Polska nauka

Drukuj

To artykuł zaangażowany i bardzo subiektywny. Pozszywany z gorzkich doświadczeń pojawiających się ze względu na mój ośli upór włączenia się w polskie życie naukowe. Jedyne moje pozytywne doświadczenia w Polsce pochodzą z uczelni prywatnych, które ukształtowały moją akademicką przeszłość i teraźniejszość. Każdy kontakt z uczelniami państwowymi, także (i zwłaszcza) tymi renomowanymi skutkował wywołaniem obrzydzenia do całego systemu.

Jako naukowiec wiem doskonale, że liczbą mnogą od „przeżycie” nie jest „dane” (plural for anecdote is not data). Jednak moje wielokrotne doświadczenia w mojej opinii ogniskują problemy polskiej nauki na właściwie każdym etapie i polu działalności. Jedynie o kształceniu na uczelniach publicznych trudno mi się wypowiadać bo szczęśliwie go nie zaznałem, ale dowody pośrednie są dość porażające.

Obrazek 1 – młody ambitny chce się kształcić dalej

Z przyczyn natury sentymentalnej, nawet po przyjęciu na studia doktoranckie za granicą, szukałem możliwości skończenia doktoratu w Polsce. Zasadniczo rysowały się trzy potencjalne drogi. Po pierwsze tradycyjna – czyli pozostanie na uczelni po zakończeniu magisterium. Zasadniczo niedostępna dla osób kończących uczelnie prywatne (dziś już z kilkoma wyjątkami). Sedno problemu widać w opisie – brak jakiejkolwiek wymiany absolwentów między uczelniami. Zasadniczo uczelnia ma prowadzić delikwenta od matury po profesurę i intruzi są niemile widziani. Wniosek wielokrotnie potwierdzony. Sam proces mało przyjemny polegający głównie na odpracowaniu pańszczyzny na rzecz profesora. Im student lepszy tym dłużej trwa doktorat, bo po co pozbywać się produktywnego podwładnego. Druga opcja to kupienie sobie doktoratu – przeznaczona dla bogatych przedsiębiorców i szczurów korporacyjnych snobujących się na tytuł naukowy. Koszt to około kilkadziesiąt tysięcy, zjazdy co dwa tygodnie przez trzy lata. Kpina sprawiająca, że doktorat w Polsce zaczyna znaczyć mniej niż matura w II RP. Trzecia opcja to przyszycie się do seminariów naukowych i liczenie na to, że ktoś taki wolny elektron przygarnie. Stosunkowo najwartościowsza i najmniej kosztowna możliwość, ale także bardzo niepewna co do czasu trwania i rezultatów. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

Wniosek dla potencjalnych doktorantów – jeśli tylko możecie uciekajcie! Wniosek z następnych doświadczeń: jeśli udało wam się uciec to nie wracajcie!

Obrazek 2 – powrót młodego naukowca do Polski

Ukończywszy studia na szanowanej uczelni, w departamencie zaliczanym do 5% najbardziej produktywnych naukowo na świecie postanowiłem wrócić do kraju i tu kontynuować karierę naukową. Jednak by to uczynić należy najpierw dyplom nostryfikować, czyli uznać go za równoważny polskiemu (choć pewnie lepszym sformułowaniem byłoby „nie gorszym niż”). Z teczką pełną papierów udałem się do wiodącej polskiej uczelni w mojej dziedzinie pewien załatwienia formalności. Pewność rozwiała się po trzech kwartałach zupełnej bezczynności pomimo ponagleń. Wyczerpująca się cierpliwość doprowadziła mnie do interwencji u rektora i w ministerstwie. Pomogło. Dostałem listę dodatkowych wymagań: tłumaczenie pracy na polski (widomy znak, że nikt do niej dotąd nie zaglądnął), konieczność zdania trzech egzaminów w tym jeden z języka obcego (po 4 latach doktoratu w USA), ponownej obrony pracy oraz opłaty w wysokości 5000 złotych (to jedyny stały element wymagań w mojej podróży). Jako człowiek zmotywowany zgodziłem się na wszystko. Co zaowocowało kolejnymi dwoma miesiącami kompletnej bezczynności.

