Rewolucja kopernikańska, czyli Max Weber na YouTube!

Drukuj

„Czy nauka może być przystępna nawet dla najbardziej opornych? Centrum Nauki Kopernik po raz kolejny udowadnia, że tak! Żonglujący fizycy, rapujący biolodzy i stepujący laboranci to tylko wierzchołek góry pomysłów, które przychodzą do głowy naukowcom. […] Ci młodzi ludzie potrafią pokazać, że nauka może być fantastyczną zabawą”. FameLab ma przypominać telewizyjny show typu „Idol” lub „Mam talent”. Uczestnik ma trzy minuty, aby zaśpiewać, zatańczyć lub pasjonująco przedstawić opowieść dotyczącą nauki. Zwycięża ten, kto skupi uwagę publiczności i uwiedzie ją charyzmą i pomysłem. W nagrodę otrzyma 30 tys. złotych na badania i 5 tys. na własne wydatki.

Nie wiemy, jak było w rzeczywistości. Można jednak wyobrażać sobie, że 7 listopada 1917 roku Max Weber wspina się w rozpiętym płaszczu po stopniach katedry, dysząc z irytacji. Staje za drewnianym pulpitem i stanowczym głosem, może nieco zbyt szybko, wygłasza słynny wykład o nauce jako zawodzie i powołaniu. Jest oczywiste, że masowe uczęszczanie przez studentów na wykłady jakiegoś profesora zależy w dużym stopniu od czynników czysto zewnętrznych; od temperamentu, a nawet kadencji głosu – i to tak dalece, że wprost trudno w to uwierzyć. Tę frazę mógł zarówno zjadliwie wysyczeć, jak i groźnie zagrzmieć… Konieczność prowadzenia zajęć dydaktycznych, które przyciągną masy płacących za wykłady studentów, wymaga, zdaniem Webera, predyspozycji skrajnie odmiennych od tych, które posiada typowy – skupiony na badaniach – uczony. Zdolności oratorskie i dydaktyczne nie muszą, stwierdzał, pozostawać w koniecznym związku ze zdolnością odkrywczego myślenia. Traktowanie uczelni jako dostawców pewnych towarów i usług, a w konsekwencji dążenie do sprostania przez nie wymogom rynku, uśmierca natomiast z pewnością tę ideę europejskiego uniwersytetu, który pracę uczonego czynił zajęciem duchowo-arystokratycznym, podporządkowanym jednemu celowi: dążeniu do odkrycia prawdy.

Rzecz jasna już wtedy, w Monachium w 1917 roku, Weber doskonale rozumiał kwestię praktycznego wymiaru nauki. Podsumowując rozważania o jej celach, podkreślał wartość tworzonej przez uczonych wiedzy technicznej. Dzięki elementowi przewidywalnej kalkulacji pozwala wszak ona, jak podkreślał, lepiej opanowywać życie. Zarówno to zewnętrzne, a zatem naturę, jak i ludzkie działanie. Weber świetnie też rozumiał, że wartość praktyczną posiadają tworzone w ramach nauki systemy myślenia i usystematyzowana refleksja. Niemniej jej istotę widział w innym wymiarze: dążeniu do jasności, która pozwala zdać sobie sprawę z ostatecznego sensu ludzkiego postępowania.

Folgując wyobraźni, pomyślmy, że wykład jest nagrywany i zostanie później umieszczony przez słuchaczy na YouTubie… I co się dzieje dalej? Czy mistrz rozpoczyna dzień, lękliwie sprawdzając, ile osób weszło na stronę? A może dumnie ignoruje portal? Śle listy o naruszeniu praw autorskich? Karykaturalność obrazu sprzyja ukazaniu wyrazistości dylematu. Nie należy bowiem ukrywać, że naukowe kształcenie […] jest zajęciem duchowo-arystokratycznym. Z drugiej strony jest prawdą, że wyłożenie naukowych problemów w ten sposób, aby zrozumiał je umysł niewykształcony, ale chłonny, oraz aby zaczął myśleć o nich samodzielnie […] stanowi najtrudniejsze zadanie pedagogiczne.

