Sharing is caring

Drukuj

Ekonomia współdzielenia to potężny impuls zmieniający gospodarkę, wynikający z rozwoju technologii informatycznych. Tak jak wcześniej wykończyły one producentów encyklopedii, wydawców prasy, czy nawigacji GPS, tak teraz powodują trzęsienie ziemi w branżach związanych z wynajmem: od taksówek po hotele.

A to wszystko dzięki temu, że dziś, by wozić ludzi, nie musimy być częścią korporacji taksówkowej, która zapewnia dopływ zleceń; aby wynajmować pokoje, nie musimy mieć ich dużo ani oferować ich cały czas. Po prostu portale agregujące pojedyncze oferty, czy to przewozu, czy pokojów, oferują więcej niż rynkowi potentaci, często w lepszej cenie. Dlatego stają się bardzo popularne i zapewniają stały dopływ zleceń bez konieczności uczestnictwa w tradycyjnym kanale dystrybucji.

Ekonomia współdzielenia to zrealizowany sen najbardziej ekstremalnych gospodarczych liberałów. To nieskrępowana ludzka przedsiębiorczość w najczystszej formie. Jednocześnie zwykle dość trudna do ujęcia w formalne ramy, a co za tym idzie – często nieuchwytna dla organów państwa. Zazwyczaj trudno „okazjonalne” wynajęcie pokoju odróżnić od zorganizowanej działalności gospodarczej. Zaś historia transakcji jest często przechowywana na zagranicznych serwerach, do których dostęp nie jest zawsze łatwy dla organów państwowych. To, w połączeniu z domniemaniem niewinności, czyni sharing economy idealnym punktem dla szarej strefy. Tyle tylko, że nie jest to szara strefa w klasycznym ujęciu – czyli firmy funkcjonujące regularnie poza rejestracją – a masa pojedynczych osób działających często sporadycznie, co czyni ten proceder jeszcze trudniejszym do kontroli przez państwo. Anarchokapitalizm w praktyce. Próby wmówienia nam, jak usiłował to zrobić Bartłomiej Ciążyński, że ekonomia współdzielenia nie ma nic wspólnego z liberalną ekonomią, to nieumiejętność rozróżnienia liberalizmu od sprzyjaniu korporacjom. Sharing economy to liberalizm w czystej formie.

Dużo ciekawsze podejście do sharing economy ma jednak lewa strona sceny politycznej. Dostrzec można w nim z łatwością pewne rozdwojenie jaźni. Jedna strona lewicowości – możemy ją nazwać hippisowsko-komunistyczną – uwielbia sharing economy. Widzi ją jako łamanie hegemonii korporacji i wielkiego kapitału. Szary człowiek bez większego kapitału uzyskuje szanse zarobkowania bez pośrednika zbierającego większość zysku. Z drugiej strony wypożyczenie samochodu czy pokoju staje się bardzo tanie i proste, zaś całość okraszona zostaje osobistym – a nie korporacyjnym – kontaktem. Wszystko to oczywiście prawda, bliska sercu nie tylko hippisów, ale także liberałów.

Niektórzy idą nawet dalej i widzą we współdzieleniu rodzaj komuny, w której własność staje się niepotrzebna – coś jak ziarno komunizmu, które wykiełkowało w sercu kapitalizmu. To już oczywiście interpretacja idąca o jeden most za daleko. Aby się dzielić, konieczna jest jednak własność jednej osoby, która się dzieli. Nie wspominając już o tym, że to dzielenie się jest odpłatne – czyli stanowi zwyczajne świadczenie usług. Niska cena wynika zaś z niskich kosztów stałych, niskiego kosztu alternatywnego (jak na przykład w przypadku wspólnych podróży – skoro kierowca i tak jedzie, to dobranie pasażera stanowi bardzo niewielki koszt dodatkowy) i braku obciążeń administracyjno-podatkowych. Dzięki ekonomii współdzielenia na rynku pojawia się po prostu znacznie więcej kapitału, do tej pory nieużytkowanego w celach zarobkowych – zaś więcej kapitału to niższe dla niego wynagrodzenie. Podstawowe zasady ekonomii w praktyce.

