PR to czasami obłudna ściema – rozmowa Leszka Jażdżewskiego z Piotrem Voelkelem

Drukuj

Podział na działalność biznesową, gdzie nie obowiązują wartości i dozwolony jest brak szacunku do ludzi, oraz na aktywność charytatywną czy społeczną – gdzie pokazujemy się z lepszej strony, uważam za chory i absurdalny.

Leszek Jażdżewski: Dlaczego człowiek o takich horyzontach i ambicjach zajął się biznesem? Przyznam, że było to dla mnie nieoczywiste. Ciekawość świata, ludzi, i do tego poświęcenie się robieniu mebli. Przychodzi mi do głowy Heinrich Schliemann, który zanim odkrył Troję, zajmował się handlem.

Piotr Voelkel: To bardzo ciekawe pytanie. Rzadko o nimi myślę, bo wydaje mi się, że wszystko w moim życiu było dość oczywiste. Odkąd pamiętam, pasjonowało mnie poszukiwanie nieznanych obszarów, poznawanie ciekawych ludzi. Meble też produkowałem z pasją.

Moja mama była nowoczesna i ciekawa świata, po studiach ekonomicznych. Ciągle ją wściekała prowincjonalna, plotkarska atmosfera – to, że wszyscy interesują się najchętniej sąsiadami. Tak czy owak z tą prowincją byliśmy zżyci przez wiele pokoleń. Miałem jednak poczucie, że trzeba stamtąd uciekać, że tu się nie da żyć.

W PRL-u próbowaliśmy się wyrywać. Na różne sposoby. Były wycieczki z Orbisem i za sto dolarów na głowę wyjazd do Jugosławii… wypady do teatrów, na spektakle, do filharmonii. I oczywiście lektury, wyrywane spod lady książki, gazety, „Tygodnik Powszechny”, którego trzy egzemplarze przypadały na cały Krotoszyn.

I zostałem z taką ciekawością świata. Potem studia, praca w klubach, w ZSP. Z jednej strony politechnika – dobre studia, dla inteligentnego człowieka łatwe.

Dzisiaj politechnika się z tym nie kojarzy.

Jeśli myślisz logicznie, matematycznie, to nie masz problemu. A po drugiej stronie fascynacja sztuką, kulturą studencką. Grechuta, Demarczyk, Grotowski…

Ta ciekawość świata powodowała, że angażowałem się w kluby studenckie, festiwale. Przydawały się umiejętności organizacyjne. Pewnie miałem też talent przywódczy. Bo tam, na wsi, gdybym nie był liderem, dostałbym w kość – dosłownie. Dość szybko wybrałem drogę kierowania grupą.

Z takim dorobkiem i umiejętnością zarządzania ludźmi po studiach trafiłem do Polskiego Teatru Tańca, co było ukoronowaniem całej drogi i mnie ukształtowało. Zawodowo zajmowałem się produkcją spektakli, przygotowywaniem premier i tournée. Komuna, dno, a myśmy jednak sporo jeździli po świecie: Niemcy, Finlandia, Szwecja, Francja, Rosja…

Przestrzeń wolności.

Przy okazji poznawałem niezwykłych ludzi. To były często „dni polskie” w Bremie albo w Moskwie. Przyjeżdżali wszyscy: Czerny, Stefańska, Zimerman, Holoubek, cały pociąg artystów, który zmierzał do Moskwy. I ja wśród nich, w tym cudownym kotle.

Pomagałem też jako inżynier realizować artystom ich marzenia – to połączenie tworzyło niezwykłe relacje. Nie byłem artystą, nie miałem żadnych talentów, a zatem żadnej potrzeby, żeby zaistnieć jako artysta.

Ta rola – pomocnika, podległego – musi być trudna.

Wiedziałem, kto rządzi, kto jest twórcą. Ale artysta rozumiał, że beze mnie też wiele nie zrobi, że zostaną tylko szkice. Nie czułem się upokorzony. Podziwiałem tych niezwykłych, utalentowanych ludzi. Patrzyłem na nich z ogromnym szacunkiem, to czasami byli geniusze. Współpracowaliśmy i nie dawano mi odczuć, że jestem kimś gorszym.

