Czy nam się opłaca? – o instrumentalnej orientacji w nauce. Kilka uwag z perspektywy humanisty

Drukuj

W ostatnim czasie zarówno w literaturze naukowej, jak i w mediach, można odnaleźć silną krytykę wobec neoliberalnej orientacji w szkolnictwie wyższym. Dotychczas krytyka ta płynęła z ust osób o poglądach lewicowych, dziś można zauważyć, iż do tej debaty dołączają także liberałowie. Wiara, iż siły rynkowe rozwiążą wszelkie problemy zaczęła przeradzać się w fundamentalizm. Przekonanie o tym, że edukacja jest towarem, uniwersytety przedsiębiorstwami działającymi jedynie w oparciu o reguły rynkowe, została doprowadzona do skrajności, stając się ich karykaturą. O kryzysie współczesnego uniwersytetu pisano wiele. Należy jednak zauważyć, iż na przestrzeni dziejów wielokrotnie już mówiono o śmierci uniwersytetów. Jednak one mają niesamowitą zdolność do odradzania się.  I zapewne, także i dziś, obserwujemy kolejny zmierzch uniwersytetu, który znamy. Śmierć jest potrzebna, aby na nowo się narodzić. Chociaż  wielu obserwatorów życia akademickiego zauważa, że współczesny uniwersytet i jego aktorzy to zombie.

Pytam koleżankę, pracującą na uniwersytecie, czy nie zechciałaby napisać artykułu do „Liberte!”. „Wiesz, co chętnie bym coś napisała – odpowiada – ale z tego nie ma punktów. Szczerze to nie mam czasu, aby teraz napisać coś, co nie jest objęte parametryzacją”. Takich głosów jest więcej. Ostatnio rozmawiałam z inną osobą, która wraz z zespołem, zastanawiała się nad wydaniem podręcznika dla studentów. Młodzi ludzie mieli wiele pomysłów, pieniądze też by się znalazły. Jednak, kiedy chłodno skalkulowali, ile czasu będą musieli poświęcić na napisanie podręcznika, doszli do wniosku, że chyba im się nie opłaca. Dlaczego? W tym czasie mogą napisać kilka artykułów naukowych, które ukażą się w punktowanych czasopismach. Punktów będzie więcej. Zrezygnowali. Kolejny przykład. Powstało nowe czasopismo naukowe, młoda pani adiunkt została sekretarzem. Skarżyła się, że mają problem z tekstami, bo ludzie nie chcą publikować w nowym, jeszcze niskopunktowanym czasopiśmie. A jak nie będą mieli tekstów, to czasopismo nie zdobędzie od Ministerstwa wyższej kategorii. Przykłady można mnożyć. Młodzi naukowcy, z obszaru nauk społecznych czy humanistycznych, zostali wchłonięci przez system, w którym nie liczy się „co opublikowałeś”,  a nawet „ile”, lecz „ile punktów za to zdobyłeś”.  Zostali oni zmuszeni do chłodnej kalkulacji „czy mi się to opłaca”.  Wyniki badań naukowych, zamiast służyć dobru publicznemu, służą indywidualnym i partykularnym celom osiągnięcia awansu naukowego. Nie można jednak stwierdzić, iż młodzi naukowcy skupieni są jedynie na „produkowaniu”, jak największej ilości artykułów naukowych, w celu zdobycia punktów. Jednak współczesny system promocji naukowej, wymusza na nas przyjęcie postawy instrumentalnej w pracy badawczej.

Często słyszę też głosy, iż te przemiany były konieczne, bowiem utrzymywano przez lata w systemie szkolnictwa wyższego, naukowców, którzy nie prowadzili badań, nie publikowali, nie brali udziału w projektach badawczych, etc.  Trzeba jednak zauważyć, iż współczesne podejście wobec rozliczania naukowców, zaczyna być karykaturalne.  Podstawowym obowiązkiem pracownika naukowo-dydaktycznego jest prowadzenie badań oraz nauczanie studentów. Osobiście zatem nie widzę nic złego w tym, iż wymaga się od nas tzw. „produktywności”. Ostatecznie bowiem nie pracujemy na uniwersytecie po to, aby przychodzić na zajęcia ze studentami, wyrobić około 210 godzin pensum rocznie i mieć trzy miesiące wakacji. Jednak podkreślę to raz jeszcze, w tym nowym systemie, umyka nam cel naszej pracy – odkrywania praw i prawd,  dokonywania analiz, propozycji rozwiązań problemów i ich implementacji. Podstawowym celem pracy naukowca jest zbieranie punktów, zdobywanie grantów, kalkulowanie, czy się opłaca, odkreślanie z listy kryteriów „zrobione”.  Trzeba zauważyć, iż te dylematy i problemy, z którymi  borykają się polscy naukowcy, mają charakter globalny. Badacze przedmiotu i obserwatorzy życia społecznego w zachodnich  społeczeństwach, podnoszą ten sam problem. W ostatnim czasie w Wielkiej Brytanii wiele uczelni w związku z „cięciem” kosztów musiało zwolnić wielu pracowników naukowych, w tym także profesorów. W Stanach Zjednoczonych większość naukowców, szczególnie z obszaru nauk humanistycznych i społecznych, żyje na walizkach, podpisują krótkoterminowe umowy z uczelniami (często na okres jednego semestru). W tych warunkach coraz trudniej jest prowadzić w sposób właściwy badania naukowe. Wielu zachodnich profesorów przyznaje, że gdyby dziś mieli się zmierzyć z wymogami świata akademickiego, nie sprostaliby im.

