Stać nas na powiedzenie własnego zdania w każdej sprawie – jerzego giedroycia „Bunt młodych” i polityka od 1939 r.

Drukuj

Nie można nas będzie połączyć z żadną doktryną, żadnym ułożonym schematem

Jerzy Giedroyc w swojej autobiografii stawia tezę, że niewiele było przed rokiem 1939 środowisk, których członkowie odegrali po wojnie tak wielką i tak różnorodną rolę, jak członkowie środowiska „Buntu Młodych” i „Polityki”. „Byli wszędzie – pisze Giedroyc – w Kraju i na emigracji, w służbie PRL i po stronie jej przeciwników, wśród autorów i współpracowników Instytutu Literackiego, i wśród jego nieprzejednanych niekiedy wrogów. Przy czym niemal każdy z nich wniósł jakiś wkład, często znaczący, do historii Polski, a zwłaszcza – do historii kultury polskiej”.

„Bunt Młodych” pojawia się 21 listopada 1931 r. Początkowo ukazuje się nieregularnie, później co miesiąc. Od lutego 1933 r. (od numeru 37) jako dwutygodnik. W roku 1937 zmienia nazwę na „Polityka”. Od 9 kwietnia 1939 r. wychodzi jako tygodnik, ostatni numer pojawia się 3 września 1939 r. W ten sposób „Bunt Młodych” przebywa drogę od pisma organizacyjnego (powstałego z „Dnia Akademickiego” – organu Myśli Mocarstwowej) do tytułu w pełni autonomicznego. Stopniowe oddalanie się pisma od organizacji było efektem usunięcia z niej Giedroycia, a także osłabiania się pozycji konserwatystów na scenie politycznej i kłopotów finansowych organizacji. Autorskim pismem Giedroycia „Bunt Młodych” staje się już na przełomie 1932 i 1933 r. Od października 1932 r. nosi podtytuł „Niezależny Organ Młodej Inteligencji”. W 37 numerze (1933 r.) pojawia się informacja, że „redakcja zamierza robić czasopismo młodych na najwyższym europejskim poziomie”. Począwszy od 1935 r. próżno już szukać w piśmie wzmianki o Myśli Mocarstwowej.

http://www.flickr.com/photos/screenpunk/2625805382/sizes/m/
by screenpunk

Jeśli chodzi o nakład, „Bunt Młodych”, a później „Polityka” ustępują ówczesnej czołówce: „Wiadomościom Literackim”, prorządowemu „Pionowi”, pismu prawicy „Myśl Narodowa”. Ukazują się w nakładzie 3,5 tys., a później 5–6 tys. egzemplarzy, czyli ponad dwukrotnie mniejszym niż „Wiadomości…”. Mimo to po zaledwie kilku latach „Polityka” jest już pismem pierwszoplanowym. Rafał Habielski komentuje to w ten sposób: „Fenomen ten brał się z charakteru, który nie miał – za sprawą pasji ich Redaktora i postawy współpracowników – odpowiednika w Dwudziestoleciu”.

Po usamodzielnieniu się pisma jego sytuacja materialna jest trudna, ratuje ją, jak pisał Giedroyc, „szczęście i znajomości”. Od prezesa Związku Cukrowników Polskich redakcja otrzymuje wtedy półroczny kredyt, który pozwala Giedroyciowi płacić współpracownikom honoraria. Lokal redakcja dostaje od magistratu za symboliczną opłatę, także dzięki znajomościom. Giedroyc chętnie korzysta z współfinansowania swojego pisma, pod warunkiem że pomoc nie wiąże się z wpływem na jego program.

Łamy pisma mają być miejscem analizowania rzeczywistości i – co ważniejsze – poszukiwania rozwiązań umacniających niepodległość kraju, dyskutowania wszystkich kwestii ważnych z punktu widzenia interesu Polski. W założeniu pismo ma być aideologiczne, to z kolei ma pozwolić wpływać na opinię publiczną, a przez to na świat polityki.

„Bunt Młodych” jest tworzony przez stosunkowo nieliczny zespół, który nie zamierza reprezentować ani szerszej grupy społecznej, ani żadnego środowiska politycznego, choć większość współpracowników była kiedyś związana z Myślą Mocarstwową i ich poglądy wywodziły się często z programu organizacji. A ponieważ była ona uważana za konserwatywną lub młodokonserwatywną, za takie uznano też „Bunt Młodych” i „Politykę”. Sami publicyści nie stosują raczej tego terminu do opisania własnej tożsamości. Zespół formuje się na przełomie 1932 i 1933 r. i przetrwa do roku 1939. „Tworzyli go młodzi ludzie, niewiele starsi niż niepodległa Polska, nowicjusze w profesji o imponującym nieraz warsztacie, których pisarstwo polityczne po siedemdziesięciu latach wcale […] nie zbutwiało myślowo, nie wyblakło także pisarsko. Stanowi publicystykę próby znakomitej. Powiedzmy zwięźle: Giedroyc zdołał zebrać, zespolić, nakłonić do funkcjonowania, a przede wszystkim utrzymać przy sobie, jakby zniewolić zgoła – niezwykłe grono indywidualności i charakterów; gorących i lodowatych głów”.

