U stóp Monsalwatu

Drukuj

„To inteligenci podnieśli hasło walki o Polskę… Inteligencja wykonała ogromną pracę, tłumacząc innym klasom społecznym, że są Polakami… Naprawdę mieli przekonanie, że jak Polska będzie i my w niej będziemy, to zrobimy z niej raj… W 1918 r. była euforia. Całowano proporce, modlono się pod orłem… W wojnie z bolszewikami w 1920 r. na ochotnika do wojska poszedł prawie milion mężczyzn. Dla mnie to jasny przekaz, że niepodległości chcieli wszyscy… Mit pięknej, dobrej i sprawiedliwej Polski był potrzebny wszystkim…”

W „Gazecie Wyborczej” z 11 listopada ukazał się wywiad, jakiego prof. Daria Nałęcz udzieliła  Adamowi  Leszczyńskiemu. Zawiera on w skrócie właściwie wszystko, co świadczy o tym, jak bardzo geneza, kształt i przemiany inteligencji polskiej związane są ze sprawą polskiej niepodległości.

Niewiele w tym niby nowego, ale trzeba to powtarzać, jeżeli chce się rzetelnie rozumieć nie tylko fenomen polskiej inteligencji, lecz także różne perypetie najnowszej historii Polski. Pojęcie inteligencji, nazwanie w ten sposób pewnej grupy społecznej to, jak powszechnie wiadomo, wymysł wschodnio-środkowoeuropejski, zjawisko historycznie sięgające od Rodopów po Morze Białe i od Odry (czy raczej Warty) po Władywostok. Tutaj inny niż na Zachodzie był przebieg przemian cywilizacyjno-gospodarczych, inny rytm życia.

Ale prawie nigdzie o narodzinach, o charakterze tej warstwy i jej miejscu w społeczeństwie nie decydowała w takim stopniu wizja, mit niepodległości państwowej, fatamorgana niepodległości. W mocarstwowej Rosji w ogóle nie mogło być o tym mowy, w grupach etnicznych usytuowanych na wschodzie pierwszej Rzeczypospolitej i w części Bałkanów dążenia narodowowyzwoleńcze – młode nacjonalizmy pojawiły się głównie w pierwszej połowie XIX w. Węgierskie długo tłumione aspiracje otrzymały prawie pełne zadośćuczynienie w latach 60. tamtego stulecia. U nas dopiero w roku 1918 i na tym ich rola się nie skończyła.

Należy, rzecz jasna, dostrzegać różnice w obrębie tej formacji w Polsce, jej odłamy bardziej czy mniej realistyczne, wykształcone, otwarte na świat, wyczulone na kontrasty społeczne. Kwestia niepodległości była jednak priorytetowa prawie we wszystkich tych środowiskach. Zajmowała centralne miejsce w literaturze, a literatura była pierwszorzędnym narzędziem  kształtowania świadomości społecznej.

http://www.flickr.com/photos/drabikpany/7165327626/sizes/m/in/photostream/
by DrabikPany

PAN-owskie „Dzieje inteligencji polskiej do roku 1918” – dzieło ogromnej i rzetelnej pracy – niuansują problem pochodzenia tej warstwy  społecznej. Nawet jednak biorąc pod uwagę ustalenia „Dziejów”, wypada sięgnąć do formuły Wacława Berenta zawartej w tytule jego opowieści o ludziach kręgu Kuźnicy Kołłątajowskiej – „Diogenes w kontuszu”.  Z woli Berenta starożytny filozof przyodziewał kontusz. Był szlachcicem tak jak najwybitniejszy bodaj, poza Kołłątajem, publicysta Kuźnicy Franciszek Salezy Jezierski, zagrodowy szlachcic podlaski. On  i jemu podobni – od schyłku czasów saskich, gdy było już jasne, że państwo stacza się w przepaść – usilnie angażowali się w sprawę odnowy Rzeczypospolitej.

Bo ona była ich państwem, bo w demokracji szlacheckiej ich głos się liczył, a poza tym niewiele więcej mieli do stracenia. Angażowali się więc z nie mniejszą, ba, z większą determinacją niż duża część arystokracji i szlachty majętnej. A w  dodatku, tak się angażując, zyskiwali poczucie moralnej wyższości nad tamtymi. Działalność umysłowa, pisarska, polityczna, społeczna stawała się ich sposobem istnienia, często źródłem utrzymania. Nieodzownym jej współczynnikiem była zaś lektura, wiedza, znajomość ówczesnych prądów umysłowych i projektów ustrojowych. Również rodzimej i powszechnej historii. Tak stali się pierwszymi pokoleniami polskiej inteligencji.

