Powrót do Konstytucji

Drukuj

Ma absolutnie rację Katarzyna Lubnauer: to obecność religii w szkołach publicznych wymagałaby mocnego uzasadnienia, nie zaś jej nieobecność. Niestety, istnieje coś takiego, co teoretycy prawa nazywają „normatywną siłą faktów”: stan istniejący zaczyna być traktowany jako coś normalnego, niewymagającego obrony, zaś to tylko zmiana wymusza ciężar argumentacji. Tak tworzy się swoisty szantaż: chcecie „wyprowadzić religię ze szkół”, to udowodnijcie, że nie jesteście wrogami wiary!

Nie warto takiemu szantażowi ulegać. Religia w szkołach publicznych to aberracja, która zatruwa zarówno samą edukację jak i religię.

Ale ma też – i to jest mój główny niepokój – demoralizujący, negatywny wpływ na cały ustrój konstytucyjny państwa, zasadniczo podważając zasadę bezstronności państwa wobec religii czy, szerzej, rozdziału kościołów od państwa. Wprowadzona cichaczem, niewłaściwym instrumentem prawnym, bez odpowiedniej debaty społecznej, dla czysto oportunistycznych celów, religia w szkołach stała się konstytucyjną trucizną, wypaczającą relacje między państwem a największym polskim Kościołem. Także – dziwnie paraliżującą Trybunał Konstytucyjny, który w tej akurat sprawie okazał się osobliwie spłoszony.

lr

 

Przypomnijmy kilka epizodów:

  • Styczeń 1991, TK ocenia, na wniosek RPO (bo taką mieliśmy wówczas szczęście mieć RPO!), konstytucyjność wprowadzenia religii do szkół mocą ministerialnej instrukcji (z 3 sierpnia 1990). Trybunał nie widzi problemu, bo przecież religia nie stała się obowiązkowa! Trybunał nie widzi też nic złego w składaniu przez rodziców oświadczeń woli o uczestnictwie ich dzieci w lekcjach religii: nie jest to sprzeczne z prawem do zachowania milczenia o swym wyznaniu, bo… „ustawowego prawa do zachowania milczenia nie można traktować jak nakazu milczenia”. (NB logika tego argumentu wręcz poraża). Poza tym, rodzice nie muszą przecież składać deklaracji „negatywnych” (o nie-uczestniczeniu), ale jedynie ‘pozytywne”. Kolejny majstersztyk argumentacyjny…
  • Kwiecień 1993: dalsze regulacje państwowe dotyczące nauczania religii, dalsze moszczenie się religii w szkołach. Kolejny wniosek RPO, kolejna odpowiedz Trybunału. Zatrudnianie szkolnych katechetów wyznaczanych przez Kościół i opłacanych przez państwo?  Nie ma problemu, nie jest to subsydiowanie Kościoła, bo nauczyciel to nie Kościół. Stopnie z religii na maturze? Proste, wszak matury mają odzwierciedlać pełen  przebieg kształcenia, w tym także przedmioty nieobowiązkowe. Katecheci w radach pedagogicznych? No i bardzo dobrze, to prosta konsekwencja obowiązku szkoły organizowania nauczania religii, jeśli taka jest wola rodziców. Krzyże i modlitwy w szkołach? To tylko możliwość, a nie obowiązek po stronie szkół. A brak modlitwy podważałby prawo do uczestnictwa w obrzędach religijnych. (jak by nie było innych miejsc kultu, poza szkołami publicznymi…)
  • Grudzień 2009 (przeskoczyłem kilka klatek filmowych): włączanie ocen z religii do średniej maturalnej. Znów, no problem, to przecież tylko konsekwencja miejsca nauczania religii w programie szkolnym. Przy okazji TK usłużnie deklaruje, nawet niespecjalnie pytany, że wcale nie musimy mówić o zasadzie państwa świeckiego. W trybunalskiej mowie: „Zdaniem Trybunału Konstytucyjnego, określenie, w odniesieniu do państw demokratycznych, jakiegoś rozwiązania prawnego, bądź rozwiązań prawnych, za pomocą pojęcia „państwa świeckiego” – nie jest współcześnie niezbędne, a niekiedy może nawet być mylące”. Dodajmy: i denerwujące hierarchów.

 

Na kwestię „religia w szkołach” można patrzyć z różnych punktów widzenia: edukacyjnego, religijnego, budżetowego czy – jak zgodnie z moim profesjonalnym odchyleniem – konstytucyjnego. Konstytucja, realizowana i interpretowana przez Trybunał, zawiodła srogo w tej dziedzinie. Polityczna decyzja z roku 1990, podjęta niezgodnie z Konstytucją i bez żadnej publicznej deliberacji, przez lata paraliżowała myślenie Trybunału o tym problemie. Dziś jest czas na demokratyczne, ustawowe rozwiązanie, skoro na TK nie można było przez tyle lat liczyć. Konstytucja powinna wrócić do suwerena, jeśli sędziowski arbiter nie zdobył się na jej kompetentne wyrażanie w tej akurat sprawie. Dlatego popieram inicjatywę Liberté!

Czytaj również
O autorze
*
WojciechSadurski
Filozof prawa i konstytucjonalista, publicysta, bloger