Trudny proces dorastania. Czym jest liberalna polityka społeczna i dlaczego jest dziś niezbędna.

Drukuj

Pojęcie liberalizmu zostało w świadomości społecznej strywializowane i sprowadzone do stwierdzenia „wolnoć, Tomku, w swoim domku”. Liberalizm jest jednak przede wszystkim postawą oporu wobec narzucania jednostce wartości i celów, których ona nie podziela. To coś zupełnie innego, co nie wyklucza myślenia i działania opartego na solidarności, a wręcz je wspiera. Tylko ludzie wolni w swoich wyborach mogą być solidarni. Solidarności nakazać się nie da.

Pojęcie liberalnej polityki społecznej dla wielu brzmieć może jak oksymoron. Wydaje się bowiem, że coś może być albo liberalne – a więc w potocznym rozumieniu samolubne, niezainteresowane losem wspólnoty i jej innych członków, albo społeczne – a więc oparte na idei solidarności i wartościach wspólnotowych. Takie rozumienie jest jedynie po części uzasadnione. Odwołując się do tradycji opartej na myśli Johna Stuarta Milla, możemy dostrzec, że jest ono zawężające, a przez to niebezpieczne. Co najmniej utrudnia ono prowadzenie racjonalnej debaty publicznej.

Pojęcie liberalizmu zostało w świadomości społecznej strywializowane i sprowadzone do stwierdzenia „wolnoć, Tomku, w swoim domku”. Liberalizm jest jednak przede wszystkim postawą oporu wobec narzucania jednostce wartości i celów, których ona nie podziela. To coś zupełnie innego, co nie wyklucza myślenia i działania opartego na solidarności, a wręcz je wspiera. Tylko ludzie wolni w swoich wyborach mogą być solidarni. Solidarności nakazać się nie da. Można tu nawiązać do wspaniałego hasła, które odegrało wielką rolę w historii Polski: „nie ma wolności bez Solidarności” i dostrzec, że stwierdzenie „nie ma solidarności bez wolności” przekazuje treść zbieżną z tym hasłem. Liberalizm i solidarność nie są bowiem przeciwieństwami, lecz dwoma stronami tej samej monety. Ich przeciwstawianie sobie jest nieporozumieniem.

Alergia liberałów na mówienie o polityce społecznej wynika z długiego doświadczenia obfitującego w działania pod nazwą polityki społecznej, realizowane jako: narzucanie bezwzględnego prymatu celów wspólnotowych nad jednostkowymi, próba zastępowania przez politykę społeczną działania jednostek, wykorzystywanie polityki społecznej jako narzędzia zdobywania i utrzymywania władzy politycznej. Te doświadczenia, których w różnym zakresie, formie i sekwencji doznały pewnie wszystkie społeczeństwa, doprowadziły do trwałego skutku, jakim jest spadająca na ludzi rozdęta skala kosztów polityki społecznej nie w pełni odpowiadająca skali pozytywnych skutków dla jednostek i społeczeństwa, w którym żyją. To w oczywisty sposób działania, którym warto się przeciwstawiać. Należy sobie jednak przy tym uświadomić, że są one po prostu przejawami szeroko rozumianego etatyzmu.

To właśnie etatyzm i pochodne, z autorytaryzmem włącznie, są zaprzeczeniem liberalnego i solidarnościowego podejścia do polityki społecznej. Nieporozumienia i przeinaczenia w debacie publicznej biorą się także z tego, że w świadomości społecznej, świadomie bądź z niewiedzy podsycanej przez polityków, solidarność mylona jest z etatyzmem. W rzeczywistości są to częściowe lub całkowite przeciwieństwa.

