To Was oskarżam, Szanowni Profesorowie

Drukuj

To nie studenci są winni słabości systemu kształcenia na uczelniach wyższych. Wina leży po stronie profesorów, którzy stworzyli i utrzymują dysfunkcjonalne mechanizmy – szkodliwe, nieefektywne i nieprzystające do wyzwań współczesności.

Prof. Jan Hartman w swoim artykułem w Gazecie Świątecznej („Umarła klasa”, 11-12 maja), w którym postawił kontrowersyjną tezę o kresie instytucji szkoły jaką znamy, wywołał gorącą debatę o stanie polskiej edukacji. A w zasadzie ją wznowił, bo ta przecież trwa od lat – patologie systemu są tak głębokie, że trudno ich w debacie publicznej nie zauważyć (np. cykl tekstów w Tygodniku „Polityka”). Wśród wielu głosów wywołanych tekstem profesora moją uwagę zwrócił anonimowy list studentki kosmetologii, opublikowany w kolejnym wydaniu Gazety Świątecznej (18-19 maja), która, jak napisała, kończy studia „z ulgą i rozczarowaniem”. W liście piętnuje fatalne przygotowanie dydaktyczne wykładowców, ich brak motywacji, nierzetelność, które sprawiły, że czuje się trochę oszukana. Czego innego spodziewała się po studiach na renomowanej uczelni. Długa litania przytaczanych przez studentkę przykładów mnie nie zdziwiła – to smutna codzienność, którą znam. Nie dziwi mnie, że jest zawiedziona poziomem nauczania. Po obronie czeka ją trudne zderzenie z rzeczywistością rynku pracy, choć sądząc po poziomie argumentacji jej listu, chyba da sobie na nim radę. Tylko wniosek – „profesorowie nie lubią studentów” – uważam za nietrafiony. To nie w uczuciach profesorów leży źródło problemu, tylko w systemie, który sami stworzyli i w nim funkcjonują.

Profestytucja w dobie umasowienia

Wielu Profesorów, w tym sam Hartman (w tygodniku „Polityka”), słabości kształcenia dopatruje się w zalewaniu uczelni przez coraz gorzej przygotowanych do studiowania absolwentów szkół średnich, ignorantów, nie czytających książek i gazet, leniwych intelektualnie „baranów”. Ich edukacją zajmują się „Profestytutki” – nauczyciele przymykający oko na etos akademicki, w obliczu nadmiaru obowiązków, presji otoczenia lub zwyczajnego lenistwa ( „kalają inteligencję (…), dają zaliczenia jak nie powiem co i biorą stówkę z hakiem za godzinę”). Prof. Hartman sam przyznał się, że bywał taką „profestytutką”, ja również z przykrością stwierdzam, że nią bywam. Z moich rozmów z kolegami z różnych uczelni wynika, że stało się to dolą dużej części naszego środowiska. Bije się w pierś i smagam batem po plecach, ale czasem na rozbijanie ściany systemu, po prostu szkoda mi głowy. Oczywiście do „profestytucji” jedni mają większe a inni mniejsze skłonności, ale organizacja systemu kształcenia na poziomie wyższym ewidentnie „wodzi na pokuszenie”.

Warto tu też bardzo mocno podkreślić, że umasowienie edukacji wyższej (chyba nieuniknione) nie może być usprawiedliwieniem dla słabej jakości dydaktyki. To nie sztuka kształcić ponadprzeciętnie zdolnych, sztuka dopasować sposób i treści przekazu do możliwości i potrzeb przeciętnych studentów. Sztuka zmotywować i nauczyć czegoś tych, którzy nie są najlepiej przygotowani do studiowania. Dzisiejsza sytuacja stawia wielkie wyzwanie przed polskimi uczelniami – jak efektywnie kształcić mniej zdolne osoby, nie zaniedbując przy tym tych wybitnych, których przecież w każdym roczniku jest mniej więcej tyle samo.

