Społeczeństwo wielokulturowe i jego wrogowie

Drukuj

Może wariat to po prostu członek jednoosobowej mniejszości. Niegdyś oznaką szaleństwa było upieranie się, że ziemia obraca się wokół słońca; dziś wiara, że przeszłość jest niezmienna. Może tylko on jeden wierzył w niezmienność przeszłości; jeśli tak, był wariatem. Myśl ta nie sprawiła mu specjalnej przykrości – bardziej się lękał tego, że może nie mieć racji.

(George Orwell, Rok 1984)

WIELOKULTUROWOŚĆ I GLOBALIZACJA ORAZ ICH SPOŁECZNE KONSEKWENCJE

Jeszcze do niedawna idea wielokulturowości stanowiła element głównego dyskursu politycznego i społecznego. Jednak wielu obserwatorów życia społecznego przypisuje jej porażkę. W praktyce założenia wielokulturowości się bowiem nie sprawdzają, a ona sama zyskuje coraz więcej wrogów.

Dotychczas opór i bunt przeciw wielokulturowości jako synonimowi amerykanizacji, westernizacji czy też nowej formy kolonizacji był przypisywany grupom fundamentalistycznym związanym z islamem. Jednak 22 lipca 2011 r. w spokojnej dotychczas Norwegii Andreas Breivik morduje 77 osób. Początkowe podejrzenia mediów odnośnie do tożsamości zabójcy, co łatwe do przewidzenia, padają na islamskich ekstremistów. Kilka godzin później wiemy już jednak, że mordercą okazał się również ekstremista, tyle że „nasz własny”. Oto bowiem właśnie ze społeczeństw wielokulturowych wywodzą się jednostki fanatyczne, pragnące powrotu do jedności narodowej, do odbudowania społecznego monolitu. Nasza cywilizacja, zdaniem Benjamina Barbera, była dotychczas podzielona na Dżihad i McŚwiat. Barber zakładał, że mamy do czynienia z dominacją cywilizacji Zachodu, czego konsekwencją – odpowiedzią na tę dominację – jest nasilenie się postaw fundamentalnych. Niekoniecznie muszą się one rodzić jedynie w krajach muzułmańskich, bo McŚwiat jako niespójny i niestabilny staje się doskonałym miejscem do odradzania się postaw skrajnych. Na mapie wielokulturowych społeczeństw pojawiają się ogniska zapalne, rodzi się bunt przeciwko dominującej idei wielokulturowości. Niektórzy uważają wręcz, że jest ona kolejnym przejawem totalitaryzmu. Opór wobec idei wielokulturowości nie powinien zaskakiwać, bowiem stanowi on odpowiedź na pewien rodzaj dominacji, ukryty w globalnych siłach, gdzie władzę sprawują globalne elity. U źródeł postaw grup antywielokulturowych leżą „tradycyjne” wartości, które w mniemaniu członków tych grup rozmyły się w ponowoczesnym, globalnym światowym (nie)ładzie. Czy zatem mamy do czynienia z kryzysem wielokulturowości? Jej końcem? A może bunt przeciw wielokulturowości jest potrzebny, aby mogła ona ulegać transformacji i dopasowywać się do społecznych oczekiwań?

http://www.flickr.com/photos/neiraland/1350290076/sizes/m/
by Carmen Neira

Will Kymlicka podaje, że wielokulturowość w opinii naukowców i komentatorów życia społecznego w ciągu ostatnich 40 lat miała swe wzloty i upadki. Zauważa, że o ile nie ma zgody odnośnie do tego, co ma nastąpić po wielokulturowości, tak większość zgadza się ze stwierdzeniem, że żyjemy w społeczeństwie postwielokulturowym. Wielokulturowość została podniesiona do rangi ideologii, która akcentuje różnorodność kulturową. Zmiany w postrzeganiu praw mniejszości nastąpiły w latach 70. na skutek powstawania ruchów społecznych działających na rzecz równouprawnienia. W kwestiach obywatelstwa domagały się one – wedle Willa Kymlicki – włączającej koncepcji obywatelstwa, która dostrzega (a nie stygmatyzuje) ich tożsamości oraz która dostosowuje (a nie wyklucza) ich odmienność. W konsekwencji odrzucano stosowaną przez dekady politykę asymilacjonizmu na rzecz polityki różnicy oraz zaczęto odchodzić od modelu, w którym istniałaby hierarchia rasowa czy etniczna. Kymlicka jako orędownik wielokulturowości zauważa, że na gruncie politycznym idea ta odniosła sukces, aczkolwiek wielu nie raz zdążyło ogłosić jej śmierć.

