Uczniowie bez Profesora

Drukuj

„Jest taki kraj – myślę o nim nie raz,
gdzie można chcieć żyć lepiej niż teraz,
skąd cały świat tak łatwo dogonić –
to moje sny, przyłącz się do nich!” *

Żegnamy naszego Profesora

Uczniowie i przyjaciele Profesora
ze Stowarzyszenia Młode Centrum

* refren hymnu wyborczego Unii Wolności z 1997 r.; słowa: Jacek Skubikowski

 

Kalina Lewandowska

Nieuczesane wspomnienia o Bronisławie Geremku

14. lipca 2008

Z Profesorem kontaktów miałam niewiele i były to wyłącznie kontakty przelotne. Raz miałam okazję uczestniczyć w dyskusji z Nim, kiedy koło Białołęka Unii Wolności zaprosiło Go na otwarte spotkanie inauguracyjno – rekrutacyjne. Niestety, ja sama w polityce byłam zupełnie świeża, więc pytanie zadałam mocno naiwne (po latach doświadczeń ze środowiskiem UW pewnie bym go nie zadała, a już na pewno nie w tej rozbrajająco prostej formie); dotyczyło mianowicie przyczyn niechęci Unii Wolności do jednoznacznego określenia się jako partia liberalna. Miałam na myśli głównie zajęcie stanowiska w kwestiach takich jak aborcja, eutanazja, prawna rejestracja związków homoseksualnych, etc. Byłam tak przejęta całą sytuacją, że nie mogłam się skupić na odpowiedzi Profesora. Pamiętam jednak, że była wielowątkowa i nie do końca wprost. Wydaje mi się, że Profesor mówił o tym, jak eklektycznym środowiskiem była Unia, co czyniło zajęcie stanowiska w tych sprawach właściwie niemożliwym. Jednak z perspektywy czasu wydaje mi się, że tak naprawdę Profesor powiedział, że to nie o to chodzi. Że w tym wszystkim, co robimy, nie chodzi o to, żeby produkować polityczne stanowiska na tematy, które tak bardzo nas dzielą. Że chodzi o coś większego, o coś znacznie bardziej „makro”. Całe spotkanie było z założenia poświęcone Konstytucji Europejskiej, która wtedy była jeszcze tematem otwartym i wielką szansą dla UE i dla Polski.

Tego spotkania na Białołęce nie wspominam zbyt dobrze, a właściwie jestem zła na siebie, że nie wykorzystałam go lepiej – miałam wtedy fantastyczną okazję, żeby z Profesorem nawiązać przynajmniej nić intelektualnego porozumienia. Do wczoraj oczywiście mnie to nie martwiło, bo nie wiedziałam, że już więcej takich okazji nie będzie.

Druga szansa pojawiła się w 2005 roku, kiedy w czasie kampanii wyborczej do Sejmu Partia Demokratyczna zorganizowała wiec pod ambasadą Białorusi. Po wiecu Profesor zaproponował, że kogoś podwiezie w kierunku centrum – jakoś tak wyszło, że do Jego mercedesa poza Bogdanem Lisem wsiadłam ja i dwie koleżanki z MC. I znowu, w obliczu majestatu mojego guru, kompletnie zgłupiałam i uznawszy, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia, siedziałam sobie cichutko na tylnym siedzeniu i bezczelnie przysłuchiwałam się rozmowie Profesora z Bogdanem Lisem (koleżanki podobnie). Rozmawiali między innymi o Katarzynie Piekarskiej i o zawodzie jaki sprawiła Unii (i chyba Profesorowi osobiście, ale diabli wiedzą – może zmyślam), odchodząc do rządu Leszka Millera. I wtedy Profesor, z charakterystycznym dla Niego wdziękiem wygłosił zdanie, którego nigdy nie zapomnę – głównie dlatego, że było skierowane do mnie i dziewczyn, a nie do jakiegoś szerszego audytorium. Mianowicie zażartował: „Dziewczynki, nigdy nie chciejcie zostać wiceministrami… To zostaniecie ministrami.” Niby nic, żarcik. Ale właściwie to wszystko, co mam.