Jest w nas powszechna, i w gruncie rzeczy naturalna, ciągota, by ktoś rozwiązał nasze problemy. Może to być dobry król, światły przywódca, charyzmatyczny wódz czy Święty Mikołaj. Niech zrobi to za nas. Chętni do odgrywania tej roli zawsze się znajdą. Tak czy inaczej realizowana polityka społeczna bywa często narzędziem, które pomaga w zdobyciu i utrzymaniu przez nich władzy. W przypadku Świętego Mikołaja o władzę stara się nie on sam, tylko ci, którzy podają się za jego dilerów, czyli etatyści i populiści.

Polityka społeczna nie musi jednak pozostawać jedynie ich domeną. Wydaje się, że dobrze byłoby przywrócić społeczeństwu neutralną politykę społeczną, czyli taką, która nie jest emanacją polityki, lecz jest solidarnością wolnych ludzi, którzy starają się racjonalnie wyważyć proporcje tego, co lepiej pozostawić indywidualnemu wyborowi, i tego, co lepiej realizować w ramach wspólnoty.

Tu wrócę do pojęcia liberalnej polityki społecznej, która jest przejawem rozumienia, że pomyślność jednostki w jakimś stopniu – tu oczywiście możliwe są rozbieżności zdań – zależy od pomyślności wspólnoty, w której ona żyje. W związku z tym wspieranie rozwoju wspólnoty służy pomyślności jednostki. Gdy nie zatracimy poczucia proporcji, nie ma tu sprzeczności z myśleniem w duchu liberalnym.

To poczucie proporcji jest tu oczywiście zasadnicze. Spierajmy się o te proporcje, ale nie dajmy się zwieść etatystom i populistom, sugerującym, że jedną złotówkę można wydać jednocześnie na kilka różnych celów. Jeśli na przykład wydamy na emerytury dla „jeszcze nie starych”, to zabraknie na płace dla młodych. Jeśli damy sobie wmówić, że tak nie jest, to zamiast rozwiązywać problemy, powodujemy je.

Liberalna – czyli w gruncie rzeczy po prostu racjonalna – polityka społeczna powinna opierać się na przemyślanych zasadach, a nie na wrażliwości społecznej i dobrych chęciach, którymi, jak wiadomo, piekło jest wybrukowane. Zasady te powinny być powoli, ale konsekwentnie adaptowane do zmieniającej się rzeczywistości społecznej, a nie traktowane jako ponadczasowe i niepodważalne. Nie może to jednak oznaczać ich doraźnego modyfikowania służącemu nieszczęsnemu „tu i teraz”.

Poniższe punkty nie stanowią zamkniętej całości i w ogóle nie pretendują do roli definicji liberalnej polityki społecznej. Dają one jedynie pewne wyobrażenie tego,  czym ona może być.