Istnieją społeczeństwa, które od momentu powstawania były zróżnicowane kulturowo i etniczne – np. Kanadyjczycy, Amerykanie, Australijczycy – oraz te, które zaczęły się różnicować po zakończeniu II wojny światowej w wyniku wzrastającej migracji, szczególnie zarobkowej – np. Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy. Intensyfikacja migracji jest związana z procesami globalizacyjnymi, które wedle wielu obserwatorów i badaczy osłabiły rolę państwa narodowego. W debacie na temat kryzysu państwa narodowego z jednej strony pojawiają się głosy, że ulega ono osłabieniu, traci swoją legitymizację, lecz nie zanika całkowicie. Z drugiej strony słyszymy, że w kryzysie trzeba się oprzeć na interwencji państwa ratującej rynki przed załamaniem. Można dostrzec również te stanowiska, które wskazują, iż współczesne państwo to globalne elity, którym przeciwstawiają się różnego rodzaju inicjatywy oddolne, a sami obywatele wykazują rezerwę wobec bytu, jakim jest państwo narodowe. Jedną z przyczyn buntu wobec społeczeństwa wielokulturowego jest tęsknota za silnym państwem narodowym, w którym wszyscy jego członkowie są wobec siebie lojalni. Jednak, jak zauważa Ulrich Beck, państwo nie ma już charakteru autorytarnego, stało się państwem negocjacji, które musi podlegać samoograniczaniu, wyrzekać się niektórych obszarów monopolu oraz ustanawiać inne. Cywilizowane społeczeństwo z natury jest różnorodne, dlatego – podążając za rozważaniami Zygmunta Baumana – konieczne jest negocjowanie i ustalanie sprzecznych stanowisk. Możliwość negocjacji wiąże się z nowym rodzajem jedności osiąganej poprzez „spór, debatę, negocjacje i kompromisy między wartościami, preferencjami i wybranymi sposobami życia oraz definiowania własnej tożsamości wielu różnych, lecz zawsze autonomicznych w swoich decyzjach mieszkańców polis”. Jednakże nie wszystkim aktorom życia społecznego te możliwości negocjacji odpowiadają. Z powodu procesów globalizacyjnych i postępu zjawiska wielokulturowości, nie tylko państwo narodowe traci swoje wcześniejsze uprawomocnienie na skutek oddawania części swojej suwerenności na rzecz innych podmiotów, lecz również dlatego, że to, co je konstytuowało, a mianowicie naród i związane z nim poczucie wspólnotowości, również ulega osłabieniu. W epoce postmodernizmu to, co dawniej leżało u podstaw