscy znajomi długo odradzali mi podróże, strasząc, że ktoś mnie porwie i uśmierci. Wspominali też o niebezpieczeństwie, jakie stanowią tamtejsi policjanci, którzy za dnia są stróżami prawa, ale w nocy mają być bezwzględnymi talibami. Któregoś dnia nie mogłem już ich słuchać. Wsiadłem na rower i przejechałem z jednej bazy do drugiej. Nikt mnie nie porwał, nikt do mnie nie strzelał – kontynuuje. – Gdy zatrzymałem się na postój, wszyscy byli dla mnie mili. Odległość między bazami była nieduża – około trzech kilometrów. Ochrona drugiej bazy była mocno skonsternowana, nie mogli uwierzyć, że wjeżdżam do nich na rowerze”.

los_wiaheros_001-670x300

Podróż za 24 piwa

„Moja następna podróż odbyła się w towarzystwie kolegi, Alego. Musiałem go przekupić 24 piwami, których kupno i spożywanie w większości miejsc jest nielegalne. Pojechaliśmy jego autem. Było to mniej więcej 20 kilometrów na południowy zachód od Kabulu, w dzielnicy Dar-ul-Aman, gdzie znajdują się ruiny pałacu króla. Pałac został wzniesiony z początkiem XX w. Najpierw zatrzymaliśmy się w wiosce jego kolegi. Corollą wjechaliśmy najwyżej, jak się dało, bo bardzo chciałem wejść na górę, z której szczytu rozpościerał się niesamowity widok. Jako że on za bardzo nie chciał mi towarzyszyć, zostawiłem go w aucie, a sam zacząłem się wspinać. Ali dzwonił co 15 minut i pytał, czy wszystko u mnie w porządku. Obawiał się, że ktoś mógłby zrobić mi krzywdę. Ja natomiast spotkałem w górach afgańskich chłopców, którzy bawili się tam, puszczając latawce. Zawiązała się między nami nić przyjaźni. Gdy Ali dzwonił kolejny raz i usłyszał, że jestem z przyjaciółmi, pytał nerwowo, czy mają długie czarne brody, i prosił, bym pod żadnym pozorem z nimi nie rozmawiał – śmieje się. – Po sześciu godzinach chodzenia, byłem z powrotem w samochodzie. Afgańczyków góry zbytnio nie interesują” – mówi.

Kraj dziki, kraj przyjaciół

Przemek z częścią lokalnej ludności porozumiewa się w języku angielskim. W zdecydowanej większości musi jednak opierać się na podstawowej znajomości języka dari, który jest odmianą perskiego – farsi.

Kraj jest zamieszkiwany przez kilka grup etnicznych. Najliczniejsi są Pasztunowie, potem Tadżycy, Hazarzy i Uzbecy. Pasztunowie są sunnitami, reszta to szyici.

„Afganistan jest suchy i piaszczysty, ale przede wszystkim rzuca się w oczy wyniszczenie terenu przez nieustanne wojny – mówi Przemek. – Oni żyli szczęśliwie do połowy lat 70. Nie doświadczyli potworności II wojny światowej, do tej pory wielu nie wie, czym był Holocaust. Grupy etniczne koegzystowały wtedy bez większych zawirowań politycznych. Po próbach zawładnięcia krajem przez Rosjan talibów witano na ulicach miast oklaskami. Rządy talibów okazały się totalitaryzmem w najgorszym wydaniu. Od ponad 30 lat nieprzerwanie trwa tu wojna”.

