Strzępy

Drukuj

Europejska demokracja to kolos na glinianych nogach. Czy w erze rozdwojenia jaźni i politycznego targowiska próżności uda się uniknąć katastrofy? Czy z kontynentalnej jedności zostaną tylko… strzępy?

Tekst pochodzi z XXI numeru kwartalnika Liberté! „Jak uratować demokrację”, dostępnego w sklepie internetowym. Zachęcamy również do zakupu prenumeraty kwartalnika na cały rok 2016.

Trwający w wypadku Europy Zachodniej od roku 1945, a w wypadku Europy Środkowo-Wschodniej od roku 1989 okres rządów demokratyczno-liberalnych, opartych na ideach godności ludzkiej, państwa prawa, konstytucyjnych gwarancjach wolności obywatelskich, wybieralnej władzy, mentalności prymatu obywatela nad aparatem państwa i pokojowego współistnienia narodów nie jest stanem standardowym dla europejskiej rzeczywistości – przestrzegał we wrześniu tego roku przewodniczący Bundestagu Norbert Lammert w Gdańsku.

Już bardzo pobieżne spojrzenie na dzieje naszego kontynentu nasuwa jasny wniosek: stanem zwyczajnym w Europie są arbitralne rządy i tyrania panów losu zwykłego człowieka, pogwałcenie wolności i godności jednostki, zniewolenie polityczne, religijne i moralne, omnipotencja aparatu władzy oraz wrogość i nienawiść pomiędzy narodami i warstwami społecznymi. Stan obecny, funkcjonujący od lat 1945 i 1989, jest zaś stanem wyjątkowym. Uświadomienie sobie tego faktu, a także spojrzenie na to, jak rychło upadały wcześniejsze „eksperymenty” z wolnością, nasuwa ponure refleksje. Przetrwanie wolności i demokracji nie tylko nie jest pewne, nie tylko nie jest niezagrożone, lecz także w ostatnich latach staje się coraz mniej prawdopodobne. Ten porządek jeszcze się w Europie trzyma, ale jego brzegi i peryferia pękają i zaczynają przypominać strzępy. Ten proces się posuwa, nie widać na razie żadnych przesłanek, które mogłyby świadczyć o tym, że się kiedyś zatrzyma. Zamiast tego ujawniają się coraz liczniej noszące dotąd maski demokratów grupy, które obserwują te zdarzenia z satysfakcją, gdyż antycypują one zmiany, które zapewnią tym grupom większy zakres władzy, pozwolą odbudować dawno utracone pozycje i autorytety.

Już bardzo pobieżne spojrzenie na dzieje naszego kontynentu nasuwa jasny wniosek: stanem zwyczajnym w Europie są arbitralne rządy i tyrania panów losu zwykłego człowieka

Demokracja liberalna i inne ustroje wolnościowe w swoich dziejach wielokrotnie przechodziły kryzysy. Póki zdarzały się im kryzysy jedno – czy dwuwymiarowe, to ich żywotność i korzyści, jakie przynosiły wcale licznym grupom społecznym, decydowały o przetrwaniu, o przezwyciężeniu trudności. Z drugiej strony ustroje wolnościowe padały lub ulegały stopniowej erozji wskutek kryzysów wielowymiarowych, które równocześnie objawiały się na wszystkich istotnych płaszczyznach, spowodowane przez koincydencję kilku przyczyn lub zjawisk ściśle ze sobą powiązanych. Współczesna sytuacja w Europie wskazuje na krystalizowanie się głębokiego kryzysu wielowymiarowego, który jest skoordynowanym „atakiem” na kilka filarów demokratyczno-liberalnej filozofii rządzenia i współżycia społecznego.

