Polityka to nic ładnego – rozmowa Agnieszki Rozner z Januszem A. Majcherkiem

Drukuj

Musimy więc zdawać sobie sprawę, w czym faktycznie tkwi jej wartość. Nie w obyczaju, estetyce, kulturze, elegancji – to może robić dobre wrażenie, wielu było już jednak pięknisiów, którzy okazywali się słabymi politykami. Osiągnięcia były natomiast często dziełem ludzi o osobowości ponurej, kulturze niezbyt wyrafinowanej i obyczajach mało chwalebnych. Okazywali się znakomitymi politykami i to im zawdzięczamy więcej niż pięknoduchom, dżentelmenom i wszelkim obyczajowo nieskazitelnym postaciom, które w życiu politycznym często bywały nieudolne.

Panie profesorze, porozmawiajmy o pojęciu kultury politycznej. Czy to termin użyteczny dla filozofa polityki?

Osobiście wykazuję daleko idącą powściągliwość wobec pojęcia kultury politycznej, obawiam się bowiem, że może być ono używane jako kryterium dostępu do praw politycznych. Nie chciałbym, by za sprawą tego terminu limitowano prawa i wolności bądź selekcjonowano ludzi ze względu na określone cechy kulturowe. Zachodzi obawa, że wskutek oparcia się na takich kryteriach doszłoby do ograniczania uprawnień pod pretekstem nieposiadania przez pojedynczych obywateli bądź całe grupy społeczne wystarczających kulturowych kompetencji czy umiejętności wymaganych dla sprawnego funkcjonowania w danym systemie politycznym. Jestem więc sceptyczny co do użyteczności samego owego pojęcia. By odwołać się do aktualnego przykładu – dziś mogłoby służyć ono do odmowy uznania praw politycznych Ukraińców. Moglibyśmy wszak powiedzieć im: „Nie zasługujecie jeszcze na demokrację, nie dysponujecie w pełni prawami do uczestnictwa w systemie demokratycznym, ponieważ nie spełniacie takich bądź innych kulturowych wymogów”. Sformułowania tej treści równie dobrze skierować można do Chińczyków, Latynosów albo muzułmanów.

Twierdzi pan zatem, że nie ma konkretnego zbioru czynników kulturowych sprzyjających konsolidacji demokracji?

Pewne czynniki kulturowe mogą sprzyjać demokracji, inne natomiast mogą wpływać na nią mniej korzystnie. Nie zgadzam się jednak z tym, że istnieją kulturowe czynniki, które całkowicie eliminują, wykluczają lub uniemożliwiają implementację demokratycznego systemu politycznego. Trudno jednak zdefiniować pojęcie kultury politycznej w taki sposób, by uniknąć oparcia go na sądach wykluczających.

Klasycy teorii demokracji, jak choćby Robert Alan Dahl, twierdzą, że jeśli zarówno obywatele, jak i przywódcy polityczni w sposób zdecydowany popierają demokratyczne idee, wartości i praktyki, zyskujemy dużą gwarancję, że proces demokratyzacji się powiedzie. Chodziłoby tu o pewien zasób postaw wyrażanych przez obywateli wobec życia politycznego. Może więc kultura polityczna to mimo wszystko istotna zmienna?

Jeżeli powiadamy, że demokracja jest tym lepsza, im bardziej prodemokratycznie nastawione jest społeczeństwo i im bardziej prodemokratycznie nastawieni są rządzący, wówczas można zadać pytanie, od czego zależy owo prodemokratyczne nastawienie. Otóż niektórzy odpowiadają, że właśnie od kultury politycznej.

Tym sposobem zataczamy jednak koło.

Prodemokratyczne nastawienie nie jest wynikiem czynników kulturowych, a zwłaszcza związanych z określonym typem kultury, jego komponentem pozostaje raczej pewien typ pragmatycznego przystosowania polegający na tym, że mamy tym lepszych demokratów, im dłużej żyjemy w demokracji. Nie można jednak długotrwałego funkcjonowania w demokracji stawiać jako warunku istnienia czy też wprowadzenia systemu demokratycznego, bowiem wtedy popadamy w absurdalne, błędne koło.

Zwrócił pan uwagę na element czasu jako czynnik sprzyjający tworzeniu się pewnych prodemokratycznych dyspozycji. Czy w takim razie możliwe jest wskazanie zbioru zaleceń wspomagających kształtowanie postaw przychylnych demokracji?

