Równe szanse?

Drukuj

Ostatnio moją mamę na wsi zaczął odwiedzać siedmioletni sąsiad. Lubi książki, ostatnio podróżował po świecie – gdy znalazł na półce atlas – jest dość bystry, co widać chociażby po tym jak zmyśla i oszukuje. Mam jednak obawę, że trajektoria jego kariery edukacyjnej będzie raczej przypominała krzywą balistyczną. Także dlatego, że w wieku siedmiu lat bardziej chadza (od czasu do czasu) niż chodzi do szkoły. Urodził się na wsi, w rodzinie pracowników najemnych, oboje rodziców ma problem z alkoholem, a ostatnio popadli w poważne długi. Nie jest to historia wyjątkowa. W 2009 w niedostatku żyło 22% dzieci do 18 roku życia (Europejskie Badania Dochodów i Warunków Życia Ludności EU-SILC 2009). Dotyczy to rodzin o niskim poziomie wykształcenia i w konsekwencji dochodów, o wysokim współczynniku uzależnień, z ponadprzeciętną liczbą dzieci, często zamieszkałych na wsi (wg Diagnozy społecznej 2009 rodziny zamieszkałe na wsi osiągają dochody na osobę dwukrotnie niższe niż rodziny zamieszkałe w miastach powyżej 500 tyś mieszkańców, tak samo jak rodziny z 3 i więcej dziećmi w porównaniu z rodzinami bezdzietnymi). Czyli takich jak rodzina Patryka.

Jeżeli jednak zależy nam na tym, żebyśmy jako społeczeństwo w globalnym podziale pracy ubiegali się o zajęcia wymagające wysokich kompetencji i dobrze płatne, jeżeli „równości szans” nie traktujemy jako liberalnej mantry, która ma uspokoić sumienia sytych, to powinniśmy się przyglądać czy edukacji przyczynia się do tych szans wyrównywania. Oczywiście poziom wykształcenia w bardzo silnym stopniu zależy od wykształcenia rodziców, czyli kapitału kulturowego i społecznego, które dzieci wynoszą z domu. Potwierdzają to polskie dane – w 2006 roku z osób w wieku 25-34 lat z wykształceniem wyższym 73 % miało przynajmniej jednego rodzica tak samo wykształconego i tylko 11 % z wykształceniem podstawowym. Zakładanie jednak całkowitego determinizmu (brak wykształcenia rodziców musi spowodować niskie wykształcenie dzieci) byłoby jednak trudne do pogodzenia z faktami, skoro w Polsce od 1995 do 2009 udział osób w wieku 25-64lat  z wyższym wykształceniem wzrósł z 9,7 do 21,2. Co oznacza, że dzieci mają przeciętnie wyższy poziom wykształcenia niż rodzice, niezależnie od tego jak oceniamy jakość tego wyższego wykształcenia. Na pewno jednak ukończenie studiów zdecydowanie pomaga wydostać się z biedy. Polska należy do państw OECD o jednej z najwyższych „premii edukacyjnych”: osoby z wykształceniem wyższym zarabiają 40% więcej niż przeciętne wynagrodzenie.

Nie ma możliwości, aby jakiekolwiek wsparcie zewnętrzne całkowicie zniwelowało przewagę „lepiej urodzonych”. Jednak jeśli gdziekolwiek można próbować korygować takie przewagi, to w systemie edukacyjnym. Warto zadać sobie pytanie, czy Polski system edukacyjny pomaga dzieciom ze środowisk defaworyzowanych, czy raczej utrwala biedę i wykluczenie?

Dzieci w przedszkolu

Wiele międzynarodowych badań opierających się o śledzenie kariery edukacyjnej i życiowej pokazuje, że zasadnicze znaczenie dla sukcesu edukacyjnego ma długość uczęszczania do przedszkola. Szczególne znaczenie ma to dla dzieci z rodzin dysfunkcyjnych i o niskim kapitale kulturowym. Zwłaszcza ważny jest wiek rozpoczęcia edukacji przedszkolnej – pozytywne efekty przynosi objęcie nią trzy-czterolatków. Jednak w Polsce z przedszkola korzystają głównie dzieci . osób z wyższym wykształceniem (60 % dzieci osób z wykształceniem wyższym uczęszcza do przedszkola trzy lata, a 63 % dzieci osób z wykształcenie podstawowym nie korzysta z przedszkola w ogóle – Badania dotyczące rozwoju metodologii szacowania wskaźnika Edukacyjnej Wartości Dodanej dla CKE, 2010). W konsekwencji z przedszkola nie korzystają dzieci, którym mogłoby to w największym stopniu pomóc w dogonieniu lepiej urodzonych rówieśników. Tylko powszechność przedszkola mogłaby zmienić tą sytuację, dlatego UE stawia za cel objęcie edukacją 95% czterolatków. Polska pod tym względem dokonała w ostatnich pięciu latach dużego postępu (także dzięki obejmowaniu obowiązkiem edukacji przedszkolnej pięciolatków), jednak z 60 proc. czterolatków uczęszczających do przedszkola jesteśmy czwarci od końca w Europie.