Kwadratura błędnego koła

Nie ma żadnego kryzysu wolności bez kryzysu ekonomicznego. Do trudności gospodarczych w Europie zdążyliśmy się od roku 2008 przyzwyczaić i stan kryzysowy traktujemy już jako normę. Kryzys zaufania do sektora finansowego, kryzys wspólnej waluty, kryzys zadłużenia publicznego, kryzys demograficzny i systemów ubezpieczeń społecznych, kryzys bezrobocia wśród ludzi młodych, kryzysy wywołane przez procesy globalizacyjne – wszystkie te zjawiska towarzyszą Europie, wszystkim jej państwom w różnym nasileniu. Zwątpienie w „system” zawsze towarzyszy okresom gorszej koniunktury gospodarczej. Zwykły cykl koniunkturalny jest, co prawda, zjawiskiem z definicji przejściowym i dzieje Europy po roku 1945 pokazują cały szereg takich okresów spowolnienia, które kończyły się, nie powodując poważniejszych szkód w wolnościowym systemie politycznym. Jakościową różnicą pomiędzy tamtymi kryzysami a obecnym jest jednak fakt, że wcześniejsze kryzysy nie przekreślały procesu bogacenia się społeczeństw Europy, dzięki któremu zawsze każde kolejne pokolenie mogło liczyć na życie bardziej dostatnie niż to, które wiedli jego dziadkowie i rodzice. Ta rosnąca stale jakość życia była pokłosiem szybkiego wzrostu i socjaldemokratycznego konsensusu zorientowanego na finansowanie coraz większej liczby świadczeń publicznych przez państwo. Do mentalności Europejczyka wkradło się przekonanie, że to proces nieskończony, a wysoki standard należy się jako naturalna część dziedzictwa. Osiągnięcie bardzo wysokiego pułapu rozwoju musiało jednak oznaczać redukcję potencjału dalszego wzrostu, a pod socjaldemokratyczny konsensus politycy, odpowiadając na bezustannie rosnące oczekiwania wyborców, podłożyli bombę w postaci finansowania świadczeń z długu publicznego. Nogi tej filozofii coraz bardziej się chwiały, aż w końcu splot kryzysowych zjawisk rynkowych i przewidywalne konsekwencje nieroztropnej polityki doprowadziły do nowej sytuacji, w której młode pokolenie Europejczyków uświadomiło sobie, że ich poziom życia – po raz pierwszy – będzie niższy od poziomu życia rodziców, ponieważ ci zbudowali sobie nadmierny dobrobyt za pieniądze dzieci, nie pytając ich o zdanie. Nic dziwnego, że narastają antysystemowe nastroje młodych Europejczyków, którzy nie widzą innej drogi jak protest przeciwko systemowi, który ich okradł. Zakwestionowanie demokracji, której działanie może przynosić takie rezultaty, jest tego logiczną konsekwencją. Podobnie jak postulaty, aby nie ponosić skutków rozrzutności rodziców (austerity), tylko przeciwnie: zadłużyć się jeszcze bardziej w imię podtrzymania poziomu życia i zrzucić jeszcze większe obciążenia na barki kolejnych pokoleń. Alternatywą dla tej spirali jest tylko zniesienie kapitalizmu poprzez proste anulowanie wszelkich długów, do którego z kolei nie mogłoby rzecz jasna dojść w środowisku demokratycznym.

