Starcia między budynkami

Drukuj

„Mam w pogardzie całą tę pseudoarchitekturę pochodzenia austriackiego, niemieckiego i amerykańskiego, klasyczną, dekoracyjną, monumentalną, elegancką i przyjemną” – pisał w 1914 r. włoski architekt Antonio Sant’Elia. Futurysta i militarysta, który stworzył wizję nowego budownictwa, wertykalnego, imponującego swoją skalą, korzystającego ze współczesnych możliwości technicznych, nie doczekał realizacji swoich postulatów. Na ochotnika wstąpił do wojska, gdy tylko Włochy włączyły się do I wojny światowej, i zginął w czasie jednej z bitew.

Miasta zawsze były przekształcane, burzone, budowane na nowo, ale w XX w. zjawisko to przybrało nowy wymiar. Mimo że wiek XIX znacząco zmienił europejskie i amerykańskie metropolie, dla radykalnych architektów były one wyrazem konformizmu i niskiej świadomości tempa cywilizacyjnych przemian szerokich mas społeczeństwa, inwestorów i polityków. Konfrontację XIX-wiecznego mainstreamu i utopijnych wizji obrazuje architektura i urbanistyka Łodzi. Swój niezwykły rozwój nieznane miasteczko zawdzięczało zlokalizowaniu w nim na początku XIX w. przemysłu włókienniczego. Fenomen gwałtownego wzrostu można sobie wyobrazić, przeglądając archiwalne mapy. Miasto w ogromnym tempie pożerało kolejne obszary, więc zaplanowanie rozwiązań komunikacyjnych i oszacowanie skali publicznej przestrzeni przerosło nawet spodziewających się rozwoju planistów. Tempo tego procesu pokazują statystyki – liczące w 1825 r. niewiele ponad 1 tys. osób miasto 100 lat później miało ich 600 tys. Gęsta zabudowa wokół osi wyznaczonej przez ulicę Piotrkowską i kolejne kwartały wypełnione kamienicami były odzwierciedleniem zarówno gustu inwestorów, jak i granic własności ziemi.

Na początku XX w. funkcjonujący system organizacji przestrzeni dla radykalnych artystów był zupełnym anachronizmem. Modernizacja, modyfikacja przyzwyczajeń, wreszcie zmiana społeczna oraz bardziej racjonalna organizacja życia w mieście – te postulaty sformułowało na początku lat 30. małżeństwo awangardowych artystów Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński. Strzemiński kształcił się w architekturze umocnień wojskowych. Tak jak Sant’Elia brał udział w I wojnie światowej i został ciężko okaleczony – stracił rękę, nogę i wzrok w jednym oku. W czasie rekonwalescencji w Rosji spotkał Katarzynę Kobro i zetknął się z ideami zupełnie nowej sztuki. W odrodzonej Polsce Strzemiński i Kobro należeli do grupy najbardziej radykalnych i aktywnych postaci awangardy. W Łodzi znaleźli miejsce do realizacji pomysłu stworzenia międzynarodowej kolekcji sztuki awangardowej. Dzięki zgromadzonym pracom chcieli uwolnić związany z nimi krytyczny potencjał i dać impuls do modernizacji tworzącego się kraju. Radykalny estetycznie i politycznie projekt znalazł poparcie w najbardziej eklektycznym i kapitalistycznym mieście w Polsce. Dla Strzemińskiego Łódź była modelowym przykładem błędów w tworzeniu miejskiej struktury („Łódź sfunkcjonalizowana” z 1947 r.). Strzemiński oparł swoją wizję rozwoju miasta na międzynarodowych postulatach sformułowanych przez modernistycznych architektów w latach 20. i 30. XX w.. Kamienice i tradycyjna zabudowa zostają poddane surowej krytyce: ciemne „studnie” podwórek, hałas, brak dostępu do zieleni i powietrza dyskredytują starą architekturę. Według reformatorów była ona wynikiem chęci osiągnięcia jak największego zysku z najmu w obrębie stosunkowo niewielkiej działki.

Powojenna rzeczywistość jednak, zamiast przynieść Strzemińskiemu możliwość uczestniczenia w „racjonalnej odbudowie kraju”, coraz mocniej marginalizowała artystę. Wprowadzenie monopolu socrealistycznej stylistyki w sztuce oznaczało dla niepokornego radykała prawdziwe problemy. Zwolniony z pracy na uczelni, której był spiritus movens, popadł w nędzę oraz problemy zdrowotne, które po pewnym czasie doprowadziły do śmierci. Doktryna socrealizmu w budownictwie nie była progresywna. Socrealistyczna dzielnica taka jak Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa (MDM) w Warszawie była pod tym względem bardziej „konserwatywna” niż socjalne budownictwo przedwojenne, takie jak osiedle imienia Montwiłła–Mireckiego w Łodzi, w którym Strzemiński i Kobro mieszkali.

