Polska nie jest liderem

Drukuj

Polityka obecnego rządu doprowadziła do poważnej dezintegracji Europy Środkowo-Wschodniej i osłabienia pozycji Polski. Propaganda nie ukryje realiów – z Eugeniuszem Smolarem, ekspertem ds. polityki zagranicznej, rozmawia Tomasz Mincer

Tomasz Mincer: Po co Donald Trump przyleciał do Polski?

Eugeniusz Smolar: Na początku swojej prezydentury Donald Trump – by nie wracać już do kampanii wyborczej – wypowiedział szereg niezwykle kontrowersyjnych stwierdzeń, które wywołały uzasadniony niepokój w Europie. Jego wizyty w Brukseli, a następnie we Włoszech przebiegały w bardzo ciężkiej atmosferze.

Europejscy sojusznicy nie ukrywali swych krytycznych opinii, m.in. na temat stosunku Trumpa do integracji europejskiej, poparcia dla Brexitu, a szczególnie wycofania się USA z porozumień paryskich dotyczących ochrony klimatu. Dlatego zapewne otoczenie Trumpa szukało w Europie kraju, w którym jego osoba – co jest niesłychanie istotne, bo to niebywały egocentryk – oraz Stany Zjednoczone z nowo wyznaczonym kursem zostaną przychylnie potraktowane.

Dlatego padło na Polskę?

Wiemy, że decyzja o wizycie w Warszawie zapadła w ostatniej chwili. Co ważne, administracji amerykańskiej w większym stopniu zależało na spotkaniu bilateralnym z Polską niż na formacie Trójmorza. Ono bowiem dla Waszyngtonu nie ma większego znaczenia, wbrew temu, co słyszymy w Warszawie. Prezydent Trump zaoferował ogólne polityczne wsparcie, no i możliwość sprzedaży LNG. Nic o możliwości zaangażowania w finansowanie projektów infrastrukturalnych.

Dla samego Trumpa fakt, że spotkał się z bardzo życzliwym przyjęciem w Polsce, jest istotny. Będzie mógł przez to pokazać, że polityka amerykańska natrafia na przyjazny odzew co najmniej części Europejczyków. Z punktu widzenia Polski to wiadomość o tyle dobra, że wizyta każdego prezydenta USA – zwłaszcza w obecnej sytuacji międzynarodowej – jest ważna, chociażby w kontekście bezpieczeństwa naszego kraju.

Jeszcze przed wizytą Trumpa doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego gen. Herbert McMaster wysyłał pozytywne sygnały dotyczące Trójmorza – to jaki właściwie jest stosunek Amerykanów do tego zagadnienia?

Mamy do czynienia z ogromnym pomieszaniem medialnym. Czym tak naprawdę jest koncepcja Trójmorza? Oficjalnie dyplomacja polska odeszła od pomysłu Międzymorza, które miało charakter otwarcie geopolityczny, antyrosyjski, ale również można go postrzegać jako mechanizm budowania przeciwwagi dla Berlina i Brukseli. Zamiast tego zaczęła forsować ideę Trójmorza. Propozycję stworzenia stałego sekretariatu odrzucono w Dubrowniku. Jest to więc platforma dyskusji o charakterze pragmatycznym, głównie gospodarczym, związanym z inwestycjami infrastrukturalnymi i energetycznymi.

Owszem, w tej dziedzinie w naszej części Europy jest wiele do zrobienia. Jednak Stany Zjednoczone nie są znane z tego, że inwestują w infrastrukturę innych krajów – czynią to np. Chiny w Afryce i w kontekście programu Jednego Szlaku, Jednej Drogi. Państwo Środka upatruje w tym szansy na zwiększenie eksportu do Europy.

Podejście Amerykanów jest inne?

USA nie mają tego typu interesów gospodarczych w naszej części świata. Trudno sobie wyobrazić, by w sytuacji, w której Trump – tak jak wcześniej Obama – podkreśla, że potrzeby infrastrukturalne samych Stanów Zjednoczonych są ogromne, USA przeznaczyły bardzo poważne sumy na tego rodzaju inwestycje w Europie. Jego wyborcy by tego nie zrozumieli. Trump mówi za to o eksporcie gazu skroplonego (LNG) do Europy, co oczywiście zwiększa bezpieczeństwo energetyczne, ale w Warszawie obecny prezydent USA kładł nacisk nade wszystko na aspekt komercyjny.

A co z oceną Nord Stream 2 i, szerzej, stosunkiem Trumpa do Rosji?