Styl nowoczesnego mówienia o nauce w Polsce definiują obecnie trzy instytucje: Centrum Nauki Kopernik, Piknik Naukowy Polskiego Radia (realizowany we współpracy z Kopernikiem) i Festiwal Nauki. Żadna z nich nie jest instytucją stricte naukową, a historię każdej można przedstawić jako opowieść o buncie jej założycieli i inspiratorów przeciwko eliminacji nauki z kultury. Przyjemnie jest słuchać profesora Łukasza Turskiego, gdy grzmi, że pasjonująca fizyka jest zohydzana przez nieudolny system edukacji szkolnej. Podziw budzi profesor Magdalena Fikus, mobilizująca armię uczonych, którzy od lat we wrześniu pokazują ludziom „z ulicy” sens badań naukowych. Wybuchy i eksplozje pokazywane na wiosennym Pikniku Naukowym Polskiego Radia pokazują nie tyle trud, ile radość pracy naukowej. Naukowcy zmieniają się w showmanów, którzy konkurują między sobą o zainteresowanie publiczności. Wspomniana definicja – a raczej redefinicja – stylu mówienia o nauce wynika z postulatu zasadniczej zmiany statusu nauki w życiu społecznym. Zgodnie z nim uczeni przestają być demiurgami, którzy w wieżach z kości czy, jak kto woli, wiodąc życie na wyspach, oglądają świat jak zadanie poznawcze. W postulowanym paradygmacie kultury naukowcy stają się członkami społeczeństwa o szczególnych w ramach wspólnoty zadaniach i funkcjach, które jednak nie dają prawa alienacji. Uczony przestaje być niezrozumiały, a społeczeństwo – nierozumne, bo wspólny staje się zarówno poznawany świat, jak i dyskusja na temat jego przeobrażeń wynikających z osiągnięć nauki i technologii. Tak rozumiana nauka staje się integralną częścią kultury i życia społecznego. Tym samym społeczeństwo nie tyle wdziera się, ile staje pożądanym towarzyszem w laboratoriach. Jego obecność wymaga jednak zmiany stylu przekazu. Niezwykła rola Kopernika, Pikniku i Festiwalu polega na podjęciu wysiłku zmierzającego do stworzenia reguł nowego języka mówienia o nauce. Jedną ze stawek w tej grze jest wzajemne zaufanie: społeczeństwa do naukowców, że ich dążenie do prawdy nie tworzy zagrożeń i nie rozstrzyga arbitralnie dylematów, które budziłyby jego niezgodę, i naukowców do społeczeństwa, że uszanuje ono niepewność rezultatu i zrozumie złożoność inwestycji w naukę. Drugą ze stawek jest wzajemna inspiracja i gotowość kooperacji.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego głosi, iż „celem optymalizacji (zarządzanie nauką) jest zwiększenie przejrzystości procesu planowania, bardziej efektywnego wydatkowania środków z budżetu państwa oraz w konsekwencji skuteczniejszej realizacji celów rozwojowych kraju w perspektywie średnio i długoterminowej”. I dalej, na tej samej stronie: „Wyzwania związane z globalizacją, członkostwem Polski w Unii Europejskiej, w tym wykorzystanie funduszy strukturalnych, oraz zmiana hierarchii celów w ramach poszczególnych funkcji nauki spowodowały konieczność przeprowadzenia szeregu zmian w tym systemie. […] [Aby] stworzyć optymalne warunki dla rozwoju w Polsce społeczeństwa i gospodarki opartej na wiedzy, celem strategicznym rozwoju nauki do roku 2015 […] [musi być] wykorzystanie […] [jej] […] [do] podniesienia poziomu cywilizacyjnego Polski, w szczególności przez pełniejsze wykorzystanie [nauki] w edukacji, gospodarce i kulturze”. Jakże jednak wykorzystywać nieznane? Jak inspirować się niezrozumiałym? Jak kooperować z obcym? W pewnym koniecznym uproszczeniu język modernizacji, stosowany przez aparat administracji nauki, to język ekonomii i wolnego rynku. Polscy uczeni posługują się nim sporadycznie. Naprzeciwko siebie stoją przedstawiciele dwóch plemion, posługujący się różnymi narzeczami. To utrudnia rozmowę.

