Społeczeństwo otwarte i jego… harcownicy, czyli o społeczno-politycznych alternatywach w Europie Środkowej

Drukuj

Na linii społeczeństwo–polityka powstaje szereg nowych zjawisk. Te synergiczne inicjatywy, przyjmujące postać społeczno-politycznych alternatyw, w zamyśle pomijać mają tradycyjnych mediatorów (partie) i tym samym unikać błędów politycznego mainstreamu. O skali ich efektywności w rodzimej przestrzeni publicznej zaświadczą niebawem najbliższe wybory samorządowe.

Relacje między tym, co społeczne, a tym, co polityczne, podlegają nieustającej zmianie. Te dwa zbiory instytucji, postaw i zachowań są przedstawiane na różne sposoby – jako tożsame (społeczne oznacza polityczne i vice versa), mające wiele wspólnych elementów (w tym zwłaszcza politycznych mediatorów reprezentujących interesy określonych grup), bywa też, że owe dwie sfery życia prezentowane są jako rozdzielne, a wręcz względem siebie antagonistyczne („zabetonowana scena polityczna”, „wyalienowane elity”). Niezależnie od przyjmowanej perspektywy istotne pozostaje to, że zarówno w jednej, jak i w drugiej przestrzeni panuje nieustanny ruch komunikacyjny i organizacyjny, który nasila się w okresach przedwyborczych. Nie tylko politycy komunikują się ze społeczeństwem, powstają także oddolne inicjatywy społeczne dążące do realizacji popperowskiej wizji bezkrwawej alternacji władzy.

Zbliżające się wybory samorządowe to dobra okazja, aby powrócić do tematu relacji na linii społeczeństwo–polityka i zjawiska nowych, często synergicznych inicjatyw powstających na (rozmytej) granicy tego, co „społeczne” i „polityczne”. Mam na myśli tworzące się raz po raz społeczno-polityczne alternatywy (SPACE, Socio-political Alternatives in Europe), przedsięwzięcia, które – wykorzystując nową przestrzeń w relacjach między władzą i obywatelami – oferują mniej lub bardziej realną alternatywę dla tradycyjnych mediatorów, zwłaszcza partii politycznych. Na styku tego co polityczne i społeczne mamy do czynienia z całym mnóstwem tego typu przykładów: są nimi polskie porozumienie ruchów miejskich, węgierski ruch MILLA (Milion za Wolnością Słowa) czy AL’aNO (Zwykli Ludzie, Niezwykłe Osobowości), słowacka quasi-partia, która w ostatnich wyborach zdobyła 8,6 proc. głosów, stając się drugą co do wielkości partią opozycyjną.

Te różniące się formą alternatywne organizacje są aktywne zarówno na szczeblu centralnym, jak i lokalnym. W tzw. nowych demokracjach obserwujemy proliferację partii politycznych pretendujących do miana „nowych” czy „alternatywnych wobec establishmentu”. Z drugiej strony obrazu dopełniają inicjatywy oddolne – mozolnie samobudujące się ruchy społeczne, w tym aktywiści miejscy, ale także radykałowie, których ambicją jest wejście do zabetonowanej w powszechnym odbiorze politycznej sfery życia.

Formułowany pod ich adresem zarzut – że jest to fenomen krótkotrwały, zaś same organizacje są w fazie polityzacji, przekształcania się w tradycyjne (partyjne) instytucje polityki – jest częściowo zasadny. Faktycznie, przykłady z innych państw regionu często pokazują, że hasła sprzeciwu wobec tradycyjnej polityki są nośne, lecz albo nieefektywne – w obliczu słabej obywatelskiej partycypacji – albo, używane jako polityczna strategia, służą jedynie wejściu do polityki i przekształceniu się bądź dołączeniu do grona, przeciwko któremu zostały wcześniej wymierzone.

Milion za Wolnością Słowa 

Węgierski ruch MILLA, powołany do życia w roku 2010 jako fanpage na Facebooku, był reakcją na restrykcyjną politykę Orbana wobec mediów, naruszenie zasady podziału władzy i braku przejrzystości procesów decyzyjnych na najwyższych szczeblach władzy. W zamiarze założyciela ruch MILLA aspirował do rangi niezależnego think tanku bazującego na poparciu dużej części społeczeństwa, który miał nie tylko pełnić funkcje kontrolne, lecz także wpływać na sferę polityki, co zdaniem komentatorów udawało się w pierwszej fazie działalności. Społeczne poparcie dla antyrządowego projektu zaczęło jednak topnieć, w momencie gdy liderzy postanowili o przekierowaniu tego społecznego kapitału na tory polityczne. Status i dalsze losy ruchu MILLA, który stał się częścią powstającej koalicji rozbitych środowisk opozycyjnych (Együtt-PM), stoi obecnie pod znakiem zapytania.

Zwykli Ludzie, Niezwykłe Osobowości

Organizacja AL’aNO, określana przez analityków słowackiej polityki jako quasi-partia, buduje swój profil, całkowicie zaprzeczając tradycyjnej formule partii politycznych. Pierwszym widocznym znakiem tego protestu była (nieudana) próba zmiany prawa wyborczego, tak aby umożliwiało start w wyborach organizacjom i kandydatom indywidualnym. Na listach wyborczych, którym szefuje czterech byłych polityków partii liberalnej, znalazł się szeroki wachlarz kandydatów o różnych życiorysach i rozbieżnych poglądach. Mobilizowali oni wyborców w toku silnie spersonalizowanej kampanii. Lider organizacji otwarcie przyznaje, że przekształcenie się w partię polityczną oznaczałoby „dołączenie do grona [partyjnych] złodziei”, stąd brak oficjalnej siedziby czy spójnego programu, a także partyjnych i członkowskich struktur. Tym, co podkreśla, jest bezpośredni charakter komunikacji z wyborcami, którzy sami w sobie stanowią grupę niejednorodną, połączoną głównie niechęcią wobec „skorumpowanych elit” i nieprzejrzystej polityki państwa.