W jaki sposób jednak oswoić się z funkcjonowaniem instytucji demokratycznych w niedemokratycznym systemie? W swojej książce cytuję wypowiedź pewnego starego Wiga, który wobec dictum: „demokracja nie może objąć grup społecznych, które nie są przystosowane do funkcjonowania wedle jej reguł” odparł przytomnie, przypominając stwierdzenie mówiące o tym, że nie wolno wpuszczać do wody nikogo, kto nie umie pływać. Jak jednak ma nauczyć się pływać ktoś, komu zabronimy wejścia do akwenu? A więc tak jak nie sposób nauczyć pływania bez zanurzenia w wodzie, nie można nauczyć funkcjonowania w demokracji bez jej wprowadzenia. Stawianie jakichkolwiek warunków jest tu bardzo niebezpieczne. Wszelkie kryteria mające poprawić jakość demokracji – takie jak cenzus wykształcenia, majątku czy też określony zestaw cech kulturowych – są z istoty swej niedopuszczalne w systemie, który zakłada polityczną równość. Nie może bowiem być tak, że w zależności od tego, czy ktoś wykazuje w takim bądź innym stopniu takie czy inne cechy kulturowe, ma on zróżnicowane uprawnienia do funkcjonowania w demokracji.

Owszem, krąży ów stary dowcip powtarzany przez elitarystów deklarujących potrzebę ograniczania praw politycznych, w którym pewien góral twierdzi, że demokracja to rządy głupich, ponieważ głupich jest więcej niż mądrych.

To trawestacja Alexisa de Tocqueville’a.

Góralska trawestacja Tocqeville’a [śmiech]. Krótko mówiąc, takie ujęcie sprawy jest – moim zdaniem – nie do przyjęcia, i dlatego pozostaję sceptyczny wobec pojęcia kultury politycznej. Richard Rorty napisał kiedyś bardzo przekonujący esej o pierwszeństwie demokracji wobec filozofii. Idąc w kierunku przez niego zarysowanym, jestem przekonany o pierwszeństwie demokracji wobec kultury. Nie można stawiać kulturowych warunków demokracji, ponieważ demokracja z definicji jest systemem, który gwarantuje równe prawo rozwijania wszystkich cech kulturowych. Tym samym warunki kulturowe nie mogą być uznawane za pierwotne wobec demokratycznego systemu czy też w jakikolwiek sposób uzależniać do niego dostęp.

Jeśli jednak spojrzymy na ten problem nie tyle od strony jednostki, ile funkcjonowania instytucji demokratycznych w okrzepłej już demokracji, to może się nam wydać, że tutaj dopuszczalne byłoby kwalifikowanie, w jakim stopniu instytucje te działają poprawnie. Czy i w tym wypadku powinniśmy powstrzymać się od oceniania kultury politycznej?

Skądże, instytucje publiczne winniśmy oceniać z punktu widzenia ich funkcjonowania w systemie demokratycznym. Zadawać pytania, czy są efektywne, czy respektują przyjęte reguły i procedury, itd. Gdy jednak chcielibyśmy oceniać je ze względu na kryteria kulturowe, natrafiamy na pewne niebezpieczeństwo. A mianowicie: powszechnie uważa się, że na przykład w Skandynawii instytucje demokratyczne funkcjonują w sposób bardziej systematyczny, uporządkowany, ściśle dostosowany do reguł demokratycznych, zaś w krajach kultury śródziemnomorskiej więcej jest rozchwiania, rozwichrzenia, odstępstw i zawirowań. Byłbym sceptyczny wobec stwierdzenia, że demokracja w krajach skandynawskich funkcjonuje lepiej niż w krajach śródziemnomorskich bądź też że demokracja jest lepsza tam, gdzie przestrzeganie reguł jest ściślejsze, a system polityczny bardziej uporządkowany. Te dwa odmienne profile demokracji wynikają oczywiście z pewnych cech kulturowych, jednak nie wszyscy byliby skorzy przyznać, że ów uporządkowany, rygorystyczny system jest lepszy. Można napotkać opinie, i ja się skłaniam w tę stronę, że jest to system w jakimś sensie chłodny, system, z którym o wiele trudniej się utożsamić. Wielu ludzi z pewnością chętnie wybrałoby uporządkowany system polityczny w miejsce chaotycznego czy rozchwianego. Ale równie wielu wzdraga się na myśl o tym, że system szwedzki jest na wpół totalitarny, ponieważ instytucjonalna kontrola obywatela jest w nim tak precyzyjna, że można mówić o czymś w rodzaju reżimu. Tymczasem rozchwiane, niezobowiązujące reguły krajów Południa dają więcej miejsca na radość życia, na bliższe i bardziej emocjonalne kontakty interpersonalne, a także mniej odhumanizowane relacje na poziomie instytucjonalnym. Miałbym zatem wątpliwości co do tego, gdzie demokracja jest lepsza: czy w społeczeństwach instytucjonalnego rygoru, czy też w krajach bardziej pod tym względem swobodnych, by nie powiedzieć liberalnych.