Kierunek zmian systemu uprawiania nauki jest pochodną realizowanych systemów wartości. Jako taki musi znaleźć zakorzenienie w kulturze. Klucz do zrozumienia daje bowiem nie tyle odkrycie, że środowiska profesorów, dziekanów, doktorów czy struktury instytucji są „jakieś” – sądząc z kierunku reform – wyalienowane i nieefektywne. Istotne jest odkrycie, że siłę zachowania tych postaw czerpie ono ze źródeł znacznie głębszych niż indywidualne wybory: przekonania, że społeczeństwo na taki właśnie styl uprawiania nauki pozwala. Ryzyko wykorzenienia nauki z kultury jest jednak kosztowne dla obu stron. Cena hermetyczności to eliminacja nauki ze sfery publicznej, za co płaci się, mówiąc w koniecznym skrócie, zapóźnieniem cywilizacyjnym. Nieobecność w sferze publicznej oznacza bowiem, w najbardziej praktycznym wymiarze, brak zrozumienia dla kosztów badań i ryzyka zmniejszania nakładów na naukę. Według badań przeprowadzonych przez CBOS w 2011 roku Polacy są generalnie zadowoleni z jakości szkolnictwa wyższego w Polsce. Blisko 40 proc. badanych uważa, że jakość kształcenia jest porównywalna do tej na Zachodzie. Na to dobre samopoczucie nie wpływa niska pozycja polskich instytucji naukowych w światowych rankingach. Polacy zachowują się tak, jakby podwójny Nobel Skłodowskiej–Curie i „De revolutionibus orbium coelestium” Kopernika stanowiły gwarancję wieczystą naszej pozycji w świecie nauki. Ten sam raport CBOS-u pokazuje także, że połowa badanych zgodziłaby się zwiększyć nakłady na naukę, pod warunkiem że nie oznaczałoby to zmniejszenia nakładów na inne dziedziny życia społecznego. Jedna trzecia badanych postulowałaby zwiększenie nakładów na naukę kosztem innych sektorów. Poziom odczuwalnej potrzeby zmiany jest więc stosunkowo umiarkowany. Mimo powtarzanych przez naukowców tez o bezpośrednim związku między inwestycją w naukę a poprawą jakości życia postulat inwestycji w badania jest być może uznawany za słuszny, ale zarazem niezobowiązujący. Na tym właśnie braku odczuwanej konieczności polega koszt hermetyczności naukowców, którego przezwyciężenie nie wydaje się proste. Alternatywą okazuje się naukowy jarmark – festiwal wystrzałów i wybuchów – który wiedzie naukowców wprost w ramiona popkultury. A ceną za flirt z masową potrzebą atrakcji i rozrywki jest zakwestionowanie autonomicznej wartości nauki, bezinteresownego poznania i wysiłku wkładanego w jej rozwój przez oddanych poszukiwaniu prawdy ludzi. Stepujący genetyk i show na temat białych dziur w wykonaniu fizyka niosą w sobie ryzyko zbudowania takiego wyobrażenia o nauce, w którym nie zmieści się towarzyszące jej uprawianiu konieczne ryzyko, pasja, poświęcenie. Kto nie ma […] umiejętności nałożenia sobie klapek na oczy i utwierdzenia siebie w przekonaniu, że cała jego dusza zależy od prawidłowego dokonania poprawki, i to akurat tej poprawki, w tym właśnie a nie innym miejscu rękopisu, ten ktoś niewiele ma wspólnego z nauką. Wracając do Weberowskiego dylematu, trzeba zatem pytać, gdzie przebiega granica między prawem uczonych do pozostania we własnym dyskursie a demokratycznym obowiązkiem bycia zrozumiałym i dostępnym.