tworzenia wspólnoty, a mianowicie więzi społeczne, zaczęło ulegać rozluźnieniu. Przyczyną tego zjawiska, według Zygmunta Baumana, jest spadek poczucia bezpieczeństwa, które dotychczas dawała wspólnota, przy jednoczesnym wzroście odpowiedzialności jednostkowej. Naród i państwo narodowe, które od momentu swojego istnienia miało dawać poczucie bezpieczeństwa, w epoce ponowoczesnej nie jest w stanie udźwignąć ciężaru, który stanowił punkt wyjścia w epoce nowoczesności. Podążając za rozważaniami Baumana, można stwierdzić, że współcześnie jednostki są mniej skłonne do poświęceń dla państwa i narodu. Wielkie metanarracje, które mówiły o poświęceniu dobra osobistego lub nawet życia w imię ojczyzny, narodu, państwa stają się dziś mało wiarygodne. Jednostki, które tworzyły wspólnotę w dobie nowoczesności i dla których była ona swoistym azymutem, dziś dryfują samodzielnie. Brak poczucia więzi, które scalały wspólnotę jako naród, oraz oddanie przez państwo swej częściowej suwerenności na rzecz innych podmiotów, zwłaszcza globalnych, prowadzi do podmycia fundamentów współczesnych wspólnot. W konsekwencji rodzą się nowe wspólnoty, które szukają fundamentów swojego istnienia lub też próbują je na nowo stworzyć. Fundamentem tym, w opinii Baumana, stają się przemoc i zbrodnia, a zrodzone wspólnoty przyjmują miano „eksplozywnych”. Wspólnoty te mogą przetrwać dzięki składaniu rytualnych ofiar, ciągłemu podtrzymywaniu poczucia niepewności, zagrożenia, poszukiwania i zwalczania wrogów. Paradoksalnie, wspólnota ta jest również krucha, jak wszystko w erze płynnej nowoczesności, dlatego – aby przetrwać w niepewnej przyszłości – należy budować poczucie trwałości na zaciekłej czujności i intensywności emocjonalnego zaangażowania. Podobne poglądy reprezentuje Manuel Castells, który zauważa, że państwo narodowe może być wzmocnione (paradoksalnie) przez oddolne, fundamentalistyczne ruchy społeczne. W ich skład wchodzą najczęściej te grupy, które zostają w jakiś sposób wykluczone przez siły globalne. Castells pokazuje przykłady segregacji grup mniejszościowych na poziomie lokalnym, jednocześnie wskazuje, że właśnie tam następuje odrodzenie się tożsamości tych wykluczonych. Odrodzenie to przyjmuje najczęściej postać fundamentalną, bowiem grupy te zaczynają odczuwać dumę ze swej wykluczonej tożsamości.