Skrajnemu pesymizmowi wynikającemu z kryzysu ekonomicznego towarzyszą narastające emocje związane z kryzysami społeczno-kulturowymi, których osią staje się problem imigracji, koegzystencji różnych kultur w jednym społeczeństwie, zdolności systemu społecznego do osmozy postaw kulturowych odmiennych wobec Leitkultur, w tym w pewnym zakresie ją kwestionujących. Idee tolerancji, wolności wyboru stylu życia, wyznania i hierarchii wartości przez każdego człowieka, dbałości o zachowanie tożsamości kulturowych ludzi (w tym także tożsamości mniejszościowych) ze względu na uznanie ich trwania jako wartość samą w sobie stanowią naturalny element filozofii funkcjonowania porządku liberalno-demokratycznego. Kryzys integracji i styku kultur trapi rzeczywistość Europy od co najmniej 20 lat. Został on radykalnie pogłębiony przez kryzys zagrożenia terrorem, który od kilkunastu lat jesteśmy zmuszeni traktować jako stały element naszej rzeczywistości. Obecnie zjawiska te eskalują w związku z masowym napływem imigrantów z krajów objętych wojną. Stajemy przed niesłychanym dylematem, który trzęsie samymi posadami naszego porządku politycznego. Z jednej strony odmowa pomocy ludziom znajdującym się w autentycznej potrzebie stanowi zakwestionowanie tożsamości europejskiej i chrześcijańskiej. Z drugiej strony mamy świadomość drastycznego zwiększenia ryzyka upadku liberalnej demokracji w sytuacji, gdy próba inkorporacji w struktury społeczne wielkiej liczby nowych imigrantów o obcej tożsamości kulturowej okaże się niepowodzeniem. A ryzyko takiego scenariusza jest kolosalne ze względu na splot kryzysu uchodźczego z kryzysem zagrożenia terrorem (piszę te słowa dzień po zamachach islamistów w Paryżu). Licząca sobie kilkadziesiąt lat praktyka przyjmowania imigrantów nauczyła naszą socjologię identyfikować problem trzeciego pokolenia rodzin imigranckich, a więc wnuków imigrantów, którzy są silnie zorientowani tożsamościowo, antagonistycznie wobec treści kulturowych kraju przyjmującego, preferują izolację i postawy konfrontacyjne. Wiedza ta oznacza świadomość konsekwencji przyjęcia obecnej fali uchodźców dla Europy za ok. 30 lat. Towarzyszy jej wiedza o dużej nieskuteczności stosowanych dotąd wysiłków zorientowanych na integrację kulturową (poza drugim pokoleniem rodzin imigranckich). Do tych czynników dochodzi ponadto aspekt relacji ilościowych pomiędzy większością a mniejszością i ich wpływu na nastroje społeczne. Brak kontaktu osobistego z przedstawicielami kulturowych mniejszości generuje ignorancję i postawy ksenofobiczne, dlatego bardzo mała liczebność mniejszości kulturowo-etnicznych tworzy niekorzystne warunki dla rozwoju postaw tolerancyjnych (to kazus współczesnej Polski czy Węgier). Pewien wzrost tej liczebności tworzy dla postaw tolerancyjnych lepsze warunki rozwoju, ale przekroczenie pewnej trudnej do wskazania bariery niechybnie wygeneruje u większości poczucie zagrożenia dla jej statusu i przyszłości. Dodatkowo zredukuje gotowość do integracji po stronie przedstawicieli mniejszości, a wzmocni ich negatywne stanowisko wobec perspektywy częściowego przyjęcia niektórych wzorców kulturowych kraju przyjmującego i samoograniczenia się. Wzrośnie ryzyko konfrontacji kultur, a co za tym idzie, prawdopodobieństwo porzucenia w polityce społecznej filozofii będącej filarem demokracji liberalnej na rzecz przymusu asymilacji, ultimatów i gróźb, segregacji, dyskryminacji i stworzenia dwuklasowego społeczeństwa przez zakwestionowanie równości wobec prawa. To realna perspektywa dalszego przebiegu zdarzeń w niektórych państwach Europy, którą wzmacnia jeszcze niska gotowość państw nieznacznie tymi problemami dotkniętych, aby swoich partnerów odciążyć i zredukować prawdopodobieństwo zaistnienia wymienionych zjawisk społeczno-politycznych.