Później okazji do rozmów z Profesorem właściwie nie miałam, pomijając Rady Krajowe i inne tego typu zloty. Miałam pytania do Niego, szczególnie wtedy, gdy namawiał PD do zawarcia koalicji z lewicą. Bardzo chciałam z nim zamienić chociaż kilka słów, ale jakoś nie starczyło mi śmiałości i refleksu – z tej jednej Rady Krajowej Profesor musiał bardzo szybko wyjść i polecieć do Brukseli. Zresztą nie chciałam się narzucać, nie chciałam zawracać Mu głowy. Potem ja wybrałam inną drogę polityczną (koalicji z lewicą nie chciałam, Profesor swoim wystąpieniem mnie nie przekonał) i Bronisław Geremek znowu stał się dla mnie postacią widywaną tylko w telewizji.

Teraz strasznie żałuję, że nie byłam bardziej odważna, że nie byłam namolna i nie zagadywałam do Niego przy każdej możliwej okazji. Najwyżej miałby mnie dosyć. Ale to byłoby lepsze, niż ta świadomość czterech lat zmarnowanych szans. Pewnie moja postawa jest egoistyczna, ale chyba tak już jest, kiedy chodzi o relacje z człowiekiem, którego każde słowo jest zaszczytem. Jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało.

Maciej Iwanicki

Moje wspomnienia o prof. B. Geremku

15. lipca 2008

Z Profesorem miałem okazję tylko raz przebywać dłużej. Kilka razy minąłem się z Nim na korytarzu w biurze na Marszałkowskiej i muszę przyznać, że zawsze byłem stremowany (a raczej onieśmielony Jego wielkością historyczno-polityczną) – nawet, gdy mówiłem Mu tylko „dzień dobry”. Kampanii do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku, w której pracowaliśmy na wspólny wynik mazowieckiej listy Unii Wolności otwieranej przez prof. Geremka, nie zapomniałem jednak do dziś. To był taki mój mały wkład, aby ten wielki Polak mógł reprezentować Polskę na arenie europejskiej. I choć teoretycznie przekonywałem do głosowania na swojego starszego kolegę ze stowarzyszenia Młode Centrum, który zajmował miejsce numer 2, to jednak nazwisko „Geremek” było tym słowem-wytrychem, które budziło zainteresowanie i poparcie.

Ze względu na trwającą kampanię i zbieranie podpisów byłem wtedy raczej „gościem” na swojej uczelni niż studentem. Przedmiotem, na którym wyjątkowo rzadko bywałem, była statystyka. Chcąc wytłumaczyć swoje nieobecności, poszedłem do Pani Profesor i powiedziałem, że niestety nie chodzę na wykłady i ćwiczenia, gdyż pomagam w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Pani wykładowczyni po moim wytłumaczeniu zmierzyła mnie wzrokiem i zadała krótkie pytanie: kogo wspieram. Odpowiedziałem, że profesora Geremka i Unię Wolności. Nastała krótka cisza i dodatkowe stwierdzenie: poproszę Pana imię i nazwisko. Pamiętam tylko moment, jak ugięły się pode mną nogi i pomyślałem, że to koniec. Że Pani profesor albo nie popiera tego nazwiska i partii, albo jest oburzona moją bezczelnością i agitacją i to na dodatek na uczelni, które powinny być autonomiczne i wolne od takich zachowań. Jak zupełnie pozbawiony złudzeń człowiek podałem swoje dane i… usłyszałem: „Jeśli to Profesor Geremek i Unia to proszę mi zostawić listy poparcia i jutro odebrać ode mnie 20 podpisów od rodziny i znajomych. A o statystyce porozmawiamy kiedyś później.” I faktycznie, następnego dnia, listy leżały w umówionym miejscu wraz z adnotacją, że teść pani Profesor tak się zaangażował wśród swoich kolegów-seniorów w zbieraniu podpisów poparcia, iż potrzeba dodatkowych formularzy. W ten sposób zostałem tym „studentem od prof. Geremka i Unii Wolności”, co było dla mnie ogromnym zaszczytem.

