Pod rządami sumień fundamentalistów

Drukuj

Dziś nie chodzi już o drogie przedszkola, trudny start zawodowy po okresie macierzyństwa, niższe płace, a co za tym idzie gorsze emerytury. Chodzi o nasze życie. Nie dopilnowałyśmy naszych interesów podczas zmian ustrojowych, żyjemy w kraju wyznaniowym, w którym dyskurs przejmuje absolutny Ciemnogród. Pytanie czy wreszcie zareagujemy?

W polskiej rzeczywistości mają miejsce dwa procesy, które na pierwszy rzut oka zdają się wykluczać. Z jednej strony dochodzi do masowego spadku liczby wiernych, którzy przychodzą do Kościoła (rzędu 2-4 milionów w ostatnich latach), a z drugiej przejęcia głównego dyskursu „moralnego” w kraju przez skrajne środowiska kościelne. W mojej ocenie zaczynamy funkcjonować w państwie wyznaniowym, a kobiety płacą za to najwyższą cenę.

Początku tego problemu należy doszukiwać się w działalności Radia Maryja, w swoim czasie traktowanego jako pewne wynaturzenie. Powstałe zjawisko próbowano tłumaczyć. Mówiono o ludziach, którzy nie odnaleźli się w ówczesnej sytuacji społecznej i gospodarczej, że przerosły ich zmiany systemowe. Jakąkolwiek diagnozę chcielibyśmy tu zastosować, był to „odłam”, nurt poboczny względem polskiej instytucji kościelnej. W ten sposób publicyści polscy pierwsi wyręczali Kościół Polski szeroko go usprawiedliwiając. Przekonywano, że władze kościelne nie są wstanie wywrzeć wpływu na toruńskiego księdza, spieszono tłumaczyć, że jest to sytuacja niemożliwa do rozwiązania. Księdza Rydzyka opisywano jako enfant terrible Polskiego Kościoła, wymykającego się kontroli. Władze kościelne nie trudząc się wiele zostały usprawiedliwione, polska inteligencja sama odcięła je grubą kreską od działań Rydzyka. Kościół nigdy nie rozwiązał tematu Radia Maryja i nigdy nie został za to rozliczony, a wręcz przeciwnie, wzięto go w obronę i w pełni zrehabilitowano. Problem w tym, że zachowując się wyrozumiale, tłumacząc i usprawiedliwiając, nie karcąc, stworzyliśmy potwora. Traktowaliśmy Rydzyka jako peryferyjne wynaturzenie, a w istocie był on widocznym symptomem zmiany zachodzącej w całym Kościele. Zapowiadał tendencje, które obecnie dominują w głównym nurcie naszego dyskursu publicznego.

Z perspektywy czasu, w mojej ocenie, sprawa kobiet została absolutnie przegrana już na początku demokratycznej transformacji. Jakkolwiek kontrowersyjne jest w polskiej przestrzeni publicznej odwoływanie się do „osiągnięć cywilizacyjnych komunizmu”, z tego względu spieszę zapewnić o ich ułomności w praktyce, z legislacyjnego punktu widzenia sytuacja kobiet uległa pogorszeniu wraz z przyjściem demokracji. W hołdzie Kościołowi za wiekopomną rolę jaką odegrał w obaleniu reżimu komunistycznego na ołtarzu złożono sprawę kobiet. Od tej pory mieliśmy żyć w państwie wyznaniowym, w którym to osoba trzecia miała decydować o naszym ciele i czy matką zostaniemy czy też nie. Same takiej decyzji nie byłyśmy już władne podjąć. Oczywiście pełni nadziei, wierząc, że z transformacji płynęło samo dobro, a Kościół był tego dobra czołowym symbolem, myśleliśmy, że to nie na poważnie, że wszystko zostanie na papierze, że jesteśmy tak zaawansowani cywilizacyjnie, że nie będziemy narażać życia i zdrowia kobiet. Stało się jednak inaczej, z czasem domaganie się prawa do aborcji stało się źle widziane. Tabu, którego lepiej nie naruszać.