Wykłady otwarte dla szerokiej publiczności, muzea nauki, przepisy na domowe eksperymenty, pokazy możliwości rozwoju technologicznego, jakie daje nauka, wbrew pozorom nie pojawiły się jednak na fali popkultury w ostatnim, zepsutym przez jej zmasowany atak, dziesięcioleciu. Nie są nawet dziećmi XX wieku. Inicjatywy na rzecz popularyzacji nauki rozpoczęły się znacznie wcześniej: w połowie wieku XIX. Były znakiem nadziei związanych z wpływem nauki na rozwój przemysłu, a w rezultacie – na poprawę losu ludzkości. Spektakularnym pokazem technologii wykorzystujących najnowsze odkrycia nauki były przecież wielkie wystawy światowe w Brukseli, Londynie, Paryżu i Wiedniu. Wieża Eiffla, udostępniona publiczności w 1889 roku, do dziś przypomina o tych ogromnych przedsięwzięciach promocyjnych. W tym samym duchu – wiary w postęp, który nastąpi dzięki naukowemu poznaniu praw natury – stworzono ekspozycje powstałego jeszcze wcześniej, bo w 1857 roku, londyńskiego Muzeum Nauki (Science Museum) – do dziś jednej z największych placówek tego typu na świecie. Amerykanin Edward Youmans – jeden z wielu popularyzatorów nauki tamtych czasów – od 1852 roku prowadził w szkołach otwarte wykłady, których tytuły brzmią… zaskakująco współcześnie: „Chemia promieni słonecznych”, „Dynamika życia”. Jednocześnie wydawał pisma „Popular science” i pisał „Podręcznik domowej nauki”. Pierwsze polskie popularnonaukowe pismo dla najmłodszych – „Skarbiec dla dzieci” – powstało w… 1830 roku w Puławach. W latach 50.  ukazywały się tam również periodyki o tytułach, które samym brzmieniem przenoszą czytelników w świat sentymentalnej wiary w postęp: „Księga Świata: wiadomości z dziedziny nauk przyrodzonych, historyi krajów i ludów, żywoty znakomitych ludzi, podróże, opisy ciekawych miejscowości, wód słynniejszych, odkrycia i wynalazki, ważniejsze zajęcia przemysłowe, obrazy towarzyskie, statystyczne, ekonomiczne itp. z rycinami na stali, czarnemi i kolorowanemi, oraz drzeworytami” czy „Przyroda i Przemysł”. Znakiem skuteczności tych działań popularyzatorskich jest ten wątek dziejów bohatera „Lalki” Prusa, w którym Stanisław Wokulski bierze pod uwagę powrót do londyńskiego laboratorium mistrza Ochockiego i prace nad metalem lżejszym od powietrza ku pożytkowi ludzkości. Przy wszelkich pozorach podobieństwa metod popularyzacji nauki jej cele są obecnie odmienne. Sens modernizacyjny stylu myślenia o nauce, zawarty w przekazie nadawanym przez Centrum Nauki Kopernik, Piknik Naukowy Polskiego Radia czy Festiwal Nauki, polega na tym, że społeczeństwo ma nie tylko podziwiać, lecz także rozumieć i uczestniczyć. Nauka nie jest sprawą uczonych, jako część kultury jest sprawą wszystkich. Subtelna różnica między prawem rozumienia a prawem decydowania ciągle pozostaje niejasna i budzi wśród naukowców poczucie zagrożenia. Otwarte stawianie pytań i formułowanie dylematów dotyczących nauki jest obce polskiej tradycji.

W 1935 roku Maria i Stanisław Ossowscy wspólnie publikują artykuł „Nauka o nauce”. Jak zauważał Klemens Szaniawski, „niewiele prac opublikowali wspólnie, ale artykuł […] jest w literaturze światowej uważany za pozycję klasyczną; od tej daty liczy się istnienie nowej gałęzi wiedzy: naukoznawstwa”. Pomińmy tym razem założenia nowej dyscypliny, choć oczywiście magicznie klarowny język, jakim posługują się Ossowscy, kusi, by przytaczać każdą z ich propozycji. Opierając się pokusie, pozostańmy przy kwestii statusu nauki w życiu społecznym. Nauka, jak zauważają, nie jest składnikiem wszystkich kultur.
W dziejach cywilizacji wydaje się raczej zjawiskiem wyjątkowym i jako taka odgrywa niezmiernie doniosłą rolę tylko w jednej – nowoczesnej kulturze europejskiej. Ossowscy dostrzegają, że właśnie dzięki nauce stała się ona typem nieporównywalnym z którąkolwiek z kultur przednaukowych – chińską, hellenistyczną, średniowieczną – a więc tych, których korzenie sięgają znacznie dalej niż myśli europejskiego oświecenia, stanowiącego punkt graniczny. Cechą szczególną kultury naukowej, nazywanej także kulturą opartą na nauce, ma być w pierwszej kolejności dynamizm, przeciwstawiany statyce kultur przednaukowych. Znaczenie przypisywane stałości, a więc wartość nadawana tym elementom ładu, które pozostają niezmienne i skierowane ku tradycji, została zastąpiona postulatem zmiany i postępu. Zarazem ich wizja kultury opartej na nauce jest wizją totalną. Naukowy uniwersalizm prowadzić ma na niespotykaną dotąd skalę do przekształceń środowiska, realizując jeden z kluczowych postulatów tej kultury, a mianowicie dostosowywania rzeczywistości przyrodniczej do celów ludzkich.