Decyzję o wyjściu z teatru podjąłem pod presją dwóch okoliczności. Jedna była związana z Conradem Drzewieckim, który w ważnej kwestii zawiódł i wielu z nas poczuło się oszukanych, odeszła prawie połowa zespołu. Wtedy pojawiło się pytanie, co dalej: czy iść do kolejnego teatru, czy spróbować czegoś nowego.

Intuicja podsuwała mi wolność. Teatr był jednak dyktaturą. Conrad był bardzo wymagający, apodyktyczny, czasami brutalny. Poczucie własnej wolności było ograniczone, mimo że jako teatr byliśmy manifestacją polskiej wolności, bo wyjazdy zagraniczne, bo sztuka, bo dużo swobody…

Ale wiedziałem, że własna firma będzie krokiem do przodu. Żeby być wolnym człowiekiem, robić coś na własne ryzyko, ale też być odpowiedzialnym. Pamiętam, że te pierwsze tygodnie były niesamowite. Dużo pracowałem wtedy fizycznie: stałem sam przy maszynie, przy tokarni, i produkowałem różne drobiazgi z drewna. Zupełnie bez stresu. Nikt się nie czepia, nie ma żadnych narzuconych z zewnątrz terminów, nie ma żadnych kaprysów. Po prostu robię, co chcę. I to było niesamowite uczucie. Przychodziłem do domu fizycznie zmęczony, ale umysłowo niezwykle wypoczęty.

Zaczęło się też intensywne życie towarzyskie. Byłem spragniony ludzi. Żona rodziła kolejne dzieci, mieszkaliśmy w bloku, było świetnie. Miałem narastające poczucie, że staję się zamożny i że mogę sobie pozwolić na wszystko. To było oczywiście śmieszne, bo mogłem pójść do hotelu Merkury i kupić na przykład szynkę i masło, których w sklepie nie było. Płaciłem dwa, trzy razy drożej, ale miałem to w nosie, bo zarabiałem za dużo jak na tamte potrzeby.
Później zacząłem też inwestować w media: gazety, rozgłośnie radiowe, agencje reklamowe, biuro ogłoszeń.

Wtedy to była dobra inwestycja?

Wtedy tak. To było w ramach prywatyzacji Ruchu. Kupiłem „Głos Wielkopolski” za jakieś niewielkie pieniądze. Budowałem małą grupę medialną i w końcu założyłem Wyższą Szkołę Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa, żeby kształcić własnych dziennikarzy.

W tamtych czasach, może dzięki Balcerowiczowi, miałem uczucie, że biznes jest ważny, że to źródło sukcesu całego kraju – utrzymuje administrację, płaci podatki.

Kiedy w dyskusjach z urzędnikami proszę, żeby mądrze wydawali moje pieniądze, odpowiadają, że też płacą podatki. Wtedy przywołuję opowieść o centralnym ogrzewaniu: „Kaloryfer też może myśleć, że to on grzeje, choć jest oczywiste, skąd pochodzi ciepło. Piecem jest biznes”.

W ostatnich latach, na fali rozliczeń transformacji zaczęła się moda na to, żeby krytykować – za nierówności czy niskie płace winić właśnie biznes. Czy nie należy uderzyć się w pierś i przyznać, że coś można było zrobić inaczej, nie tylko w kwestiach materialnych, lecz także jeśli chodzi o redystrybucję szacunku, godności?

Stosunek do biznesu zmienił się z bardzo pozytywnego na początku transformacji… Czasami zresztą ta afirmacja była na wyrost. Bywało, że koledzy, którzy nieczysto grali w ramach prywatyzacji, cieszyli się niezwykłym uznaniem. Solidarność i związki zawodowe wspierały prywatyzację oraz ludzi biznesu, widziały w nich szansę. Potem to się popsuło, pojawiły się opinie krytyczne, wyszły na jaw oszustwa, nadużycia. Bogactwo, sukces zaczął się kojarzyć z działaniami nielegalnymi.

Mimo wielu moich aktywności pro publico bono, tworzenia i rozwijania uczelni wyższych, funduszu stypendialnego, fundacji sztuki współpraca z administracją jest szczątkowa. Bliższe relacje są niebezpieczne i pełne obaw, nawet gdy cel jest publiczny i służy miastu czy regionowi. Mówiąc szczerze, od dawna minimalizuję takie aktywności, bo szkoda na nie czasu.