Giedroyc prowadzi redakcję żelazną ręką, mocno ingeruje w treść zamieszczanych materiałów. Sam pisze okazjonalnie. Przyjeżdża do siedziby redakcji po południu, po zakończeniu pracy w ministerstwie, i do północy zajmuje się numerem. Członkowie zespołu mieszkają w różnych miastach. Zebrań redakcyjnych Giedroyc nie lubi, więc ich nie organizuje, załatwia sprawy indywidualnie. Samodzielnie ustala linię redakcyjną pisma, podejmuje decyzje, zatwierdza artykuły do druku. Z autorami kontaktuje się głównie listownie, gdyż uznaje taki kontakt za konkretniejszy od rozmowy. Ma dar skłaniania ludzi, z którymi pracuje, do intensywnego wysiłku. Przy doborze współpracowników kieruje się bardziej ich przydatnością niż poglądami, przeszłością bądź zaletami moralnymi, czym zdaniem wielu manifestuje swoją niezależność. Sekretarzem redakcji jest Maja Prądzyńska – siostra żony Adama Skwarczyńskiego, współzałożycielka Legionu Młodych, sekretarka wiceministra skarbu Kajetana Morawskiego. Za najwybitniejszą indywidualność uchodzi pewnie Adolf Bocheński (zajmujący się głównie polityką zagraniczną, publikujący też pod pseudonimem Franciszek Czerwiski), bo teksty Ksawerego Pruszyńskiego (także pod pseudonimem Grabiec) do „Buntu Młodych” nie są tak dobre, jak do innych pism. Sprawami mniejszości zajmuje się Stanisław Swianiewicz. Z „Buntem Młodych” wiążą się też Mieczysław Pruszyński i Aleksander Bocheński. Dział ekonomiczny prowadzi Kazimierz Studentowicz. Działem kulturalnym kieruje Czesław Straszewicz. Wspólnie z Pawłem Zdziechowskim zajmują się literaturą, recenzują nowości prozatorskie. Autorem rubryki „Notatki polityczne” – przeglądu bieżących wydarzeń – jest prawdopodobnie Wacław Zbyszewski, niepodpisujący się w „Buncie Młodych”, być może ze względu na współpracę z konserwatywnym „Czasem”. Stanisław Skwarczyński prowadzi dział rolny, a Jan Frankowski odpowiada za dział katolicki.

Spośród pisarzy „Bunt Młodych” przyciąga tych, którzy nie czują sympatii do „Wiadomości Literackich”, m.in. Jerzego Andrzejewskiego i Teodora Parnickiego. Wszyscy właściwie ważniejsi współpracownicy pisma wywodzą się z Kresów bądź są z nimi jakoś związani.

Zespół jest dość skonsolidowany, choć nie tworzy monolitu. Do konfliktu dochodzi np. w połowie 1934 r. po utworzeniu przez władze obozu w Berezie Kartuskiej, kiedy to Adolf Bocheński i Ksawery Pruszyński w ramach zamanifestowania swojego sprzeciwu postanawiają dobrowolnie zgłosić się do Berezy i odbyć karę za przestępstwo, którego nie popełnili. Udaremniają to Mieczysław Pruszyński i Aleksander Bocheński. Przeciwny takiej manifestacji jest także Giedroyc. Po całej sprawie Pruszyński zaczyna wydawać „Problemy”.

Chcemy protestować […] w imię tego, w co my wierzymy i w co wy powinniście wierzyć

Wyznacznikiem linii politycznej zarówno pisma, jak i całej grupy, która się wokół niego skupiła, jest nastawienie propaństwowe, chęć wzmocnienia władzy państwowej. Młodzi publicyści podejmują próbę wskazywania rozwiązań, które utrwalą niepodległość, usprawnią działanie państwa oraz zmodernizują stosunki wewnętrzne, zwłaszcza narodowościowe, uwolnią kraj od niebezpieczeństw i sprawią, że Polska będzie mieć wpływ na sytuację polityczną w Europie.

