Polska innowacyjna… inaczej – Rozmowa Macieja Kowalczyka z Piotrem Moncarzem i Dominiką Latusek-Jurczak

Drukuj

Liberté! Numer XXII

Podczas drugiego dnia EFNI 2015 miałem przyjemność spotkać się z profesorem Piotrem Moncarzem z Uniwersytetu Stanforda. Naukowiec postanowił podjąć się nowego wyzwania: wesprzeć innowacyjność w swojej ojczyźnie. Natrafiłem również na nieco inne spojrzenie prof. Dominiki Latusek-Jurczak, która od kilka lat bada firmy z Doliny Krzemowej. Jej wypowiedzi nadają ostrość ocenie stanu innowacji w Polsce i uzupełniają kontekst problemów, z którymi w najbliższym czasie należy się zmierzyć.

M.K.: Czym dla pana jest innowacyjność?

P.M.: W Polsce koniecznie trzeba uporządkować definicję innowacyjności. Wielu używa jej, rozmywając główne znaczenie. Definicja europejska jest szeroka, bo służy celom rozwojowym, co nie jest jednoznaczne z innowacyjnymi.

Dla mnie innowacja to oryginalne rozwiązanie jakiegoś problemu, które po wdrożeniu staje się produktem i trafia do użytkownika skłonnego za to zapłacić. Innowacja jest efektem trzech sił: pomysłu, sposobu jego wdrożenia oraz płynących z tego korzyści (zarówno dla innowatorów, jak i użytkowników).

M.K.: Jakie są główne przeszkody blokujące innowacje w Polsce?

P.M.: Trudno wskazać jedną czy dwie główne przyczyny. To nie jest prosty proces i nie ma gotowych rozwiązań, jednak można wyróżnić następujące etapy innowacji: po pierwsze środowisko uczelni wyższych i laboratoria (gdzie rodzą się idee, pomysły, wizje produktów), po drugie, start-upy (będące kolejnym poziomem świadomej decyzji zespołu lub twórcy), po trzecie, prototypy (powstanie konkretnych produktów lub usług do testów), po czwarte, przeobrażenie start-upów w przedsiębiorstwa (kiedy to rozpoczyna się czas komercjalizacji), po piąte, exist strategy (czyli układanie strategii), po szóste, wejście na globalny rynek.

W Polsce wszystkie te etapy nadal funkcjonują nie najlepiej i brakuje środowisk, które potrafiłyby przeprowadzić cały ten proces i odnieść sukces. Warto również zauważyć, że Polacy nie są na takie działania w pełni gotowi. Dotyczy to szczególnie czwartego, piątego i szóstego poziomu.

Trzeba też zauważyć, że uczelnie wyższe mają jasno określone zadanie związane z uczeniem i dodatkowo prowadzeniem badań przez wykładowców. Nie ma synergii pomiędzy studentami a prowadzącymi zajęcia. Są to osobne środowiska mające własne, odrębne cele.

D.L.-J.: W Polsce jesteśmy zbyt mało elastyczni, bardzo boimy się prawdziwego ryzyka i niezwykle trudno jest zdobyć finansowanie innowacyjnych projektów. Mówię o projektach mających doprowadzić do powstania produktów i usług jeszcze nieposiadających nazwy, nieokreślonych branżowo i niejako zagubionych w strukturze dzisiejszej gospodarki. W Dolinie Krzemowej tylko takie mogą być nazwane innowacjami. Przedsiębiorstwa, jakich całe tuziny funkcjonują w tamtym środowisku, nie istnieją ani w Polsce, ani nawet w Europie.

W Stanach Zjednoczonych środowisko uczelni jest bardzo aktywne na różnych etapach rozwoju innowacji. W projekt Google uczelnia zaangażowana była od samego początku, a wykładowcy namówili młodych twórców, by zawiesili studia, skomercjalizowali pomysł i założyli firmę.

Na polskich uczelniach nikt w pełni nie poświęca się poszukiwaniom innowacji. Takich ludzi brakuje w całej Europie. Są zapraszani do współpracy w Stanach Zjednoczonych lub w Azji, gdzie powstaje najwięcej wizjonerskich rozwiązań, gdzie są wyznaczane nowe kierunki w takich dziedzinach jak telekomunikacja czy Internet.

Dodatkowym problemem jest brak kontaktów i wiedzy praktycznej, które są szczególnie doceniane przez młodych ludzi z Doliny Krzemowej. Wiedza o tym, jak działają procesy, jak należy rozwiązywać sprawy prawne, jak rozwijać firmę i przygotować dystrybucję jest ważniejsza niż kapitał. Takich ośrodków jeszcze nie mamy i na razie one nawet nie powstają.