Oskarżam

Oskarżam was, Profesorowie, którzy pracujecie w ministerstwie, zasiadacie we władzach rektorskich, dziekańskich, w radach wydziałów, szefujecie katedrom i zakładom, o utrzymywanie systemu kształcenia akademickiego, w którym jakość dydaktyki tak naprawdę ma niewielkie znaczenie. Oskarżam was z pozycji młodego adiunkta, który władzę ma co najwyżej nad studentami podczas zajęć i egzaminów, gdzie mogę swobodnie decydować o ocenach, treściach i metodach nauczania. Mogę mówić mądrze lub głupio, mogę być sprawiedliwy bądź nie, mogę uczyć bądź tylko popisywać się erudycją. Ktoś z was odpowie – to właśnie tradycyjna „złota akademicka wolność”, która leży u podstaw kształcenia uniwersyteckiego. To prawda, ale zbyt często ona w polskich warunkach zamienia się w szkodliwą samowolę. Pozwólcie, że wymienię siedem grzechów, które w mojej opinii sprawiają, że jakość dydaktyki na polskich uczelniach jest niska. Znacie je dobrze, prawda?

Professors of Klagenfurt gymnasium in 1860
Professors of Klagenfurt gymnasium in 1860

1. Nikt nie dba o przygotowanie dydaktyczne nauczycieli akademickich – nie ma obowiązkowych szkoleń, nikt nie kontroluje metod jakimi uczą. Na uczelniach królują wykłady, które są najmniej efektywnym sposobem przekazywania wiedzy i w dodatku najtrudniejszym dla nauczyciela – przykucie uwagi studentów na 1,5 h wymaga nie lada umiejętności oratorskich. A przecież tyle jest różnych możliwych metod kształcenia – debaty, gry, studia przypadków itp. – które są o niebo skuteczniejsze i przyjemniejsze dla studentów i prowadzącego. Tylko trzeba umieć je stosować, a tego nauczyciele nie są uczeni.

2. Brak rzeczywistej oceny jakości dydaktyki, w tym kontroli jakości egzaminów. Nauczyciele akademiccy nauczają jak chcą i czego chcą. Egzaminy nie są kontrolowane w ogóle. Jedyną, pozorną, formą monitoringu zajęć są ankiety internetowe wypełniane przez zwykle nieduży procent studentów uczęszczających na dany przedmiot. Żadnych wniosków na bazie takiej małej próby wyciągać nie można, więc się nie wyciąga. W efekcie nauczyciel może latami prowadzić bardzo kiepskie zajęcia. Jeśli tylko nie będzie robić problemów przy zaliczeniu, to zbuntuje się co najwyżej niewielka grupa studentów, najczęściej nie wystarczająca by wymusić jakieś zmiany.

3. Awans zawodowy zależny wyłącznie od dorobku naukowego, a nie dydaktycznego. Koledze, który na początku bardzo się starał, jeden z profesorów udzielił dobrej rady: „Dydaktyka jest nieważna, koncentruj się na pracy naukowej, bo ona jest oceniana”. Cyniczne podejście starego wyjadacza? Może, ale oddające prawdę o systemie. Osiągnięć dydaktycznych się w nim nie bada ani nie premiuje – liczą się publikacje, cytowania, prowadzenie projektów naukowych.

4. Zachęty finansowe do utrzymywania jak największej liczby studentów. Skoro pieniądz idzie za studentem, to trzeba mieć jak najwięcej studentów. Tak jest skonstruowany system finansowania wyższych uczelni w Polsce. Selekcja, która jest kluczowym elementem edukacji na tym poziomie, jest więc bardzo utrudniona. Każdemu w tyle głowy może zapalić się lampka – oblewając studenta podcinam gałąź, na której siedzę. Często nie potrzebne są żadne naciski władz uczelnianych – nauczyciele akademiccy rozumieją rzeczywistość, w której funkcjonują.

5. Sposób konstrukcji pensum dydaktycznego. Każdy nauczyciel musi w ciągu roku odbyć określoną liczbę godzin zajęć ze studentami. Godziny egzaminów już do pensum nie są liczone. Tworzy to jasną zachętę do tego, aby dobierać najmniej czasochłonne formy egzaminów (np. testy) i studentów oceniać bardzo łagodnie. „Jak się uporam ze wszystkimi w czerwcu, to wrzesień mam wolny” – to zdanie jest prawdziwe nie tylko w przypadku studentów, ale i ich nauczycieli.