Obiektem polemiki i krytyki jest prasa narodowa oraz ta reprezentująca opozycję centroprawicową, a także prasa lewicowa, choć dyskusji z pis-
mami lewicowymi jest znacznie mniej, a klimat pism Giedroycia  – zwłaszcza ze względu na różnice w polityce wobec mniejszości i w stosunku do Marszałka – zwykle uważa się za antyendecki. Publicyści „Buntu Młodych” i „Polityki” uważają, że Narodowa Demokracja w dziedzinie polityki narodowej osiąga efekty odwrotne do zamierzonych, a Romana Dmowskiego uważają raczej za wielkiego pisarza politycznego niż sprawnego polityka. Do pewnego ocieplenia stosunków dochodzi w połowie lat 30., kiedy to dopominają się złagodzenia konfliktu narodowców z sanacją i, nie zapominając o dzielących różnicach, zwracają się do młodych środowisk prawicowych, zwłaszcza narodowych, z propozycją dialogu i współdziałania wobec rosnącej fali lewicy i radykalizmu. Odzew jest raczej nikły, choć w pismach Giedroycia wypowiada się np. Kazimierz Sołtysik z „Prosto z mostu”. Publicyści „Buntu Młodych” i „Polityki” przede wszystkim inaczej pojmują interes narodowy niż narodowcy dążący do tego, aby naród był właścicielem i gospodarzem państwa. Według środowiska skupionego wokół Giedroycia wzmocnienie państwa miało służyć przede wszystkim jego jak najwyższej pozycji międzynarodowej, by można się było przeciwstawiać niebezpieczeństwom zewnętrznym wynikającym z położenia Polski między Niemcami a Rosją. Opozycję centroprawicową (Front Morges) publicyści „Buntu…” i „Polityki” oskarżają z kolei o sympatie prorosyjskie, o chęć porozumienia się z Rosją przeciw Niemcom. Tymczasem sami chcą współtworzyć front prometejski, uznają, że sowiecką Rosję należy osłabiać poprzez podejmowanie działań na rzecz uzyskania suwerenności przez zamieszkujące ją narody, a przez to czynić mniej niebezpieczną dla Polski.

Oba pisma wykazują zainteresowanie sprawami rolnictwa jako bardzo istotną częścią gospodarki. Uznają za konieczne przeprowadzenie reformy ustroju rolnego, uregulowania kwestii własności, „z uwzględnieniem naturalnych potrzeb drobnych posiadaczy, przy ocaleniu warstwy ziemiańskiej, czego nie sprowadzano do obrony interesów wielkich latyfundystów”. Zmiany mają nastąpić po to, by wieś w razie wybuchu wojny mogła realizować potrzeby aprowizacyjne. Polityce prowadzonej przez ministra rolnictwa Juliusza Poniatowskiego zarzucają podsycanie atmosfery niechęci między małymi a wielkimi właścicielami ziemskimi. Ministra bronił natomiast związany z pismem Stefan Kisielewski.

Za jeden z podstawowych warunków zabezpieczenia Polski od komunistycznej Rosji uznają powstanie niepodległego państwa ukraińskiego. Im ten problem staje się bardziej poważny, tym więcej miejsca poświęca się mu na łamach pism. Mówi się o zespoleniu celów polskich i ukraińskich, używa nawet pojęcia „pojednanie”. Postuluje koncesje w obszarach szkolnictwa, spółdzielczości i samorządu. Giedroyc udostępnia łamy także publicystom oraz politykom ukraińskim. Wyklucza jednocześnie jakiekolwiek zmiany granicy wschodniej, gdyż Kresy uznaje się za integralną część Rzeczpospolitej. W 1932 r. Stanisław Łoś pisze:

Polacy nie powinni Ukraińców nadmiernie kochać i nie powinni im obiecywać, że oni, tj. Polacy, zbudują im kiedyś ukraińskie państwo nad Zbruczem. […] Polacy obiecują nieproszeni pomoc przy budowie państwa ukraińskiego, [ale Ukraińcy] przeważnie nie wierzą w szczerość tych obietnic lub też rozumują w jeden z przytoczonych poniżej sposobów: 1) Polacy chcą budować państwo ukraińskie, a więc istnienie tego państwa leży w interesie Polski, jeżeli tak jest, to Polska budować je będzie […] ; 2) Polacy chcą budować państwo ukraińskie, widocznie widzą w tym jakiś swój interes, ale to, co jest w interesie Polski, jest zgubne dla Ukrainy, lepiej tedy, by państwa ukraińskiego nie było, niżby miało powstać z pomocą Polski lub też z jakimiś w stosunku do Polski zobowiązaniami. […]
Dlatego też myślę, że lepiej się zrobi po stronie polskiej, jeżeli się przestanie z góry narzucać Ukraińcom polską pomoc przy budowie ukraińskiego państwa. O państwie ukraińskim niech przede wszystkim myślą Ukraińcy, państwo ukraińskie jest, a przynajmniej powinno być potrzebne… Ukraińcom i to potrzebne bezpośrednio, koniecznie, życiowo. […] [Dla Polski] państwo to może (nie musi, lecz może) być pożyteczne pod pewnymi warunkami, tj. jeżeli się w pewien sposób ustosunkuje, nie na wieki oczywiście, lecz na pierwszych kilkadziesiąt lat swego istnienia do naszych polskich interesów. Na zgłoszenie tych interesów przyjdzie czas, gdy powstanie państwa ukraińskiego stanie się sprawą polityki aktualnej. Nasze położenie geograficzne jest tego rodzaju, że nie możemy być pominięci, i ci, co państwo ukraińskie budować zechcą, i ci, co temu będą chcieli przeszkadzać, będą musieli się zgłosić i poprosić o nasze warunki.