KONSTRUOWANIE TOŻSAMOŚCI W SPOŁECZEŃSTWACH WIELOKULTUROWYCH: MIĘDZY TOŻSAMOŚCIĄ GLOBALNĄ A TOŻSAMOŚCIĄ OPORU

Kiedy społeczeństwa tracą punkty odniesienia, powracają pytania o tożsamość. Nurtują jeszcze bardziej w sytuacji pogranicza, gdy zostaje zachwiana istniejąca w danej kulturze i społeczeństwie równowaga. Żyjemy nie tylko w ciągłej niepewności, lecz także na pograniczu. Z kolei utrata punktów odniesienia następuje na skutek zjawisk towarzyszących ponowoczesności, w tym również procesów globalizacyjnych. W zglobalizowanym świecie nie istnieje jedno centrum, ale następuje multiplikacja „centryzmów”. Nic więc dziwnego, że z tej rzeczywistości wyłania się tożsamość globalna. Pojawienie się tej tożsamości niesie za sobą ważkie konsekwencje, bowiem – na co wskazuje Manuel Castells – w tym nowym ładzie społecznym pojawia się miejsce dla tworzenia tożsamości oporu, która jest do pewnego stopnia odpowiedzią na kryzysy występujące we współczesnych społeczeństwach. Castells zauważa, że ten typ tożsamości tworzy „formy kolektywnego oporu przeciwko niemożliwej do zniesienia w inny sposób opresji, czyniąc łatwiejszym określenie granic oporu”. Tożsamość oporu jest odpowiedzią na „wykluczanie wykluczających przez wykluczonych”, czego doskonałymi przykładami są fundamentalizm religijny, ale także terytorialne społeczności czy nacjonalistyczna autoafirmacja. Dla Castellsa ten rodzaj tożsamości jest niczym innym niż budowaniem „tożsamości obronnej w kategoriach dominujących instytucji/ideologii przez odwrócenie sądu oceniającego przy jednoczesnym wzmocnieniu granic”. Pojawienie się tożsamości oporu jest odpowiedzią na kryzys społeczeństwa obywatelskiego oraz państwa narodowego. Jak pisze Castells, „w tych nowych warunkach społeczeństwa obywatelskie kurczą się i rozpadają, ponieważ nie ma już ciągłości między logiką sprawowania władzy w globalnej sieci a logiką stowarzyszania się i reprezentacji w poszczególnych społeczeństwach i kulturach. Poszukiwanie sensu ma zatem miejsce w odbudowywaniu obronnych tożsamości wokół wspólnych zasad”. Przywołany autor dostrzega, że społeczeństwa obywatelskie w ponowoczesności nie stanowią już punktu odniesienia dla konstruowania tożsamości, lecz stanowią przedłużenie wspólnotowego oporu. Innymi słowy, w ujęciu Castellsa, to opór staje się źródłem tożsamości. Jeśli zatem pojawia się tożsamość kosmopolityczna/globalna, to w naturalny sposób musi się pojawić jej wersja opozycyjna. Ta opozycyjna wersja, według Castellsa, to reakcja obronna na zastany porządek globalny. Można by rzec, że wszelkie organizacje i ruchy nacjonalistyczne, fundamentalistyczne, terrorystyczne, antyglobalistyczne, ale również lokalne komuny (wspólnoty) mogą być źródłem dla budowania tożsamość oporu, która jest reakcją obronną na globalny (nie)porządek i (nie)kontrolowaną zmianę. Castells zauważa, że są one „buntem przeciwko globalizacji, która rozmywa autonomię instytucji, organizacji i systemów komunikacyjnych tam, gdzie żyją ludzie. Buntem przeciwko usieciowieniu i elastyczności, które zamazują granice człowieczeństwa i zaangażowania, indywidualizują społeczne stosunki produkcji i wywołują strukturalną niestabilność pracy, przestrzeni i czasu. Wreszcie są buntem przeciwko kryzysowi rodziny patriarchalnej, która leży u podstaw transformacji mechanizmów budowania bezpieczeństwa, socjalizacji, seksualności, a tym samym systemów osobowości. Kiedy świat staje się zbyt wielki, by móc go kontrolować, aktorzy społeczni starają się zmniejszyć go z powrotem do swych wymiarów i zasięgu. Kiedy załamuje się rodzina patriarchalna, podtrzymywanie osobowości, ludzie afirmują transcendentną wartość rodziny i wspólnoty jako wolę Boga”. Tożsamości oporu konstruowane są również jako wyraz buntu wobec społeczeństwa wielokulturowego. Ich bunt przybiera różne formy od delikatnej, poprzez agresywną i fundamentalistyczną. Jednostki, które wyrażają swój radykalny sprzeciw wobec afirmacji kultury „innego”, mogą ograniczyć się jedynie do pisania manifestów politycznych, budować na nich zaplecze polityczne (Thilo Sarrazin), mogą również  wyrazić siebie w postaci psychopatycznej, w sposób dosłowny zwalczając „inność” (Breivik). Mogą też działać pod auspicjami państwa w sposób ukryty, uderzając aktami prawnymi w godność kategorii „innego” (Holandia).