Jest jednak drugie, dużo bardziej krytyczne spojrzenie lewej strony na ekonomię współdzielenia. Jako siła zakłócająca działanie rynku ma ona wiele efektów, które lewej stronie bardzo się nie podobają. Najważniejsze to znikanie stabilnych i dobrze płatnych miejsc pracy. Kurcząca się liczba taksówek, autobusów czy miejsc hotelowych to proporcjonalne zmniejszenie się liczby etatów i niższe wynagrodzenia w tych, które pozostają. Miejsca pracy stabilne zamieniają się w, jak ujmuje to lewica, „śmieciowe”. Dla liberałów nic to złego, dla lewicy to największa plaga naszych czasów, związana ściśle z upadkiem zorganizowanego świata pracy – czyli związkami zawodowymi. Co gorsza, zmniejsza się populacja pracowników, a zwiększa populacja kapitalistów – choć to tylko mikrokapitaliści – którzy raczej nie poprą rozrostu państwa i przywilejów socjalnych wybranych grup. A na domiar złego ci mikroprzedsiębiorcy nie poddają się kontroli państwa, opodatkowaniu, regulacjom, kodeksowi pracy… Zgroza!

To rozdwojenie jaźni jest nie tylko zabawne, ale i symptomatyczne. W mojej ocenie dość wyraźnie obrazuje przyczyny kryzysu lewicy w ostatnich latach. Po prostu stała się ona wewnętrznie niespójna. Przez dekady antykapitalizm był spójny z antyliberalizmem. Struktura gospodarcza sprzyjała naturalnej koncentracji kapitału w wielkich przedsiębiorstwach, które czerpały z korzyści skali oraz rozbudowanych kanałów dystrybucji. Powodowało to wyraźne rozróżnienie na kapitał i pracę. Postrzeganie ludzi pracy jako słabszych i uciskanych było motorem rozwoju lewicy (gospodarczej). Stąd nacisk na regulacje, opodatkowanie kapitału, organizacje pracy oraz sztywny kodeks pracy. Stąd też obsesja na polu nierówności społecznych, traktowanych jako konserwowanie  i umacnianie podziałów społecznych i gospodarczych.

Jednak rozwój technologii informacyjnych złamał ten porządek. Listę najbogatszych świata otwierają osoby, które majątek zdobyły, a nie odziedziczyły. To zaś obraca w pył argumenty o dziedzicznej biedzie i bogactwie oraz kastowym kapitale umacniającym swoją władzę nad światem. Większość usług mogła się zatem zdemokratyzować, zaś wielkie korporacje coraz częściej muszą ustępować miejsca innowacyjnym start-upom. Nawet ich przejmowanie to świadectwo porażki i transfer kapitału od korporacji do mikroprzedsiębiorców. A zjawiska te mogą się pogłębiać i, wraz z rozwojem technologii druku 3D, demokratyzacji może ulec nawet dotąd bezpieczna strefa produkcji.

Zatem lewica stoi w rozkroku. Z jednej strony nie lubi korporacji. Z drugiej widzi, że wraz z ich upadkiem kończą się tradycyjne stosunki społeczne, w ramach których dotąd się definiowała. Koniec korporacji to koniec etatów, związków zawodowych i sztywnego prawa pracy. Słusznie obiektem jej zainteresowania stają się zatem ludzie, którzy wypadają z konwencjonalnych metod zatrudnienia w kierunku alternatyw, często nazywanych pogardliwie „śmieciowymi”. Niestety jednak, lewica wykazuje podejście wyjątkowo konserwatywne próbując wepchnąć ich z powrotem w objęcia kodeksu pracy, a jednocześnie próbując chronić wielkie zakłady pracy. To próba działania wbrew potężnym siłom technologicznym i strukturalnym zmianom gospodarczym. Jak wiemy z przeszłości, takie działania są niezwykle kosztowne i wysoce nieskuteczne.

Tymczasem działaniem bardziej sensownym i bliższym lewicowym ideom byłoby wspieranie mikroprzedsiębiorców w osłabianiu wielkiego kapitału. A, jak wiemy, przedsiębiorcom nie trzeba specjalnie pomagać – wystarczy nie przeszkadzać. Zatem likwidacja obciążeń biurokratycznych i uproszczenie działania mikrofirm sprzyjałoby upowszechnianiu własności i osłabiało wielki kapitał. Jednocześnie przyczyniałoby się do poprawy efektywności gospodarczej i wzrostu dobrobytu. Po raz pierwszy od dawna lewica i liberałowie mogliby pracować razem w sprawach gospodarczych. To wymagałoby jednak zmiany sposobu myślenia wśród lewicy, na co się jednak nie zanosi ani wśród socjaldemokratów ze Zjednoczonej (?) Lewicy, ani neokomunistów z Razem. Wydaje się że do odrodzenia lewicy będzie potrzebna zupełnie nowa fala odnowy.

Czytaj również
O autorze
*
TomaszKasprowicz
Przedsiębiorca, naukowiec, publicysta.