Skrajnemu pesymizmowi wynikającemu z kryzysu ekonomicznego towarzyszą narastające emocje związane z kryzysami społeczno-kulturowymi, których osią staje się problem imigracji, koegzystencji różnych kultur w jednym społeczeństwie

Polityczna schizofrenia

Na tle nakreślonych powyżej problemów kryzys partii politycznych wydaje się na pierwszy rzut oka sprawą banalną. Tak jednak nie jest, ponieważ ewentualna erozja lub kompleksowe zakwestionowanie porządku demokracji liberalnej, jeśli nastąpi, to poprzez decyzje polityczne, których partie polityczne są dysponentami. Kryzys reprezentacji politycznej jest zatem krytycznym punktem dla stabilności systemu. Funkcjonująca sprawnie reprezentacja polityczna jest zdolna kanalizować nawet znaczą ilość przewrotowych impulsów, generowanych przez ekonomiczne i społeczne zjawiska kryzysowe. Jeśli jednak jej jakość jest niska, porządek demokratyczny jest zagrożony nawet przy słabszych impulsach niż te generowane aktualnie. Niestety systemy partyjne w krajach Europy funkcjonują w pogłębiającym się kryzysie.

Partie polityczne Europy realizowały swoją zasadniczą funkcję reprezentacji politycznej relatywnie dobrze przez długie dekady. Przechodziły jednak w tym czasie przeobrażenia. W punkcie wyjścia (po 1945 r., przy czym w niektórych wypadkach była to kontynuacja stanu przedwojennego) funkcjonowały partie masowej integracji środowiskowej i klasowej, które były zorientowane na mobilizację własnej bazy wyborców, silnie definiowanej pochodzeniem społecznym, w mniejszym stopniu innymi czynnikami socjologicznymi. Był to etap silnej polaryzacji ideologicznej partii, ale także sztywnych elektoratów. Dzięki temu – pomimo intensywnego operowania narracją zideologizowaną i generalnie konfrontacyjnego nastawienia głównych partii do siebie – ich konflikt miał ograniczony charakter, ponieważ w niewielkim stopniu dotyczył walki o tych samych wyborców, a raczej przypominał walkę o mobilizację wyborczą własnych baz, stanowiących zbiory niemal całkowicie rozłączne. Te partie posiadały silną legitymizację, zarówno w sensie reprezentowania określonej hierarchii wartości, jak i interesów określonych grup społecznych.

Wraz z zacieraniem się podziałów klasowych słabło zjawisko klasowo determinowanego głosowania na partie. Największe spośród nich zareagowały poprzez przejście do fazy partii ludowych, które rozpoczęły walkę o wyborców ze wszystkich grup społecznych równocześnie. Generowało to nowy wymiar konfliktu strategicznego w postaci walki o tego samego wyborcę, jednak słabnące w tym samym czasie sprzeczności interesów ekonomicznych (efekt funkcjonowania konsensusu socjaldemokratycznego i mechanizmów państwa opiekuńczego, a także zwiększenia bezpieczeństwa socjalnego) powodowały radykalną dezideologizację narracji partyjnych, co stanowiło wentyl bezpieczeństwa dla konfliktowego napięcia. Walczyły o wyborców, ale już nie o wartości. Celując w elektorat bardzo heterogeniczny pod względem pochodzenia społecznego i światopoglądów, rezygnowały z treści polaryzujących i wprowadziły praktykę tuszowania swoich profilów ideologicznych, maskowania ich, osłabiania, ciążyły ku centrum, stając się partiami „wszystkich hierarchii wartości”. Ideowe nawiązania zarezerwowano niemal wyłącznie dla okolicznościowego celebrowania własnych partyjnych tradycji i historii. W rezultacie, po kilkudziesięciu latach prowadzenia takiej polityki, wizerunki i programy partii upodobniły się do siebie, stawiając poważne pytanie o realny wybór w demokratycznej polityce.

