Rzeczpospolita pluskiew

Drukuj

Spektakl trwa od tygodnia. W ubiegłą niedzielę „Wprost” zaczęło promować swój poniedziałkowy numer, zapowiadając podsłuchowe bomby – nagrania polityków, którzy w zaciszu tzw. viproomów restauracyjnych po „sześciu wódeczkach” opowiadają sobie różne historyjki, dobijają politycznych targów, załatwiają prywatne interesiki.

Larum grają? Oj tam, oj tam, weekend idzie

Poniedziałek pod znakiem konferencji prasowej premiera był pod hasłem – nic się nie stało. Nowak przecież nie ma przyszłości, a Belka i Sienkiewicz – ot, rozmowa zatroskanych dżentelmenów. Media podzielone granicą ustaloną od lat – opozycja krzyczy o skandalu, prorządowi z większym lub mniejszym przekonaniem powtarzają tezy premiera. Nie ma spodziewanej dosyć powszechnie dymisji ministra spraw wewnętrznych, premier powierza mu zadanie ustalenia kto śmie podsłuchiwać najważniejsze osoby w państwie.

Emocje są – ale jakoś już wyciszone, gdyby nie zapowiedź, że istnieją kolejne nagrania, można by się spodziewać, że jedynie część z nas będzie na ten temat plotkować przy weekendowej karkówce. I wtedy następuje coś, jedyna rzecz jaka mogła w tym momencie przywrócić nagrania na czołówki serwisów informacyjnych.

polska_pluskwa

Pierwszy taki zajazd w RP

Przeprowadzony z precyzją tego mickiewiczowskiego ostatniego na Litwie – wg.  taktyki „my z synowcem na przedzie i jakoś to będzie”. Prokuratorzy podchodzili z agentami ABW dwukrotnie, za drugim razem, po wycofaniu się policji, sprawy we własne ręce przejęło ABW wykazując się inteligencją i finezją sienkiewiczowskich braci Kiemliczów. W odróżnieniu jednak od Kiemliczów, którzy kiedy już zaczynali „prać” to siali wokół siebie śmierć i zniszczenie, podopieczni prawnuka autora Trylogii nie zdołali odebrać laptopa redaktorowi naczelnemu „Wprost”, skądinąd nie przypominającemu posturą Podbipięty, czy chociażby Skrzetuskiego. Jeśli już to Wołodyjowskiego, który jak wiadomo umiejętnościami szermierczymi niepozorność postury nadrabiał. Latkowski jako żywo szabli nie miał, tylko Macbooka.

Nie wiem, czy można było zrobić coś bardziej antypaństwowego i nierozumnego w tym momencie. Nawet jeśli „Wprost” ma słabe notowania wśród kolegów z branży (o tym jeszcze wspomnę) to taki wjazd agentów ABW do redakcji  to jedyny sposób, by Monika Olejnik i Cezary Gmyz raptem znaleźli się po jednej stronie barykady. Tak też się stało.

Skoro premier zbagatelizował sprawę nagrań – nie było powodu do tak nerwowych ruchów. No chyba, że chodziło o zastraszenie i niedopuszczenie do publikacji kolejnych. Nie wiemy co na nich jest, ale nie umiem sobie wyobrazić niczego, co byłoby warte  walnej bitwy z przemożną większością środowiska dziennikarskiego.

Zrozumienie tego faktu miał w oczach premier w czwartek o 8 rano, kiedy wyszedł na konferencję prasową kompletnie bez koncepcji i w defensywie, w jakiej nie widzieliśmy go od czasu, kiedy przegrał wybory prezydenckie z Lechem Kaczyńskim. Przed zupełną klęską wizerunkową ratowali go jedynie młodzi-gniewni prawicowej publicystyki, usiłując wykłócać się z szefem rządu, zamiast zadać merytoryczne pytania. Nie ratowały go media odnoszące się do tej pory z sympatią do rządu z Moniką Olejnik na czele. Niewiele usłyszeliśmy od premiera tego dnia – tyle że prokuratura jest niezależna, a on dzwonił do prokuratora generalnego i pytał, czy ten działa w redakcji „Wprost” zgodnie z prawem. Odpowiedź twierdząca uspokoiła premiera. Mam nadzieję na upowszechnienie tego modelu relacji   i że na Puławskiej w Warszawie zlikwidowane zostaną żółte szafy z fotoradarami, a zamiast tego dzielnicowy zadzwoni do mnie od czasu do czasu i spyta, czy przypadkiem nie przekroczyłem dozwolonej prędkości.