Jeśli chodzi o stosunek do mniejszości narodowych, „Bunt Młodych” i „Polityka” opowiadają się za tolerancją i współdziałaniem, uważają, że zakres swobód powinien być adekwatny do stopnia narodowej tożsamości. Wychodzą z założenia, że dla interesu państwa czasami lepszym rozwiązaniem jest polityka asymiliacji, w innych przypadkach porozumienie z mniejszościami. Na łamach „Buntu…” wypowiada się na ten temat choćby Adolf Bocheński w 1933 r.:

Mielizna ta wypływa nieodparcie z fałszywego twierdzenia, iż jeżeli państwo polskie zapewnia mniejszościom pewien współudział w swych rządach, pewne prawa polityczne, to celem tego państwa przestaje być wielkość narodu polskiego, a staje się „ogół obywateli” czy coś w tym rodzaju. Jest to założenie jak najfałszywsze. Nie ulega wątpliwości, iż może się zdarzyć wypadek, w którym polityka asymilacyjna w stosunku do mniejszości jest w interesie państwa i narodu nim rządzącego. Tak było np. przed wojną w stosunku Rosji do mniejszości ukraińskiej. Nie ulega jednak jednocześnie najmniejszej wątpliwości, iż istnieją wypadki, w których porozumienie z mniejszością, kompromis z jej dążeniami jest także w interesie narodu. Tak było np. o ile chodzi o porozumienie Rosji z mniejszością finlandzką. Jeżeli więc dziś my jesteśmy zwolennikami porozumienia z mniejszością – dajmy na to ukraińską – to nie dlatego, żebyśmy mieli nie dążyć do wielkości narodu polskiego, ale właśnie dlatego, że uważamy, iż polityka taka jest zgodna z interesem politycznym narodu i państwa polskiego. […] [Sądzimy], iż straszliwym nonsensem jest twierdzenie, iż interes narodu i państwa wymaga zawsze polityki asymilacyjnej w stosunku do mniejszości. Czasem w interesie narodu jest pozbycie się mniejszości, czasem dojście z nią do porozumienia. Można być zdecydowanym nacjonalistą, a jednocześnie przeciwnikiem dążenia do państwa czysto narodowego.

W kwestii doktryny geopolitycznej postulują, że Polska może ocalić niepodległość przede wszystkim dzięki sobie samej, nie liczą na pomoc sojuszników, choć biorą ją pod uwagę. Twierdzą, że należy podtrzymać konflikt niemiecko-rosyjski, działać na rzecz rozbicia Rosji, a zachowywać tymczasowe dobre stosunki z Niemcami. Jest to zatem odstąpienie od polityki równowagi wobec Moskwy i Berlina. Proponuje się jednocześnie, że gdyby doszło do rozpadu ZSRR, można wziąć pod uwagę możliwość sojuszu polsko-francusko-rosyjskiego. Adolf Bocheński w 1939 r. na łamach „Polityki” pisze:

Polska opinia publiczna zdaje sobie dziś doskonale sprawę z niebezpieczeństw, które nam grożą od zachodu. Ale musimy ciągle pamiętać, że mamy nie jednego niebezpiecznego sąsiada, tylko dwóch. Nasuwa się pytanie, jaką drogą można realnie powstrzymać Rosję od okupacji państw bałtyckich i od zbyt silnego nacisku na Polskę. Jeżeli Rosjanie dojdą do przekonania, że nowe porozumienie między Polską a Niemcami jest wykluczone, ich nastawienie w stosunku do Polski będzie coraz to bardziej protekcjonalne, a ich polityka wobec krajów bałtyckich stanie się coraz bardziej agresywna. Jedyna rzecz, której Rosja może i powinna się bać naprawdę – to porozumienie polsko-niemieckie, oparte na podstawie integralności terytorium Rzeczypospolitej. Dlatego, jeżeli chcemy utrzymać pewną równowagę między Rzecząpospolitą a jej sąsiadem wschodnim, winniśmy nie zatrzaskiwać drzwi do nowego porozumienia z naszym sąsiadem zachodnim.

