Polska pokonstytucyjna

Drukuj

Obywatel, prezydent, sędzia TK, „sędzia” TK, minister czy Misiewicz – wszyscy musimy łasić się do tego samego człowieka.

Polska pokonstytucyjnaJulia Przyłębska została mianowana przez prezydenta Andrzeja Dudę na „prezesa” Trybunału Konstytucyjnego (TK). W ten sposób i za sprawą przejęcia przez nią faktycznych rządów w TK zakończył się w Polsce trwający od 1989 r. okres, w którym była ona demokratycznym państwem prawa.

1.
Rzetelnie sprawujące władzę w poszczególnych krajach ekipy polityków czy partie polityczne dążą do tego, aby w takich organach sądowniczej władzy kontrolnej, jak polski TK, posiadać kompetentnych, wybitnych, krytycznych i niezależnych recenzentów stanowionego w parlamentach prawa. Chodzi tutaj w końcu o jakość legislacji, precyzyjność przepisów, skuteczność w sensie wywołania skutków prawnych, zdolność aktów prawnych do oparcia się próbom podważania ich działania w sądach, w końcu oczywiście także o to, aby zagwarantowane w konstytucjach prawa i wolności obywatelskie nie zostały naruszone. Polski dobrozmian ma jednak tutaj podejście dokładnie odwrotne. Pragnie posiadać (i teraz posiada) w TK ludzi o dowolnych kompetencjach, małego formatu, bez ambicji posiadania renomy nazwiska, bezkrytycznych, ślepo lojalnych i spolegliwych oraz całkowicie od partii władzy uzależnionych. Dobrozmianowi chodzi bowiem o legislację, która ustanowi i narzuci jego wizję społeczeństwa, zostanie przepchnięta przez proces prawotwórczy pomimo jej niskiej jakości i nieprecyzyjności umożliwiającej arbitralne stosowanie w określonych przypadkach, nie będzie narażać jego Misiewiczów na wymogi czy nieprzyjemności, będzie kwestionowana przez sądy, co stanie się argumentem propagandowym na rzecz ich pacyfikacji, umożliwi w sposób dowolny pozbawianie obywateli ich wszelakich praw. Dobrozmian chciał mieć wolną rękę do całkowitego ignorowania istnienia konstytucji RP i właśnie w tym tygodniu ostatecznie takie warunki sobie stworzył. W efekcie rządy prawa zastąpiły arbitralne rządy jednego, owładniętego manią prześladowczą i pałającego pragnieniem zemsty na Polsce jako takiej, człowieka, który jest przywódcą dobrozmianu.

W pewnym sensie nie należy się dziwić temu, że rządy polskiej prawicy zawzięły się na realizację celu w postaci likwidacji obowiązywania konstytucji. W końcu jej przyjęcie w latach 90-tych poprzednicy partii dzisiaj rządzącej określali „zdradą” i „targowicą”, jej treść uznawali za zdatną co najwyżej dla „jakiegoś afrykańskiego bantustanu”, sugerowali, że wejście konstytucji w życie oznacza przywrócenie niemieckiej/sowieckiej okupacji lub splunięcie w twarz samemu Bogu i poddanie ludzi wierzących straszliwym represjom. PiS nie może w obecnym układzie sił konstytucji zmienić i uchwalić własny projekt. Alternatywną strategią jest tutaj więc właśnie zniesienie obowiązywania konstytucji obecnej. To sytuacja równie dobra i w zasadniczych aspektach równoważna uchwaleniu konstytucji z pisowskich marzeń. Projekt ustawy zasadniczej autorstwa PiS ustanawiał bowiem w zasadzie nieograniczony zakres władzy wykonawczej. Przy braku obowiązywania jakiejkolwiek konstytucji i pełnej politycznej kontroli nad prokuraturą – czyli tak jak jest w Polsce w tej chwili – mamy ten sam stan rzeczy. Mamy nieograniczoną władzę egzekutywy ze wszystkimi jej narzędziami i wszystkimi konsekwencjami.

2.
Co to oznacza dla obywatela i dla polityków opozycji, a co dla polityków PiS? Dla tych pierwszych oznacza to faktyczny brak istnienia skargi konstytucyjnej, a co za tym idzie oddanie ich wolności i praw na łaskę i niełaskę ludzi władzy. Należy sobie uzmysłowić, że nie chodzi tutaj tylko o uchwalanie, a następnie stosowanie ustaw, które zawierają w treści zapisy o możliwości sięgania przez służby państwa po kontrowersyjne z punktu widzenia konstytucji czy prawa międzynarodowego represje, które to ustawy nie zostaną już rzetelnie poddane kontroli konstytucyjnej. Chodzi tutaj także o możliwość sięgania przez władzę po działania bezdyskusyjnie nielegalne także w świetle ustanowionego przez tą władzę stanu prawa, które jednak nie zostaną ani zatrzymane, ani ukarane przez system prawny państwa. Skoro nie ma żadnej ochrony lub gwarancji praw i wolności, to nie ma już także żadnych praw i wolności. Jeśli się nadal wolnością cieszymy i możemy np. napisać tekst taki jak ten, to tylko dlatego, że władza (jeszcze) nie postanowiła przeciwko temu prawu i tej wolności wystąpić. Jak będzie z tym jutro? Nie wiadomo.