A gdyby miał się pan pokusić o ocenę demokracji polskiej po 25 latach wolności? Jak ocenić jej obecne funkcjonowanie? Czy można ją porównywać z rozwiniętymi demokracjami zachodnimi?

Myślę, że można dokonywać tu kilku interesujących porównań, zarówno ze względu na kryteria diachroniczne, jak i synchroniczne. Po pierwsze, możemy porównywać się z krajami Zachodu stanowiącymi tu pewien naturalny wzorzec – by nie powiedzieć ideał – do którego aspirujemy. Po drugie, możemy porównywać się z krajami, które zaczynały podobnie jak my. To – moim zdaniem – szczególnie cenna obserwacja, ponieważ w tym samym okresie, a zatem na przełomie lat 80. i 90., praktykowanie demokracji rozpoczynało wiele społeczeństw często bardzo nam bliskich pod względem kulturowym. Kolejne wartościowe odniesienie to porównania historyczne, w szczególności z okresem Drugiej Rzeczpospolitej. Otóż we wszystkich tych trzech płaszczyznach porównanie wypada zupełnie nieźle, a w niektórych kwestiach nawet bardzo dobrze.

Zacznijmy od ostatniej płaszczyzny, jest to wszak sposób porównywania stosowany przez część najzagorzalszych krytyków Trzeciej Rzeczpospolitej z lubością wskazujących jej niedostatki, niedomagania czy słabości jakoby wyraźnie kontrastujące z rzekomymi sukcesami, wzlotami i dokonaniami Drugiej Rzeczpospolitej. Uważam, że jest to absurdalna i idąca na przekór elementarnym faktom manipulacja. Łatwo wskazać wiele paralelnych cech owych dwóch okresów, ale niemal wszystkie one wypadają na niekorzyść Drugiej Rzeczpospolitej. Pierwszego prezydenta Trzeciej Rzeczpospolitej – Wojciecha Jaruzelskiego – usunięto przed czasem, pierwszego prezydenta Drugiej Rzeczpospolitej – Gabriela Narutowicza – po prostu zamordowano. Owszem, zaszło również coś, co nazywane bywa na prawicy zamachem stanu, czyli usunięcie rządu Jana Olszewskiego, jednak odbyło się to całkowicie bezkrwawo. Zamach stanu dokonany przez Józefa Piłsudskiego pociągnął natomiast kilka ofiar śmiertelnych. Zanim do owego zamachu doszło, w Polsce dziesiątki, jeśli nie setki ludzi zginęło w zamieszkach, strajkach, akcjach protestacyjnych czy walkach ulicznych. Po zamachu majowym demokracja w Polsce była właściwie fasadą. Zmiany, które nastąpiły za rządów sanacji, fundowały reguły rządów sprzeczne z demokracją. Można kontynuować tego rodzaju paralele, w Trzeciej Rzeczpospolitej mamy jednak do czynienia z realną demokracją.

Jeżeli dokonamy porównania na drugiej płaszczyźnie, a zatem z krajami, które startowały razem z nami, również nie dostrzegam powodów do wstydu. Podam tylko jeden przykład. W Polsce uporczywie wręcz podkreśla się, że nie dokonano rozliczenia ze starym systemem, nie przeprowadzono dekomunizacji na wzór tej, do której doszło na przykład w Czechach czy w NRD. Jaki jest jednak efekt tamtejszych procesów dekomunizacyjnych? Komunistyczna Partia Czech i Moraw nadal w programie ma komiczny z dzisiejszej perspektywy punkt mówiący o społecznej własności środków produkcji. W NRD także powstała partia komunistyczna, która w wielu landach pozostaje dość wpływowa. W moim przekonaniu porównanie z Bułgarią czy Rumunią tym bardziej pozwala nam docenić rodzimą demokrację. Sugestie jakoby w krajach naszego najbliższego sąsiedztwa kultura polityczna znajdowała się na wyższym poziomie, nie przystają do faktów.