Innym problemem jest zmiana nastrojów społecznych, w tym naszych załóg. Na początku transformacji mieliśmy bliskie relacje. Był czas na rozmowy, lepsze zrozumienie. Wielu moich pracowników cieszyło się moimi osobistymi sukcesami, nawet tym, jak kupowałem nowe, dobre auto. W pogoni za globalnymi sukcesami, budując nowe biznesy, miałem mniej czasu i nasze relacje stawały się rzadsze. Straciliśmy kontakt i wzajemne zrozumienie. Pojawiły się nieufność, zawód, rozczarowanie. Wiem, że to skutek moich zaniedbań. Gdybym tego przypilnował, gdyby cały nasz biznes bardziej dbał o swoich pracowników, może wojna polsko-polska nie byłaby tak nasilona.

Na ile możemy powiedzieć, że w jakimś stopniu to było nieuniknione?

To wszystko bierze się, według mnie, z poczucia własnej wartości. A jeszcze bardziej z poczucia tego, czego się boję, jak sobie radzę z lękiem.

Przypowieść o wygnaniu z raju jest pewnie o tym, jak człowiek odkrył, że jest śmiertelny. My żyjemy z lękiem i kolejnymi nowymi obawami. Osobista decyzja polega na wyborze, jak sobie ze strachem radzimy. Możemy lęk opanować. Robię to, czego się obawiam, żeby doświadczyć kolejnego zwycięstwa, nabrać pewności siebie, albo pod presją lęku otaczam się coraz większym murem, chowam za plecami przywódcy, który obiecuje bezpieczeństwo.
Boimy się zmian, nawet awansu, i bywa, że przegrywamy swoje życie.

Wielu bało się wolności, nie umiało z niej skorzystać, nie było przekonanych, że to jest szansa, słabo wykorzystało to, co przynosiło życie. Teraz ci ludzie szukają sprawcy, bo trudno im przyjąć, że sami są winni. Obwiniają więc tych, którym się powiodło, czyli najczęściej tych, których wolność fascynowała, którzy uznawali ją za szansą. Którzy się jej nie bali. Którzy dla wolności chętnie rezygnowali z gwarancji bezpieczeństwa.

Ci zaś, którzy wybrali złudzenie bezpieczeństwa, zrezygnowali dla niego z wolności, poszli drogą unikania zmian i szukali pozornej stabilizacji, odkryli, że jest im gorzej. A że jest ich wielu, to czują się silni. Łączą ich roszczenia, poczucie krzywdy, niechęć do elit. Nie widzą powodu, żeby zapracować na swój sukces, skoro można dostać lub komuś odebrać. Ukryte lęki podsuwają agresywne zachowania.

Polskie społeczeństwo jako zbiorowość ma napad stanów lękowych?

Myślę, że wszystko się odbywa w emocjach, mało w tym racjonalnych uzasadnień nastrojów, które obserwujemy. Do tego stale ich ubywa. Ale napięcie podsycają kłamstwa. Polska w ostatnich 25 latach przeżywa najlepszy czas w swojej historii, ale wielu nie dostrzega, jak dużo zyskali. Nie traktują swojego obecnego położenia jako awansu w stosunku tego, gdzie byli 20 lat temu, ale widzą dystans dzielący ich od tych, którzy odnoszą sukces. Ostatnie lata są więc okresem klęski, bo dystans do „elit” rośnie.

Żyjemy w ciekawych, rewolucyjnych czasach. Elity są wypierane przez antyelity, prawda –przez skuteczniejszą dla wielu działań nieprawdę, wiara w sens edukacji przez przekonanie, że nie warto się uczyć, bo wiedza jest w telefonie. Nadużywamy słów, często zmieniamy ich sens. Za chwilę nie będziemy mogli się porozumieć, bo słowa stracą swoje znaczenie.

Ten proces jest dużo szerszy niż to, co się dzieje w Polsce.

Jest globalny, a jego źródłem jest Internet. Wprowadzenie druku też kiedyś zmieniło świat. Tyle że sieć jest szybsza. Dawniej elita kontrolowała wydawnictwa, wytwórnie filmów, dystrybucję muzyki, gazet, książek. Nie dopuszczano do działań, które mogłyby zburzyć przyjęty porządek. Pisarz musiał umieć pisać, a muzyk – potrafić grać.