Proces dezideologizacji partii politycznych osiąga obecnie punkt kulminacyjny. Wobec wyczerpywania się konsensusu socjaldemokratycznego, czego przyczyną są kryzys zadłużeniowy oraz narastające potrzeby i oczekiwania przy malejących środkach, odżywają w społeczeństwach realne konflikty interesów i przybierają postać prostego boju o topniejące środki publiczne na politykę społeczną (na razie mają one przede wszystkim wymiar międzypokoleniowy). Co było cnotą partii ludowych w okresie sprzed serii kryzysów ekonomicznych, ponieważ redukowało konflikt polityczny, spajało społeczeństwo, wzmacniało konsensus i poczucie wspólnoty, obecnie ma charakter strukturalnego kryzysu przekładającego się na niezdolność tych partii do faktycznej realizacji funkcji reprezentacji politycznej w ramach systemu liberalno-demokratycznego. Problemy te potęguje dodatkowo logika procesów globalizacyjnych, która generując sieć powiązań pomiędzy globalnymi zjawiskami ekonomicznymi i aktorami, w sposób obiektywny intensywnie redukuje przestrzeń realizacji przez państwa narodowe autonomicznej polityki gospodarczej i społecznej. Alternatywne partie polityczne już nie tyle nie chcą prowadzić polaryzującej polityki z mocną ideową komponentą, ile zwyczajnie nie są w stanie tego czynić (czego dobitnym przykładem są losy greckiej Syrizy po przejęciu władzy).

Niemniej w rzeczywistości realnych, spowodowanych kryzysami i nasilających się sporów społecznych o kierunek polityki partie niebędące w stanie werbalizować tych dylematów stają się zagrożeniem dla trwania ustroju demokracji liberalnej. Pojawia się obawa, że niezwerbalizowany nowy pluralizm znajdzie ujście w innym punkcie niż zwykła demokratyczna konfrontacja wyborcza. Obywatel traci bowiem przeczucie, że jego głos i zaangażowanie polityczne mogą mieć realny wpływ na sprawowanie władzy, zatem oburzony żąda odzyskania tych wpływów. Demokracja żyje istnieniem wyboru. Jeśli partie systemu – chadeckie/konserwatywne, socjaldemokratyczne, liberalne, zielone, agrarne, regionalistyczne – przestają być postrzegane jako faktyczne opcje wyboru, ponieważ polityka każdej z nich jest w praktyce identyczna (a raczej istniejące jeszcze różnice dotyczą kwestii tak szczegółowych, że ich percepcja wymaga bardzo specjalistycznej wiedzy w drobiazgowo ujętych poddziedzinach polityki; już zupełnie pomijając deficyt transparentności na tym poziomie polityki), to wybór pomiędzy nimi przestaje być treścią demokracji. Jednak rzeczywistość nie znosi próżni, więc wybór pomiędzy wyżej wymienionymi zostaje zastąpiony przez wybór pomiędzy nimi wszystkim razem wziętymi (określanymi jako mainstream) a populistycznymi ruchami antysystemowymi o różnych profilach ideologicznych, których cechą wspólną jest wołanie o likwidację filarów demokracji liberalnej.

Nawet obywatel, którego ogólna postawa wobec świata wyklucza podatność na radykalizm, waha się coraz częściej, co ma uczynić ze swoim głosem. Jest frustratem, który obserwuje, jak wpływ na kraj wymyka się poza jego zasięg.

Nawet obywatel, którego ogólna postawa wobec świata wyklucza podatność na radykalizm, waha się coraz częściej, co ma uczynić ze swoim głosem. Jest frustratem, który obserwuje, jak wpływ na kraj wymyka się poza jego zasięg. Najpierw jego realna władza przestała być wyborem pomiędzy hierarchiami ważnych wartości etycznych, potem przestała być wyborem pomiędzy odmiennymi priorytetami i filozofiami rządzenia, następnie przestała nawet być wyborem agend rządzenia, pozostał mu tylko wybór personelu, i to o zasadniczo spadającej jakości. Tak oto technokratyzacja polityki i mieszanie niemal wszystkich nurtów ideowych w swoisty miszmasz na poziomie partii politycznych dotarły do kresu swojej przydatności. Ideał Leszka Kołakowskiego o byciu liberalno-konserwatywnym socjalistą (lub odwrotnie, lub jeszcze odwrotnie) – jak się okazało – ma poważne deficyty w trudnych czasach splotu wielu kryzysów. Tak oto sfrustrowany obywatel staje wobec wyboru pomiędzy partią wyjałowioną z idei, zamkniętą na dialog, epatującą dawno zdemaskowanymi trikami marketingowymi, symulującą rywalizację i bezradną a kipiącą idealizmem, wolą i emocjami enigmą. Obawiam się, że nietrudno zgadnąć, co wybierze, jeśli mainstream nie będzie potrafił się radykalnie odnowić.