Kwestii żydowskiej poświęcony jest osobny numer „Buntu Młodych” (nr 33 z 1932 r.). Pojawił się w nim m.in. ewidentnie antysemicki artykuł „Żydzi i my” Henryka Rolickiego (właśc. Tadeusza Gluzińskiego), działacza Obozu Wielkiej Polski:

Pomińmy fakty z przeszłości naszej, dawniejsze i mniej dawne, świadczące o nielojalności Żydów wobec Polski i zechciejmy zapomnieć o tym, co było, by zatroszczyć się o to, co jest i co ma być/ […] Niewielki tylko ułamek żydostwa w Polsce żyje z zawodów wolnych lub pracuje jako rzemieślnicy czy robotnicy fabryczni, ogół zaś – to pośrednicy handlowi, ciążący na naszym życiu gospodarczym swą bezproduktywnością. Im gęściej żydostwo skupia się w Polsce, tym bardziej pogłębić się musi kryzys gospodarczy u nas i wśród samych Żydów. Nadmiar pośrednictwa podrażać musi ceny towarów, stwarza ogromną rozpiętość między kosztami produkcji a ceną towaru u detalisty. Taki stan rzeczy z jednej strony wiedzie do katastrofy nasze rolnictwo i przemysł, z drugiej zaś pogłębia nędzę szerokich mas konsumentów i – odbierając ludziom możność oszczędności – utrudnia powstawanie rodzimych kapitałów. Nędza konsumentów rujnuje znów przemysł i rolnictwo, wskutek kurczenia się krajowych rynków zbytu – i tak w kółko. […]

Nie jakiś rasowy antysemityzm, lecz twarda rzeczywistość stawia przed nami dylemat: my albo oni. Zdrowa atmosfera, warunki rozwoju duchowego i gospodarczego albo… zarażone powietrze. Naród zdrowy albo naród znieprawiony i wyssany przez naród chory. Polska niepodległa albo ziemia obiecana, jak w XVIII wieku w odezwie do Żydów nazwał Polskę Jakub Lejbowicz Frank.

Stanisław Mackiewicz w artykule „Jankiel poturbowany” stwierdza, że rozwiązaniem kwestii żydowskiej jest poszerzenie terytorialne Polski, bo asymilacji nie chcą ani Polacy, ani Żydzi. Do sprawy wraca się w 1936 r. po gwałtownych awanturach antysemickich. Przez kilka numerów rzecz jest komentowana w osobnej rubryce. W większości przedstawia się i uzasadnia koncept migracyjny, wymieniając jako kierunki nie tylko Palestynę, lecz także Amerykę Południową i Afrykę. Postuluje się także zmianę struktury zawodowej Żydów, zwiększenie ich zatrudnienia w rolnictwie, zmniejszenie zaś w pośrednictwie i handlu. Proponuje ograniczenie dostępu ludności żydowskiej do wyższych uczelni i wolnych zawodów, zakaz obejmowania stanowisk w administracji publicznej i ważnych stanowisk politycznych i gospodarczych. Należy dodać, że środowisku „Buntu Młodych” i „Polityki” nie chodziło w tym wszystkim o tych Żydów, którzy odczuwali duchowy związek z narodem polskim, im nie zamierzano narzucać żadnych ograniczeń. Jedynie Ferdynand Goetel, autor „Pod znakiem faszyzmu”, odmawiał wszystkim Żydom prawa obecności w Polsce. Poza tym nie wyznawano ani nie propagowano antysemityzmu o charakterze rasowym. A dodatkowo artykuł Goetla został skomentowany przez Artura Lilien-Brzozdowieckiego:

Wreszcie doszedłem do grobu rodziców. Pamięć ich jest dla mnie wspomnieniem ludzi, którzy w pracy dla Kraju i społeczeństwa nie mieli prawie wcale życia osobistego. […]
I jakoś zdaje mi się, że przecież nie jest prawdą, że oni wszyscy przyszli tu do czegoś gotowego, że korzystali tylko z tego, co inni zrobili. Raczej chyba byli współtwórcami tego, co jest i co nas dzisiaj otacza, a ślady ich działalności, budynki, koleje, instytucje, książki stanowią część żywej jeszcze rzeczywistości i wspominają wysiłki ich obywatelskiej pracy.

Z dzisiejszego punktu widzenia, z czym zgadzał się zresztą po wojnie Giedroyc, większość poglądów środowiska związanego z „Buntem Młodych” i „Polityką” w kwestii żydowskiej zasługuje na miano antysemityzmu.

Od końca 1935 r. na łamach pism ukazują się rozmowy z politykami  – Józefem Piłsudskim, Romanem Dmowskim, Ignacym Paderewskim, Wincentym Witosem. Stałym elementem pisma są od roku 1936. Rubrykę prowadzi Ignacy Kleszczyński.