Legislacyjnie oddaliśmy Kościołowi tak wiele, że mocnym nadużyciem jest nazywanie naszego tworu państwowego świeckim. Chyba, że w polskiej terminologii „świecki” to taki, w którym do spraw kościelnych nam wara, a Kościół mówi nam wszystkim jak żyć. Problem w tym, że większość społeczeństwa traci zainteresowanie Kościołem. W ławach kościelnych w przeważającej mierze pozostają osoby starsze, które bardzo często źle oceniają współczesną sytuację społeczną i polityczną. Lęk przed zmianą, niezgoda na obecne realia powodują, że w reakcji tworzą się postawy coraz bardziej konserwatywne. To, że ludzie starsi uważają, że jest źle i gorzej być już nie może jest tendencją stałą i występującą jak świat światem od jego zarania. Problem w tym, że ten dyskurs zaczyna być forsowany mainstreamie, a co gorsza staje się bardzo niebezpieczny.

Pytanie w jaki sposób w państwie „laickim”, gdzie większość społeczeństwa zdaje się być co najmniej niepraktykująca, dyktat przejmują wąskie środowiska ultrakonserwatywne. W mojej ocenie powody są dwa. Z jednej strony środowiska inteligenckie w tym kraju nie wiedzą jak odnaleźć się w debacie rodem z „ze złotego okresu Inkwizycji” czyli jak człowiek wykształcony ma reagować na informacje o Szatanie wchodzącym podczas jogi przez odbyt, zastanawiać się nad tym czy Hanna Gronkiewicz-Waltz ma prawo przyjmowania komunii oraz czy gender rozbija polską rodzinę W takim dyskursie odnaleźć się jest nie sposób, więc intelektualiści polscy reagują zażenowaniem, które starają się przykryć tłumacząc nieskładnie to i owo, jednocześnie próbując odpierać zarzuty tak aby nikogo nie urazić i aby nikt nie poczuł się niekomfortowo. Z drugiej zaś strony mamy stojących obecnie u sterów władzy polityków, którzy w przeważającej większości byli głównymi aktorami okresu transformacji i koniunkturalnie przywykli mieć dobre relacje z Kościołem, najwyraźniej nie zauważając jakie koszty się za tym kryją i do jakich szkód dla demokracji to w istocie prowadzi.

Trudno mi się wypowiadać na temat poziomu absurdu, jaki wywiązał się przy okazji „groźnej społecznie” kwestii gender lub „szatańskiej” w skutkach jogi. Nie chcę w tym miejscu merytorycznie oceniać poziomu dyskursu płynącego obecnie z polskiego Kościoła katolickiego. Choć osobiście zalecałabym popracowanie nad przygotowaniem merytorycznym  oraz poziomem intelektualnym treści zeń płynących. Problem w tym, że ten Ciemnogród zaczyna nastawać na życie moje i innych Polek.

Moje koleżanki idąc do lekarza nie mają pewności czy podejmie on decyzję o aborcji jeśli będzie zagrożone zdrowie i życie kobiety lub dziecka. Nie wiedzą czy jeśli sytuacja będzie tego wymagała to zostanie podjęta decyzja o cesarskim cięciu. W polskich szpitalach zapanowała histeria „sposobów naturalnych” gdzie kobiety są zmuszane do porodów naturalnych, karmienia piersią etc, nawet gdy istnieją silne przeciwwskazania  i powinno się takie metody zarzucić. Co gorsze nastąpiła era lekarzy, których sumienie jest ważniejsze niż zdrowie i życie pacjentów.

Dziś nie chodzi już o drogie przedszkola, trudny start zawodowy po okresie macierzyństwa, niższe płace, a co za tym idzie gorsze emerytury. Chodzi o nasze życie. Nie dopilnowałyśmy naszych interesów podczas zmian ustrojowych, żyjemy w kraju wyznaniowym, w którym dyskurs przejmuje absolutny Ciemnogród. Pytanie czy wreszcie zareagujemy?

Czytaj również
O autorze
*
MagdaMelnyk
politolog, absolwentka WSMiP na Uniwersytecie Łódzkim, specjalizuje się w obszarze krajów hispanojęzycznych, ruchów społecznych i transformacji ustrojowych.
@ magda_melnyk