Z krytyką NS2, a szczególnie z ogłoszeniem sankcji wobec przedsiębiorstw, które zamierzają uczestniczyć w realizacji tego przedsięwzięcia, wystąpił nie prezydent, tylko Kongres Stanów Zjednoczonych. Znamy stosunek Trumpa do Rosji i Putina – jest on umiarkowanie pozytywny. Krytyki publicznej nie będzie ze względu na strategiczny charakter tego projektu dla Putina i z uwagi na stanowisko niemieckie w tej kwestii. W końcu dla USA ważniejsze są stosunki w gronie sojuszników w G20.

W swoim warszawskim przemówieniu Trump publicznie zarzucił Rosji rolę destabilizującą, m.in. na Ukrainie i w Syrii. Jednocześnie zostawił otwarte drzwi do współpracy, jeśli Moskwa zmieni swoją politykę. Uwagę należy zwrócić na to, że teza ta wystąpiła w przemówieniu z góry napisanym. Jednak podczas konferencji prasowej, na żywo, prezydent odmówił przyznania, że Rosja starała się wpływać na wynik wyborów w USA. To jest prawdziwy Trump.

Nie wiemy, jaka będzie jego strategia, bo on takowej nie ma. To czysta taktyka w imię interesów amerykańskich, tak jak on je rozumie. Słowa się nie liczą.

W Warszawie padło trochę ciepłych słów…

Polaków dopieścił historią, lirycznym wezwaniem „America loves Poland”, uznaniem za poziom wydatków zbrojeniowych, jak też zapewnieniem, że nie zostaniemy bez pomocy w potrzebie. Odmówił jednak gwarancji co do stałego stacjonowania wojsk amerykańskich w Polsce, co byłoby znacznie ważniejsze. W końcu sam stwierdził: czyny są ważniejsze niż słowa.

W zamian przed Polską otwiera się możliwość kupowania na komercyjnej zasadzie antyrakiet Patriot i innej broni amerykańskiej oraz gazu LNG. A także wzięcia udziału w starciu cywilizacji – to ważny wątek przemówienia Trumpa.

Mam poczucie niewygody, albowiem, mimo entuzjazmu PiS, Polska niewiele otrzymała w zamian za swoją inwestycję w Trumpa, z nieznanymi jeszcze kosztami dla stosunków z partnerami europejskimi.

Wspomniał pan o Jednym Szlaku, Jednej Drodze. Czy jest tak, jak chcą to widzieć niektórzy analitycy związani z prawą stroną sceny politycznej, że przed Polską otwiera się niezwykła perspektywa współpracy z Chinami?

Pozostajemy w sferze teoretyczno-propagandowych rozważań. Polska nie ma co eksportować do Chin i stąd ogromna nierównowaga w bilansie płatniczym. Chiny prowadzą w Europie, ale nie tylko, politykę ściśle komercyjną. Swoje plany strategiczne postrzegają bardzo wąsko. Najlepszym tego wyrazem jest fakt, że mimo więzi „strategicznych” między Chinami a Rosją, co stanowi przedmiot satysfakcji Putina, dostępne analizy pokazują, że znacznie większe korzyści z interesów odniosły jak dotąd Chiny. Dla Rosji liczyło się przede wszystkim otwarcie możliwości eksportu gazu i ropy na wschód.

Wróćmy do Trójmorza.

Rząd PiS chce pokazać partnerom w Europie, z którymi ma bardzo złe stosunki (m.in. z powodu naruszania rządów prawa), że Polska posiada alternatywę. Cały pomysł Trójmorza jawi się jako wieloznaczny – podkreśla się wymiar pragmatyczny, gospodarczy, infrastrukturalny, ale jednocześnie otoczenie pisowskie mocno akcentuje kwestie geopolityczne.

Na przykład?

Gdy wczytać się w publicystykę i analizy tego środowiska, widać że ambicje geopolityczne są kluczowe. Dowodem na to jest chociażby stwierdzenie Jana Piekło, ambasadora Polski w Kijowie, który w wywiadzie dla ukraińskiego dziennika „Deń” powiedział ostatnio, że „Trójmorze jest inicjatywą państw Europy Środkowo-Wschodniej, które odczuwają zagrożenie ze strony Rosji”. Tego rodzaju tezy są dobrze znane w środowiskach okołorządowych, jednak ostatnio się z nimi oficjalnie nie afiszowano.

Dlaczego?