Według środowiska związanego z „Buntem Młodych i „Polityką” najwyższą normą moralną jest etyka katolicka, polską kulturę uważają za na wskroś katolicką, a związek polskości i katolicyzmu za nierozłączny. Jednocześnie za cel uznają uwolnienie polskiego katolicyzmu z „martwoty i rutyny”. W numerze 31/145 z 1937 r. piszą: Przede wszystkim stoimy bezwzględnie na stanowisku wiernych Kościoła katolickiego w Polsce i współdziałamy całym sercem z młodymi prądami, które pragną nasz katolicyzm otrząść z martwoty i rutyny i pchnąć go na bardziej dynamiczne i twórcze tory. Warto wspomnieć, że choć sam Giedroyc – o czym wspomina w autobiografii – dość wcześnie stał się „obojętny wobec kwestii religijnych czy metafizycznych”, to jednak w pierwszych latach istnienia „Buntu Młodych” bywał u jezuitów i był okres, gdy zaczął „całkiem poważnie myśleć o wstąpieniu do zakonu […]. Pokusa wstąpienia do klasztoru miała niewątpliwie za tło przeżycia religijne, ale podświadomie musiała odgrywać w tym rolę legenda jezuitów jako zakonu politycznego”.

Bardzo często ujawnia się na łamach obu pism niechęć zespołu do starego garnituru polityków i bezwzględne przywiązanie do Marszałka Piłsudskiego. W roku 1934 Adolf Bocheński pisze:

Marszałek Piłsudski do tego stopnia wzbił się ponad wszelkie klasy społeczne, iż stanowi ten autorytet, który by decydował o ciągłości naszej polityki zagranicznej czy armii, niezależnie od prawicy czy lewicy dochodzącej do władzy. Niemniej praktyka życiowa idzie dziś po linii odjęcia opinii publicznej jakiegokolwiek wpływu. Mając taki skarb, jak autorytet Marszałka stojący ponad prawicą i lewicą, a z łatwością mogący stanąć i ponad stronnictwami, marnujemy go, dążąc do osiągnięcia stałości władzy drogą wyeliminowania roli parlamentu.

Marszałka chwali także trzy lata później Stefan Kisielewski:

[…] Marszałek Piłsudski […] potrafił prowadzić Polskę pomiędzy totalizmem a liberalizmem, pomiędzy dyktaturą a ustrojem parlamentarnym, nie ulegając presji niezrównoważonej opinii publicznej. Całe, tylekroć przez prasę opozycyjną piętnowane i wyśmiewane pomajowe „rozgrywki” Piłsudskiego z sejmem, dokonywane przez człowieka, który nigdy nie hołdował formułkom i „wzorom cudzym” i nigdy nie cofał się przed rozstrzygnięciami tak nieraz odbiegającymi od szablonu, że ludziom małej wiary i ciasnym formalistom politycznym wydawały się ryzykownymi dziwactwami.

Wypowiadano się oczywiście także w sprawach związanych z ekonomią i gospodarką. Głos w tej kwestii zabrali w 1934 r. choćby Józef Winiewicz oraz Aleksander Bocheński:

Nie możemy zgodzić się na bezkrytyczną kampanię przeciwko kapitałowi zagranicznemu. Jesteśmy krajem ubogim w kapitały, kapitał ten wypłaszają z Polski błędy ustawodawstwa podatkowego i socjalnego. Po co jeszcze płoszyć go wrzaskami, kijami i wymyślaniem? Zamiast wrzeszczeć, uczmy się ten kapitał obcy wyzyskiwać dla naszych celów, uczmy się z nim i nim pracować. Nie bójmy się go. A tymczasem często krzyczymy tak histerycznie, jakbyśmy się go bali – jak stracha. To nie kominiarz dla małych dzieci, to pożyteczny rzemieślnik w oczach dorosłych.

Żądamy stworzenia planu ochrony małego człowieka. Jeśli mały przedsiębiorca produkuje lepiej i taniej jak gigant, do którego się dokłada, to czemu chronimy giganty, miast chronić małego człowieka? […] Żądamy rozbicia karteli, żądamy likwidacji przedsiębiorstw państwowych, niepotrzebnych robót publicznych, żądamy nawrócenia z drogi skostniałego biurokratyzmu na drogę żywej ewolucji […]

