Sprzeciw wobec otwartości – jak daleko sięgnie?

Drukuj

Często słyszymy, że w erze digitalizacji globalizacja jest technologicznie nieunikniona, a zatem i nieodwracalna. Jednak w praktyce nawet internet może być posegmentowany za narodowymi murami – spójrzmy tylko na Chiński Mur Ogniowy. Świat w żadnym wypadku nie jest płaski. Stwierdzenie, iż globalizacja jest uwarunkowana technologicznie to zaledwie jedno z wielu błędnych uproszczeń, jak zaznacza Pankaj Ghemawat w świetnym artykule dla „Harvard Business Review”.

Otwartość jest decyzją polityczną, przeciw której mogą zwrócić się wyborcy i rządy. Brexit jest najlepszym przykładem tego zjawiska: poprzez wyjście z jednolitego rynku wewnętrznego i unii celnej, Wielka Brytania popełnia akt handlowego wandalizmu, podczas gdy kontrola imigracyjna, którą rząd planuje nałożyć na obywateli UE spotęguje szkody. Premier Teresa May może sobie mówić, że Wielka Brytania stanie się „Globalną Brytanią”, jednak ryzykuje stanie się „Małą Anglią”, jak wyjaśniam w tekście dla „Aspen Institute Italia”.

Globalizacja i państwa narodowe często robiły z nas towarzyszy niedoli, jak mówi Stehen King (ekonomista, nie autor horrorów). Granice stają na drodze wolnemu przepływowi (i wymianie) dóbr, usług, kapitału i ludzi. Faktycznie, w swojej najnowszej książceGrave New World: The End of Globalisation, the Return of History” opublikowanej 23. maja, King przestrzega, że globalizacja może doświadczyć fali gwałtownego odwrotu od jej osiągnięć.

Ekonomiści słusznie zwracają uwagę, że większość zakłóceń gospodarczych jej wywoływana przez automatyzację, a nie handel – niemniej jednak, w ogólnym rozrachunku, oba te aspekty pomagają nam dużo zyskać. Niektórych, faktycznie, korzyści z nich płynące mogą ominąć. Jednym ze sposobów na utrzymanie szerokiego poparcia dla otwartości jest państwo opiekuńcze w stylu skandynawskim, które zapewnia wsparcie i pomaga pracownikom się przekwalifikować w obliczu takiej konieczności. Jednak podejście takiej wydaje się już politycznie niemożliwe w Stanach Zjednoczonych. Tak czy siak, uważajmy, czego sobie życzymy – wprowadzanie ograniczeń w handlu i nie wpuszczanie obcokrajowców bez wątpienia poniesie za sobą duże koszta polityczne i gospodarcze.

Uwaga końcowa: wiele problemów gospodarczych i politycznych, z którymi się dziś borykamy, jest efektem kryzysu finansowego, gdy to ponadgraniczne pożyczki bankowe zwielokrotniły krajowe problemy. Jednak nacjonaliści chcą głównie zablokowania przepływu ludności, nie kapitału. Gdzie tu logika?

Artykuł ukazał się pierwotnie w języku angielskim na: http://www.opennetwork.net/far-might-backlash-openness-go/

Misją OPEN jest obrona i promocja otwartch społeczeństw liberalnych. Dowiedz się więcej na: http://www.opennetwork.net/

Przełożyła Olga Łabendowicz

Czytaj również
O autorze
*
PhilippeLegrain
Brytyjski ekonomista polityczny, autor licznych artykułów i publikacji o tematyce ekonomicznej i międzynarodowej.