„Snajper” – recenzja

Drukuj

Na miejscu amerykańskich liberałów nie protestowałbym przeciwko „Snajperowi”. Film Clinta Eastwooda jest najlepszą antyreklamą wojny w Iraku, jaką jej przeciwnicy mogli sobie wymarzyć.

Kim są amerykańscy żołnierze według Clinta Eastwooda? Tęskniącymi za czasami Dzikiego Zachodu samcami alfa, którzy biegają od domu do domu i walczą z muzułmańskimi „dzikusami”. Śmierć nie wzbudza w nich żadnej refleksji poza bojowym okrzykiem „hooyah!”. Za to Irakijczycy to anonimowa masa przygłupich terrorystów, która służy do zabijania – półcienie nie istnieją, wystarczy nacisnąć za spust i strzelać.

Główny bohater jest antypatycznym herosem, do którego trudno poczuć odrobinę sympatii. Nie wzbudza szacunku nawet jako profesjonalista – żądza krwi przysłania mu zdrowy rozsądek, chełpi się swoją legendą i dba o nią za wszelką cenę. Ekranowy Chris Kyle sprawia wrażenie jakby nie myślał, wszystkie jego decyzję – od zaciągnięcia się do armii po najważniejszy strzał życia – podejmowane są pod wpływem instynktów.

snajper

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego Clint Eastwood tak skrzywdził amerykańskich żołnierzy. Wykreowany przez niego obraz jest przerażający: to ludzie w mundurach, którzy wpadają do domu, rzucają cywilami o ściany i celują do dzieci z karabinów. Nam, Europejczykom, przywodzi to na myśl wyłącznie jedno skojarzenie. Zapewne w Stanach Zjednoczonych nie jest to tak jednoznaczne.

Snajper” nie broni się także warsztatowo. Potwornie nudny scenariusz ogranicza się do dwóch, przeplatających się wątków: główny bohater strzela, żona narzeka, główny bohater strzela, żona narzeka, główny bohater strzela, żona narzeka, etc. Dialogi sprawiają wrażenie wyjętych żywcem z polskiej komedii sprzed dwudziestu lat, wciśnięte na siłę żarty wzbudzają tylko rosnące zażenowanie. Cała reszta jest w porywach przyzwoita – zdjęcia, muzyka czy efekty specjalne.

Najgorsze jest jednak, że to mógł być całkiem dobry film. Chris Kyle to przecież znakomity obiekt do psychologicznych rozważań, skąd bierze się patriotyzm spod flagi Teksasu i gnata za pasem. Albo, z drugiej strony, Clint Eastwood mógł zrezygnować z emocji i wykorzystać postać najskuteczniejszego snajpera w historii amerykańskiej armii do stworzenia dynamicznego thrillera, który pokazywałby pracę współczesnych komandosów, tak jak zrobili to twórcy „Wroga numer jeden”.

Były takie momenty – salutowanie w myjni czy slow motion w ostatnich scenach – kiedy byłem pewien, że legendarny reżyser nabrał nas wszystkich i tak naprawdę stworzył najbardziej antywojenny film w historii kina. Najnowszy film Eastwooda jest bowiem tak dramatycznie słaby, że broni się tylko jako pastisz amerykańskiej tożsamości, która nakazuje zarzucić karabin na ramię, założyć odznakę szeryfa, okryć się flagą i polecieć gdzieś na drugi koniec świata.

Irytowało mnie, że prawdziwy Chris Kyle z taką dumą mówił o tym, co robił w Iraku. Czym innym jest wykonywanie pewnych, niezbędnych zadań, a czym innym epatowanie nimi. Tak samo irytowali mnie jednak ci, którzy nazywali go mordercą. Żołnierze mordercami nie są, nie można mieszać podstawowych porządków. Liczyłem na to, że film Clinta Eastwooda będzie interesującym głosem w tej dyskusji. Tak się nie stało – „Snajper” to bezrefleksyjny hołd dla amerykańskiego męstwa, który jest tak naiwny, że z każdą sceną irytuje coraz bardziej.

Twitter: @jwmrad

Blog: radomski.liberte.pl

Czytaj również
*
JanRadomski
W redakcji "Liberté!" od 2010 roku, obecnie redaktor prowadzący portal liberte.pl. Działacz pozarządowy, członek zarządu Stowarzyszenia Projekt: Polska. Na blogu przede wszystkim o polityce i kulturze, ostatnio - także o Poznaniu. Kontakt - jradomski@liberte.pl.