Oczywiście, z perspektywy czasu pewne rozstrzygnięcia towarzyszące programowi „nauki o nauce” wydają się bardziej dyskusyjne, niż można się było tego spodziewać w 1935 roku, gdy powstawał manifest Ossowskich. Dyskusyjne może się wydawać już samo fundamentalne założenie o uniwersalności nauki. Najbardziej jednak skrajne postulaty relatywistów – dwadzieścia jeden tez Paula Feyerabenda, droga po strukturze Thomasa Kuhna, mocny program socjologii wiedzy Barry’ego Barnesa i Davida Bloora – wyrażają jednak raczej wątpliwości dotyczące rozstrzygnięć interpretacyjnych związanych z rolą i sposobem funkcjonowania nauki niż zasadniczej kwestii jej umiejscowienia w obszarze kultury. Ossowscy piszą swój artykuł w Londynie, podczas pobytu na stypendium. Anglia lat 30. mogła sprawiać wrażenie, że moc postępu technologicznego jest bezkresna. Przenikliwość uczonych kazała z wyprzedzeniem stawiać pytania o granice.

Rozpatrywanie roli nauki i uczonych wedle tych kategorii umożliwia, niezależnie od treści przedstawianych interpretacji, formułowanie pytań o rolę nauki w sposób, który prowadzić będzie do odkrycia jej znaczeń w wymiarze, jak pisał Andrzej Mencwel, „doświadczeń, samowiedzy i praktyki określonych ludzkich zespołów”, a zatem – poprzez odkrywanie jej współczynnika humanistycznego, czyli umiejscowienia w przestrzeni kultury. Osiągnięcia nauki zyskują zatem sens dopiero wówczas, gdy interpretacji ulega ich wpływ na ludzką egzystencję. Jednocześnie ucząc, czym jest nauka, przyczyniając się do wytworzenia w umysłach pracowników naukowych takiej czy innej koncepcji nauki, mają one (badania nad nauką) przez to samo wpływ na dalszą ich twórczość. Nauka wraz ze wszelkimi innymi sferami kultury jest przecież tą szczególną sferą rzeczywistości, której dzieje zależą od tego, co się o niej myśli. Z tych właśnie, kulturalistycznych w istocie, pozycji pisane są artykuły publicystyczne Marii Ossowskiej: „Obce serce”, „Zdobycze fizyki współczesnej a postawy moralne”, szereg recenzji prac myślicieli zachodnich dotyczących roli nauki, jak choćby Johna Williama Navina Sullivana „Limitations of Science”, „The Organization of Knowledge and the System of Sciences” Henry’ego Evelyna Blissa czy „Religion and Science” Bertranda Russella. Ossowska – etyk – rozumie, że praktyczne konsekwencje prowadzenia badań naukowych przekraczają granice laboratoriów. Dotyczą każdego. Sęk w tym, co zrobić, gdy ów każdy zazwyczaj nie wie, co go dotyczy.