FORMY BUNTU W SPOŁECZEŃSTWACH WIELOKULTUROWYCH

Bunt pierwszy: desegregacja rasowa

W połowie ubiegłej dekady niemieckie media skupione były na jednej ze szkół podstawowych w Berlinie, kiedy to okazało się, że w ławkach pierwszych klas zasiadły jedynie dzieci imigrantów. W następnych latach przybywało szkół,
w których kształciły się w głównej mierze dzieci imigrantów pierwszego i/lub drugiego pokolenia. Podczas mojego ostatniego pobytu w Londynie zauważyłam grupy uczniów, w których dominowały osoby czarnoskóre. Sytuacja ta wskazywałaby na prowadzenie w tych społeczeństwach polityki oddzielnego rozwoju. Czy jest to zatem możliwe w społeczeństwach wielokulturowych, które afirmują różnorodność kulturową, podczas gdy w klasach szkolnych mamy homogenizację? Czy władze tych państw coś przed nami ukrywają? Czy może mamy jednak do czynienia z segregacją rasową? Odpowiedź jest dość logiczna. Po pierwsze, na pewno nie mamy do czynienia z praktykami segregacji rasowej, jaką znamy z RPA, przed upadkiem apartheidu, czy ze Stanów Zjednoczonych przed latami 70. W wielkich miastach takich jak Berlin, Londyn, Nowy Jork następuje zjawisko segregacji mieszkaniowej. Współcześnie badacze przedmiotu wskazują, że w dużych aglomeracjach osoby zamożniejsze, wykształcone oraz białe opuszczają centra miast (inner-city) i przenoszą się do bogatszych dzielnic na ich obrzeżach. Z kolei biedniejsze, gorzej wykształcone jednostki, które najczęściej są przedstawicielami mniejszości etnicznych i/lub rasowych, pozostają w centrum. W ten oto sposób segregacja rasowa następuje na podstawie segregacji ze względu na miejsce zamieszkania (residential segregation). W konsekwencji zamiast integracji następuje (de)segregacja. Mniejszości rasowe/etniczne zamieszkują te same dzielnice, uczęszczają do tych samych szkół, które – na co zwracają uwagę badacze przedmiotu – oferują gorszą jakość kształcenia. Peter Green, który przeprowadził badania w Nowym Jorku, wysuwa wnioski, iż współczesna segregacja rasowa, którą obserwuje się w wielkich miastach, potwierdza istnienie hierarchii rasowej (a zatem upadek znaczenia wielokulturowości), ale jest również wyrazem porażki polityki i demokracji. Osoby mieszkające w centrum miasta mają nie tylko gorszy dostęp do edukacji, ale także do innych instytucji państwowych, w tym do opieki medycznej. Desegregacja rasowa pozwala również, w opinii Greena, na reprodukcję istniejącej  hegemonii politycznej oraz utrwala przekonanie, że jednostki niebiałe nie są w stanie osiągnąć sukcesu. Manuel Castells również zajmuje się tym problemem, utrzymując, że „jedną z funkcji państwa terytorialnego jest zachowanie zasady powszechnej równości, przy jednoczesnym organizowaniu jej stosowania jako segregowanej nierówności”. Chodzi tutaj o te praktyki państwa lub władz lokalnych, które doprowadzają do segregacji czy wręcz do gettyzacji ubogich i mniejszości etnicznych np. w centralnych miastach Ameryki czy na francuskich banalieues.
Castells zauważa, że działania te są wyrazem „przestrzennego zamykania problemów społecznych przy jednoczesnym zmniejszaniu poziomu dostępnych zasobów publicznych, właśnie przez zachowanie autonomii lokalnej. Lokalna/regionalna autonomia wzmacnia dominujące na danym terytorium elity i tożsamości, pogarszając jednocześnie położenie tych grup społecznych, które albo nie są reprezentowane w tych autonomicznych instytucjach rządzących, albo poddawane są gettoizacji i izolacji”. Praktyki desegregacji prowadzą do marginalizacji pewnych grup osób, które stają się obywatelami drugiej kategorii, zostają „zepchnięte” do swych gett, w których albo zapominają o swojej tożsamości, albo przeciwnie, właśnie tam ich wykluczona tożsamość staje się ich dumą i mobilizuje do działania. Z kolei ci, którzy opuszczają centra miast, potwierdzają swój status społeczny, a także przynależność do grupy dominującej. Ta forma buntu jest jedną z łagodniejszych, wydaje się wręcz niewidoczna, a jednak praktyki desegregacyjne stanowią wyraz oporu wobec społeczeństwa wielokulturowego.