Po południu z wyjaśnieniami dołączył prokurator generalny, racząc nas takimi kwiatkami, jak np. stwierdzenie że nie widzi różnicy pomiędzy zaproszeniem/wezwaniem redaktora naczelnego do prokuratury, a wejściem agentów ABW do redakcji. Cóż, taki widać, w prokuraturze mamy klimat.

Źli ludzie nas biją

Kontrakcja otoczenia premiera skupia się na udowodnieniu, że sprawcami wszelkiego zła są ci, którzy nagrywali, a nie ci, którzy radośnie nagrać się dali. Chaos pogłębia nieoczekiwana zmiana miejsc, bo jeżeli Jacek Żakowski, słabo do tej pory powiązany z Do Rzeczy,  wzywa nas, byśmy się nie poddawali rosyjskim manipulacjom,  Monika Olejnik krzyczy na premiera, a politycy PiSu bronią wolności słowa – no to mam wrażenie, że siedzimy na jakimś diabelskim młynie, kręcącym się bardzo szybko.

Kontrataki obozu rządzącego są nieporadne i bez wyraźnej linii, można zaobserwować kierunki:

- „chodźmy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja” – nagrywającym i publikującym ma być wywiad rosyjski, zainteresowany odwołaniem Tuska. Dla mnie o tyle słaba wersja, że tak jak nikt nie potrafił uzasadnić, dlaczego Rosjanie mieli dokonać zamachu na prezydenta Kaczyńskiego w 2010 r., tak nikt nie umie uzasadnić dlaczego chcą skrzywdzić w 2014 Tuska. Ale jak się wydaje, to jest pożądany efekt śledztwa, więc ABW będzie z uporem godnym lepszej sprawy szukać potwierdzenia tej teorii. Smaczkami ma być poseł PiS i b. major BOR zamieszani w sprawę – wersja omal idealna

- „bo to zła redakcja była” – w światku medialnym nie było tajemnicą ujawniana obecnie niezbyt ciekawa przeszłość naczelnego „Wprost”. Swoboda działania jaką cieszy się w swojej działalności, pomimo przygód z przestępczością, chyba jeszcze nie do końca rozliczonych, powodowała podejrzenia jakiejś współpracy z polskimi służbami. Teraz ujawnioną słabością tych podejrzeń jest fakt, że Latkowski istnieje, a co do istnienia polskich służb specjalnych w świetle całej afery, można mieć uzasadnione wątpliwości.

- „Za tę dłoń podniesioną nad Polską” –nieważne kto i co, ale posępny nagrywacz bije w polską rację stanu, osłabia państwowość, wydaje nas słabych na żer Rosjan i całej reszty nielubiących nas jawnie i skrycie ciemnych sił. Ta histeria towarzyszy najczęściej tym, którzy od dawna deklarują się jako tzw. „patrioci Platformy” i uważają swój patriotyzm za równoznaczny z polskim, bo dawno przestali odróżniać interesów partii od państwowych.

- „dla dutków, ino dla dutków to robią” – okraszone nosową pogardą w głosie i przypuszczeniem że redakcja lub jej współpracownik sprowokowali podsłuchy, by podnieść sprzedaż. Faktycznie wieści o kondycji „Wprost” z ostatnich miesięcy nie były dobre – ale jak traktować taki argument, wygłaszany w gazecie obok ogłoszenia o przetargu nieograniczonym lub w TV pomiędzy reklamami podpasek i proszków do prania? A któreż z mediów mainstreamu pracuje dla idei, nie biorąc pod uwagę  sprzedawalności, oglądalności itp.?  Z faktu, że wydawca „Wprost” podejmuje określone ryzyko publikacji z nadzieją na zysk nie wynika, że dziennikarzy można odsądzić od czci i wiary a misja i prawo prasowe ich nie dotyczy.

Co do samego autora nagrań, skazani jesteśmy na skąpe doniesienia i intuicję. Moja podpowiada raczej wywiadownię gospodarczą o mechanizmie działania dobrze opisanym w dywagacjach Tomasza Skorego – z tym, że Skory widzi spółdzielnię kelnerów, ja raczej biznes nastawiony na pozyskiwanie informacji, który kelnerów tych sowicie opłacał. Ale podobnie uważam, ze „taśmy polityczne” to efekt uboczny, a nie główna działalność.