Wskrzesić idee, reanimować wolność

Prostą receptą na problem przerostu miałkiego technokratyzmu nad orientacją ideową byłby powrót do dawno porzuconej praktyki stosowania światopoglądowych narracji przez partie mainstreamu. To jednak łatwo nie rozwiąże problemu. Pierwszym zagrożeniem jest model reideologizacji partii mainstreamu przez trywialne próby inkorporacji części postulatów i poglądów wyrażanych przez partie antysystemowe do własnej retoryki. To obecnie dzieje się w wielu miejscach Europy. Jest obarczone ryzykiem nieskuteczności i narażenia się na śmieszność, która spowoduje dalszy odpływ poparcia obywateli. Partie mainstreamu raczej nie dysponują personelem, który w głoszeniu radykalnych sądów mógłby nagle stanąć do walki o wiarygodność z trybunami ludowymi populizmu. Alternatywny model reideologizacji poprzez silne przywołanie własnych narracji ideologicznych, znanych z historii poszczególnych nurtów demokratycznej myśli politycznej, byłby rozwiązaniem lepszym, ale napotyka trudności w postaci dezaktualizacji, luki wygenerowanej przez zaniedbaną przez długie lata pracę nad rozwojem ideowo-programowym, a także po prostu wyraźnie niższej „temperatury”, a zatem słabszego potencjału wiązania ze sobą emocji, lojalności i oddania po stronie społecznych grup i liderów opinii. Reideologizacja polaryzacyjna wewnątrz mainstreamu byłaby ponadto związana z zanegowaniem polityki otwarcia się partii ku centrum. Co prawda kryzysy osłabiły znacząco centrum, ale jak dotąd partie nadal wygrywają wybory najczęściej dzięki jego poparciu. Dlatego jest to decyzja trudna do podjęcia. Z drugiej strony ruch partii mainstreamu od centrum uzasadniony rezygnacją nadal lojalnych wobec nich elektoratów z politycznego umiarkowania, mógłby zwiększyć potencjalne „łowiska” partii antysystemowych ekstremów i okazać się w obecnych warunkach katastrofalnym w skutkach golem samobójczym.

Czy jest inna droga? Wszystko zależy od dalszego rozwoju sytuacji w odniesieniu do kryzysów ekonomicznego i społecznego. Ich dalsze nasilanie się raczej pozbawia mainstream szans na jakikolwiek gambit polityczny i skazuje na strategię minimalizacji strat w nadziei na przeczekanie burzy w dłuższej perspektywie. W wypadku poprawy sytuacji lub przynajmniej jej stabilizacji na w pewnym sensie znośnym poziomie, istnieje możliwość strategii reideologizacji niepolaryzacyjnej partii mainstreamu. Nie odbudują one co prawda w ten sposób poczucia, że realny wybór demokratyczny przebiega pomiędzy nimi, ale uzyskają szansę na odnowę własnego wizerunku, ponowne rozbudzenie emocji, a co za tym idzie lojalności i entuzjazmu ich centrowego elektoratu.