6. Archaiczne narzędzia dydaktyczne. Mimo szybkiego rozkwitu nowoczesnych narzędzi dydaktycznych tj. gier komputerowych tablic multimedialnych, czy możliwości nagrywania i publikowania wykładów on-line, nie są one zbyt szeroko wykorzystywane w edukacji studentów.  Ponieważ dydaktyka się w systemie nie liczy, to nie ma żadnych zachęt do ich stosowania. W efekcie jest ono ograniczone do garstki pasjonatów. Jedyna widoczną zmianą technologiczną jest upowszechnienie projektorów multimedialnych. Dostęp do nich jest ważny, ale często zmieniają one tyle, że kiepscy wykładowcy nie czytają już z kartki, tylko z ekranu.

7. Słaba współpraca z pracodawcami. Wiele się mówi o konieczności elastycznego dostosowywania programów nauczania do zmieniających się potrzeb rynku pracy. Póki co jednak wygrywa głos tych, którzy uważają, że uczelnia nie powinna się specjalnie oglądać na pracodawców, bo przecież „to nie jest szkoła zawodowa tylko uniwersytet”. Na wielu kierunkach jednak nie da się dobrze kształcić w oderwaniu od potrzeb rynkowych i nie korzystając z wiedzy i technologii przedsiębiorstw. Szersze wpuszczanie biznesu w mury uczelni, jako konsultantów programu nauczania, czy jako współprowadzących niektóre przedmioty, wydaje się być koniecznością. Jeśli oczywiście chcemy kształcić dobrze.

Plan minimum

No właśnie, Szanowni Profesorowie, czy chcecie kształcić dobrze? Wiem, że wielu z was nie tylko chce, ale i to robi. Mój mistrz – przekonany o wyższości egzaminów ustnych nad testami – nie zraża się liczbą studentów i odpytuje codziennie, przez miesiąc, od rana do… ostatniego studenta. Na takich osobach nie da się jednak zbudować masowego systemu kształcenia. Rozwiązania systemowe muszą uwzględniać przeciętny poziom zaangażowania w pracę nauczycieli akademickich, a ten nie jest przecież tak wysoki.

Poprawa systemu kształcenia wymaga zasadniczej zmiany podejścia do dydaktyki na polskich uczelniach. Poziom nie poprawi się bez profesjonalnego monitoringu i okresowej oceny pracy dydaktycznej ze studentami, bez upowszechnienia szkoleń metodycznych dla nauczycieli, bez wprowadzenia zachęt do wprowadzania innowacji dydaktycznych i popularyzacji dobrych praktyk. To plan minimum, który pozwoliłby na uświadomienie wielu pracownikom akademickim, że piąte koło wróciło na należne mu miejsce na przedniej osi wozu, że jednak trzeba przykładać się do dydaktyki i… lubić studentów.

Czytaj również
  • Bartek

    Nic dodać, nić ująć. Szczera prawda Tomku.

  • Rafał

    Kolega wrzucił na fb i muszę przyznać, że po raz kolejny czytam te same głupoty i zastanawiam się skąd to się bierze?
    Jedynie model Szkolnictwie w ZSRR zakładał, że uczelnie wyższe zajmują się dydaktyką, a działalnością naukową Akademie Nauk.
    Powszechnie znane jest hasło w zachodnich uczelniach „publish or die”, a w Polsce cały czas ta dydaktyka i dydaktyka.
    Otóż to nacisk na dydaktykę jest problemem, bo wysoki poziom uczelni zachodnich i ich studentów jest pochodną działalności naukowej,
    a nie dydaktycznej. Bo profesorowie prowadzący prawdziwe badania są na bieżąco i mają coś ciekawego do powiedzenia, a dydaktycy nigdy i zawsze będą nie na czasie. Studenci wciągani do pracy naukowej i zespołów badawczych angażują się i uczą, a przepisujący, czy grający nigdy. Co ma do zaoferowania pracownik przepisujący osiągnięcia badań z innych ośrodków studentom. Absolutnie nic, oni też potrafią czytać, a wyniki badań są publicznie dostępne.
    Prawdziwym problemem jest nieprawidłowy system finansowania badań, finansuje się badania dla badań a nie wyniki. System dawania akredytacji przez PKA,
    brak kontroli jakości działalności naukowej. Przy okazji to działalność naukowa przyciąga przemysł nie dydaktyka. W kształceniu specjalistów od dawna rolę
    uczelni przejął system szkolenia opartego o certyfikaty. Suma sumarum udało ci się wyciągnąć same nieprawidłowe wnioski.