Tymczasem na gruncie polskim widzimy przykłady odwrotu od partyjnej polityki organizacji do tej pory mocno z nią związanych. Warto przytoczyć przykład NSZZ Solidarność, która ustami przewodniczącego deklaruje powrót do roli związku zawodowego zdystansowanego wobec polityki głównego ruchu (i punktującego polityków – mowa chociażby o inicjatywie „Sprawdzam polityka”, zainicjowanej przed tegorocznymi wyborami do Parlamentu Europejskiego), ale też Ruchu Narodowego, który odżegnuje się od „bycia partią polityczną”. Jeszcze innym przykładem będzie tu wyrastająca miejska alternatywa polityczna, o której warto powiedzieć więcej.

„Nadchodzi czas wkurzonych mieszczan!”

Ruchy miejskie w Polsce jako aktor kolektywny występują już od jakiegoś czasu – w 2011 r. doszło do porozumienia ponad pięćdziesięciu miejskich organizacji z całego kraju, które utworzyły Kongres Ruchów Miejskich. Jego celem było przeniesienie postulatów na szczebel krajowy i uzyskanie realnego wpływu na systemową zmianę w państwie. Kongres miał szereg postulatów dotyczących kwestii zaniedbywanych, ich zdaniem, przez polityków zarówno z poziomu krajowego, jak i lokalne elity polityczne. Wśród tematów znalazły się: urbanistyczny chaos przestrzeni miejskich, zaniedbania w zakresie polityki komunalnej, likwidacja terenów zielonych, słabej jakości transport publiczny, cięcia w wydatkach na kulturę i oświatę. Ważne, by dodać, że postulatom dotyczącym zmiany sposobów zarządzania miastami towarzyszyło od początku wyraźnie nastawienie antyestablishmentowe. Pojawiały się znane skądinąd obrazy, w których świat polityki ukazywany był przez członków Kongresu Ruchów Miejskich jako oderwany od społecznej rzeczywistości i wsobny, jeśli chodzi o realizację interesów, zaś oni sami występowali jako pozostawieni bez pomocy i odzewu ze strony polityków aktywiści zdani jedynie na siebie. Kongres odniósł sukces na poziomie ministerialnym, lobbując za stworzeniem „Założeń do polityki miejskiej”. Taki wpływ to przykład działań typowych dla organizacji sektora obywatelskiego, ruchy miejskie jednak na tym nie poprzestały.

Stowarzyszenie My-Poznaniacy, które w wyborach samorządowych w roku 2010 zdobyło 10 proc. poparcia to bardzo dobry przykład transformacji ruchu miejskiego w SPACE – organizację zakorzenioną w społeczeństwie obywatelskim, która omija tradycyjnych mediatorów (partie) i sama przekracza polityczny Rubikon.

Część z organizacji wcześniej należących do Kongresu Ruchów Miejskich kontynuuje współpracę w ramach Porozumienia Ruchów Miejskich, stowarzyszenia tym razem dwunastu społecznych podmiotów, wśród których Kraków Przeciw Igrzyskom (przedstawiany jako ludzie, którzy zatrzymali organizację igrzysk), stawia sobie cel jak najbardziej polityczny – udział w wyborach, zdobycie i sprawowanie władzy w radach miast. Wszystko to zaś pod hasłem: „Nasz jedyny interes to interes publiczny”. W swoim manifeście wracają do tematów poruszanych w ramach Kongresu Ruchów Miejskich, za cel stawiając sobie walkę z trzema chorobami miast: chaosem (przestrzennym), oderwaniem polityków od wybierających ich grup mieszkańców oraz brakiem przedstawicielstwa na poziomie centralnym. Ten ostatni postulat jest szczególnie ciekawy, bo odkrywa przyszłe plany Porozumienia Ruchów Miejskich. Czytamy w nim bowiem: „Łączymy ruchy miejskie […]. Razem będziemy walczyć o interes miast na szczeblu krajowym i europejskim […]. Razem możemy skutecznie naciskać, w Warszawie, Brukseli, gdziekolwiek będzie to konieczne”.

Oczywiście kluczową kwestią pozostaje to, na ile szybko i skutecznie zadziała polityczny mainstream – do praktyki partyjnej należy wszak przechwytywanie wyrazistych postaci czy całych organizacji. Wydaje się jednak, że trwanie przy quasi-politycznej formule ma duży mobilizacyjny potencjał i w kombinacji z partycypacyjnymi narzędziami demokracji bezpośredniej (referenda, inicjatywa obywatelska) zostanie utrzymane, a nadchodzące wybory parlamentarne zostaną tym samym wzbogacone o nową, atrakcyjną propozycję będącą dla wyborców trwałą alternatywną.

Artykuł powstał w ramach projektu SPACE (Socio-political Alternatives in Central Europe, współfinansowanego z Funduszu Wyszehradzkiego).

Tekst ukazał się w XIX numerze kwartalnika Liberte!

Czytaj również
O autorze
*
DominikaKasprowicz