Jeżeli zaś dokonamy porównania w trzeciej płaszczyźnie, czyli z krajami zachodnimi, to tym bardziej powinniśmy się wyzbyć kompleksów. Model kultury politycznej we Włoszech naprawdę zawstydza, nawet jeśli wspomnimy jedynie o kilku słynnych wybrykach premiera Silvia Berlusconiego. Obecny proces sądowy byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego także każe nieco powątpiewać w zachodnie standardy demokracji. Reasumując: ani w porównaniu z Drugą Rzeczpospolitą, ani też w porównaniu z innymi systemami politycznymi demokracji postkomunistycznych naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Nasza kultura polityczna nie jest bynajmniej aż tak podła, jak niektórzy sugerują.

Ogromnie mnie kusi, by zapytać o aspekt estetyczny tego rodzaju porównań, zwłaszcza w kontekście niedawnej afery podsłuchowej. Czy w demokracji zachodzą jakieś związki między kulturą obyczajową a kulturą polityczną? Czy również w tym wypadku powinniśmy wstrzymać się z oceną?

To bardzo problematyczna kwestia, ponieważ domeną kultury politycznej współczesnych demokracji jest kreowanie polityków niemal do perfekcji rozwijających manierę podobania się obywatelom. Polityka ma być estetyczna, ładna, gładka, miękka, by nie rzec: „o atrakcyjnej powierzchowności”. Aleksander Hall zarzucił obecnej polskiej demokracji właśnie taką skłonność – przesadne dążenie do tego, by polityka wyglądała ładnie. To w ujęciu Halla główny zarzut w stosunku do Donalda Tuska i jego ekipy. Tymczasem polityka to dość brudna robota. Zajęcie, które wymaga twardej skóry, niekiedy podejmowania bardzo brutalnych decyzji, rozstrzygania ostatecznych dylematów i wydawania niespecjalnie miłych oświadczeń. Krótko mówiąc, polityka to nic ładnego. Estetyka zaś niezwykle rzadko idzie w parze z pożytkiem i skutecznością.

Obywatel w demokracji deleguje przynależne mu prawo sprawowania władzy na przedstawicieli politycznych i tutaj, jak się wydaje, tkwi źródło oburzenia. Ci, którzy zostali wybrani do sprawowania władzy, nie zawsze prezentują postawy, które się nam podobają.

Demokracja polega na cyklicznym wyborze, dzięki czemu raz wybranych polityków po kilku latach z łatwością można od władzy odwołać. Zawiedziony wyborca niedługo więc będzie musiał czekać na anulowanie swej decyzji. Jeżeli natomiast ktoś wybiera polityków według klucza estetycznego, popełnia zasadniczy błąd: zarówno wtedy, kiedy dokonuje aktu wyboru, jak i wówczas, gdy ocenia ich za okres i sposób sprawowania władzy.

Zatem obyczajów polityków również nie powinniśmy oceniać?

Moim zdaniem jest to dopuszczalne w kilku wypadkach: po pierwsze, kiedy próbują się oni prezentować jako lepsi niż są w rzeczywistości. Znany jest tu syndrom niemoralnych moralistów. Zarówno w Polsce, jak i w wielu innych krajach co rusz wybuchają afery polegające na tym, że polityk, który sam przedstawiał się jako wzór cnót i obyczajowy rygorysta, okazuje się łajdakiem. Jeżeli propagator trwałości, nierozerwalności i wyjątkowych wartości małżeństwa okazuje się stałym bywalcem domów publicznych, powinno być to nie tylko ujawnione, lecz także poddane surowej ocenie. Taki obyczajowy trendsetter powinien być ze swoich deklaracji rozliczany.