Ideową narracją, która taki skutek mogłaby pomóc uzyskać, jest określenie posiadającej niemal cywilizacyjny wymiar konkurencji pomiędzy porządkami społeczno-politycznymi na nowo (po definitywnie zakończonym okresie „końca historii”) kształtującej świat jako największe wyzwanie dla współczesnych Europejczyków. Wyborcy muszą zyskać większą niż obecnie świadomość, że wybór pomiędzy mainstreamem a partiami antysystemowymi jest nie tyle wyborem pomiędzy miałkością a płonącą wiarą w lepsze inne, ile przede wszystkim wyborem pomiędzy dotychczasowym stylem życia w Europie a opcjami alternatywnymi, które inne ośrodki chciałyby nam chętnie narzucić. To wybór pomiędzy wolnością decydowania o swoim życiu a autorytarnym modelem rygorystyczno-prawosławnym, który „Gejropie” chciałaby narzucić Rosja. To wybór pomiędzy modelem promowania talentów i geniuszu twórczych jednostek a modelem rynku pracy, w którym liczy się tylko masa i realizacja zadekretowanego wyniku bez oglądania się na koszty ludzkie, którym świat zarazić mogą Chiny. To w końcu oczywiście wybór pomiędzy swobodą codziennego życia a poddaństwem bezlitosnym dogmatom i nieludzkim sankcjom, do którego Europę chciałby zmusić islamizm. Te wybory wydają się proste. Zadaniem sił mainstreamu jest przekonać większość obywateli, że oddanie władzy ugrupowaniom antysystemowym wiąże się z realnym ryzykiem wprowadzenia u nas elementów tej czy innej z tych antyliberalnych wizji.

Wyborcy muszą zyskać świadomość, że wybór pomiędzy mainstreamem a partiami antysystemowymi jest nie tyle wyborem pomiędzy miałkością a płonącą wiarą w lepsze inne, ile przede wszystkim wyborem pomiędzy dotychczasowym stylem życia w Europie a opcjami alternatywnymi

Czy można liczyć na happy end?

Długofalowe scenariusze dla Europy są w gruncie rzeczy dwa. Może uda się przezwyciężyć kryzysy, a może nastąpi ustrojowe przesilenie. W pierwszym scenariuszu przetacza się cykl koniunkturalny, a trendy demograficzne pozwalają uniknąć jednak najbardziej bolesnych skutków z punktu widzenia młodych pokoleń. Nie żyją one co prawda na poziomie takim, jak ich rodzice, ale jednak na całkiem niezłym. Przynajmniej niektórzy imigranci spoza Europy przybyli tu między innymi dlatego, że nasz styl życia im się podoba, udaje się dyfuzja idei liberalno-demokratycznych, dochodzi do częściowo chociaż udanej integracji w postaci osiągnięcia wspólnego modus vivendi bez erozji systemu europejskich wartości jako regulującego dla wzajemnych relacji.

Według innego scenariusza może dojść do przesilenia ze wszystkimi konsekwencjami dla liberalnej demokracji w Europie. W tym wypadku liczyć się należy z secesjami lub całkowitym rozpadem Unii Europejskiej, z wybuchem konfliktów społecznych z użyciem przemocy, z pojawieniem się elementów tzw. demokracji suwerennej (nieliberalnej, oznaczającej nieograniczoną władzę większości) i autorytaryzmu w praktyce politycznej poszczególnych państw, ograniczaniem wolności obywatelskich zarówno w formie otwartego przymusu, jak i generowania autocenzury zachowań w warunkach odstraszającej omnipotencji inwigilacji i kontroli, nawrotem niekoniecznie religijnie motywowanego paternalizmu według modelu rosyjskiego, tureckiego, a nawet (zmodyfikowanego) chińskiego.