  1. Pomyślność jednostki i pomyślność wspólnoty są współzależne, ale ich uzgadnianie jest kwestią bardzo delikatną i zabierać się do tego należy z wielką ostrożnością.
  2. Wolność wyboru jest zasadą ważną, ale nie absolutną. Można – i w gruncie rzeczy należy – ją ograniczyć, gdy wolny wybór jednego członka wspólnoty powoduje koszt dla jej innego członka.
  3. Wsparcie w ramach wspólnoty (redystrybucja) jest potrzebne. Jego skala i kierunek nie mogą być jednak funkcją przypadku, doraźnego odruchu czy manipulacji politycznej. Nie należy mylić wsparcia z rozdawnictwem.
  4. Należy bardzo dbać o to, by kierunek redystrybucji był zawsze od tych, którym powodzi się lepiej, do tych, którym powodzi się gorzej. Problemem pozostaje też to, że większość kosztów w społeczeństwie ponoszą ci średnio sytuowani. Dlatego, decydując o wydatkach, warto pamiętać, że niezależnie od przyjętych rozwiązań w znaczącej części sfinansuje je zwykły człowiek, a nie bogacz.
  5. Wsparcie kosztuje – trzeba być pewnym, że pożądane skutki społeczne z redystrybucji są większe od negatywnych skutków obciążenia społeczeństwa ich finansowaniem.
  6. Wsparcie może powodować negatywne zjawiska (na przykład pułapkę ubóstwa). Redystrybuując, należy więc od razu je niwelować.
  7. Polityka społeczna – w zasadzie wszelka polityka – jest co najwyżej dodatkiem do działań ludzi. Nie jest ona w stanie czynić cudów. Jeśli próbuje, to skutki są na ogół opłakane.
  8. Wydawanie środków na tak zwane pobudzanie gospodarki nie jest realizacją polityki społecznej. A poza tym w większości krajów europejskich działania takiego już nadużyto na tyle, że zostały tylko ogromne długi.
  9. Polityka społeczna, znów podobnie do innych polityk, była w znaczącej części finansowana z generowanej na zasadzie piramidy finansowej tak zwanej dywidendy demograficznej, która w większości państw rozwiniętych, także w Polsce, zanikła w ostatniej ćwierci dwudziestego wieku. Oznacza to, że środki dostępne na realizację polityki społecznej w relacji do PKB maleją niezależnie od decyzji politycznych. Nie ma łatwego wyjścia z tej sytuacji. Należy jednak co najmniej zdawać sobie z tego sprawę.
  10. Wiele zamieszania w dyskusji o polityce społecznej wynika z nadużywania pojęcia „państwo”. Nie ma ono w niej bezpośredniego zastosowania. Gdy bowiem mówimy o finansowaniu polityki społecznej, to chodzi o aktywnych ekonomicznie członków społeczeństwa (pracowników i przedsiębiorców), gdy natomiast mówimy o organizacji tej polityki, to chodzi o szeroko rozumiany rząd. Debata publiczna byłaby bardziej sensowna, gdyby zamiast słowa „państwo” interlokutorzy używali w właściwego z tych dwóch słów.

Po zredagowaniu tych dziesięciu punktów mam wrażenie, że nie opisują one jakiegoś szczególnego ekstremizmu. W gruncie rzeczy wiele osób potraktuje je jako dość oczywiste. Może więc pojęcie liberalnej polityki społecznej nie jest aż takim dziwolągiem znaczeniowym? A może po prostu etykiety nie są aż tak ważne, jak sens, który gubi się, gdy nie myślimy o znaczeniach, zadowalając się tymi etykietami? Etykiety, którymi się posługujemy w debacie publicznej, są niebezpieczne, szczególnie wtedy, gdy odkleją się od swoich właściwych znaczeń albo przeciwnie, gdy stosowane są pomimo zmiany znaczenia pojęć, do których się kiedyś odnosiły. Pojęcie liberalnej polityki społecznej, po części przez swoje nieprzystawanie do sztampowych skojarzeń, może wnieść do debaty publicznej coś istotnie odświeżającego.

Fot. Bartek Jurecki
Fot. Bartek Jurecki

Młodsi i słabsi utrzymują starszych i silniejszych

Te ogólne rozważania warto skonfrontować z konkretem. Może nim tu być kilka odniesień do solidarności międzypokoleniowej. Tradycyjnie myślimy o niej poprzez pryzmat interesu emerytów. Kluczową sprawą wydaje się to, jak wysokie będą przyszłe emerytury. To kwestia ważna, ale jednak nie jedyna. Kwestią równie ważną jest dzisiaj to, ile pokolenie pracujące za emerytury zapłaci. Dawniej, gdy proporcja liczby emerytów do liczby płacących składki była mała, kwestię tę można było pominąć. Dzisiaj system emerytalny, w którym nie bierze się pod uwagę interesu młodych, jest systemem ułomnym, prowadzącym do narastania problemów społecznych, mimo że nadal dobrze realizuje on ochronę emerytów. Rzecz bowiem w tym, że narasta problem ubóstwa ludzi w wieku produkcyjnym, szczególnie w młodszych grupach wiekowych oraz wśród młodzieży próbującej dopiero wejść na rynek pracy.