Dzisiaj wszystkie wytworzone przez elitę ograniczenia upadają. W efekcie elita straciła kontrolę nad informacją, sztuką i kulturą. Ludzie, którzy do tej pory nie byliby publikowani, docierają do milionów. Oglądają de facto samych siebie i umacniają własne przekonanie, że bycie antyelitą jest akceptowane. Brak umiejętności pisania, filmowania, fotografowania nie jest ograniczeniem. Prawda nie jest potrzebna, jeżeli nieprawda świetnie się „sprzedaje”. A poza tym po co prawda, skoro to, co dziś jest prawdą, jutro może się okazać nieprawdą? Kiedyś było jasne, że ziemia jest płaska, a potem to się zmieniło.

Czy w świecie, w którym schlebia się jednostce czy całej zbiorowości, jest przestrzeń do tego, żeby kreować, wyznaczać pewne cele czy dążenia? Wskazywał pan w udzielanych wywiadach wyraźną granicę między designem a sztuką. Czy designer powinien odpowiadać na potrzeby ludzi, czy ktoś powinien nazwać te potrzeby i je wydobyć?

Moja partnerka w School of Form, Lidewij Edelkoort, światowej sławy badaczka trendów, świetnie to wyczuwała. Była nauczycielem młodych ludzi w Design Academy Eindhoven. Miała z nimi bliski kontakt. Chętnie do niej przychodzili, wypłakiwali się, radzili. Zastanawiałem się, skąd ona wie, co będzie za 10 lat? Zrozumiałem, że po prostu umiała słuchać młodych, ich opowieści o marzeniach, troskach, lękach, stresach, problemach. Mówili o tym, co się zdarzy, a ona potrafiła z tego wyciągać wnioski, tworzyć prognozy.

Gdy się przyglądamy mrówce, która biega po trawie, widzimy w jej ruchach chaos, wiele zygzaków. Ale gdy spojrzymy na mrowisko z pewnej odległości, to dostrzeżemy w nim porządek. Trzeba więc nie tylko być blisko jednej mrówki, słuchać jej marzeń oraz opowieści, lecz także obserwować, ile tych mrówek i w jakim kierunku się porusza. Na tym polega dobry design, czyli tworzenie produktów, które uwzględniają trendy, kierunek zmian i marzenia.

Na ile biznes powinien mieć poczucie, że funkcjonuje w społecznym otoczeniu i nie może myśleć wyłącznie o zysku, ale o misji społecznej? A może biznes ma po prostu zarabiać pieniądze?

Lata temu odkryłem, że wiele satysfakcji daje mi praca z myślą o innych, że chcę być pożyteczny. Studiując, robiłem wiele za darmo, dla przyjemności, bo przecież w klubach się nie zarabiało, ale ta praca otwierała horyzonty i dawała dużo satysfakcji. Nigdy w życiu nie produkowałem, nie sprzedawałem produktów, które były nastawione na to, żeby ludzi nabić w butelkę. Wiedziałem, że mam nad wieloma klientami przewagę, że mogę wykorzystać ich naiwność, brak wiedzy. Dbałem o to, żeby oferowane przeze mnie produkty były potrzebne.

Meble generalnie są ludziom potrzebne.

Przy meblach poszliśmy dalej. Stworzyliśmy między innymi meble młodzieżowe Smart. Wyglądają jak „mały technik”. Ich montaż zgodnie z naszą instrukcją ma wykonać dziecko. Dzięki temu jego udziałem staje się doświadczenie stworzenia czegoś większego niż domek z klocków. Wchodzi dzięki temu w świat realnych, dużych, dorosłych działań, nabiera pewności siebie. Ojciec tylko mu w tym pomaga. Kiedy dziecko samo zmontowało sobie biurko, stawało się ono dla niego najważniejszym miejscem na świecie. Dzięki temu chętniej się uczyło i zdobywało wiele nowych umiejętności. Przeprowadziliśmy badania, które pokazały, że Smart istotnie przyśpiesza wzrost gotowości szkolnej dzieci. Lepiej kupić pięciolatkowi biurko niż się lękać, czy jako sześciolatek może iść do szkoły.

Czyli biurko z wmontowanym CSR-em.