Zabrałem dokumentację, pomimo szantażu ze strony dziekana, że uniemożliwi mi nostryfikację na innych uczelniach. Na pytanie o przeciągłość stwierdził, że nostryfikacja to „nie łapanie much”, ale stwierdzić jakie kroki zostały podjęte nie był w stanie.

Kolejna uczelnią była lokalna akademia ekonomiczna. Musze stwierdzić, że tu zachowanie lokalnej uczelni było o kilka klas lepsze od zachowania uczelni najbardziej prestiżowej. Po prostu po dwóch tygodniach poinformowali mnie, że nie bardzo wiedzą co z tym wszystkim zrobić i wolą bym zabrał te wszystkie papiery i poszedł sobie gdzie indziej. Na tle poprzednich doświadczeń rewelacja – straciłem tylko dwa tygodnie a nie rok.

Trzecia szkoła to uniwersytet. Tu procedura szła dość sprawnie. Rozbiła się na radzie, która uznała, że doktorat jest zbyt cienki. Chodziło tu bynajmniej nie o slangowe określenie jego zawartości merytorycznej, ale liczbę stron. Moja uczelnia macierzysta dowiedziawszy się o tym rozprawiła się ze stwierdzeniem w słowach krótkich acz brutalnych (na piśmie). Zasadniczo dopytując się przy tym gdzie jest Kozia Wólka, w której znajduje się uniwersytet, o którym nigdy nie słyszeli bo nikt z niego nie publikuje w uznanych periodykach.

Czwartą uczelnią, była w końcu uczelnia prywatna. Początki były trudne – cztery miesiące bez reakcji. I w końcu nastąpił przełom – sejm przyjął ustawę, która automatycznie uznaje dyplomy z krajów OECD, oszczędzając mi przy tym dalszej wędrówki, kolejnych egzaminów oraz, bagatela, 5000 złotych.

Obrazek 3 – naukowiec nieafiliowany próbuje nie porzucać działalności naukowej

Cóż w takiej sytuacji? Może wybrać się na seminaria naukowe? Telefon na uniwersytet wskazuje, że najbliższe odbywa się w środę i można na nie przyjść. Seminarium się odbywa, choć jest mało naukowe – prezentuje wrażenia pani profesor z wycieczki po Chinach, przeplatając wywody turystyczne danymi ekonomicznymi. W sumie sympatycznie, w końcu nie każde seminarium musi być na poziomie noblowskim. Może następne będzie lepsze? Otóż okazuje się, że seminariów jest 5 rocznie (słownie pięć). Kiedy chciałem zaprezentować własne badania dowiedziałem się, ze najbliższy wolny termin jest za 2 lata. Do tego czasu moje wyniki mają stać na półce. Jak można w tym tempie prowadzić sensowną wymianę pomysłów? Pani profesor prezentująca powiedziała mi po cichu i w zaufaniu, że próbowała to zmienić, ale w końcu dała sobie spokój ze względu na brak zainteresowania.

Przy okazji można zaobserwować ciekawe zjawiska socjologiczne. Otóż uczestnicy zadawali pytania nie tyle prowadzącemu, co osobie następnej w hierarchii uczelnianej. Jedynie kierownik katedry zwracał się wprost do pani profesor. Feudalizm w czystej postaci. Feudalizm umysłów.

W międzyczasie we współpracy z polską uczelnią udało się zorganizować w Krakowie konferencję Multinational Finance Society. Być może nie jest to najważniejsza organizacja naukowa w branży, ale niewątpliwie znana i uznana. Lepszej metody na zaprezentowanie swojej pracy bez dużych wydatków na wyjazdy zagraniczne nie sposób znaleźć. Tymczasem polskiego autorstwa wystąpień były całe trzy. Jedno młodej pani doktor, która właśnie wróciła z Niemiec i właśnie była w trakcie organizowania sobie ucieczki z powrotem za granicę, jedna grupa z nad morza i ja. Ani jednego z uczelni organizatora.