Spójrzmy na dane dla kilku krajów Unii Europejskiej (sześć dużych, dodatkowo dwa z południa oraz jeden z północy). Wyłania się z tych danych obraz niepasujący do intuicyjnych wyobrażeń. Otóż między rokiem 2005, gdy gospodarki rozwijały się generalnie nieźle, a rokiem 2010, gdy skutki tego, co – niekoniecznie sensownie – nazywane jest kryzysem, dały już silnie o sobie znać w prezentowanej grupie krajów, ryzyko ubóstwa (tak jak definiuje je Eurostat) dla starszych grup wiekowych spadło, wzrosło natomiast dla młodszych grup wiekowych. Wyjątki to Szwecja i Polska, gdzie nastąpił proces odwrotny, czyli poprawa sytuacji młodych względem starszych grup wiekowych. Nie omawiam tu tego zjawiska szczegółowo. Chciałbym jednak podkreślić, że taka sytuacja i jej podobieństwo w obu tych krajach nie jest przypadkowa i może po części wynikać z wprowadzenia w nich w 1999 r. bardzo podobnych nowych systemów emerytalnych.

Procentowa zmiana wskaźnika zagrożenia ryzykiem ubóstwa po uwzględnieniu transferów (at-risk-of-poverty) między 2005 a 2010 (2005=100%)

Źródło: Eurostat [ilc_li02], obliczenia własne
Źródło: Eurostat [ilc_li02], obliczenia własne
Źródło: Eurostat [ilc_li02], obliczenia własne
Źródło: Eurostat [ilc_li02], obliczenia własne
W większości krajów kontynentalnej Europy to młodzi zapłacili za kryzys znacznie więcej niż starsi. Nie powinno więc dziwić, że wyszli na ulice, by protestować. Protest ten jest na ogół skierowany przeciwko bezdusznym i często nieodpowiedzialnym bankierom i politykom. Słusznie, ale w znacznej mierze jest to również protest przeciwko tradycyjnej polityce społecznej, która nadmiernie chroni jednych (starszych) kosztem innych (młodszych). Dane dotyczące rozkładu dochodów według wieku silnie sugerują odwrócenie myślenia w polityce społecznej. Żeby miała ona mieć sens trzeba chronić słabszych, w sensowny sposób obciążając kosztem silniejszych. To niby oczywiste, ale dane pokazują, że robione jest coś wręcz przeciwnego.

Powyższy przykład odnoszący się do jednego z najbardziej spektakularnych obecnie zjawisk, jakim jest ruch oburzonych, sugeruje coś bardzo ważnego. Istniejące struktury, jak również dyskrecjonalne mechanizmy w rękach polityków są bezradne wobec zmiany, która się dokonuje na naszych oczach. Młodzi stają się tym, co Guy Standing, pozostając w innym nurcie myślowym – choć zbieżnym z prezentowanym tutaj – nazwał prekariatem, czyli rodzajem grupy upośledzonej ekonomicznie (zarobki i w ogóle dostęp do miejsc pracy) i społecznie (objęcie systemami zabezpieczenia).

Dyskrecjonalne narzędzia polityki nie poradzą sobie z tym wyzwaniem, ponieważ swoiste terms of reference polityków zmusza ich do działań, które marginalizują interes młodych. Po prostu median voter starzeje się i coraz bardziej naciska na realizację jego różnego rodzaju praw socjalnych. A młodzi, cóż, nie zdążyli tych praw jeszcze nabyć. Im bardziej nabyte już prawa, lub ich głęboko zinternalizowane oczekiwanie, będą chronione, tym trudniejsza będzie sytuacja tych, którzy takich praw jeszcze nie mają.