Warto tutaj zaznaczyć, że samo wykształcenie, choć do pewnego stopnia nieodzowne, nie stanowi jedynego kryterium przynależności do tej warstwy. Często bywa tak traktowane, ale mimo że dawniej mieliśmy i akademie – krakowską, wileńską, lwowską – i pisarzy, artystów, publicystów, to o genealogii polskiej inteligencji w przyjętym dziś znaczeniu mówimy, sięgając nie wcześniej niż do drugiej połowy XVIII w.

Takie rozumienie inteligenckości zakłada, że w znacznym stopniu kształtuje ją etos – czyli rodzaj wartości, jakimi się inteligent kierował (czy wciąż kieruje, to trochę inna sprawa). Przede wszystkim bezinteresowne, a w każdym razie niełatwo przekładalne na osobisty interes zaangażowanie patriotyczne (to słowo jakby wychodzi z użycia, ale się go nie bójmy, jeżeli nawet daje się je zastąpić, to z wielkim trudem), choć nie tylko patriotyczne.

W związku z zaangażowaniem pozostawało zjednywanie przyjaciół i sojuszników dla spraw, którymi się żyje – stosunek do bliźniego, niezależny od formalnych wyznaczników jego pozycji, prestiżu, znaczenia, w tym jego klasy społecznej. Uniwersał połaniecki i Racławice to były pierwsze namacalne przejawy praktycznego zrozumienia roli warstw ludowych i ich samoidentyfikacji z państwem polskim, ze sprawą niepodległości. Ale jeszcze cały bez mała wiek XIX upłynął na usilnej pracy inteligencji nad świadomością tych warstw.

Inną cechą etosową tradycyjnej inteligencji była (i poniekąd jest) otwartość na różne sposoby myślenia, propozycje, prądy, idee. Z tym że w dzisiejszej polskiej rzeczywistości ta właśnie postawa inteligencka przybiera różne kształty, zdaje się w części zatracać, staje się jednym ze źródeł dramatycznych podziałów w społeczeństwie.

Czasy napoleońskie. Wielkie i w końcu zawiedzione nadzieje, ale nie znika Księstwo Warszawskie, na 15 lat pozostaje jeszcze kongresowe, na wpół niezależne Królestwo Polskie. Inteligencja ma w nim co robić, jest coraz liczniejsza, ma wielki udział w jego pomyślnym rozwoju gospodarczym, także kulturalnym, istnieje polskie, nowoczesne na tamte czasy szkolnictwo, powstaje Uniwersytet Warszawski. Odpadły ziemie wschodnie Rzeczypospolitej, nie ma już w naszym państwie Lwowa i Wilna (choć i tam funkcjonuje świetny polski uniwersytet). Jest ciasno, są różne przejawy oporu (Walerian Łukasiński), ale raczej nie ma jeszcze rozpaczy. Tylko że ówczesnych, limitowanych swobód było nam za mało i po upadku powstania wszystko, co dobre, się kończy. Jest Wielka Emigracja i jest Mickiewicz.

Matko Polsko! Ty tak świeżo w grobie,
Złożona – nie ma sił mówić o tobie!

Wizja niepodległości jawi się w mistycznych kategoriach Wielkiej Improwizacji i umyślonego na paryskim bruku mesjanizmu. W kraju, wraz ze wzrostem świadomości warstw ludowych, dążenia niepodległościowe stają się coraz bardziej powszechne. Inteligencja jest już nie tylko poszlachecka, bo dobijają do niej i wzbogacają jej potencjał ludzie o pochodzeniu mieszczańskim, często też żydowskim. Ich talenty będą miały w następnych okresach niemały udział w polskim życiu kulturalnym. Wszyscy, im dalej od minionych konkretów niepodległego państwa, tym bardziej idealizują własne państwo jako cel. Tu właśnie przychodzi na myśl określenie fatamorgana – bo to państwo, ta wyśniona Polska ma być bezgrzeszna, sprawiedliwa i szlachetna – taki Monsalwat, według określenia młodopolskiego eseisty Artura Górskiego, Monsalwat, czyli zamek, w którym przechował się święty Graal – kielich z krwią z przebitego boku Chrystusa.