Skoro jest tak nieprzyjemnie, dlaczego tam zostałeś? Czemu Kabul, a nie Paryż? „To jest wspaniałe miejsce – odpowiada Przemek. – Oczywiście, nie dla turystów chcących odwiedzać luksusowe hotele, spa itd. Nie jest tam zbyt czysto. Gdy jednak ktoś zwiedził wiele drogich i luksusowych miejsc, warto zmienić klimat, przespać się u miejscowych w Afganistanie i poczuć naturalną, płynącą z serca gościnność. Kiedyś, znajdując się na rozstaju dróg, zrobiłem sobie przerwę na lunch, obserwowałem z ciekawej perspektywy górę, robiłem zdjęcia. W pewnym momencie z oddalonej ode mnie o kilkadziesiąt metrów lepianki wyjrzeli ludzie. Zaprosili mnie do siebie. Okazało się, że była tam mała podziemna piekarenka. Wszyscy siedzieli na podłodze, która była jednocześnie częścią pieca. Chcieli się ze mną podzielić wypiekami. Zasiedziałem się u nich, zapominając o Alim, który wpadł po kilkunastu minutach i powiedział, że bał się, że ktoś mnie porwał”.

Niebezpieczne spotkanie

Bałeś się kiedyś podczas swoich podróży? Znalazłeś się w niebezpieczeństwie? „Wracałem z gór rowerem, rozłożyłem się przy pomniku i zrobiłem sobie przerwę. Obserwowałem ruiny dawnego miasta pod Kabulem. Znajdował się tam stary fort obronny. Chciałem go obejrzeć, więc zacząłem pchać rower pod górę. W pewnym momencie zobaczyłem na drodze dwóch młodych mężczyzn. Byli bardzo elegancko ubrani, w białe shati. Po wymianie zwrotów grzecznościowych zapytałem o bezpośrednią drogę na szczyt, by móc podziwiać widok. Popatrzyli na mnie, porozmawiali chwilę w lokalnym języku, którego nie rozumiałem, i powiedzieli, że mnie poprowadzą. W pewnym momencie jeden z nich zapytał, dlaczego chcę tam wejść. Odpowiedziałem, że chcę zobaczyć ładny widok na miasto. Chłopak ze złością w oczach powiedział mi, że je zniszczyliśmy, a teraz chcemy podziwiać widoki. Stwierdził, że z całego świata przyjeżdżają ludzie, którzy niszczą Afganistan. Wtedy instynkt podpowiedział mi, że znajduję się w niebezpieczeństwie. Spojrzałem na niego i odpowiedziałem, że nie będę przeszkadzać, po czym skłoniłem się, życzyłem miłego dnia, a następnie zawróciłem. To był jedyny taki przypadek”.

Dolina Pięciu Lwów

Która z afgańskich podróży była najciekawsza? Przemek długo myśli, wspomina, że każda ma swój urok. „Każda jest inna – twierdzi. – Grób Masuda, położony w Dolinie Pięciu Lwów (Pandższer), był bardzo interesujący. Ta dolina zawsze była autonomiczna. Nie zdobyli jej ani Rosjanie, ani talibowie”.

Ahmad Szah Masud jest tamtejszym bohaterem narodowym. Był światłym człowiekiem znającym angielski i francuski, słynął ze swojej skromności. „Proponowano mu fotel prezydencki, ale on zasugerował swojego kandydata – Rabaniego – który zginął 20 września 2011 r. w zamachu zorganizowanym przez talibów. Masuda zabiło dwóch terrorystów samobójców przebranych za dziennikarzy. Do tego zdarzenia doszło na dwa dni przed 11 września, kiedy spłonęły wieże World Trade Center”.

„Do Doliny Pięciu Lwów pojechaliśmy z dwoma przyjaciółmi – Afgańczykami pracującymi w bazie. Są z dwóch grup etnicznych. Jeden – Abdul Bassir – jest Pasztunem, drugi – Isaad – Tadżykiem. Te ludy nie pałają do siebie miłością, ale oni akurat są serdecznymi przyjaciółmi. Abdul Bassir dobrze włada angielskim, ma wysoko postawionego ojca, który w czasach talibów pracował w ministerstwie. Miał wówczas długą czarną brodę i turban. Gdy władza się zmieniła, zniknęły i turban, i broda – zaśmiewa się. – To tak jak u nas. Każdy chce się dopasować, żyć, mieć własne poletko. Isaad nie mówi po angielsku, w swoim języku nie potrafi czytać. Zamiast pobierania lekcji czytania wędrował po górach z bazooką podczas walk z Masudem. Porozumiewają się w języku dari”.