Tymczasem moderniści postulowali nie tylko nowe budownictwo, lecz także nowe planowanie miast. Nowa urbanistyka miała mieć linearny, a przez to antyhierarchiczny charakter. Ponadto Strzemiński w swojej malarskiej koncepcji „unizmu” badał możliwość równorzędności każdego fragmentu obrazu. Brak hierarchii w żadnym stopniu nie korespondował ze skrajnie scentralizowanym modelem władzy i jej propagandą.

wladyslaw-strzeminski-pejzaz-lodzki-1932-tempera-tektura
Władysław Strzemiński – „Pejzaż Łódzki” (1932)

Po odwilży modernistyczna architektura wróciła do łask i zdominowała polskie miasta. Scentralizowanie produkcji prefabrykatów i zunifikowanie standardów mieszkaniowych dawało złudzenia oszczędności i szansę na przyśpieszenie urbanizacji. Powstające wówczas „blokowiska” dla wielu osób są dziś największym koszmarem polskich miast. Jednym z prototypów bloków była „Jednostka mieszkaniowa” (Unité d’Habitation) zbudowana w Marsylii. Według Le Corbusiera, jej głównego architekta, miała ona stanowić odpowiedź na niedobór lokali zaistniały po wojnie. Obok mieszkań znajdowały się tam przestrzenie dla kultury i rekreacji, sklepy oraz hotel, z urządzonego w przemyślany sposób dachu mogli korzystać wszyscy mieszkańcy. Modernistyczna idea miała na celu tworzyć budynki, które zabiorą jak najmniej powierzchni, w zamian dając „powietrze, słońce i zieleń”. Realizacji tych idei nie odczuwamy jednak w naszej swojskiej wielkiej płycie, choć w kraju nie brakowało wybitnych architektów. Ciekawe realizacje są na nowo odkrywane, choć dziś często padają „ofiarą” powszechnej niechęci do szarych, ciasnych blokowisk. „Źle urodzone” – taki tytuł nosi zbiór reportaży Filipa Springera, prezentujących ponadprzeciętnych polskich architektów modernistycznych i ich realizacje. Swoimi pomysłami w jakiś sposób przebijali się oni przez barierę strachu, konformizmu i ciągłych niedoborów. Wartość ich projektów dopiero dziś znajduje miejsce w powszechnej świadomości, ale to może nie uratować wielu ciekawych obiektów przed rozbiórką. Cień na te realizacje rzucają bowiem modernistyczne przeciętniaki. W Łodzi ostatnią ofensywą „blokowisk” był projekt osiedla zwanego – ze względu na niespotykaną dotąd wysokość budynków mieszkalnych – łódzkim Manhattanem. Miało ono być najnowocześniejsze w mieście, a jego lokalizacja zrywała z modelem „sypialni” na obrzeżach miasta. Jego budowę poprzedziła fala wyburzeń, tworząc na pewien czas ogromną „prerię” w centrum miasta. Przeciwko temu zaprotestowała grupa artystów, architektów i studentów architektury na Politechnice Łódzkiej, działająca pod nazwą „Urząd®miasta”.

Włodzimierz Adamiak, Zbigniew Bińczyk, Marek Janiak i Wojciech Saloni–Marczewski sformułowali zasady miasta poprawnego, które przeciwstawili koncepcjom miasta idealnego. Grupa pozytywnie postrzegała tradycyjny sposób formowania się miast, widząc w nim korzyści dla gospodarki i związek z relacjami społecznymi, które istniały, gdy budynkami dysponowali znani z imienia i nazwiska właściciele. Poglądy te członkowie grupy zamanifestowali, ogłaszając jedną z nielicznych niewyburzonych kamienic na terenie inwestycji „pomnikiem kamienicy”. Jego spektakularne odsłonięcie przyciągnęło uwagę mediów, a obrona zakończyła się sukcesem – raczej nie na skutek akcji, lecz „wykrwawienia się” przeciwnika, czyli gospodarki centralnie planowanej. Łódzki Manhattan był ostatnią na taką skalę inwestycją w mieście. W Polsce dokonał się zwrot, a zdyskredytowane kamienice zaczęły w latach 90. wracać do łask. Oryginalne fasady przyciągały turystów do licznych lokali przy ulicy Piotrkowskiej. Grupa, dla której brak prywatnej własności był podstawowym problemem miasta, po 30 latach sprzeciwiła się kolejnej fali wyburzeń. W Łodzi po wygaśnięciu w pierwszej dekadzie XXI w. planów zagospodarowania przestrzennego rozpoczął się proces niszczenia historycznych i często zabytkowych obiektów. Kolejny „pomnik kamienicy” stanął przy zniszczonej przez energetycznego potentata pustej działce przy ulicy Piotrkowskiej. Koncern nie wywiązał się z umowy z Urzędem Miasta (tym demokratycznie wybranym), która zakładała wyburzenie, ale też rekonstrukcję budynku w określonym czasie. Pod wpisem prezentującym na Facebooku nową kampanię „Robimy prąd, góry, jeziora i lasy” łodzianie zaczęli dopisywać: „i wyburzamy zabytki”. Działanie spółki, która niszczy historyczny budynek, nie wywiązuje się z umowy i tworzy improwizowany parking przy najważniejszej ulicy miasta zmotywowało wielu mieszkańców do protestów. Problemem nie jest jednak tylko urażone poczucie sprawiedliwości łodzian i ignorancja koncernu. Na pustych placach nie powstają nowe inwestycje, a obszary otoczone „preriami” pogrążają się w ekonomicznej stagnacji. W Łodzi krąży legenda miejska o obcokrajowcach, którzy uważali zaniedbane kamienice i puste place po zburzonych fabrykach za… ślady II wojny światowej. Znów wracamy do militarnych porównań. Terminologia ta sama się narzuca, może dlatego, że miasto to przestrzeń ogromnej liczby potencjalnych konfliktów.