To efekt tego, że zespół Meble Vox postawił sobie takie zadanie. Nie chcemy produkować zwykłych, banalnych mebli. Badamy, jak zmieniają się potrzeby ludzi, i projektujemy rozwiązania, które są oczekiwane, innowacyjne. Nie zadowala nas zwykłe wygodne krzesło, stworzyliśmy krzesło Closer z obrotowym siedziskiem, dzięki czemu łatwiej jest wstawać, zwłaszcza osobom starszym, ale nie tylko im. Wychodzimy poza myślenie, że mebel jest tylko źródłem marży, szukamy swojej misji, współtworzymy meble z przyszłymi użytkownikami albo dajemy im pole do własnych decyzji i indywidualizacji produktu. Najnowsza kolekcja – Simple – to właśnie propozycja dla kogoś, kto chce stworzyć własny zestaw, komponując go z różnych elementów.

Do marży można mieć różny stosunek. Walcząc o najniższą cenę, wyciskać siódme poty z dostawców, tocząc z nimi nieustanną wojnę o kolejne grosze, lub szukać porozumienia, którego efektem jest lepszy, bardzo dobry produkt w rozsądnej, uczciwej cenie. Klienta też można traktować jak naiwnego poszukiwacza niskich cen i wabić atrakcyjnymi promocjami, odciągając jego uwagę od kluczowego pytania, czy potrzebuje kolejnego zakupu. Czy na pewno chce coś taniego, ale słabej jakości? Czy to jest to, czego szuka? Alternatywą jest współtworzenie z nim produktu, wciąganie go w istotne dla produktu decyzje po to, by wiedział, co kupuje, i dlaczego to tak ostatecznie wygląda.

Generalnie w wielu projektach zależało mi na tym, żeby wspierać rozwój człowieka. To dotyczyło zaangażowania w uczelnie, w szkoły, w rozwój designu, w talenty – czyli fundusz stypendialny – ale też w meble i inne biznesy. Podział na działalność biznesową, gdzie nie obowiązują przyjęte wartości, gdzie dozwolony jest brak szacunku do ludzi, klientów, oraz na aktywność charytatywną, społeczną – gdzie pokazujemy się z lepszej strony, uważam za chory, absurdalny. Nie siedzą w nas dwie osobowości – bezduszna i wspaniałomyślna – to by była paranoja.

Idee też przynoszą dobrą marżę.

Świat jest przewrotny. Prawdę powiedziawszy, z mojej obserwacji wynika, że wszystkie produkty, które sprzyjają rozwojowi człowieka, sprzedają się dużo gorzej niż te, które swoją rynkową pozycję opierają na naiwności klientów, ich nałogach, słabościach.

Mieliśmy w ofercie przemyślane, przygotowane z psychologami, innowacyjne meble, które sprzyjały rozwojowi dziecka w wieku do trzech lat. To jest okres kluczowy dla naszego dojrzewania. Łóżeczko zrobiliśmy tak, że wszystkie szczebelki były z różnych materiałów, mogły się kręcić, stukać, świecić. Dawały szansę na poznawanie świata, na interakcję. Pokazaliśmy je matkom i spytaliśmy, dlaczego ich nie kupują. Powiedziały prosto: „dziecko w łóżeczku ma spać”. Katastrofa…

Nie ma już tego łóżka?

Nie, zostało wycofane. Biurko Smart też sprzedaje się gorzej niż inne.

Powiedział pan kiedyś, że kobieta nie kupi łóżka w kolorze, którego nie umie nazwać. Być może te rzeczy muszą najpierw stać się zrozumiałe i nie można być przesadnie ambitnym; tak jak z lustrem, które się podświetla i nie widać w nim zmarszczek.

Komunikacja to ważna kwestia. Nowości wyróżniające się na rynku wymagają bardzo dobrej, mądrej komunikacji. Ludzie widzą tylko to, co znają. Kłopoty ze sprzedażą nowości widzimy przede wszystkim w braku dobrej informacji. Stale ją doskonalimy, poprawiamy i dzięki temu sprzedaż ambitnych produktów się poprawia. Internet w tym pomaga.