Stanowisko polityczne środowiska zostaje wyłożone także w broszurze „Polska idea imperialna” z roku 1938. Jej autorami są: Adolf Bocheński (polityka zagraniczna), Aleksander Bocheński (sprawy narodowościowe), Stanisław Skwarczyński i Kazimierz Studentowicz (gospodarka). Giedroyc widnieje jako autor noty wstępnej. Podkreśla się potrzebę silnej władzy państwowej, niezależnej od opinii publicznej, ale bezwzględnie przestrzegającej zasad praworządności, w dziedzinie polityki zagranicznej za cel uważa się niedopuszczenie do porozumienia Niemiec z ZSRR, z czego wynika konieczność zbliżenia z Niemcami. Sprzeciwia się represjom wobec mniejszości i polityce polonizacyjnej, postuluje szeroko pojmowaną autonomię dla Małopolski. Rozwiązanie problemów wsi widzi się w uprzemysłowieniu Polski, które odciągnęłoby od wsi kilkumilionową rzeszę bezrolnych lub małorolnych. Skrytykowana zostaje polityka Kwiatkowskiego, który obawiając się inflacji, utrzymywał wysoki kurs złotego i hamował rozwój przemysłu zbrojeniowego. W kwestii żydowskiej rozwiązaniem wydaje się masowa emigracja Żydów, do której miała ich zmusić prawna dyskryminacja, ponieważ z powodu rozproszenia po całym kraju niemożliwa była ich asymilacja. Autorem tego rozdziału był Studentowicz. Po latach w autobiografii Giedroyc przyznaje, że sformułowania tego rozdziału są nie do obrony. Giedroyciowi w broszurze nie podobają się także „mocne akcenty katolickie”. Tłumaczy to tak, że chodziło mu głównie o zajęcie stanowiska w sprawach ustrojowych i mniejszościowych.

W lipcu 1937 r. zostaje zainaugurowana stała seria wydawnicza. Pierwszą pozycją książkową jest studium Kazimierza Studentowicza „Polityka gospodarcza państwa”. Ukazywały się też książki: Ryszarda Wragi (właśc. Jerzego Niezbrzyckiego) pt. „Sowiety grożą Europie”, Adolfa Bocheńskiego – „Między Niemcami a Rosją”, prace zbiorowe: „Problem polsko-ukraiński w Ziemi Czerwieńskiej” oraz „Polska idea imperialna” , a także Stanisława Swianiewicza „Polityka gospodarcza Niemiec hitlerowskich”, Joan Robinson „Wstęp do teorii zatrudnienia”, Aleksandra Trzaski-Chrząszczewskiego „Przypływy i odpływy demokracji” oraz Józefa Winiewicza „Mobilizacja sił niemieckich w Polsce”.

Wolą więc politykować, niż uprawiać dalej bunt

W reakcji na zmianę tytułu pisma 10 kwietnia 1937 r. w rubryce „Satyra o nas” pojawia się fraszka: „Młodzi się już zestarzeli / (hier begraben ist der Hund) / wolą więc politykować / niż uprawiać dalej bunt”. Ma to związek z coraz większym zespalaniem się środowiska z obozem rządzącym oraz z zamiarem udziału w wyborach.

Giedroyc już pod koniec lat 30. XX w. pracował w biurze prasowym Rady Ministrów, później w Ministerstwie Rolnictwa, a następnie w Ministerstwie Przemysłu i Handlu. Jak sam pisze, odgrywał wtedy rolę szarej eminencji, zajmował się inspirowaniem swoich szefów. „Jeśli opowiadałem się za mocną, a nawet autorytarną władzą, to dlatego, że moim zdaniem nie wymagała ona jednomyślności, a zarazem umożliwiała jakąś przemyślaną politykę państwa i praworządność. […] Jednak nawet wtedy, gdy usprawiedliwiałem działania niekonstytucyjne czy sam usiłowałem je podejmować, miałem na widoku naprawę państwa, uczynienie go lepszym, bardziej sprawiedliwym, bardziej logicznym”.
By nie przysparzać swoim pismom kłopotów wtedy, gdy zamieszczały one teksty krytykujące politykę władz, jako redaktorzy figurowali m.in. Tadeusz Zajączkowski czy Henryk Rojecki.

W 1938 r. Giedroyc planuje wziąć udział w wyborach i stworzyć w sejmie koło poselskie. Kandydatami na posłów mają być: Studentowicz, Aleksander Bocheński, Winiewicz, Swianiewicz, Poczobut-Odlanicki, Stanisław Skwarczyński i Seweryn Wysłouch – wszyscy z Wilna. Nie wiadomo jednak, czy Giedroyc rezygnuje z pomysłu udziału w wyborach, czy nie dostaje na to zgody władz.

Giedroyciowi czasem przypisuje się rolę „zwierzęcia politycznego”, ale nie należy zapominać, że stałą wartością jest dla niego cel, a środki i metody działania z biegiem czasu się zmieniają, że przede wszystkim „był z krwi i kości Redaktorem, dbającym o to, żeby każdy kolejny numer jego pisma był lepszy i atrakcyjniejszy” oraz że „[…] w miarę upływu czasu spędzanego na stanowisku redaktora «Buntu» Giedroyc za jedyną możliwą formę aktywności politycznej uznał właśnie redagowanie. Traktował pismo jako instrument, a jednocześnie główny i w zasadzie jedyny przejaw swojej działalności publicznej. Był człowiekiem, jak sam mówił, «przeżartym» polityką i taktyką. Starał się więc działać poprzez pismo na wszystkich interesujących go polach, to jest przede wszystkim geopolitycznym, ustrojowym oraz tym, na którym dyskutowano koncepcje poświęcone zagadnieniu mniejszości narodowych i kwestie gospodarcze”.