Stabilizacja sytuacji w zakresie kryzysów ekonomicznego i społecznego pozwoliłaby w dalszej kolejności na próbę przezwyciężenia kryzysu reprezentacji politycznej. Z jednej strony mogłaby nastąpić reforma partii politycznych, które po osłabieniu zagrożenia antysystemowego populizmu podjęłyby wysiłki zorientowane na sprowadzenie osi debaty do realnego wyboru demokratycznego pomiędzy grono mainstreamowych aktorów, a reideologizacja o roztropnej intensywności znów uczyniłaby zasadnym dokonywanie selekcji pomiędzy chadekami, socjaldemokratami, liberałami i innymi z faktycznym, dostrzegalnym skutkiem powyborczym. Przede wszystkim jednak reforma reprezentacji politycznej – i to musi być główna lekcja z tego kryzysu – winna uwzględnić fakt, że instytucja standardowej procedury wyborczej w dalece niepełnym zakresie jest obecnie w stanie wyczerpać oczekiwania względem osadzenia demokratycznej substancji w systemie politycznym. Obserwuje się zmienione postrzeganie wyborów, które nadal są uznawane za odpowiednią metodę powoływania ludzi (partii) do rządzenia, ale nie w sposób wyczerpujący wymogi pełnej legitymizacji politycznej. Wybory są nadal „świętem demokracji”, ale już nie Bożym Narodzeniem czy Wielkanocą, nawet nie Bożym Ciałem czy Świętem Trzech Króli, ale raczej Matką Boską Zielną. Dezaktualizuje się koncepcja Maxa Webera co do potencjału legitymizacji proceduralnej. Nie wystarczy wygrać wyborów, aby dysponować przyzwoleniem obywateli na rządzenie, coraz trudniej o taką zgodę a priori na podejmowanie ważnych decyzji. Jasno postawione zostało żądanie większej partycypacji, faktycznego uzależnienia działań rządu od wyniku konsultacji z inicjatywami obywatelskimi, organizacjami pozarządowymi, ruchami społecznymi, od zgody niezależnych instytucji państwa, takich jak sądy czy izby kontroli. Dodatkowo warunkiem legitymizacji partii politycznej do sprawowania władzy staje się nawet jej wewnętrzna konstytucja: czy jest to partia wodzowska czy kolegialna i wewnętrznie demokratyczna, jak postępuje z „maverickami”, czy stanowi zamkniętą klikę i krąg wzajemnej adoracji, czy idealista z ulicy może do niej wejść i zaszczepić ją swoją inspiracją, zmieniając jej programowe priorytety, ilu jest w niej „teczkotragarzy” i „pytaniozkartkizadawaczy”, ile trybików w machinie i stacji przekaźnikowych dla „narracji dnia”, ilu lizusów, a ilu ludzi samodzielnych, myślących autonomicznie, odrzucających autorytet lidera, inspirujących dyskusję, wygrywających argumentem zamiast pozycją w sieci kontaktów nieformalnych?

Wybory są nadal „świętem demokracji”, ale już nie Bożym Narodzeniem czy Wielkanocą, nawet nie Bożym Ciałem czy Świętem Trzech Króli, ale raczej Matką Boską Zielną.

Gdy więc dziś pytamy, jak ratować demokrację, nie pytamy tylko o losy instytucji wolnych wyborów i partii politycznych. To tylko narzędzia, bez których trudno się obyć. Kluczowym problemem ratowania liberalnej demokracji w Europie jest zachowanie przywiązania obywatela do jej wartości, z których sam czerpie codziennie profity. Podtrzymanie gwarancji konstytucyjnych i wolności słowa, rozbudowa wielopoziomowej partycypacji, skierowanie debaty publicznej na ważne tematy, rekonstrukcja szacunku dla elity intelektualnej i jej roli jako ważnego doradcy w newralgicznych punktach debaty. W końcu dyskwalifikacja prymitywnych politykierów, którzy wszystko to uszkodzili w ostatnich latach, i doprowadzenie do sytuacji, w której elita intelektualna i elita polityczna znów będą niemalże tożsame.

Czytaj również
O autorze
*
PiotrBeniuszys
Politolog i socjolog, kościerzanin z urodzenia, obecnie mieszkaniec Gdańska. Członek zespołu redakcyjnego i autor licznych publikacji w „Liberté!".
@ piotr_beniuszys