Wyciągnięcie wniosków z powyższej sytuacji i publiczne ich wyrażenie nieuchronnie powoduje przyklejenie etykiety „liberał” w najbardziej wypaczonym ujęciu. W rzeczywistości są to wnioski o charakterze stricte społecznym. Solidarność międzypokoleniowa to dzisiaj namówienie starszych do wyrzeczenia się części przywilejów, by wesprzeć młodszych. Oznacza to na przykład ograniczenie transferu od młodych do „jeszcze nie starych”. Może myślenie w duchu, który tu nazywam liberalną polityką społeczną, pomoże w zmierzeniu się z tego typu wyzwaniami, jakie stoją przed nami w XXI w.

A wyzwania te są szczególnie trudne, dlatego że zmierzenie się z nimi wymaga głębokiego przemodelowania naszego myślenia. Dobrym przykładem jest obecna sytuacja gospodarcza Europy. Na określenie tej sytuacji używamy słowa „kryzys”. To wprowadza w błąd. To, co się stało kilka lat temu, to przesunięcie się w dół długookresowego trendu rozwojowego. Mówiąc obrazowo, „podłoga nam się obsunęła” i okazało się, że jesteśmy niżej, niż myśleliśmy. To obsunięcie wynika z bankructwa piramidy finansowej, na której oparte są finanse publiczne wszędzie w Europie i nie tylko. Zjawiska na rynkach finansowych śledzone jako kryzys były w rzeczywistości jedynie lontem, który odpalił to obsunięcie się.

Warto sobie uświadomić, że kryzys to w gruncie rzeczy pojęcie optymistyczne. Zawiera ono bowiem w sobie to, że kiedyś – wcześniej lub później – się kończy. Obsunięcie się podłogi nie ma w sobie nic optymistycznego. Musimy dalej żyć i pracować, startując od tego poziomu, który się okazał rzeczywistością. Politycy i ekonomiści wciąż się spieraj, czy w „kryzysie” lepiej oszczędzać, tnąc wydatki, czy przeciwnie – zwiększać różnego rodzaju pakiety „antykryzysowe”. Oba podejścia są prawdopodobnie równie nieskuteczne. Potrzebne jest bowiem głębokie przemyślenie celów i przemodelowanie sposobu podziału produktu wytworzonego przez społeczeństwo w czasach, gdy trwale utracona została dywidenda demograficzna. Dawniej pełniła ona funkcję swoistego Świętego Mikołaja, którego odejście naraziło na szwank przede wszystkim zdolność finansowania polityki społecznej w jej tradycyjnym etatystycznym rozumieniu. Dopóki miała ona finansowanie z tej dywidendy, była łatwa, lecz gdy je utraciła, zaczęła się rozsypywać. Liberalna polityka społeczna to działanie ludzi dorosłych, którzy radzić sobie muszą bez pomocy Świętego Mikołaja, którzy wiedzą, że zarówno jako jednostki, jak i wspólnota na swój dobrobyt muszą po prostu pracować. Żadna polityka tego nie zastąpi, jednak mądra polityka społeczna może nam w tym pomóc.

Czytaj również
  • Jerzy Kubiszewski

    Podzial na liberalow, konserwatystow etatystow socjaldemokratow i komunist0ow itd jest od czasów drugiej wojny swiatowej nieaktualny. Zrozumieli to Niemcy i zaproponowali spoleczna gospodearke rynkową i odniesli sukces. Wpisalismy to samo zdanie do naszej konstytucji, i zamiast konsekwentnie prowadzić spoleczna gospodarke rynkowa stworzylismy mieszankę dzikiego kapitalizmu, socjalistycznego populizmu i reakcyjnego nacjonalizmu, obecnie opozycja dąśzy do rozbicia tego co utrzymuje nasz kraj na powierzchni, to jest wolności gospodarczej. Wieloletnie wysilki na rzecz zniesienia ogrniczeń sa blokowane przez zasiedzialy aparat urzedniczy i stowarzyszenia zawodowe,ktore narzucily swoje monopoloistyczne pozycje pod haslami swobód demokratycznych. W czasie kryzysu wyszłu na wierz ch zaniedbania transformacji i lekceważenie konstytucji.

*
MarekGóra