Dla polityków obozu władzy nieograniczona władza egzekutywy oznacza natomiast – odwrotnie – poszerzenie wolności. Skoro władza może wszystko arbitralnie czynić, to jej ludzie są bezkarni. Nie grozi im jakakolwiek reakcja ze strony prokuratury, na co dowodem jest los zawiadomień w sprawach finansowania Solidarnej Polski czy też oświadczeń majątkowych ministra Jana Szyszki. Dotyczy to zresztą nie tylko ich działań politycznych, ale także prywatnej sfery życia. Są chronieni, a w relacjach z innymi obywatelami mają przewagę podobną do przewagi białych nad czarnymi na amerykańskim Południu między Rekonstrukcją a ustawą o prawach obywatelskich. Z jednym tylko zastrzeżeniem, mianowicie jazdy łaski wodza dobrozmianu na dosyć pstrym koniu.

3.
Problem z niemocą TK i jego niezdatnością do obrony naszych swobód przed pisowską władzą nie zatrzymuje się zresztą tylko na poziomie dyspozycyjności jego „prezes” i za chwilę większości sędziów i „sędziów” wobec dobrozmiennej partii. Problemem jest także nielegalny skład TK, który czyni jego wyroki po prostu nielegalnymi, a co za tym idzie nieskutecznymi prawnie. Julia Przyłębska włączyła do składu TK trzech „sędziów” (Cioch, Morawski i Muszyński), którzy zostali przez PiS wybrani w 2015 r. nielegalnie, bo na zajęte wcześniej prawidłowo miejsca. W sposób ostateczny przesądził o tym ich statusie wyrok TK. Każdy wydany teraz w przyszłości „wyrok” z udziałem w składzie orzekającym którejkolwiek z tych trzech fałszywek będzie naturalnie nieważny, a sprawa będzie pozostawać faktycznie nadal nierozpatrzoną. W ten właśnie sposób te „wyroki” będą mogły traktować sądy powszechne i organa władzy lokalnej. Dalej, wybór Przyłębskiej na „prezes” TK nastąpił na drodze wskazania ją prezydentowi przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów TK, w którym udział wzięły fałszywki, co czyni jej wybór także nielegalnym. To zaś oznacza, że każda czynność, należąca do kompetencji wyłącznych prezesa TK, która zostanie przez Przyłębską powzięta, będzie nielegalna i nie będzie powodować skutków prawnych. To zaś chyba oznacza, że każdy przyszły „wyrok” TK będzie nieważny.

To zresztą bardzo wygodna dla władzy sytuacja. Owszem, będzie się borykać z zarzutami opozycji, samorządów, środowisk prawniczych, Rady Europy i Unii Europejskiej, że w Polsce funkcjonuje nielegalny TK, a jego „wyroki” nie mogą być uwzględniane. Ale to dobrozmian będzie albo ignorować (kazus zagranicznych instytucji), albo podda autorów zarzutów represjom – przeciwko samorządom wystąpią wojewodowie, a przeciwko sędziom stosowane będą środki, które już są we wdrażanych planach resortu sprawiedliwości. Znów, owszem, po zmianie władzy nowa ekipa uzna „wyroki” wydane po grudniu 2016 za niebyłe (non est), ale to dobrozmianu ma prawo nic nie obchodzić. Na dzień dzisiejszy nielegalność TK ma dla dobrozmianu inny, dobroczynny aspekt. Jest dlań zabezpieczeniem przed ewentualną, nawet jeśli mało prawdopodobną, emancypacją sędziów i „sędziów” TK, których sam tam wybrał. Sędziowie TK mają to do siebie, że są wybrani na długie 9 lat, są nieodwoływalni i nie muszą starać się o reelekcję, gdyż nie mają do niej i tak prawa. Tacy ludzie mogą więc zerwać więzy lojalności wobec partii władzy (dobrozmian zapamiętał zapewne przypadek sędziny Teresy Liszcz). Na taką okoliczność dobrozmian może trzymać wobec nich asa w rękawie w postaci zmiany własnego stanowiska co do legalności ich statusu w TK. Gdyby w tej sprawie przyjął kiedyś optykę opozycji, na przykład przekonany (nagle, ni stąd, ni zowąd) przez jakiś z licznych mówiących to przecież autorytetów prawniczych, sędziowie mogliby potracić swoje urzędy, a za udział w nielegalnym procederze mogliby zostać nawet rzuceni na „pożarcie” w postaci zastosowania wobec nich dotkliwych konsekwencji zawodowych. Tak oto, przywódca dobrozmianu ma ich w garści i posiada gwarancję ich zależności, dokładnie jak w przypadku prezydenta Dudy, którego wmanewrował na początku kadencji w delikty konstytucyjne, a zawiesić mu nad głową miecz Trybunału Stanu na wypadek jakichś ciągot emancypacyjnych.

Podsumujmy sytuację. Lider dobrozmianu na teraz władzę absolutną nad Polską. Ludzie dobrozmianu mają szerokie prawa i bezkarność, dopóki lider dobrozmianu ich nie skreśli. A obywatele? Obywatele mają świadomość, że w każdej chwili dobrozmian może im zrujnować życie, więc po co im się wychylać? W ostatecznym rozrachunku, obywatel, prezydent, sędzia TK, „sędzia” TK, minister czy Misiewicz – wszyscy musimy łasić się do tego samego człowieka.

 

Twitter: @piotr_beniuszys

Czytaj również
O autorze
*
PiotrBeniuszys
Politolog i socjolog, kościerzanin z urodzenia, obecnie mieszkaniec Gdańska. Członek zespołu redakcyjnego i autor licznych publikacji w „Liberté!".
@ piotr_beniuszys