Bunt drugi: egzamin obywatelski

Innym przejawem buntu wobec wielokulturowości może być przykład holenderskich egzaminów na obywatelstwo. Mimo otwartości społeczeństwa holenderskiego na imigrantów wydaje się, że stawia im ono coraz wyższe bariery. W trakcie egzaminu z integracji obywatelskiej imigrantom „każe się oglądać zdjęcia całujących się mężczyzn, a następnie odpowiedzieć, czy uważają te zdjęcia za obraźliwe, czy rozumieją, że wyrażają one swobody osobiste, i czy życzą sobie żyć w systemie demokratycznym, w którym wysoko stawia się prawo gejów do otwartej i swobodnej ekspresji”. Należy zatem zwrócić uwagę, że pod przykrywką tolerancji, odwołując się do cielesności, seksualności i intymności, w sposób zawoalowany dyskryminuje się mniejszość muzułmańską. Po drugie, pokazuje się również wyższość cywilizacji zachodniej jako bardziej rozwiniętej ze względu na zwiększone swobody w zakresie życia seksualnego. Judith Butler pisze: „ci, którzy popierają ten egzamin, twierdzą, że akceptacja homoseksualizmu jest tym samym co zgoda na nowoczesność”. Jednocześnie wskazuje ona na swoisty paradoks, który polega na tym, że mamy do czynienia z wymuszoną akceptacją pewnych norm kulturowych, które stanowią „niezbędną przepustkę do społeczeństwa, które samo siebie chce uważać za ucieleśnienie swobód”. W tym kontekście Butler zwraca uwagę, że przywołana sytuacja pokazuje, „jak przemoc państwowa wiąże się z homogenicznością kulturową, stosując polityki wykluczeniowe w celu zracjonalizowania postępowania państwa względem islamskich imigrantów”. Moim zdaniem polityka ta ujawnia jeszcze jeden paradoks. Państwa narodowe, które afirmują wolność oraz opowiadają się za wielokulturowym społeczeństwem, nie chcą stosować jawnej polityki dyskryminacyjnej. Ujawnia się ona podczas przywołanych egzaminów: akceptujesz naszą wolność, naszą nowoczesność i naszą laickość, ergo jesteś nowoczesny. Jeśli tak nie czynisz, nie pasujesz do naszej kultury, bowiem jesteś zacofany. Oznacza to jednocześnie, że nadal istnieje przekonanie o wyższości kultury europejskiej nad innymi kulturami, które to są synonimami zacofania. Przytoczony przykład holenderski stanowi w moim odczuciu wyraz sprzeciwu władz państwowych wobec wielokulturowości. Społeczeństwo wielokulturowe może zatem istnieć dopóty, dopóki różnorodność kulturowa jest zdominowana przez wartości cywilizacji zachodniej.

Bunt trzeci: Thilo Sarrazin

W 2010 r. ukazuje się książka niemieckiego polityka związanego z lewym skrzydłem sceny politycznej (członka SPD) Thila Sarrazina „Deutschland schafft sich ab” (Niemcy wykańczają siebie same). Tezy zawarte w książce wywołują społeczne kontrowersje i zapoczątkowują burzliwą dyskusję przeciw mainstreamowi. W swej publikacji Sarrazin stawia odważną tezę, że imigranci muzułmańscy tworzą równoległe społeczeństwo i nie integrują się z państwem niemieckim. Co więcej, przypisuje on im generowanie kosztów, przy jednoczesnym braku wkładu w rozwój gospodarki. Stygmatyzuje imigrantów muzułmańskich, charakteryzując ich jako leniwych, nieproduktywnych oraz mało inteligentnych (przejawia się w tym poparcie dla eugeniki, gdyż niskiego poziomu inteligencji imigrantów dopatruje się Sarrazin w ich genach).

O ile wcześniej w społeczeństwie niemieckim także pojawiały się protesty z powodu imigrantów, to jednak przypisywane były grupom skrajnie prawicowym, głównie z  landów wschodnich. Tym razem manifest przeciw wielokulturowości, a takim stała się książka Sarrazina, stworzony został przez liczącego się polityka, byłego senatora ds. finansów oraz byłego członka zarządu Banku Centralnego RFN-u. Po ukazaniu się publikacji politycy niemieccy zaczęli kwestionować tezy Sarrazina, a nawet wykluczono go z politycznych i rządowych gremiów. Elity polityczne uznały książkę za „rasistowski bełkot”, z kolei ultraprawicowe ugrupowania znalazły w Sarrazinie nowego lidera. Sarrazinowi (warto zwrócić uwagę na etymologię nazwiska, które wywodzi się od nazwy plemienia Saracenów) przypisuje się postawę ksenofobiczną, jednak on sam jest potomkiem imigrantów, a jego zwolennicy zauważają, że jego życie i losy są przykładem sukcesu integracyjnego (Integrationserfolg).