Patryk z tego punktu widzenia już na starcie oddalił się od swoich rówieśników, bo jak większość dzieci wiejskich do przedszkola nie chodził (ponad 60 proc.). Dzieje się tak, nie tylko dlatego, że rodzice nie uważają przedszkola za ważne w edukacji dziecka, ale również dlatego, że przedszkola są odpłatne i trudno dostępne (mało miejsc, konieczność dowożenia gimbusami). Spośród setki gmin o najniższych dochodach w Polsce w sześćdziesięciu odsetek dzieci w wieku 3-5lat uczęszczających do przedszkola wynosił w 2007 poniżej 25 proc. (a w trzydziestu wskaźnik ten mieścił się w przedziale 25-35 proc.), przy przeciętnej dla Polski 41 proc. (” Społeczeństwo w drodze do wiedzy”, IBE 2011). Oznacza to nie tylko, że mieszkający na wsi rodzice (statystycznie ubożsi i gorzej wykształceni) nie mają gdzie posłać dziecka do przedszkola, ale również, że na tych terenach wskaźnik uprzedszkolnienia szybko nie wzrośnie z powodów infrastrukturalnych. Ubogie gminy nawet jeśli byłyby w stanie z pomocą środków europejskich przedszkola i ogniska przedszkolne stworzyć, to na pewno miałyby duże trudności z ich utrzymaniem (także dlatego, że subwencja oświatowa nie uwzględnia liczby dzieci chodzących do przedszkola). Gdy spojrzymy na deficyty miejsc przedszkolnych globalnie, to okaże się, że aby osiągnąć zakładany, 95-procentowy poziom upowszechnienia przedszkolnego do 2018 roku powinno powstać blisko 350.000 miejsc (połowa liczby, którą dzisiaj dysponują przedszkola!), z tego 250.000 do 2013 roku (Prognoza Instytutu Badań Edukacyjnych na podstawie prognozy demograficznej GUS i Bazy Danych Regionalnych). Potrzeba do tego stworzyć co najmniej 4.000 placówek (w najlepszym pod tym względem od dziesięcioleci roku 2010 powstało ich niecałe 400.). Dodatkowo największe problemy z miejscami mamy w uboższych województwach (warmińsko mazurskim, podkarpackim, czy zachodniopomorskim). Nawet w latach trzydziestych, gdy demografia zacznie sama rozwiązywać problem braku miejsc w przedszkolach w tych województwach brak inwestycji spowodowałby utrzymywanie się deficytu miejsc.

Co się dzieje z gorzej przygotowanymi do edukacji dziećmi, gdy już trafią do szkoły? Niestety nie mamy jeszcze w Polsce dobrego narzędzia pomiaru edukacyjnej wartości dodanej (w jakim stopniu szkoła poprawiła wyniki dzieci, które do niej chodziły na koniec nauki, w porównaniu z momentem, gdy do niej przyszły). Dość dobrą miarą utrwalania nierówności jest jednak międzyszkolne zróżnicowanie wyników nauczania (Wskaźnik pokazuje jaki odsetek wariancji całkowitej wyników to wariancja między szkolna). Stosując ten wskaźnik zakłada się (zasadnie), że obowiązkowa szkoła finansowana z publicznych środków powinna na podobnym poziomie wykształcić dziecko niezależnie od miejsca, gdzie do niej uczęszcza. Gdy zróżnicowanie jest niskie szkoły raczej niwelują nierówności, w przeciwnym przypadku – najprawdopodobniej je utrwalają. Oczywiście, nie można oczekiwać, że szkoła podstawowa będzie w stanie całkowicie nadrobić zaległości dzieci rodziców gorzej wykształconych, które dodatkowo nie chodziły do przedszkola (wyniki np. na testach gimnazjalnych są w znaczącym stopniu zdeterminowane przez odsetek osób z wyższym wykształceniem na terenie gminy). Co zatem widzimy, gdy przyglądamy się zróżnicowaniu międzyszkolnemu? Na pierwszy rzut oka sytuacja wygląda dobrze – badania PISA pokazują, że jesteśmy w grupie państw o niskim poziomie wskaźnika dla szkół, do których uczęszczają badane 15-latki (wprawdzie ponad dwukrotnie wyższym niż w Finlandii, ale za to czterokrotnie niższym niż w Niemczech). Taki wynik osiągamy głównie dzięki wprowadzeniu gimnazjów, a dokładnie dzięki wydłużeniu okresu edukacji ogólnej i opóźnieniu momentu, w którym dzieci dzielone są do szkół ogólnokształcących i zawodowych (zróżnicowanie jest niskie we wszystkich państwach, gdzie PISA była realizowana wśród dzieci przed tym podziałem).