Trójmorze obejmuje dwanaście państw, niesłychanie odmiennych pod względem polityki zagranicznej, poczucia zagrożenia, priorytetów rozwojowych i tradycji politycznych. To sprawia, że niemożliwym jest uzyskanie wspólnego wymiaru geopolitycznego.

Przykładowo, trudno przekonać państwa bałkańskie do zagrożenia rosyjskiego, nie wspominając już o Czechach i Słowacji czy o Węgrzech, które ostatnimi czasy urosły do miana głównego przedstawiciela interesów rosyjskich na kontynencie. Gdy szczyt Trójmorza zebrał się w Warszawie, Orbán podpisywał strategiczną umowę z Gazpromem… Czechy i Słowacja, także Austria, publicznie nie godzą się na tworzenie jakiejkolwiek przeciwwagi dla Berlina bądź dla dalszej integracji europejskiej.

A Chorwacja?

Prezydent Chorwacji, pani Kolinda Grabar-Kitarović, na konferencji Global Forum w Warszawie 7 lipca powiedziała, że Trójmorze jest nieformalną platformą prezydencką, która zależy od entuzjazmu uczestników – nie ma struktury ani stałego sekretariatu. Większość ze 150 projektów albo już jest realizowanych, albo jest planowanych z udziałem Komisji Europejskiej, która dostarczy im finansowania. A następnie dodała, bezpośrednio odpowiadając na niepokoje w regionie i w różnych zachodnioeuropejskich stolicach: „Ta inicjatywa nie jest wymierzone w kogokolwiek – nie jest to cordon sanitaire wobec Rosji, nie jest przeciwko UE ani Niemcom, nie jest też amerykańskim koniem trojańskim wewnątrz Unii”… Nie jest to pogląd popularny w rządzie PiS.

W tym samym panelu prezydent Estonii, pani Kersti Kaljulaid sprowadziła projekt do parteru, mówiąc: gospodarki państw bałtyckich są zintegrowane z krajami nordyckimi, głównie z Finlandią i Szwecją, przez które (nie przez Polskę, dodam) prowadzi nasza integracja europejska. Projekt europejski działa. Nasi przedsiębiorcy winni rozpoznać duży rynek państw Trójmorza i się nim interesować. Projekt ten jednak powinien pogłębiać europejską integrację i spoistość wewnętrzną UE.

Jak pan widzi, przedstawicielki tych dwóch państw, z północy i z południa, mówią innym głosem niż przedstawiciele PiS.

Powstaje pytanie, czy Trójmorze ma jakąkolwiek rację bytu?

Bardzo dobrze, że regionalnie się porozumiewamy i pragmatycznie planujemy, co nam jest potrzebne dla dalszego rozwoju. Także jeśli poprzez tę inicjatywę uświadamiamy partnerom w Europie Zachodniej, jakie mamy potrzeby na linii Północ–Południe. Tyle, że tylko Polska chce nadać Trójmorzu wymiar geostrategiczny. Inni się na to nie piszą.

Bałkany na przykład mają inne priorytety, tam grozi ponowny wybuch wojny. Współinicjator Trójmorza – Chorwacja – nie zgadza się, by do procesu jakoś włączyć Serbię (i Ukrainę). Otóż bez Serbii – największego państwa w tym rejonie – przy wszystkich napięciach, jakie panują na Bałkanach, sytuacją w Bośni i Hercegowinie, trudno sobie wyobrazić realizowanie bardziej ambitnego planu powiązań, nawet infrastrukturalnych w tej części Europy.

Do tego dodajmy różnicę w postrzeganiu projektu w krajach Wyszehradu, który przecież stanowi opokę polskiej polityki regionalnej. Czesi i Słowacy podchodzą doń bardzo wstrzemięźliwie, wręcz nieufnie. Dla nich projekt, który by w jakimkolwiek stopniu osłabiał więzi wewnątrzeuropejskie, byłby nie do przyjęcia. A z taką perspektywą kojarzy się polityka obecnego rządu.

No dobrze. Ale przecież jeszcze nie tak dawno, mam na myśli okres przed listopadem 2015 roku, można było usłyszeć w Tallinie czy Pradze, że Polska powinna w większym stopniu inicjować środkowo-europejskie projekty. Czy chodziło tylko i wyłącznie o reprezentowanie głosów naszego regionu na forum unijnym?