Na początku lipca 2012 r. ukazała się nowa książka tego autora, która wywołała kolejne kontrowersje. Główna teza publikacji pt. „Europa nie potrzebuje euro” jest taka, że gdyby nie Holocaust, Niemcy nie byliby głównym płatnikiem strefy euro, że gdyby nie poczucie winy i odpowiedzialności Niemców za II wojnę światową, nie musieliby teraz „spłacać długów” wobec Europy. Ponownie czołowi politycy niemieccy krytykują poglądy Sarrazina, przypisując mu nacjonalizm oraz instrumentalne wykorzystywanie Holocaustu. Wydaje się, że poglądy Sarrazina w jego nowej publikacji stały się skrajnie prawicowe i bliskie wizji NPD. Postawa i tezy Sarrazina stanowią manifest przeciwko społeczeństwu wielokulturowemu, są także wyrazem postaw antymuzułmańskich oraz antyimigracyjnych.

Działalność polityczna Sarrazina może być – albo już jest – niebezpieczna dla ładu w Europie. Zauważmy, że poglądy Sarrazina w dobie kryzysu gospodarczego trafiają na podatny grunt, a wielu Niemców może się z nimi identyfikować. Coraz częściej są też podzielane przez przedstawicieli klasy średniej, a nie jedynie członków niższych warstw społecznych. Choć być może w oficjalnym dyskursie inteligencja niemiecka odcina się od tych haseł, to jednak wielu jej przedstawicieli w milczeniu te poglądy akceptuje. Wydaje się bowiem, że Sarrazin mówi otwarcie to, co wielu niemieckich polityków bało się powiedzieć, aby nie zostać posądzonym o nacjonalizm, rasizm, ksenofobię czy wręcz nazizm. Trzeba przyznać rację Sarrazinowi, iż wskazuje on na realny problem w kwestii integracji imigrantów. Oto bowiem wielu z nich od pokoleń korzysta z pomocy socjalnej. Jednak nie można winić za to imigrantów, lecz raczej system niemieckiej polityki wobec nich. Wielu z tych, którzy przybyli do Niemiec w latach 70., zostało pozostawionych samych sobie, zamknęli się w swoich enklawach lub wręcz stworzyli getta. Z drugiej strony gdyby nie tureccy gastarbeiterzy niemożliwy byłby boom ekonomiczny w latach 50. i 60. Jednak nie można zgodzić się z Sarrazinem co do sposobu wyrażania swoich poglądów, które mogą być wykorzystywane instrumentalnie i skierowane przeciw imigrantom. Chodzi szczególnie o poglądy odnośnie do dziedziczenia inteligencji, które są niezgodne z nauką, a kierowanie się nimi jest wyrazem postaw antyislamskich (antysemickich). Poglądy te mogą być również punktem odniesienia dla haseł populistycznych i demagogicznych. A Niemcy, zmęczeni filantropią, mogą podążyć za Sarrazinem i jego poglądami, kreując nowe Niemcy – zamknięte, ksenofobiczne, nacjonalistyczne. Wydaje się, że nikt w Europie nie chciałby mieć takiego partnera.  Z całą pewnością Sarrazin podzielił i nadal dzieli społeczeństwo niemieckie (więcej na temat debaty o imigrantach w Niemczech na portalu liberte.pl w połowie września), powodując kolejne pęknięcia na wielokulturowej mapie świata. Niemcy zamykają się na imigrantów, coraz trudniej jest dostać się do „socjalnego eldorado”. Tymczasem eksperci od imigracji wskazują, iż imigranci, zwłaszcza ci wykwalifikowani, są Niemcom potrzebni, aby gospodarka mogła się rozwijać i nie popaść w recesję. Manifest Sarrazina jest wyrazem buntu przeciw wielokulturowości, jednak nie daje wskazówek, co można zaoferować w zamian. Pozostaje on jednym z brutalnych głosów w społeczeństwie wielokulturowym, które musi się bronić, aby przetrwać.