  • Tomasz Kamiński

    Dziękuję za komentarz. Proszę jednak zauważyć, że zanim studentów będzie można wciągnąć do zespołów badawczych i pracy naukowej to muszą nauczyć się podstaw danej dyscypliny. Na zajęciach z fizyki na pierwszym roku student i tak nie zrozumie najnowszych wyników badań – to jeszcze nie ten moment. Im szybciej studenci nabędą podstawy wiedzy, tym szybciej będą mogli rozmawiać po partnersku z profesorami o „prawdziwych badaniach”. Do zbudowania tych podstaw wiedzy same książki nie wystarczą – ktoś powinien pomóc. Zapewniam, że wcale nie musi to być wybitny naukowiec, tylko właśnie dobry dydaktyk (choć jedno drugiego nie wyklucza). Dlatego właśnie położenie większego nacisku na jakość dydaktyki ma sens.
    A tak na marginesie – na dobrych zachodnich uczelniach ocena jakości kształcenia jest bardzo poważnie traktowana. Jak wybitny naukowiec nie umie uczyć, to tego nie robi – ewentualnie prowadzi seminarium i/lub specjalistyczny wykład dla najlepszych studentów ostatniego roku.

  • masław

    Należy wg mnie trochę się cofnąc. Gimnazja były wielkim błędem, ale dobicie szkolnictwa zawodowego i propaganda także. A jaka propaganda? Posyłanie każdego głupka do szkoły średniej, stworzenie matury dla przygłupów. Dzisiaj 20 lat po szkole zdałbym chyba ze wszystkiego (może poza językami-tu z trzech bym sobie jednak poradził). A jak taki głupek zda maturę to idzie na studia. Po prostu. I z kim profesorowie mają pracowac?
    Rodzice i młodzież uważają, że dostają wykształcenie, ale faktycznie to dostają tylko dyplom (a nie wiedzę).

  • Mateusz

    Bardzo ciekawy tekst. Dodam jeszcze jeden grzech: bizantyjska administracja — każda najprostsza czynność powoduje potrzebę wyprodukowania tony papierków i wprowadzenie jakiejkolwiek nowinki staje się niemożliwe.

    Bardzo chętnie bym używał na zajęciach tablicy multimedialnej, ale mojego wydziału na nią nie stać. W Finlandii na szkolnictwo wyższe idzie 3,5 procent PKB a u nas 0,6 obecnie i tu bym szukał prawie połowy przyczyn upadku

  • Krzysztof

    Zgadzam się w 100% z Panem Doktorem. Zwłaszcza, że znam od podszewki WSMiP UŁ, a z Panem miałem zajęcia od I roku do ostatniego. Był Pan jednym z nielicznych wykładowców, który organizował w ramach ćwiczeń istne warsztaty, symulacje negocjacji międzynarodowych, etc. Na wydziale jest niestety niewielu wykładowców, którzy zachęcają do nauki. Można wymienić kilku z Zakładu Azji Wsch i Kat. Bliskiego Wschodu i Afryki Pł. Jest oczywiście wykładowca, o którym Pan wspomniał w planie minimum… Ja na jeden z egzaminów, chyba Organizacje Międzynarodowe przyszedłem rano o 10 a wszedłem przed północom i nie byłem ostatni. Jest jeszcze doskonały spec od terroryzmu w Kat. Brytyjskiej i już. To wszystko. Największą porażką tej uczelni jest specjalizacja, która nią jest tylko z nazwy. A szkoda, bo można by na niej oprzeć naprawdę dobrą grupę specjalistów od poszczególnych regionów. Niestety jeżeli ktoś nie jest pasjonatem, to ze specjalizacji nie wyniesie nic. No i jeszcze ten system boloński. Na studia drugiego stopnia przyjmuje się dużą grupę debili, którzy Kuwejtu szukają na mapie pomiędzy Pekinem a Szanghajem. Tacy ludzie wychodzą z tej uczelni z dyplomem. To jest zgroza. Ten kierunek mógłby być elitarny, a przez to jest często wyśmiewany przez bardziej rozgarniętych absolwentów.
    Życzę Pani Doktorze powodzenia w pracy naukowej i oby wygląd uczelni wyższych zmienił się in plus. Niestety na razie nic na to nie wskazuje.
    Pozdrawiam
    Absolwent

  • Krzysztof

    *przed północą… moje przejęzyczenie :)

  • http://bio-etyka.blogspot.com/ Marcin

    Dobra diagnoza i odważny tekst.