Theodor Billroth, sławny niemiecki chirurg z XIX wieku, twierdził ponoć, że koledze, który ośmieliłby się dotknąć serce skalpelem, nie powinno się podawać ręki. W 1967 roku  południowoafrykański chirurg Christiaan Neethling Barnard w szpitalu Groote Schuur w Kapsztadzie po raz pierwszy w historii przeszczepił ludzkie serce innemu człowiekowi. Operowany przez niego pacjent – 54-letni mężczyzna, któremu przeszczepiono serce 24-letniej dziewczyny – zmarł po osiemnastu dniach od operacji wskutek zakażenia organizmu. Druga transplantacja serca, jaką wykonał prof. Barnard 2 stycznia 1968 roku, zakończyła się sukcesem. Pacjent z przeszczepionym sercem przeżył ponad dziewiętnaście miesięcy. Kwestia przeszczepów, która pod koniec lat 60. przewija się, jak pisze Ossowska, przez całą prasę codzienną i tygodniki, zostaje sprowadzona przez nią do jednego, zasadniczego zupełnie, pytania o to, jaka jest, zdaniem społeczeństwa, rola serca w organizmie. Metafory stosowane w literaturze pięknej tak nas przyzwyczaiły do traktowania serca jako siedliska naszego życia uczuciowego, że nie można się dziwić, że […] doszedł do głosu niepokój o ludzką osobowość. Ale specjaliści […] tego niepokoju nie podzielają. Serce to zwykła pompa, jak przekonuje nas w swoim artykule były przewodniczący kolegium chirurgów w Anglii. Postęp medycyny, tak jak rozwój badań kosmicznych czy fizyki, jest przez Marię Ossowską rozważany z perspektywy kulturalistycznej, a więc wpływu na ludzkie doświadczenie i tworzącą się pod jego wpływem samowiedzę. Podobnie, analizując perspektywy rozwoju fizyki i energii jądrowej, Ossowska proponuje refleksję nad wpływem, jaki na postawy ludzkie mogą mieć szybkie i niedające się przewidzieć zmiany, spowodowane przez rozwój nauki w ogóle, fizyki zaś w szczególności. Znakiem czasu jest nota, iż warto rozważać skutki życia zagrożonego przez ewentualną śmierć gwałtowną życia, w którym ufność w postęp moralny nie jest już taka pewna.

Pytania o zależności między rozwojem badań a sytuacją gospodarczą, refleksja na temat roli społeczeństwa w rozstrzyganiu dylematów etycznych związanych z nauką, relacja między nauką a edukacją pozwalają lepiej zrozumieć rolę, jaką współcześnie przypisuje się nauce. W tym właśnie znaczeniu każda debata, która dotyczy kondycji polskiej nauki i strategii jej rozwoju, jest debatą o współczesnej polskiej kulturze. Kluczowe znaczenie odgrywa tu kwestia języka, jakim mówi się o nauce i jakiego używa się do jej prezentacji. Język, jak wiadomo, jest podstawowym nośnikiem znaczeń. Ten, którym mówi się o nauce, może łączyć lub dzielić, włączać lub eliminować. Świat nauki w Polsce praktykował dotąd dyskurs odrębności. Przedsięwzięcia takie jak wspomniany na początku FameLab, spotkania z genetykami i publiczne dyskusje na temat klonowania w ramach programu GENesis (warto było nota bene zobaczyć profesora Keitha Cambella, jak oparty o zainscenizowaną zagrodę z owcami odpowiadał na pytania o możliwość klonowania osobowości),  organizowane przez Centrum Nauki Kopernik, łączą. Festiwal Nauki, podczas którego naukowcy tłumaczą sens swych badań ludziom często po raz pierwszy w życiu przekraczającym progi instytutu naukowego, łączą. Piknik Naukowy, który jest jarmarkiem radości poznawania, łączy. Choć formuła show i pokazywanie nauki jako równie fajnej, jak i „Idol” czy „Mam talent” nie budzi mojego instynktownego zachwytu, muszę przyznać, że idea FameLab także łączy.

Amerykanizacja europejskich uniwersytetów, której obawiał się Max Weber, bo uznawał ją za pierwszy krok do ograniczenia wolności poszukiwań naukowych na rzecz koniunkturalnej praktyki badawczej, wydaje się zagrożeniem anachronicznym. Żyjemy w kulturze, której jakość weryfikuje się jej zdolnością rozwoju i adaptacji. Nadzieje na nie wiąże właśnie z odpowiadającą na społeczne dylematy nauką. Możemy więc sprzeciwić się formule nauki zakorzenionej w życiu społecznym. Jest to oczywiście możliwe. Trzeba tylko uczciwie zgodzić się ponieść koszt tej rezygnacji.

Czytaj również
*
IlonaIłowiecka-Tańska