Co wiemy o Platformie i państwie?

Pewien problem to nierównoważność podanych materiałów, takie polityczne „mydło i powidło”, obok wątków marginalnych z punktu widzenia państwa jak kontrola skarbowa u Nowaków po fundamentalne, jak układanie się prezesa niezależnego NBP z ministrem SW i targ, gdzie panowie ustalają wspólny cel, jakim jest niedopuszczenie do zmiany władzy w Polsce. Nie przekonuje mnie narracja interesu Polski – każda z partii  jest przekonana, że jej rządy będą najlepsze, a konkurencji najgorsze dla kraju – właśnie dlatego mamy konstytucję, uniezależniającą i oddzielającą niektóre sfery życia publicznego, takie jak NBP, PKW od bieżącego sporu politycznego. Ciekawostki większe i mniejsze związane z gazoportem, cenami benzyny, koncertem U2… Frapującą jest konstatacja, że minister Sienkiewicz w sprawie PIR, czy słabej organizacji państwa ma dokładnie to samo zdanie co większość autorów Liberte!, z tym że my wyrażaliśmy to opisowo i trochę innym językiem.

Są w tych doniesieniach ważne dla nas informacje, i takie, których publikacja ma niewielkie znaczenie, a mogą szkodzić – do takich zaliczyłbym wynurzenia ministra Sikorskiego na temat relacji z USA.

Syntetycznie ujmując dowiedzieliśmy się że:

– służby specjalne w Polsce nie istnieją. Może jeszcze na poziomie 6 rano i przestraszonego przedsiębiorcy w gaciach są w stanie być groźne, ale już na poziomie kogoś, kto nie chce oddać swojego laptopa nie istnieją. O zabezpieczeniu i ochronie najwyższych urzędników państwowych nie wspominam.

– wolność słowa i publikacji nie jest wartością stałą i bezdyskusyjną. Państwo jednak jest zbyt słabe, by swoje autorytarne zapędy realizować.

– cynizm klasy politycznej dawno już przekroczył wszelkie granice. Liderzy uwierzyli sami sobie że interes ich partii jest interesem państwa, że są dla nas „darem boskim” a jeśliby nam przyszło do głowy daru tego nie doceniać, to nam w tym pomogą w każdy dostępny sposób

– system państwowy nie ma żadnych mechanizmów kontroli i zabezpieczenia – także ze strony tzw. czwartej władzy. Kilku niedobrych ludzi potrafi zalać nas taką ilością informacji o większych i mniejszych nieprawidłowościach, że nie jesteśmy w stanie ich przetworzyć. Większość tych informacji (choćby gazoport) była dosyć łatwa do pozyskania i opublikowania bez podsłuchów.

– PO stworzyła państwo, przeciw któremu głosowaliśmy, właśnie  na nich – antyobywatelskie, nietransparentne, kolesiowskie, gdzie urzędnicy mają w pogardzie normy obyczajowe i prawne, mają do tego poczucie kompletnej bezkarności.

– Nababowie Platformy, wierni przeświadczeniu, że nie mają z kim przegrać nie są w stanie zareagować na kryzys wymagający większego wysiłku niż oświadczenie premiera, że „coś z tym zrobi”.

Co dalej

Tak, jak jestem przekonany o dużym wpływie obecnego kryzysu na przyszłość PO, tak nie podzielam histerii zagrożeń dla państwowości. Zagrożeniem dla państwa jest nietransparentność i nieuczciwość władzy i jej reprezentantów, a nie ujawnienie takich zjawisk. Ujawnienie, nawet jeśli dziś zatrzęsło działaniami państwa, to będzie miało skutek oczyszczający, nawet jeśli jedynym byłoby to, że ministrowie kolejnych rządów będą uważali na to co, gdzie i do kogo mówią. Choć wierzę, ze skutki będą głębsze.