Obrazek 4 – naukowiec szuka pracy na uczelni

Uczelnia ogłosiła nabór na stanowisko adiunkta. Zaaplikowałem. Na rozmowę kwalifikacyjną stawiły się dwie osoby – świeżo upieczony doktor z miejscowego uniwersytetu i ja. Kontrkandydat został serdecznie powitany przez przewodniczącego komisji jeszcze na korytarzu. Ja na powitanie musiałem poczekać, a składało się ono z zarzutu kłamstwa w złożonych dokumentach, wyrażone zresztą w słowach napastliwych i agresywnych. Profesor twierdził, że przedstawione publikacje nie były publikowane w czasopiśmie punktowanym, ja odwrotnie. Dyskusja jałowa i przeciągająca się, w końcu udało mi się zaproponować, że po zakończeniu rozmowy przedstawię dowody. Na tym jednak napaści i uszczypliwości nie skończyły się.

Oferty oczywiście nie otrzymałem, mimo, że wykazałem swą prawdomówność. Elementem dyskwalifikującym okazał się brak wykształcenia pedagogicznego, którego nie kompensowało dziesięcioletnie doświadczenie w wykładaniu na trzech kontynentach.

Pejzaż

Mizeria polskiej nauki, przejawiająca się marnym poziomem kształcenia, brakiem międzynarodowych publikacji (poza kilkoma odosobnionymi zapaleńcami) oraz brakiem innowacyjności możliwej do implementacji w gospodarce ma wiele powodów. W mojej ocenie jednak głównym problemem jest ścisłe zamknięcie środowiska. Pracownik naukowy zaczyna naukę na uczelni i umiera w niej jako pracownik naukowy. Ma to szereg niekorzystnych konsekwencji.

Po pierwsze duszenie się we własnym sosie. Ludzie kształceni przez te same osoby, mające te same perspektywy i podobne pomysły i raczej nie dokonają niczego przełomowego. Brak jest jakiejkolwiek wymiany pomysłów, paradygmatów pochodzących z różnych ośrodków, które najczęściej prowadzą do nowych rozwiązań. Do tego brak wymiany pomysłów nawet w tak zawężonych środowiskach przejawiające się brakiem seminariów. Wiara w to, że pomysł można wypracować samemu jest utopijna, a taka droga zarezerwowana jest dla geniuszy.

Po drugie brak konkurencji. Nie trzeba się obawiać napływu świeżej krwi, bo jest on programowo zduszony. Jeśli tak to brak również motywacji do pracy badawczej. W sprawnie działających systemach produktywni naukowcy mogą przechodzić do lepszych uniwersytetów za lepsze pieniądze. U nas etat po grób odbiera chęć do badań, bo z jednej strony lepsze stanowiska są i tak dla nas zamknięte, z drugiej zaś strony nie musimy się obawiać napływu rządnych naszego etatu. O awansie decyduję jedynie lokalna struktura i liczą się jedynie kolejne kroczki awansu. A kroczków tych musi być jak najwięcej, by utrzymywać podwładnych w stanie odpowiedniej służalczości. Tym można tłumaczyć żywotność pomysłów takich jak habilitacja.

Stąd króluje serwilizm, politykierstwo, zaś zapał do badań znika ekspresowo bo nic nie daje, a może narazić na niechęć kolegów i spowolnić awans zawodowy. Zresztą to samo dotyczy współpracy z biznesem. Przy więcej niż jednej okazji spotkałem się z negatywną odpowiedzią młodych pracowników naukowych w zakresie współpracy uzasadnianą obawą przed podpadnięciem przełożonym.

Jak wszędzie nasza nauka nie zostanie uzdrowiona dopóki nie zapanuje w niej zdrowa konkurencja oparta na otwartości, możliwościach i szansach. Jak długo katedry będą udzielnymi ksiąstewkami profesorów, tak długo nic w jakości naszego szkolnictwa wyższego się nie zmieni. A obserwując doświadczenia ostatnich dekad można śmiało założyć, ze długo się nie zmieni.

ksiazki

Czytaj również
O autorze
*
TomaszKasprowicz
Przedsiębiorca, naukowiec, publicysta.