  • Tomasz Kamiński

    Panie Krzysztofie, myślę, że jest Pan nadmiernie krytyczny wobec swojego Wydziału. Tych dobrych wykładowców jest zdecydowanie więcej (może nie z każdym miał Pan zajęcia), gdyby Pan studiował gdzie indziej to wcale nie musiałoby być lepiej (jeszcze by Pan się zdziwił jakie są problemy w Warszawie, czy Krakowie), a słabych studentów w dobie umasowienia można spotkać wszędzie.
    Wiem, że te moje argumenty to trochę na zasadzie „gdzie indziej jest jeszcze gorzej”, ale naprawdę nie skończył Pan złych studiów. Co pokazują losy (znacznej liczby) absolwentów, którzy sobie świetnie radzą. Mimo, że są tymi wyśmiewanymi czasem „politologami”.

  • Krzysztof

    Panie Doktorze, ja szanuję ten wydział, tylko jestem zły dlatego, że widzę jego potencjał, który jest według mnie nie wykorzystany. To prawda, że przez 5 lat studiów nie miałem do czynienia z całą kadrą wykładowców i wiem, że gdyby o sile wydziału decydowali wykładowcy Pana pokroju – byłoby znacznie lepiej. Natomiast ta specjalizacja, ile ona ma wspólnego z prawdziwą specjalizacją. Właściwie cały pierwszy semestr to jest powtórka z licencjatu – ukłon w stronę nowych studentów. Jeżeli ktoś wybiera np spec. orientalną to ona powinna być w całości poświęcona Orientowi, a są tam w rzeczywistości przedmioty, które powinny się znaleźć na studiach I stopnia – mnar. ochrona środowiska, prawa człowieka i kilka innych przedmiotów, które teraz mi do głowy nie przychodzą. W tej uczelni jest potencjał, ale trzeba go wykorzystać. Niektóre ciekawe przedmioty i trudne zaliczenia bardzo miło się wspomina i ma się satysfakcję, że pomimo dużego stopnia trudności, czy wymagań wykładowcy udało się to zaliczyć. Na trudnych i interesujących przedmiotach buduje się legendę wydziału. Ja trzymam kciuki za ten wydział, aby w przyszłości był jednym z lepszych! Pozdrawiam

    • zzz

      Doskonałe podsumowanie systemu edukacji w Polsce. Wiarygodne, bo o ile pamiętam wykłady Pana Dr Kamińskiego, choć czasem o bardzo późnych godzinach przyciągały tłumy, były nowatorskie, oryginalne i bardzo ciekawe. Niestety takich zaangażowanych i starających się wykładowców ten system z czasem może zniszczyć, a tych już zniszczonych nie będzie motywował do poprawy….

  • http://www.piotrbinczak.blogspot.com Piotr

    Tekst trafiający w moje odczucia odnośnie potrzeb dydaktycznych.
    Oczywiście dydaktyka jest pochodną badań naukowych, jednakże nie każdy zadaje sobie trud do rzetelnego prowadzenia zajęć ze studentami, zaś nie każde badanie naukowe jest potrzebne naszemu społeczeństwu, przez co mamy wiele braków w efektywnym i ciekawym przekazywaniu wiedzy.
    Znam przypadek pewnego człowieka, który chciał w ramach studiów doktoranckich prowadzić analizę reform w fińskim systemie oświaty, aby móc później przenieść pewne dobre praktyki stamtąd do Polski.
    Niestety profesorowie zasiadający w komisji oceniającej ów projekt nie byli tym zainteresowani, w końcu, w jakim celu mielibyśmy usprawniać nasz system edukacji.