Jednak jeśli przyjrzymy się danym bardziej szczegółowo okaże się, że nie jest tak różowo. Możemy przyjąć, że znacząco gorsze wyniki szkół wiejskich wynikają z niższego poziomu wykształcenia rodziców i nie uczęszczaniu dzieci do przedszkola. W miastach jednak obserwujemy bardzo wyraźny proces narastania zróżnicowania międzyszkolnego. W miejscowościach powyżej 100 tys. mieszkańców silniej widać je na przykładzie gimnazjów – wzrost z 13 do 30 proc w ciągu 8 lat, niż w przypadku podstawówek – wzrost „tylko” z 11 do 16 proc w tym samym czasie (Analiza Instytuty Badań Edukacyjnych na podstawie danych CKE). Trudno to wyjaśnić inaczej niż narastającą segregacją edukacyjną, łatwiejszą na poziomie gimnazjum, bo szkoły dysponują wynikami testów kompetencyjnych dzieci po podstawówce. Spowodowana jest ona też tym, że jeśli jest wybór, to rodzice przykładających większą wagę do edukacji dzieci (czyli „lepiej urodzonych”) posyłają je do „lepszych” szkół. Oczywiście nie jest rolą państwa zabraniać dokonywania takich wyborów. Natomiast jest jego rolą takie wspieranie szkół uczących słabsze na starcie dzieci, aby nierówności nie narastały.

Miernikiem nierówności jest również poziom wydatków prywatnych na bezpłatną (!) edukację. Nawet zakładając, że część wydatków rodziców jest alokowana mało sensownie, to na pewno zamożność rodziców zwiększa szanse edukacyjne dziecka. 3/5 rodziców gimnazjalistów wydaje na ten cel więcej niż 300 zł miesięcznie, a 1/5 rodziców deklaruje, iż płaci za korepetycje (Bania PISA 2006). Ubogie dziecko na pewno ma mniejsze szanse, żeby nadrobić jakiekolwiek zaległości.

Sytuacja w szkołach ponadgimnazjalnych i na studiach jest już tylko prostą konsekwencją wcześniejszych nierówności. Przykładowo – do liceów ogólnokształcących dostały się w 2006 roku osoby z wynikiem 33,1 punktu na teście gimnazjalnym, a do liceów profilowanych z wynikiem blisko o 10 punktów gorszym. I potem na maturze taki wynik jest odtwarzany – w 2010 roku na egzaminie z matematyki uczniowie liceów ogólnokształcących mieli wynik na poziomie 105 proc. średniej, a liceów profilowanych 90 proc. Nikogo zatem nie powinno dziwić, że na bezpłatne studia dostają się głównie dzieci osób dobrze zarabiających, z dużych miast. Znam oczywiście przypadki zdeterminowanych i zdolnych młodych ludzi, którzy pochodzą ze środowisk zagrożonych wykluczeniem, a dziś studiują na bezpłatnych studiach. Jednak raport Banku Światowego (Szkolnictwo Wyższe w Polsce, 2004) pokazuje, że bezpłatnie studiują głównie maturzyści, którzy uczęszczali na płatne zajęcia przygotowujące do egzaminów i jednocześnie dzieci osób z wyższym wykształceniem. Jednocześnie ponad połowa polskich studentów jest na studiach niestacjonarnych. Są poważne przesłanki, żeby twierdzić, że często jest to gorszy rodzaj wyższego wykształcenia (np. dlatego, że liczba godzin zajęć może tam stanowić 60 proc. zajęć na studiach stacjonarnych). I w konsekwencji mając wyższe wykształcenie mają oni poważne problemy, że znalezieniem pracy.

Kapitał społeczny, kulturowy i ekonomiczny wynoszony z domu rodzinnego silnie determinuje sukces edukacyjny. Skala nierówności edukacyjnych w Polsce jest jednak na tyle duża, że odtwarzamy biedę i wykluczenie w rodzinach nimi dotkniętych. Można zrobić bardzo dużo, aby sukces dzieci ze środowisk defaworyzowanych w większym stopniu zależał od ich talentów, a nie jedynie od dysfunkcji ich rodziców. Można, tylko akurat polski system edukacji robi coś dokładnie odwrotnego.

Wracając do Patryka – chyba wie, że nie bardzo może liczyć ani na pomoc ani rodziny, ani szkoły. Ostatnio przekleił sobie naklejkę z ceną i powiedział, że pójdzie do sklepu to może ktoś go kupi. „- a kto?” „- może pani?…”

Zdjęcie na licencji CC, autor: epSos.de

Czytaj również
*
RafałSzymczak
Studiował Filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Wspólnik i dyrektor w agencji PR profile.Prezes Związku Firm PR w latach 2004-06 i 2008-11. Wykładowca London School of Public Relations. Prowadzi blog OpowiaDane.com na temat data stroytelling. W latach 90. był rzecznikiem prasowym Ministra Pracy i Polityki Społecznej Jacka Kuronia.