W USA powszechna jest praktyka angażowania się w konkretne biznesy profesorów jako doradców lub ekspertów. Często biorą oni tzw. urlop praktyczny w czasie, w którym zarządzają daną firmą na stanowisku kierowniczym. Nie znam takiego przypadku w Polsce.

M.K.: W Polsce nie istnieje łatwo dostępny kapitał inwestycyjny?

P.M.: Największe środki na innowacje pochodzą z budżetu Unii Europejskiej. Ich specyfika jest jednak daleka od modelu amerykańskiego. Mam świadomość, że fundusze unijne nie są tożsame z finansowaniem inwestycyjnym. Trzeba jasno powiedzieć, że model typu success fee jest najefektywniejszym narzędziem rozwoju, wdrożeń i uruchamiania innowacji na świecie. Drugi w kolejności jest model oparty na funduszach podwyższonego ryzyka, szczególnie venture capital.

D.L.-J.: Procedury dotyczące zdobywania środków unijnych są ściśle określone. Zawsze potrzebni są eksperci do oceny wniosku. Projekty prawdziwie innowacyjne łączą różne dziedziny wiedzy: biotechnologię i informatykę lub psychologię albo socjologię. Po prostu nie mamy takich ekspertów w Polsce, a niewielu ich jest w całej Europie. Dlatego Polacy są obecni w Dolinie Krzemowej i funkcjonują tam ich firmy.

Jest normą przy wykorzystaniu unijnych środków określony w miesiącach kalendarz zdarzeń, który kończy się przyznaniem funduszy. Projekty innowacyjne rządzą się skalą tygodni. Po kilku miesiącach sprawa może być nieaktualna, bo rozwiązał ją ktoś inny i po miesiącach wdraża prototyp do produkcji.

M.K.: Co może zdominować globalną gospodarkę: amerykańska ścieżka poszukiwania czy chińska siła produkcji?

P.M.: Chiny to dzisiaj Niemcy sprzed 20 lat. Niemcy cechowały się wtedy bardzo solidnie wykształconą kadrą, zarówno zarządzającą, jak i wysoko wykwalifikowanymi robotnikami, świetnymi technologiami produkcji, najlepszą organizacją firm, jednak nie tworzyły niczego „do przodu”. Dzisiaj Berlin aż huczy od inkubatorów przedsiębiorczości i start-upów. Zobaczymy, do czego to ich doprowadzi. Trudno to teraz przewidzieć.

Chiny idą drogą niemiecką. Dobrej jakości produkcja jest teraz dla nich najważniejsza. Drugim motorem ich działania jest lepsze życie. Chińczycy chcą żyć wygodnie i dostatnio. Są największą zamożną siłą roboczą na świecie. Niepokojące jest jednak nastawienie na zbrojenia, szczególnie w rejonie Morza Południowochińskiego: sztuczne wyspy usypywane w celach budowania baz wojennych, znaczne zakupy sprzętu wojskowego, zarówno flotowego, jak i inwazyjnego (poduszkowce i inne). Konflikty bezpośrednie lub tylko napięcia pomiędzy Państwem Środka a innymi gospodarkami rozwijającymi się w tamtym rejonie mogą zmienić priorytety i zatrzymać rozwój.

M.K.: Mamy dwa kompletnie różne bieguny: indywidualizm i kult grupy. Co ma większe szanse powodzenia? Czy jesteśmy świadkami schyłku wartości Morza Śródziemnego?

P.M.: Trudno to przewidzieć. Warto jednak scharakteryzować dwa zasadniczo różne podejścia do pojęcia indywidualizmu. W Polsce mamy pojęcie: ja, centrum świata. W Stanach Zjednoczonych zaś indywidualizm zbudowany jest z innych wektorów: szacunku dla jednostki przy równocześnie silnej i ważnej kulturze pracy zespołowej wraz z od zawsze obecną i charakterystyczną dla pierwszych Amerykanów pionierską potrzebą przetwarzania.

Dzisiaj w świecie nie ma miejsca dla wynalazków jednego człowieka. Koniecznie trzeba to często powtarzać. Lubimy i szukamy gwiazd, geniuszy, superbohatera. Są to jednak zawsze sukcesy zespołów multidyscyplinarnych.

Czytaj również
O autorze
*
PiotrMoncarz
O autorze
*
DominikaLatusek-Jurczak