Nie do końca jest dla mnie jasne, obserwując chociażby sytuację w USA czy Wielkiej Brytanii, dokąd zmierza ten akademicki darwinizm. Mieli przetrwać ci najlepsi, ale nawet ci najlepsi, są niepewni swojej przyszłości.  Mierniki stosowane w szkolnictwie wyższym, nastawione na produktywność i zysk, doprowadziły do sytuacji, w której nie liczy się proces badawczy, a jedynie wskaźniki. Nie liczy się człowiek, tylko jego efektywność np. indeks Hirsha. Zastanawiające jest również to, że w Polsce przejmujemy rozwiązania amerykańskie, z których nie wszystkie się sprawdziły. Nie wiem, dlaczego popełniamy te same błędy, skoro na tym etapie, można ich uniknąć. Ponadto nie wszystkie propozycje amerykańskie są adekwatne do polskich realiów akademickich, chociażby z powodów kulturowych, ekonomicznych czy systemowych.

Osobiście opowiadam się za takimi rozwiązaniami, które promują najlepszych. Jednak zawsze dyskusyjne pozostają kryteria ich doboru.  Kierując się zasadą, że przetrwają najlepsi, powinniśmy się spodziewać, że na polskich uczelniach w krótkim czasie, takich właśnie doktorów i profesorów będziemy mieli (zaskakuje mnie jednak rzeczywistość, kiedy czytam blogi chociażby prof. Bogusława Śliwerskiego czy Józefa Wieczorka). Będziemy mogli być dumni z naszych uczelni, a cele postawione przez kolejnych ministrów zostaną osiągnięte. Polskie uczelnie znajdą się w czołówkach światowych rankingów. Jeśli jednak polskie uczelnie i ich władze będą kierować się jedynie zyskiem (nie tylko finansowym) i orientacją instrumentalną, zamiast spektakularnego sukcesu, obserwować będziemy coraz liczniejsze patologie.  Orientacja instrumentalna może prowadzić również do instrumentalnego traktowania ludzi.  Może być tak, że osoby, które chcą zdobyć kolejny szczebel awansu naukowego np. profesurę, będą promować doktorów, przede wszystkim po to (lub tylko i wyłącznie), aby spełnić wymagane kryterium.  Można założyć, że niektóre z tych doktoratów będą banalne i pobieżne, bowiem czas może działać na niekorzyść osoby, która chce otrzymać awans. Drugą konsekwencją takiego podejścia, może być wypromowanie doktoranta, a następnie podziękowanie mu za współpracę. Będzie rosła nam rzesza osób bezrobotnych z tytułem doktora, ze złamanymi karierami zawodowymi. Dramat tych młodych ludzi może być jeszcze większy, jeśli oni spełnią wszystkie kryteria, aby zostać zatrudnionym na uczelni, a miejsce dla nich się nie znajdzie, bowiem od samego początku było wiadomo, w jakim celu przyjmuje się ich na studia. To oczywiście, jeden z wielu możliwych scenariuszy, kierowania się w świecie akademickim jedynie własnym interesem i realizowanie partykularnych celów.

Neoliberalna racjonalność w szkolnictwie wyższym, skrajna wiara w siły rynkowe, skutkuje tym, że zanika społeczna i ekonomiczna odpowiedzialność. Taka orientacja nieuchronnie prowadzi do braku zasad etycznych. A przecież nie o to chodziło w podejściu liberalnym. Wolność bez odpowiedzialności, nie jest żadną wolnością. Wielu badaczy zajmujących się problematyką szkolnictwa wyższego przedstawia dystopijną wizję szkolnictwa wyższego. Jednak to oni walczyli o obalenie wieży z kości słoniowej jaką był uniwersytet. Wywalczono równość , wprowadzono zasady merytokratyczne, zniesiono arbitralność władzy i autorytetu. Z całą pewnością te rewolucyjne przemiany zmieniły uniwersytety na lepsze. Georges Danton powiedział, że „Rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci”.  Pozytywnym zmianom towarzyszą także negatywne konsekwencje.  I wydaje się, że było to nieuchronne. To, co możemy, czy wręcz powinniśmy robić, to mówić głośno o nieprawidłowościach, o patologiach, o tym, co nam przeszkadza w nowym systemie, ale też co cieszy. Jednak, czy nam się to opłaca?

szkolnictwo wyzsze reforma

Czytaj również
O autorze
*
DariaHejwosz-Gromkowska
Doktor nauk humanistycznych, adiunkt na Wydziale Studiów Edukacyjnych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.