Inna sprawa to komunikacja dla poprawy własnego wizerunku. Bywa, że firma, która czerpie wielkie zyski ze sprzedaży niepotrzebnych paraleków, pokazuje się jako wybawiciel świata. W akcjach charytatywnych też pojawia się sporo działań parasolowych dla brutalnego kapitalizmu, który niszczy środowisko, szkodzi ludziom.

Czasami zadaję sobie pytanie, czy działania pro bono są efektem tego, że sponsor wstydzi się swojego bogactwa, czy ma wyrzuty sumienia wobec tych, którym się nie powiodło, czy chce swoją hojnością kogoś upokorzyć albo pokazać się w nieprawdziwym, lepszym świetle, czy chce zmienić świat na lepszy? PR to czasami obłudna ściema.

A IKEA to też ściema?

IKEA bardzo się zmienia, na korzyść. Notabene współpracuje z nią Concordia Design, robiąc niezwykłe projekty. IKEA Polska staje się ważną intelektualną częścią marki globalnej.

Czyli to, że konkurencja w kraju rośnie, panu nie przeszkadza?

To dobrze, że konkurencja nas zmienia, że powstają coraz lepsze meble. Ambitna konkurencja stawia przed nami nowe, ambitniejsze wyzwania. Są firmy, które budują uczciwe relacje z klientem, i rywalizacja z nimi nas wzbogaca. Bywa też niestety konkurencja, która kopiuje, podkrada pomysły, żeruje na cudzym dorobku i oszczędzając na kosztach, stawia na niską jakość i niskie ceny.

Myślę, że wszyscy możemy wybrać swoją drogę. Na świecie istnieje dobro i zło, abyśmy mieli wolny wybór.

Taki manicheizm. Właściwie nie wiadomo, co wygra.

Są w nas zło i dobro. To, co zwycięży, zależy w dużym stopniu od okoliczności i może trochę od nas. Zimbardo, robiąc eksperyment ze studentami, których losowo podzielił na więźniów i oprawców, pokazał, że zło jest w każdym, tylko czeka na okazję, żeby się ujawnić.

Ten temat jest obecny również w spektaklu „Punkt Zero”, w którym młody SS-man opisuje swoje przedwojenne życie oraz to, co robił w czasie wojny. Był potworem, mordercą, zboczeńcem. Na końcu spektaklu z jego ust pada zdanie, że każdy z widzów mógłby się znaleźć na jego miejscu.

W ogromnej mierze nasze zachowanie zależy od tego, w jakich warunkach żyjemy i jak byliśmy przygotowani i wychowani. Cieszę się, że wielu z nas ma komfort bycia przyzwoitym.

Pojawia się pytanie o zakres odpowiedzialności jednostki.

Myślę, że w skrajnych warunkach może wyjść z nas – ze mnie też – straszne zło. Nie umiem przewidzieć, kim byłbym np. w Auschwitz. Nie umiem wykluczyć, że w pewnej ekstremalnej sytuacji można zostać kapo. Dziękuję Bogu, że dotąd nie znalazłem się w takim skrajnym położeniu.

Co pana napędza, co jest punktem odniesienia w sukcesie biznesowym?

Co jest miernikiem sukcesu? Ludzi, ich wartość można mierzyć na różne sposoby. Szukając z wnuczkiem odpowiedzi na to pytanie, doszliśmy do porozumienia, że najlepszym miernikiem jest to, ile możemy dać innym ludziom. Nie inteligencja, bo można mądrość zaangażować po złej stronie. Najważniejsza jest pożyteczność.

Motywuje mnie też uznanie innych. Nie wstydzę się tego, że liczę na pozytywne recenzje ważnych dla mnie ludzi. Osób, które mi imponują, które szanuję. Liczy się dla mnie ocena żony, rodziców, dzieci. Uznanie tych osób mobilizuje do nowych wyzwań.

Pracując z Wojtkiem Eichelbergerem, wzmocniłem swoje poczucie wartości i moja własna ocena mniej zależy od opinii innych. Umiem kpić z agresywnej krytyki wrogich plemion i hejtu. Lepiej czuję i rozumiem, że jestem częścią wielkiej kosmicznej wyprawy, elementem większej całości. Mniej ego, mniej oddzielenia, więcej wspólnoty, bliżej do innych ludzi. Żyję spokojniej, ale zostało we mnie jeszcze trochę małego chłopczyka, który czeka na piątkę.