Bunt czwarty: Andreas Breivik

Pseudosymbolem walki przeciwko społeczeństwu wielokulturowemu stał się Andreas Breivik. Jego przypadek jest o tyle (nie)ciekawy, iż dotychczas działania terrorystyczne były utożsamiane z fundamentalizmem islamskim. Tym razem terror pochodził z wnętrza społeczeństwa wielokulturowego. Można uznać Breivika za szaleńca, antymuzułmańskiego fanatyka. Jednak jedną z niebezpiecznych konsekwencji jego działań jest możliwość  pojawienia się jego naśladowców (policja aresztowała w sierpniu w Ostrawie Czecha, który używał pseudonimu Breivik, w jego domu znaleziono karabin maszynowy i ładunki wybuchowe). Breivik swoim działaniem nie chciał jedynie zapewnić sobie sławy, pragnął, aby jego manifest przeciwko różnorodności kulturowej został usłyszany. Nie czuje się winny śmierci 77 osób, lecz odpowiedzialnością obarcza Norwegię. Popieranie przez kraj polityki proimigracyjnej uważa za zdradę. Breivik wierzy w swe fanatyczne przekonania, upierając się, że jest wybawcą Norwegii i Europy od fali imigrantów. Przypisuje wielokulturowości oraz jej zwolennikom podział społeczeństwa europejskiego, przemoc, a nawet terroryzm. W jego fanatycznym postępowaniu zawiera się przeświadczenie o możliwości istnienia jednolitej kultury europejskiej, a on sam jawi się jako ten, który przygotuje właściwe Lebensraum dla wszystkich jej członków. Można postawić tezę, że wielu mieszkańców Europy sprzeciwia się wielokulturowości i obwinia imigrantów za kryzys społeczno-ekonomiczny ich państwa. Świadczyć o tym może relatywnie duże poparcie tych partii politycznych, które dążą do ograniczenia napływu imigrantów do Europy (Francji, Holandii, Danii, Niemiec). Na szczęście nie każdy, kto jest przeciwko imigrantom i odrzuca ideę społeczeństwa wielokulturowego, chwyta za broń i morduje prawie setkę młodych ludzi. Jednak działania Breivika pokazują, że ten najmroczniejszy scenariusz znów może się zrealizować. Należy zwrócić uwagę, iż wielu sympatyzuje z Breivikiem, o czym świadczą liczne posty pod artykułami na jego temat, i jest to dalece niebezpieczne. Wielokulturowość jako idea przeżywa kryzys i staje się kozłem ofiarnym systemu, który go stworzył. Ci, którzy buntują się przeciwko niej, twierdzą, że jest ona lewicowym dogmatem, tyranią poprawności politycznej, która prowadzi do zniszczenia cywilizacji europejskiej. Przeciwnicy wielokulturowości twierdzą, że każdy, kto wyraża swoje krytyczne stanowisko odnośnie do imigrantów, jest traktowany jako rasista. Przekonują, że idea wielokulturowości knebluje usta i zabrania mówić o ważnych kwestiach politycznych w kontekście imigrantów. Przeciwnicy wielokulturowości utrzymują również, że doprowadziła ona do erozji podstawowych wartości kultury europejskiej i dzieli Europejczyków. Wydaje się więc, że to dopiero początek karmienia obywateli UE lękami dotyczącymi społeczeństwa wielokulturowego. Coraz więcej polityków odwraca się od idei wielokulturowości, oficjalnie ją krytykuje – David Cameron czy Marine Le Pen, a nawet, choć nie tak ostro Angela Merkel.

Nie ulega wątpliwości, że te głosy sprzeciwu powinny być wysłuchane. Przetrwanie społeczeństwa wielokulturowego powinno polegać na dyskusji i konsensusie, a nie na walce z wrogami. Każda bowiem ze stron pragnie jednego – lepszej przyszłości. A to, jak wiemy, bywa niebezpieczne, bowiem, jak zauważył Popper: „widzę dziś jaśniej niż kiedykolwiek, że nawet największe kłopoty naszej ery wyrastają z czegoś, co jest tyleż godne podziwu i zdrowe, co niebezpieczne – a mianowicie z niecierpliwego pragnienia polepszenia losu bliźnich”.

Podczas pisania niniejszego artykułu korzystałam również z doniesień prasowych „Gazety Wyborczej” oraz „Der Spiegel”.

Czytaj również
O autorze
*
DariaHejwosz-Gromkowska
Doktor nauk humanistycznych, adiunkt na Wydziale Studiów Edukacyjnych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.