Polskie uniwersytety a wyzwania kultury cyfrowej

Drukuj

Prace nad Кonstytucją dla Nauki są świadectwem ciśnienia chwili, bardzo dużego nacisku na zmianę.

Właściwie od czasu Oświecenia uniwersytety i szkolnictwo wyższe podlegały ciągłemu reformowaniu. Wystąpienie angielskiego kardynała Johna Henry’go Newmana (1801–1890) to obrona idei uniwersytetu w mocno dającym się we znaki czasie rewolucji przemysłowej. Dzisiaj można powiedzieć, że jesteśmy świadkami rewolucji cyfrowej, która porównywana jest niekiedy do tej pierwszej i określana mianem drugiej rewolucji postprzemysłowej. Pierwszą przygotowały zmiany w duchu oświecenia opracowane przez przyrodoznawcę Aleksandra von Humboldta, nastawionego bardziej na badania niż na edukację, choć jedno od drugiego uzależnił.

Można argumentować, że uniwersytety od samego początku były kuźnią praktyczności: „od zawsze” słynęły one z teologii, medycyny czy prawa – wszystkie te dziedziny i dyscypliny „produkowały” zawodowców na użytek ówczesnych społeczeństw: księży, kaznodziejów, doktorów i prawników. Z czasem, zawody te zaczęły się specjalizować, jak np. prawnicy – zwłaszcza profesorowie prawa stawali się historykami prawa, filozofami prawa, teoretykami społeczeństwa. Z czasem praktyka zaczęła się teoretyzować i specjalizować, odchodząc coraz bardziej od realnych potrzeb społeczeństw. Sytuacja była jednak stabilna, bo uniwersytety były instytucjami elitarnymi. Warto pamiętać jaka była sytuacja np. w Wielkiej Brytanii do czasów rewolucji francuskiej: wtedy istniały tam jedynie ośrodki uniwersyteckie w Oxfordzie, Cambridge (Anglia), Edynburgu, Glasgow, St. Andrews, Aberdeen (Szkocja) i Dublinie (Irlandia). Potem dołączyły jeszcze University College i Kings College w Londynie.

Po II wojnie światowej zmianę zaczęły wymuszać trzy czynniki: 1) przyrost studentów, 2) rozwój badań naukowych, 3) ideologia polityczna. Zmiany jakie nastąpiły to gwałtowny rozwój nowych uniwersytetów, których było w owym czasie już bardzo wiele. W ostatnich trzech dekadach zmienił się tzw. parametr dostępności kadry: z 1:8 do 1:22. Jednocześnie dał się zauważyć coraz większy udział nauk humanistycznych w kształceniu.

Do czasów całkiem niedawnych istniały trzy różne modele uniwersytetów: Oxbridge: rezydencjalny, mentorski, kształtujący charakter; szkocko-londyński: miejsko-metropolitalny, profesorski, merytokratyczny oraz obywatelski „z czerwonej cegły”: lokalny, praktyczny, ale z aspiracjami. Model obywatelski rozwijał się najbardziej dynamicznie. Kilkadziesiąt lat temu na Wyspach przeprowadzono głęboką liberalną reformę, podczas której odchodzono coraz bardziej od tradycyjnego modelu Oxbridge na rzecz obywatelskiego modelu z dużą kontrolą otoczenia biznesowego.

Mimo to, do dzisiaj sięga się do refleksji kardynała Johna Newmana z 1852, a jego „idea uniwersytetu”, w której nakreślił jednoznaczną wizję misji uniwersytetu, zakłada wyzwolenie studenta z wszelkiego typu stronniczości, jednostronności poprzez liberalną edukację – celem miał stać się umysł wolny, umiarkowany, mądry, z postawą filozoficzną. U Newmana chodziło jeszcze o kształcenie dobrych obywateli, o grecką paideia – kształcenie całej osoby, w którym to procesie ważna jest postawa, punkt widzenia, perspektywa oglądu wiedzy, zwyczaj, ton. Współczesny badacz tego problemu z Cambridge Stefan Collini w pracy „Po co komu uniwersytety?” („What Are Universities For”, 2012) powtarza za Newmanem, że uniwersytety przypominają w swoim najlepszym aspekcie subtelne wytwory człowieka, takie jak poezja, wymowa i liturgia, które powodują pewnego rodzaju konieczność zgody społeczeństwa na luksus istnienia uniwersytetów.