Jeżeli polityk, który – dajmy na to – zwalcza narkotyki, sam ich nadużywa, jest podstawa, żeby go rozliczyć. Istnieją więc pewne okoliczności, które uprawniają nas do oceny. Kiedy jednak politycy przestrzegają liberalnych zasad, nie usiłują nikomu narzucać standardów moralnych, nie próbują nikomu dyktować, jak żyć, i wystrzegają się prezentowania samych siebie jako wzoru cnót, wówczas nie widzę powodu, by poddawać ich ocenie. Owszem, jeżeli polityk okazuje się kobieciarzem, jeżeli dopuścił się jakichś bezeceństw, może to wywoływać pewien niesmak, ale według mnie nie dyskwalifikuje go to zupełnie, o ile nie usiłował z łamanych wartości czynić cnoty politycznej.

Rysują się tu więc dwa kryteria, na których podstawie można by oceniać poziom kultury politycznej. Pierwsze tyczyłoby się polityków i oznaczałoby spójność między deklaracjami a czynami. Drugie, dotyczące obywateli, oznaczałoby stopień świadomości tego, że politycy jednak są usuwalni. Czy te dwa kryteria są wystarczające, by mierzyć nasze polityczne obycie w demokracji?

Dodam jeszcze jedną uwagę: polityka nie jest dziedziną, w której chodzi o realizowanie jakichś ideałów. Polityka to w gruncie rzeczy zło konieczne. Wydaje się, że zamiast ideałów należałoby raczej oceniać dokonania, a także zapobieganie nieszczęściom, zgodnie z Hobbesowską zasadą, by w pierwszej kolejności zapewnić ludziom bezpieczeństwo, komfort życia, stabilne możliwości realizowania się. Istotne jest więc spoglądanie na politykę jako na zbiór celów określonych negatywnie – jako zapobieganie różnym patologiom, uniemożliwianie pewnego zła. Z tego punktu widzenia kultura polityczna pojmowana jako ideał licujący z opisywanymi w literaturze cechami dżentelmena wydaje mi się czymś dziwacznym. Niegdysiejsi dżentelmeni nie uprawiali wcale lepszej polityki. Dżentelmeni dawnych epok byli ludźmi, których działalność polityczna wcale nie prowadziła do lepszych skutków niż ta, którą prowadzą współcześni przywódcy. Gdybym zatem miał obawy co do funkcjonowania współczesnych demokracji, wynikałyby one raczej z niewłaściwych, chybionych oczekiwań obywateli idących w kierunku estetyzacji życia publicznego, wymagania pewnych obyczajowych czy kulturalnych właściwości samych polityków i ich działalności. Wydaje mi się, że są to oczekiwania nie tylko niespełnialne, lecz także chybione.

Kiedy Cyceron lub inni starożytni klasycy mówili o kulturze w znaczeniu, jakie dzisiaj przypisujemy pojęciu samodoskonalenia – musimy zdawać sobie z tego sprawę – był to postulat dla ówczesnej klasy próżniaczej. Jeżeli ktoś prowadził vita contemplativa i realizował proces samodoskonalenia duchowego czy też zapamiętale kultywował estetyczne wysublimowanie, było to możliwe dlatego, że inni, a konkretniej niewolnicy, na niego pracowali. To mogło zachwycać kiedyś, to może zachwycać niektórych także dziś, ale to nie jest do przyjęcia dla ogółu. Nie na tym polegają ideały demokratycznego życia politycznego.

Wypada powiedzieć na koniec: „Święty Hobbesie, módl się za nami”…

Wielkie rozczarowania polityką zwykle wynikają z nadmiernych wobec niej oczekiwań. Musimy więc zdawać sobie sprawę, w czym faktycznie tkwi jej wartość. Nie w obyczaju, estetyce, kulturze, elegancji – to może robić dobre wrażenie, wielu było już jednak pięknisiów, którzy okazywali się słabymi politykami. Osiągnięcia były natomiast często dziełem ludzi o osobowości ponurej, kulturze niezbyt wyrafinowanej i obyczajach mało chwalebnych. Okazywali się znakomitymi politykami i to im zawdzięczamy więcej niż pięknoduchom, dżentelmenom i wszelkim obyczajowo nieskazitelnym postaciom, które w życiu politycznym często bywały nieudolne.

 

Tekst pochodzi z XVIII numeru „Liberte!”.

Czytaj również
O autorze
*
Janusz A.Majcherek
*
AgnieszkaRozner