Byli wszędzie

Pora spróbować odnieść się do tezy Giedroycia z początku artykułu. Spośród osób skupionych wokół „Buntu Młodych” wojny nie przeżyli Adolf Bocheński, który poległ w roku 1944 podczas kampanii włoskiej, i Stanisław Skwarczyński, który został zamordowany w Charkowie. Po wojnie w kraju zostali: Aleksander Bocheński, Jan Frankowski, Konstanty Turowski i Konstanty Łubieński, którzy tworzyli środowisko katolickie próbujące porozumieć się z władzą komunistyczną. Stanisław Stomma był posłem na sejm, obracał się w środowisku „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”, w 1994 r. został odznaczony Orderem Orła Białego. Z „Tygodnikiem…” był też związany Stefan Kisielewski – po wojnie jeden z najciekawszych polskich publicystów.

Józef Winiewicz został ambasadorem PRL-u
w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych, później wiceministrem spraw zagranicznych. Piotr Dunin-Borkowski objął stanowisko konsula generalnego w Rzymie. W kręgu paryskiej „Kultury” znaleźli się: profesor i rektor uniwersytetu we Fryburgu Innocenty Bocheński, filozof Zbigniew Jordan, współpracujący także z Głosem Ameryki Wacław Zbyszewski, pisarze Stanisław Vincenz i Teodor Parnicki, a także Stanisław i Józef Mackiewiczowie.

Dokąd nam iść wypada?

Warto chyba na koniec poświęcić trochę uwagi licznym nieścisłościom, które wytknął autobiografii Giedroycia Rafał Habielski w „Dokąd nam iść wypada?…”. Wspomina on mianowicie o nieprecyzyjnym podaniu przez Giedroycia momentu odejścia z Myśli Mocarstwowej, co jest kluczowe dla kwestii usamodzielniania się Buntu. Po lekturze listów Zbyszewskiego podaje w wątpliwość zaprzeczenia Giedroycia, że jego pisma nie były finansowane m.in. przez II Oddział Sztabu Głównego, zajmujący się wywiadem i kontrwywiadem. Zastanawia się, dlaczego Adolf Bocheński – uważany przez Giedroycia za najwybitniejszy umysł pokolenia, osoba nadająca pismu ton – został w „Autobiografii na cztery ręce” potraktowany na równi z innymi publicystami, a wymieniony nawet po Ksawerym Pruszyńskim, za którym Giedroyc specjalnie nie przepadał.

Przywołuje za „Gawędami o ludziach i czasach przedwojennych” Zbyszewskiego sytuację, która mogła zaprzeczyć temu, o czym pisał Giedroyc, że w 1935 r. był przeciwny ordynacji wyborczej, którą określał jako totalitarną, gdy tymczasem był uczestnikiem obiadu wydanego dla Sławka przez Leona Jantę-Połczyńskiego, kiedy to Sławkowi mieli zostać przedstawieni kandydaci na posłów, a wśród nich m.in. Jerzy Giedroyc.

Tobie tylko wierni

Niech za ocenę postawy, zaangażowania i dokonań ludzi przed wojną skupionych wokół pism redagowanych przez Jerzego Giedroycia posłuży fragment artykułu, który ukazał się w setnym numerze „Buntu”, w roku 1936:

Widzieliśmy wokół nas rosnące nieprzerwanym pochodem kołysek nowe zastępy ludzi, widzieliśmy kurczące się warsztaty, widzieliśmy rosnący głód, coraz więcej ludzi stających co dnia do rosnącego nieznacznie tylko bochenka chleba. Brano z tego społecznego dynamitu ładunki do rozsadzania państwa, myśmy chcieli ten dynamit zużyć na rozsadzanie tego wszystkiego, co mu na drodze do znalezienia pracy, […] miejsca pod słońcem stoi. Staliśmy wobec sił, które mogły się zmienić na nasz oręż w walce i mogły tak samo posłużyć za oręż w rękach wrogów. Staliśmy jako najwierniejsi, wytrwali, jemu tylko gotowi położyć się do nóg pokotem – słudzy państwa. Staraliśmy się jemu, temu największemu dziedzictwu naszej generacji, służyć wyłącznie, odrzucając innych bogów cudzych. Staraliśmy i staramy się służyć mu całym wysiłkiem naszej myśli. Dziś i do ostatka naszych sił – Tobie tylko, Polskie Państwo, wierni.

Czytaj również
*
WitoldKowalczyk