Collini pisze: „Można powiedzieć, że uniwersytet jest przestrzenią chronioną, w której różne formy użytecznego przygotowania do życia podejmowane są w otoczeniu i sposobie, który zachęca studentów do zrozumienia przygodności poszczególnych pakietów wiedzy i ich wzajemnych relacji z innymi, odmiennymi formami wiedzy. Aby to zrobić, nauczyciele sami muszą być zaangażowani w ciągłe przekraczanie granic pakietów wiedzy, których uczą, i nie ma sposobu, aby z góry określić, co będzie i nie będzie owocnymi sposobami, aby to zrobić.”

Zatem w krytycznym spojrzeniu na metodę pracy umysłowej widzi ten autor sedno kształcenia i badania uniwersyteckiego. Można w tym kontekście przeciwstawić w sposób bardzo stanowczy kształcenie zawodowe kształceniu uniwersyteckiemu: w pierwszym mamy trening charakteryzujący się postawą bez wątpienia, w drugim – uczenie się samego studenta, któremu towarzyszy nieustanne kwestionowanie.
Zwłaszcza w naukach społeczno-humanistycznych, które do dzisiaj stanowią liczebną przewagę na uniwersytetach jeśli idzie o ilość studentów kształcących się w nich, sprawa kwestionowania i krytyki jest szczególnie ważna. Jednocześnie uznaje się, że musimy się zgodzić na to, iż informacja w humanistyce różni się od innych rodzajów informacji: „Często po prostu szukamy informacji. Jednakże, oprócz takich celów, gdy czytamy fragmenty pism w naukach humanistycznych, nasz osąd jest bardzo mocno ukształtowany przez aspekty tego pisania, które nie mają żadnego prostego sensu w związku z tym, co można nazwać jego informacyjną lub propozycjonalną treścią, ale raczej odnoszą się do perspektywy, tonu, niuansów, oczywistej autorytatywności i tak dalej.”

Oczywiście nie idzie tutaj o zaprzeczanie wartości jasności i przejrzystości, jednak na końcu dociekań jest pewien element trudno komunikowalny. „Na wszystkich poziomach model oceny w naukach humanistycznych musi być osądem, a nie miernikiem, a osąd nie może, bez strat i zniekształceń, być ujęty w kategoriach ilościowych, ani też jego podstawy nigdy nie mogą być w całości oddane jako ‚transparentne’ (aby użyć innego z aktualnych słów kluczowych Edspeak)”. Innym ważnym zjawiskiem w naukach humanistyczno-społecznych jest krytyka: „Obecnie szczególnie uprzywilejowanym opisem siebie w tym, co w tym kontekście nazywane jest ‚naukami humanistycznymi’, jest twierdzenie, że operacją odróżniającą w tych dyscyplinach jest ‚krytyka’. Krytyka zawsze ma na celu podważenie presupozycji każdego punktu wyjścia, założenia lub zakresu odniesienia, a także zwykle zdemaskowanie potencjalnie złowrogich interesów, które są obsługiwane przez przyzwolenie, aby każdy taki punkt wyjścia nie został zakwestionowany. Dla niektórych celów może to, oczywiście, być całkowicie owocną, a nawet niezbędną strategią do realizowania. Ale na poziomie konkretnych przypadków, dobra praca, jak dobra rozmowa lub jakakolwiek inna forma wartościowych związków międzyludzkich, zależy od tego, czy uda się przyjąć rozszerzony wspólny świat”. Na tym tle widać wyraźnie pewne napięcie budowane między dwoma postawami metodologicznymi – są to dwie przeciwstawne siły: z jednej strony tzw. hermeneutyka podejrzliwości, nieufająca i krytyczna, z drugiej zaś empatia, współczucie i wyobraźnia, które muszą mieć czas i warunki, aby rozkwitać.

W ostatnich trzech dziesięcioleciach takie wizje uniwersyteckich wartości coraz bardziej konfrontowane są z miarami przydatności, bo ta miłość do idei i piękna już nie każdego pracodawcę jest w stanie przekonać, dlatego coraz częstszymi czynnikami badania wyższego wykształcenia są: przyczynek do produktu krajowego brutto, zarobki absolwentów, ale także lepsze języki, którymi się posługujemy czy sięganie poza granice rozumienia ludzkiego. Tradycyjnie celami uniwersytetów były prawda i kształcenie kultury umysłu. Nowymi celami stały się wpływ na gospodarkę opartą na wiedzy, ale także wspieranie różnorodności, szacunku i strategii włączania. Nie wszystkie te cele przemawiają do populistów – dla nich najważniejsze jest kształcenie potrzebnych kadr, planowanie siły roboczej, jak również zyski z badań: medycznych, technicznych, czy ekonomicznych. Dla nich zachowanie i przekazywanie tradycji kultury to ostatni możliwy do przełknięcia z celów – dopóki będziemy mówić o tradycji i wartościach z nią związanych.