Koncepcja Trómorza nie jest odpowiedzią na tego typu oczekiwania. Zresztą nikt takiego przywództwa nie oczekuje. Więcej, napięte stosunki Warszawy z Brukselą, Berlinem i Paryżem wywołują ogromne zaniepokojenie i dystansowanie się od Polski w naszym regionie. Plany prezydencji węgierskiej Grupy Wyszehradzkiej, podobnie jak plany ledwo co minionej prezydencji polskiej, nie przewidywały w tej dziedzinie dalej idących kroków. Po prostu dyplomacje obu krajów zdają sobie doskonale sprawę z różnic między poszczególnymi państwami i Wyszehradu i Trójmorza.

Gdy wziąć pod lupę stosunek do Unii oraz liczne odmienne interesy sektorowe tych państw, widać, że jedyna sprawa, która je łączy, to kwestia sprzeciwu wobec planu relokacji uchodźców.

Nie wygląda to ambitnie…

Jest to projekt nadmiernie negatywny mimo konkretnych projektów infrastrukturalnych – brakuje w nim potencjału integrującego kraje Trójmorza, albowiem źródłem rozwoju jest Unia Europejska oraz inwestycje europejskie (a nie np. amerykańskie).

Porównując sytuację w krajach Grupy Wyszehradzkiej sprzed trzech lat z obecną, dziś mamy do czynienia z dezintegracją. Pogłębiają się natomiast stosunki strategiczne i sektorowe między Czechami i Słowacją z jednej strony, a Niemcami i Austrią z drugiej.

Warto też przypomnieć, że gdy prezydent Andrzej Duda podczas pierwszej zagranicznej wizyty do Estonii przedstawił Międzymorze jako projekt integracji regionalnej wymierzonej w Rosję, to od ówcześnie urzędującego prezydenta Toomasa Ilvesa usłyszał, że jest to wszystko niezmiernie interesujące. Ale – mocno stwierdził Ilves – niech Polska nie prowadzi do sytuacji, by kraje, które miałyby być adresatami takiej polityki, były zmuszone do dokonywania wyboru między Brukselą, Berlinem a Warszawą. Bo nie wybiorą Polski.

To jesteśmy tym liderem regionu, czy nie?

Polska nie jest liderem regionu. Jest największym krajem w regionie, stąd też pewien ciężar gatunkowy przynależy naszej pozycji. Niestety, ze względu na politykę obecnego rządu, stopień jej ideologizacji, gotowość do konfliktów wewnątrz Unii, doszło do poważnej dezintegracji regionu z punktu widzenia realizowania wspólnych planów i do osłabienia pozycji Polski. Propaganda nie ukryje realiów.

Powiedzmy jasno: inwestycje, jakie teoretycznie są w zainteresowaniu Trójmorza, mogą być zrealizowane głównie dzięki zaangażowaniu finansowemu Unii Europejskiej. Chodzi o przyjęty w UE projekt tzw. korytarza Północ–Południe oraz być może o udział niektórych państw potencjalnie zainteresowanych eksportem produktów energetycznych na tym kierunku (zwłaszcza Norwegii).

Podsumowując, wszystkie drogi prowadzą do Brukseli (i Berlina oraz Paryża).

A co o koncepcji Trójmorza mówi się na zachodnioeuropejskich salonach?

Niewiele. Wszyscy koncentrują się teraz na pogłębianiu integracji strefy euro i stabilizacji w całej Unii, zwłaszcza po zwycięstwie Emmanuela Macrona. Także na stosunkach handlowych z USA.

Niemcy przyglądają się Trójmorzu z zainteresowaniem, ale i z niepokojem. Dostrzegają, choć bagatelizują wymiar antyniemiecki. Projekt ten był postrzegany jako wymierzony – w swej pierwotnej konstrukcji – w zależność energetyczną od Rosji, ale w Berlinie wielu ocenia go, i słusznie, jako próbę rządu PiS zbudowania platformy sprzeciwu wobec dalszej integracji Unii Europejskiej. W konsekwencji Polska przestała być postrzegana jako partner.

Eugeniusz Smolar – członek Rady Fundacji Centrum Stosunków Międzynarodowych, w przeszłości dziennikarz (m.in. dyrektor Sekcji Polskiej BBC), współzałożyciel emigracyjnego kwartalnika politycznego „Aneks” oraz Wydawnictwa Aneks, działacz opozycyjny w okresie PRL (wspomagał KOR, KSS KOR i „Solidarność”). Foto: Stephan Röhl/www.boell.de, CC BY-SA 2.0.

Tytuł i lead od redakcji.

Foto: DavidSpinks via Foter.com / CC BY

Czytaj również
O autorze
*
EugeniuszSmolar
członek Rady Fundacji Centrum Stosunków Międzynarodowych, dziennikarz, działacz opozycji demokratycznej