Nie widzę większego sensu przyśpieszonych wyborów. Z faktu, że PiS uzyska przewagę nad PO i będzie rządził w koalicji z PSL, lub zostanie jako największy ograny i powstanie koalicja PO-PSL-SLD nie wyniknie nic dobrego – układ zostanie po raz kolejny zakonserwowany, w parlamencie nadal nie będzie partii modernizacyjnej. Problem ujawniony przez ostatnie „Wprost” to nie jest tylko PO, to cała klasa polityczna. Dlaczego mamy podejrzewać PiS o lepsze praktyki, jeśli pamiętamy taśmy Beger, prowokacje służb wobec Leppera? Nie zmieni się nic, a protest antyestabilishmentowy będzie narastał poza systemem politycznym.

Zmiana, jakiej potrzebujemy musi się dokonać poza establishmentem, ale nie poza systemem – bo wtedy mielibyśmy prawdziwą katastrofę.

Okoliczności wydają się sprzyjać – nikt nie chce na poważnie przyśpieszonych wyborów i jeśli sprawy nie nabiorą jakiejś własnej, niezależnej dynamiki, zapewne parlament dotrwa do końca kadencji. Ten rok to czas implodowania kolejnych konfliktów w PO, która będzie coraz bardziej świadoma utraty swojego podstawowego spoiwa – władzy. SLD zapewne podejmie kolejną próbę odbudowy własnego znaczenia, schładzając relacje z Tuskiem z racji oddalającej się wizji wspólnych rządów. PSL zagra swoje, a PiS będzie ogłaszał, że idzie po władzę, mobilizując przeciw sobie centrowych i lewicowych wyborców. Jednocześnie – co tylko z pozoru jest paradoksalne – nie wzmocni się znacząco. Bo tak, jak PO żyje konfliktem z PiSem, tak PiS zyskuje wiele na ringu z PO. Osłabienie jednego z elementów układanki dekomponuje drugi. W dodatku wybory do europarlamentu wprawdzie oddaliły od PiSu groźbę uszczuplenia stanu posiadania przez ziobrystów czy gowinowców – ale wprowadziły nowy podmiot – KNP. Nie widzę przed korwinowcami wielkiej przyszłości, ale PiS może na ich rzecz tracić.

Po drodze są wybory samorządowe, czas konfliktów i dalszego rozkładu PO. Zapewne część posłów zechce zdyskontować resztkę popularności i zdobyć prezydenckie i burmistrzowskie posady – wysadzając z nich obecnie je piastujących, wprowadzając na opuszczone fotele sejmowe 5, 6 i 7 miejsca z ostatnich wyborów – galimatias kompletny. Ale osłabienie partii to także szansa dla lokalnych ruchów obywatelskich, które mogą wejść w opuszczoną przestrzeń. Mogą także stworzyć podwaliny zaplecza dla ruchu ogólnopolskiego.

Sukces komitetów lokalnych (nawet jeśli w jakiejś części będą to twory oparte na dzisiejszych działaczach partyjnych) albo doprowadzi do autorefleksji w partiach mainstreamowych i otwarcia się na rzeczywistość i potrzeby nowego wieku, czyli dużych przemian także w sposobie funkcjonowania struktur politycznych – albo do zaskorupienia się w wewnętrznych matrixach i ustępowania pola nowym propozycjom. Bo rynek polityczny, jak każdy, pustki nie znosi.

Potencjalny koniec Tuska czy PO nie jest katastrofą dla Polski, nawet przejściowe rządy jakiejś konfiguracji PiSowskiej nie są zagrożeniem wielkim. Bez względu na to kto i dlaczego nagrywał, bez względu na to, że powinien za te nielegalne podsłuchy ponieść karę, skupmy się na wyciąganiu wniosków z tego, co na tych taśmach jest nagrane. Wsłuchajmy się w nie, ale nie po to żeby poznać menu kolacyjek i obiadków, epatować się językiem dalekim od  parlamentarnego – to didaskalia. Na taśmach mamy gotowy katalog spraw do naprawienia – od budowania służb specjalnych na miarę średniej wielkości państwa po zbudowanie struktur pozwalających na uznanie, że państwo istnieje nie tylko w teorii. Bo jeśli po raz kolejny ulegniemy histerii antyruskiej, antypisowskiej czy jakiejkolwiek innej, by konserwować za wszelką cenę obecny układ – to pozostanie nam to co jest – sienkiewiczowsko – ch… d… i kamieni kupa.

Marcin Celiński

Twitter @Marcin_Celinski

Czytaj również
O autorze
*
MarcinCeliński
Publicysta Liberte!, przedsiębiorca, przewodniczący Forum Liberalnego.
@ Marcin_Celinski