Biznes jest częścią życia. Nie można mieć różnych miar dla tego, jak żyjemy, co jest dla nas ważne, i dla biznesu, w którym stosować będziemy inne parametry.

Chcę wypuszczać produkty, które są potrzebne, i nie robić tego kosztem świata, przyrody. Unikam tandety. Budując w centrum Poznania biurowiec Bałtyk, postawiłem na jakość. Zależało mi na tym, żeby w tym ważnym miejscu miasta powstał obiekt, który może być symbolem naszych poznańskich ambicji. Chciałem pokazać innym, że jesteśmy nowocześni i nie boimy się marzyć.

Są ludzie, których stać na podobną kalkulację, ale dokonują jej w inny sposób. Rozumiem, że pan się mierzy inną miarą.

Podnoszę sobie poprzeczkę naprawdę wysoko, ale znajduję też partnerów, których pociągają takie ambitne projekty. Bałtyk powstał w partnerstwie, miałem wspólników, dla których też było oczywiste, że w tym miejscu nie może wyrosnąć błahy, zwyczajny biurowiec. Wspólnie postawiliśmy na najwyższą jakość i zaprosiliśmy do współpracy architektów z czołowej europejskiej pracowni, czyli MVRDV z Rotterdamu. Dziś wiemy, że to była dobra decyzja. Powstał unikalny budynek o wielu twarzach, dzieło sztuki, a najemcy doceniają przestrzeń, którą otrzymali do dyspozycji, i niezwykłe widoki. To też sukces biznesowy, bo rynek docenił nasze wysiłki.

Ma pan w swoich uczelniach ze 20 tys. studentów. Czy widzi pan sposób, żeby przeprowadzić długofalową zbiorową lekcję edukacyjną o demokracji, zaangażowaniu obywatelskim w Polsce? Albo przynajmniej w młodym pokoleniu? Czy jest to w ogóle możliwe?

Młodzi szukają obszarów dla testowania swojej postawy obywatelskiej. Często nas zaskakują. Na moich uczelniach nieustannie modernizujemy proces dydaktyczny. Wprowadzamy wiele zajęć praktycznych, uczymy pracy w zespole. Wspieramy wolontariat i aktywność studentów, ale to mimo wszystko mała skala. Kiedy chcemy myśleć o zmianach w postawie większych grup, konieczne są rozwiązania oparte na Internecie.

Większe aktywności są efektem komunikacji wirtualnej. Zbiorowe lekcje postaw obywatelskich i demokracji muszą być prowadzone w Internecie. Czy widział pan film „Ona”?

Tak.

Uzyskanie wpływu na wielu ludzi może się odbyć poprzez budowanie emocjonalnych relacji. Ja wierzę, że w wirtualnym świecie można zbudować silne więzi emocjonalne, rozkochać w inteligentnej i przyjaznej aplikacji „uczniów”, stworzyć aplikację, która uwiedzie i poprowadzi „klasę” ścieżką edukacji wspierającej rozwój i pozytywne, obywatelskie zachowania.

Jakie trzeba mieć zaufanie do aplikacji, do jej twórcy, żeby się temu poddać? I jaka jest odpowiedzialność po stronie tego, który uwodzi, jeśli to ma być aż tak skuteczne?

Nie ma innej drogi, jak sobie zaufać. Już dziś w ogromnym stopniu oddaliśmy swoje dusze Google’owi, Facebookowi i podobnym korporacjom.

Piotr Voelkel – polski przedsiębiorca, znawca sztuki i promotor polskiego designu, mecenas wielu projektów kulturalnych i edukacyjnych; założyciel Grupy Kapitałowej VOX, Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu (od 2015 r. Collegium Da Vinci), School of Form – pierwszej w Polsce międzynarodowej wyższej uczelni projektowania; współzałożyciel Uniwersytetu SWPS.

Leszek Jażdżewski – politolog, publicysta, redaktor naczelny Liberté!

Współpraca: Agnieszka Kożańska, Tomasz Mincer

Od redakcji: tekst ukazał się pierwotnie w XXVII numerze Liberté!. Cały numer do kupienia w e-sklepie.

Czytaj również
O autorze
*
LeszekJażdżewski
Politolog, publicysta, redaktor naczelny LIBERTÉ!
@ LesJazd