  • Doktorant

    A ja powiem tak – najbardziej demotywujące jest to, że na uczelniach, zanim nie zostanie się dr hab. (albo nie jest się z programu „rodzina na swoim”) człowiek czuje się jak śmieć (bez urazy dla kolegów i koleżanek studentów i doktorantów oraz kadry).
    Ja rozumiem, że tytuł to prestiż, rozumiem że taka osoba może być zabiegana ale nagminne traktowanie „braci mniejszych” jak „zło konieczne”, jak pył który można zdmuchnąć jest porażające.
    „Państwo Profesorstwo” niech pamięta o jednym – owocami waszej pracy (poza badaniami) są wasi wychowankowie.
    PS I żeby było jasne – egzaminować surowo ale uczciwie, za plagiaty wywalać z uczelni, nienadającym się mówić wprost o tym. Ale na Boga – nie traktować ludzi jak śmieci i nie być zadufanym w sobie!
    PS 2 Ukłony za bardzo dobry tekst! Mam nadzieje, że nie przeszkodzi autorowi w habilitacji…

  • Aleksander Madyda

    Moim zdaniem, niewiele można poprawić stan dydaktyki, jeśli grupy konwersatoryjne liczą dziś 20-30 studentów. Zasadniczo zgadzam się ze wszystkimi zarzutami, choć nie bez pewnych wątpliwości:
    ad 1/ kto miałby prowadzić szkolenia doskonalące umiejętności dydaktyczne: nauczyciele ze szkół niższych, kuratoryjni metodycy czy jeszcze ktoś inny?
    ad 2/ kto miałby kontrolować jakość dydaktyki i poziom egzaminów?
    ad 3/ wszystko zależy od tego, jak rozumieć powołanie uniwersytetu – ja rozumiem je jako przede wszystkim prowadzenie badań naukowych, jeśli więc ktoś jest świetnym naukowcem, lecz marnym dydaktykiem, to stanowi mniejszy problem, niż gdy jest odwrotnie, choć dla tego drugiego przypadku jest przecież przewidziane stanowisko wykładowcy i starszego wykładowcy;
    ad 4/ o ile wiem, zasada „pieniądz idzie za studentem” została narzucona środowisku akademickiemu przez polityków i dlatego na razie nic nie można na to poradzić, choć coraz częściej słyszy się zdecydowane protesty przeciw neoliberalnej wizji uniwersytetów;
    ad 5/ na moim wydziale narzędzia multimedialne są stosowane w zależności od potrzeb danej dyscypliny (np. teatrologia, filmoznawstwo, itp.), jak zaś jest na innych uniwersytetach, nie wiem;
    ad 6/ jestem humanistą, więc trudno mi wyobrazić sobie relacje mojego wydziału z biznesem, niemniej ogólnie nie mam do takich projektów zaufania, ponieważ stwarzają one realne zagrożenie korupcją, czyli, w konsekwencji, ograniczenie wolności badań naukowych (zob. np. zależność nauk medycznych od koncernów farmaceutycznych w USA).
    Zatem ów plan minimum poprawy jakości kształcenia, godny poparcia jako idea, wymaga konkretnych rozwiązań, które mogą się okazać co najmniej kontrowersyjne. Odnoszę wrażenie, że autor diatryby remedium widzi głównie we wzmożonej kontroli, co nie kojarzy mi się zbyt dobrze (dobrze pamiętam PRL); ja bym wolał zmianę całego systemu na taki, który oparty zostałby nie na permanentnej podejrzliwości, lecz raczej na zaufaniu społecznym. Na koniec: nie wydaje mi się, że za obecny stan rzeczy są odpowiedzialni wszyscy profesorowie en bloc, bo choć pewna ich część rzeczywiście ma swój udział w stworzeniu systemu, to przecież inna część głośno protestowała (by wymienić choćby Karola Modzelewskiego czy Andrzeja Walickiego). Profesorowie nie są więc samym czystym złem.