Koran ważniejszy niż śmierć

Łódzki pracownik NATO i podróżnik jest optymistą, chce widzieć w życiu rzeczy dobre. Zamiast historii o potencjalnych niebezpieczeństwach serwuje tę o poznanej przez siebie parze rodaków, którzy byli pracownikami Polskiej Akcji Humanitarnej. „Zakochali się w sobie. Wzięli ślub w Afganistanie, na terenie bazy amerykańskiej, a mistrzem ceremonii był włoski ksiądz” – zaśmiewa się Przemek.

Nie sposób jednak uciec od terroru i śmierci, z którą mieszkańcy Afganistanu stykają się codziennie. „Po krwawych, bardzo medialnych wydarzeniach sporo się zmieniło. Zagrożenie jest większe. Wszyscy obserwowaliśmy zamieszki i negatywne emocje towarzyszące paleniu Koranu przez amerykańskich żołnierzy. W protestach brali udział ludzie prości. Zginęło 30 Afgańczyków i kilku żołnierzy amerykańskich. Nie wierzę, że nikt tym nie sterował. Gdy amerykański żołnierz dopuścił się ludobójstwa na afgańskiej ludności cywilnej, to oprócz głośnego oburzenia, jakie wyraził prezydent Hamid Karzaj, nie działo się nic. Na ulicach nie było widać protestujących. Siedzieliśmy w bazie, gotowi na wszystko, tymczasem nie stało się zupełnie nic. Tej tragedii nikt nie potraktował tak poważnie, jak incydentu z Koranem. Naród afgański cierpi przez bardzo wąską grupę ludzi, która chce siać zamęt” – mówi Przemek.

Ryzyko i snowboard

Przemka charakteryzuje specyficzne podejście do wielu spraw, radosna filozofia życia. Dla wielu zabieganych współczesnych ludzi może to być dosłowna „nieznośna lekkość bytu”: „Ludzie lubią pielesze, sauny, hotele – mówi. – Ja już tego posmakowałem. To jest nudne lub bardzo nudne. Czy to Barcelona, Paryż, Waszyngton – to jest za każdym razem z grubsza to samo. Oczywiście czasami – OK. Nie ma jednak tej aury tajemnicy, iskry czegoś nowego. Gdy idziesz do ludzi, których nie znasz, mając problem z lokalnym dialektem, a jednak potrafisz się dogadać, nawiązać nić porozumienia, to daje bardzo dużą satysfakcje. Pieniądze przychodzą i odchodzą, ale największą satysfakcję daje obcowanie z ludźmi”.

Afganistan Cię zmienił? „Nie, jestem sobą, wszystko jest w porządku” – odpowiada szybko.

Monika dodaje: „Jest otwartym człowiekiem. Mam świadomość, że, jadąc tyle kilometrów na rowerze, może przez brawurę stracić życie. Jest hurraoptymistą. Czy się zmienił? Przemek przyjmuje maskę. Gdy wyjedzie z Afganistanu na dobre, będę mogła stwierdzić, jakie to wszystko na nim naprawdę wywarło wrażenie. Stara się nie dać po sobie niczego poznać. Zrobił się bardziej… bezczelny [śmiech], nabrał większej pewności siebie. Wspólnie ustaliliśmy, że jeszcze maksymalnie rok i zakończy pracę w Afganistanie”.

Przemek z Polski zabiera do Afganistanu deskę snowboardową. Ma zamiar wybrać się do śnieżnego miasta Bamian (gdzie można zobaczyć wiele posągów Buddy zdewastowanych przez talibów). Chce wspiąć się na górę i jako pierwszy człowiek zjechać z niej na desce snowboardowej. W planach ma także zabranie całej rodziny na objazdową wycieczkę  po Afganistanie.

Tekst pochodzi z XVII numeru „Liberte!”.

Czytaj również
O autorze
*
PrzemysławStaciwa
Dziennikarz, recenzent kulturalny, muzyk, bloger.
@ PrzemekStaciwa