W mieście prawa lokalne i państwowe nakładają się, tworząc szczególnie skomplikowany i zarazem opresyjny system prawny. W 1971 r. Ewa Partum zademonstrowała to w akcji „Legalność przestrzeni”. Na placu Wolności w Łodzi artystka umieściła las znaków i tablic z informacjami takimi jak „Cisza!” czy „Zabrania się uprawy czegokolwiek”. W gąszczu regulacji ścierają się poglądy, wizje i interesy, dlatego najlepszego modelu rozwoju miasta nie można wybrać w żaden obiektywny, naukowy sposób. Radykalne decyzje często przynoszą niespodziewane konsekwencje. Dyskusja nad prawem i sposobami jego stosowania będzie się więc toczyć, ale nic nie zastąpi konsultacji i dialogu. Element ten powinien być traktowany poważnie zarówno przez władze, jak i przez ludzi biznesu – w myśl zasady społecznej odpowiedzialności, tak aby miasto mogło się rozwijać, respektując prawa i oczekiwania mieszkańców. A co z samą architekturą? Ona także jest zaangażowana w miejskie starcia. W 2007 r. na biennale sztuki w Wenecji Monika Sosnowska zaprezentowała pracę „Jeden do jednego”. W polskim pawilonie powstała konstrukcja szkieletowa przypominająca wstępną fazę budowy modernistycznego budynku. Powyginany szkielet próbuje rozsadzić pawilon – nie wiadomo, czy jest stłamszony przez architekturę swojego konkurenta, czy na nim „pasożytuje”. Intrygujący tytuł może być rozumiany jako opis skali projektu, ale również jako wynik gry, w której nie ma zwycięzcy. Mieszkanie w modernistycznym budynku, rezydencji na przedmieściach, kamienicy czy lofcie w dawnej fabryce może być równie atrakcyjne, w zależności od potrzeb i upodobań. Dlatego kierowanie „krucjaty” przeciwko konkretnemu modelowi często ma podłoże ideologiczne. Szczególnie, że w dobie dzisiejszych przemian cywilizacyjnych zmieniają się również utarte modele funkcjonowania miast. W latach 60. Los Angeles niemal zupełnie zrezygnowało z transportu publicznego na rzecz samochodów, a dziś buduje linie tramwajowe. W Detroit, na pustych działkach po rezydencjach klasy średniej, która w dużym stopniu miasto opuściła, praktykowane jest „miejskie rolnictwo”. Nowojorski Manhattan, znany z błyskawicznego zastępowania starego nowym, zastanawia się nad kwestią rewitalizacji.

Tymczasem w Chinach tworzone są ekstrawaganckie repliki paryskich kwartałów, a nawet kopia całego alpejskiego miasteczka Hallstatt. Pekin rozpoczyna ekologiczną walkę z zanieczyszczeniem powietrza. Kwestie zrównoważonego rozwoju i jakości życia to dziś tematy szeroko dyskutowane. W Polsce jednym z ważnych problemów miast będzie utrzymanie rozbudowanej infrastruktury, która powstaje przy udziale środków unijnych. Obciążenia podatkowe konieczne do utrzymania standardu oferowanych przez miasta usług mogą być coraz wyższe, jeśli miasta nie staną się bardziej produktywne i nie będą coraz lepiej gospodarować swoimi zasobami. Przykrym kompromisem w tej sytuacji może być niski stopień utrzymania nowych inwestycji. To zaledwie jeden z problemów polskich miast. Jakie pola konfliktu uda się załagodzić, a jakie zostaną otwarte, w dłuższej perspektywie trudno przewidzieć.

Tekst pochodzi z XVII numeru „Liberte!”.

Czytaj również
*
BłażejFilanowski