  • Maiden

    Trochę bezsensowny ten artykuł, bo źródło problemu i tak leży zupełnie gdzie indziej. Sektor edukacyjny rozrósł się do monstrualnych rozmiarów i fakt posiadania dyplomu nie gwarantuje już pracy. Nie dziwnym jest więc, że powstaje coraz więcej placówek, uczelni i wydziałów, ponieważ jest to sprzedawanie usługi edukacyjnej. A jeśli trzeba coś sprzedać, trzeba ułatwić użytkownikowi korzystanie z tej usługi. Dlatego uczelnie na których każdy zalicza egzaminy są w zasadzie nic nie warte. Nie stawiając poprzeczki wysoko nie kształcimy ludzi wcale. Jestem studentem i znam dużo swoich kolegów którzy nie umieją zupełnie nic – np. moja koleżanka studiuje ekonomię, skończyła już blok przedmiotowy dumnie zatytułowany „Matematyka”, po czym okazało się, że miała z tego przedmiotu 5, a nigdy we wcześniejszej edukacji nie udało jej się uzyskać większej oceny niż 4. Zdziwiło mnie to, ale gdy zacząłem się dopytywać o materiał zrealizowany na zajęciach, złapałem się za głowę. Nie wiedziała nawet czym jest liczba Eulera, a to właśnie na niej opierają się jakiekolwiek podstawy statystyki i ekonometrii.

    Dodatkowo problemy przedstawione w artykule dotyczą głównie uczelni humanistycznych lub takich, które przyjmują każdego. Wiele jest uczelni pseudotechnicznych, na które przyjmuje się ludzi z bardzo niskimi wynikami z matury, a potem gdy przychodzi do wystawienia ocen z egzaminów zjawia się dziekan i mówi „Proszę tym co mieli 2 wstawić zamiast tego 3″. W ten sposób nie ma tzw. „odsiewu” a nie może go być, jak słusznie zauważono – z pobudek finansowych.

    Tak czy inaczej podstawa problemu leży zupełnie gdzie indziej i proponuję zastanowienie się nad ewolucją edukacji od lat industrializmu do teraz. Wtedy może wyciągnie Pan lepsze i przede wszystkim szersze wnioski. Pana artykuł skupia się tylko na problemie, który wynika z systemu edukacji.

  • Tomasz Kamiński

    @Aleksander Madyda – dziękuję Panu za ciekawy komentarz. Oczywiście, że nie winię profesorów en bloc – to byłoby nadmierne uproszczenie. Chciałem tylko pokazać, że obecny system kształcenia, przez nich stworzony, jest mało efektywny. A odnosząc się do części Pana komentarzy:
    1. Są nauczyciele akademiccy, którzy potrafią uczyć i stosują wiele ciekawych metod. Na początek wystarczyłaby ich identyfikacja i promocja dobrych praktyk dydaktycznych – jest ich pewnie sporo na każdej uczelni.
    2. Za kontrolę jakości dydaktyki powinny być odpowiedzialne wydziałowe komisje oraz szefowie katedr/zakładów. Część moich starszych kolegów wspomina swoich profesorów, którzy kontrolowali ich zajęcia lub na początek współprowadzili. Tu nawet mniej chodzi o formę tej kontroli, ale o wyraźny sygnał: „to dla nas ważne co robisz ze studentami, staraj się”.
    3. Współpraca z biznesem to na przykład zaproszenie reżysera teatralnego do poprowadzenia zajęć/cyklu zajęć ze studentami teatrologii, to sensowne praktyki studenckie w instytucjach kultury, realizacja przez studentów projektów na rzecz tych instytucji w ramach zajęć. To na studiach humanistycznych również można robić, podnosząc ich atrakcyjność dla studentów.

    Powołaniem uniwersytetu jest również kształcenie. Znalezienie odpowiedniego balansu pomiędzy nauką a dydaktyką jest trudne, ale obecnie wahadło jest w mojej ocenie zdecydowanie za bardzo wychylone w stronę nauki. Co zresztą wcale się na jakości tej nauki uprawianej w Polsce nie odbija – ale to już temat na inny artykuł.

  • marcinach

    Heheh, a od kiedy papier z uczelni powinien coś gwarantować. Dla mnie to nieporozumienie. W krajach Europy na uczelniach wszystko wygląda jakby głównym przedmiotem była polityczna poprawność, czyli bylejakoś. No i mamy to u nas. Hip hip hurrrrra. Marks wiecznie żywy. Równamy do dołu, a ryba psuje się od głowy.

O autorze
*
TomaszKamiński
Adiunkt na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego, stały współpracownik „Liberté!”
@ kaminskitomas