Ale mamy także nowe globalne potrzeby, takie jak mobilność, transfer technologii, komercjalizacja badań. Na tym tle ciekawym wystąpieniem jest głos liberalnej myślicielki Marthy Nussbaum, autorki książki „Nie dla zysku: dlaczego demokracja potrzebuje nauk humanistycznych („Not for Profit: Why Democracy Needs the Humanities”), w której wskazuje na wartość kanonów kultury, dzięki którym ludzie uczą się szacunku i tolerancji dla innych – olbrzymią rolę pełni tutaj kulturoznawstwo i studia nad kulturami i językami.

Ta ostatnia perspektywa jest szczególnie widoczna w ostatnim okresie ekspansji kultury cyfrowej  – dochodzi do konieczności dostosowania humanistyki do humanistyki cyfrowej. Mamy obecnie kulturę hybrydyczną, w której panuje hipertekst, Wikipedia i awatary, zaś zespołowa kultura Wikipedii zastąpiła oświeceniową kulturę ekspercką encyklopedii. Można tutaj widzieć napięcie między oświeceniową nowoczesnością, w której dominowały akademia, drukarnia, prasa a ponowoczesnym zjawiskiem darmowego dzielenia się wiedzą, które zdarza się wszędzie. Pojawiają się marzenia o uniwersalnym translatorze, który będzie dostępny każdemu. Jednak jeśli spojrzymy na translatory maszynowe, dojdziemy do wniosku, że powszechnym zjawiskiem staje się lekceważenie szczegółów. Między innymi dlatego nauki humanistyczne i społeczne mają ciągle sens, bo mistrzostwo w jakiejkolwiek dziedzinie wymaga czasu i uwagi dla szczegółu.

Z punktu widzenia historycznego mamy kilka wersji humanizmu związanego z naukami humanistycznymi: arystokratyczny humanizm renesansowy, któremu towarzyszyło odkrycie języków klasycznych, mieszczański humanizm egotyzmu, któremu patronuje odkrycie kultur bliskiego i dalekiego wschodu oraz demokratyczny humanizm XX w., w którym obserwujemy rozwój antropologii i znajomości wszystkich kultur. Ostatnio jednak wyłania się ponowoczesny humanizm cyfrowy, w którym pojawiają się postgutenbergowska piśmienność i  wielopodmiotowość w przekładzie, crowdsourcing jako metoda pracy tłumaczy i one współtworzą nową emancypacyjną kulturę.

Biorąc to wszystko pod uwagę, projekt „Konstytucja dla Nauki” jest mocno zawężony w swoich celach i nieodpowiadający na wyzwania ponowoczesności. Reforma będzie się wiązała z likwidacją i upadkiem wielu wydziałów, wielu uczelni w mniejszych ośrodkach. Ustawa Ministra Gowina likwiduje autonomię uczelni w Polsce, która jest podstawą Deklaracji Bolońskiej podpisanej 30 lat temu w Bolonii przez prawie 400 Rektorów dla podkreślenia 900 lat Uniwersytetu w Bolonii. To jest fundament uniwersyteckich, humanistycznych wartości. Te wartości są także oparte na Universitas, czyli samorządnych społecznościach, które już na początku świata uniwersyteckiego w Bolonii czy Paryżu samoorganizowały się. Zwycięstwo zmiany proponowanej w ustawie to zwycięstwo myślenia korporacyjnego, biurokratycznego i makdonaldyzacji nad kulturą, której potrzeba czasu i wolności: słowa, badania, dochodzenia do prawdy.

Jarosław Płuciennik - profesor humanistyki na UŁ, literaturoznawca, rzecznik prasowy łódzkiego KOD.
Tytuł pochodzi od redakcji

Czytaj również
O autorze
*
JarosławPłuciennik
Prof. dr hab. Jarosław Płuciennik, ur. w 1966 r. profesor humanistyki na UŁ, literaturoznawca, rzecznik prasowy KOD w Łodzi.
@ jaroslaw_jarrek