Był jeszcze, co prawda, pozytywizm, który chciał budować polską przyszłość na konkretach, na trzeźwo. Ale spoza konkretów przeświecało romantyczne podłoże. Zamożny kupiec Wokulski zaczynał  jako powstaniec styczniowy,  zesłaniec syberyjski, wierzył w cudowne możliwości magicznego metalu, lżejszego niż powietrze, kochał jak romantyk. Pochodził ze szlachty.

Młoda Polska pogłębiła mistyczną wizję Niepodległej.  W „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego bohater dramatu Konrad rozsnuwa promienny obraz: Chcę, żeby w letni dzień // w upalny letni dzień // przede mną zżęto żyta łan, // dzwoniących sierpów słyszeć szmer // i świerszczów szept

Ty przecie mówisz o Polsce! // Ty myślisz o Polsce! – odgaduje jedna z Masek. Nawiasem mówiąc, dłuższy fragment tej wizji powtarza przez łzy bohater w końcowej sekwencji „Aktorów prowincjonalnych” Agnieszki Holland z roku 1978, czyli na dwa lata przed polskim Sierpniem – filmu o tym, że „Wyzwolenie” na polskiej scenie jest niemożliwe.

Od drugiej połowy XIX w. inteligencja na polskiej scenie jest coraz bardziej zróżnicowana. Pojawiają się socjaliści, pojawia endecja. Bardzo wyraźnie odznacza się dobrze widoczny przez całe tamto stulecie nurt tradycyjnej inteligencji o powołaniu społecznym – z jego najbardziej reprezentatywnym obok Stanisława Brzozowskiego przedstawicielem w literaturze – Stefanem Żeromskim. Sam pochodzący z drobnej szlachty i niezapominający o tym w swoim pisarstwie, choćby w „Popiołach”, ubolewa w gorzkiej noweli „Rozdzióbią nas kruki, wrony” nad losem powstańców styczniowych niezrozumianych i zdradzonych przez chłopską wieś; ale był to rodzaj prowokacji wobec czytelnika: patrzcie, oto jak mści się na Wielkiej Sprawie brak zrozumienia z naszej strony i troski o tę część społeczeństwa.

W egzaltowanym dramacie „Róża” Żeromski pokazuje  inteligencko-robotniczo-ludowe grono bojowników i męczenników walki o wolność (główny bohater Czarowic ma cechy Józefa Piłsudskiego). Natomiast tematem napisanego już w niepodległej Polsce  „Przedwiośnia” jest dramat niespełnionych nadziei i wzór działającego ze świadomością trudnych zadań inteligenta Szymona Gajowca (której pierwowzorem był zapewne Romuald Mielczarski).

Najbardziej etosowy model inteligenckiego społecznika pojawił się w ostatniej sztuce Żeromskiego „Uciekła mi przepióreczka” (1925 r.). Jej bohater, profesor Przełęcki, bezinteresownie prowadzący wraz z przyjaciółmi ważną oświatową pracę na wsi, kocha z wzajemnością żonę miejscowego ludowego nauczyciela, ale odrzuca jej miłość, by tego przyzwoitego człowieka nie krzywdzić. Pytany, dlaczego tak postąpił, odpowiada: „Bo takie są moje obyczaje”. Te ostatnie słowa często pojawiały się potem w praktyce przedwojennej społecznikowskiej inteligencji.

Inteligencja była także siłą sprawczą wyzwoleńczych procesów w Polsce ostatnich dziesięcioleci  XX w. KOR-owska strategia samoorganizacji doprowadziła do powstania i konsolidacji zwycięskiego ruchu społecznego porównywalnego z niegdysiejszymi Frontami Wyzwolenia Narodowego w krajach tzw. Trzeciego Świata. Główną siłą tego ruchu byli wielkoprzemysłowi robotnicy, którzy walczyli o swój byt i prawa pracownicze, o swoją godność, ale też o wolną Polskę. Reformy gospodarcze, nieodzowne, żeby oprzeć kraj na możliwie mocnych podstawach, doprowadziły do zaniku znacznej części przemysłu i przejścia związkowego trzonu Solidarności do opozycji wobec sił zmierzających (nie zawsze udolnie) do modernizacji państwa i jego gospodarki.

Niemała część inteligencji w demokratycznej grze o władzę wykorzystuje ten sprzeciw dla swoich celów. Tak się składa, że to ta część, która nie chce albo nie potrafi wybudzić się z logiki Monsalwatu i której etosowe otwarcie na dzisiejszy świat przebiega z pewnym trudem.


Czytaj również
*
MarekRapacki