Niesamowite było to, że nieważne czy na uczelni, czy na ulicy, czy senior czy osoba młoda, to większość osób reagowała bardzo pozytywnie i życzliwie. Oczywiście, zdarzały się mało wybredne epitety pod naszym adresem, ale cóż to było w porównaniu z tym co robiliśmy. Wtedy dopiero rozumiałem, jaką moc posiada w sobie Profesor, że tak wiele różnych osób nie może przejść obojętnie, a ja dzięki Niemu uczestniczę w czymś naprawdę bardzo ważnym.

Moje „dłuższe” spotkanie z Profesorem Geremkiem miało miejsce, gdy przygotowywaliśmy Mu spotkanie na Białołęce. Odbieraliśmy Go wtedy razem z kolegą z Jego domu. Pamiętam, że nie byliśmy w stanie dojść do porozumienia, gdzie Profesor powinien usiąść w samochodzie. Ja optowałem za tym, że miejsce honorowe to te po przekątnej od kierowcy, kolega, że te obok kierowcy. Wpadliśmy zatem na chytry plan, aby idący z Profesorem szedł pół kroku za nim, tak aby On sam pierwszy złapał za klamkę z przodu lub z tyłu. Niestety dla nas, tuż przed samochodem, Profesor stanął i pytającym wyrazem twarzy dał do zrozumienia, aby wskazać Mu miejsce… Postanowiłem jednak zawierzyć swojej wiedzy i bez wahania wskazałem na miejsce po przekątnej od kierowcy. Profesor usiadł, po czym stwierdził, że cieszy się, że „młode polskie pokolenie jest lepiej wykształcone od notabli z byłego ZSRR, gdyż tam zawsze usadzano Go z przodu”.

Profesor był nie tylko Nauczycielem, ale też i Egzaminatorem. I tak Go zapamiętam. Dziękuję, że mogłem Pana poznać!

PS Ze statystyki dostałem 3.0. Pewnie bardziej jako „młody człowiek od ważnych spraw polskich, Profesora i UW”, jak określiła mnie później Pani Profesor.

Leszek Jażdżewski

Osobiste wspomnienie o Bronisławie Geremku

30. lipca 2008

Ciężko wspominać człowieka, który już za życia był postacią historyczną. Jednak dla wielu z nas Bronisław Geremek był faktycznie Profesorem – funkcjonującym jakby w zupełnie innym świecie, nie przystającym do miałkich i zwyczajnych czasów.

Dla mnie te nieliczne okazje, kiedy miałem z nim do czynienia, były zawsze źródłem ogromnej tremy. Obawa przed kompromitacją przed człowiekiem, którego tak szanowałem, do którego formatu do tego stopnia nie dorastałem, była dojmująca.

Jeszcze za kadencji prezydenta Kwaśniewskiego, w marcu 2005 roku zwróciłem się do niego o opinię na temat listu skierowanego do Prezydenta RP w sprawie Jałty i oburzającego stanowiska Rosji, która kazała nam być za nią wdzięczna. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu odpisał – do nieznanego studenta V roku w Łodzi.

Szanowny Panie,

Tekst listu oceniam jako bardzo dobry. W Parlamencie Europejskim probujemy przeforsowac stosowną rezolucję.

Z poważaniem,

Bronislaw Geremek

Takie wsparcie dodało mnie, moim kolegom i koleżankom skrzydeł – zebrane podpisy trafiły w końcu w świetle kamer do prezydenta, choć niestety niewiele zmieniły. W ten sposób od maila Profesora zaczęła się moja przygoda z polityką.

Kilkukrotnie miałem okazję brać udział w konferencjach, w których uczestniczył Bronisław Geremek. Dwie zapadły mi w pamięć. Jedna – gdy dyplomatycznie acz stanowczo starał się przyspieszać przeciągającą się dyskusję, którą moderował na jednym z licznych spotkań o stanie polskiej demokracji za rządów PiS. Gwiazdą był Kwaśniewski, jeszcze sprzed czasów „Dorna i Saby”. Wielu wówczas w jego plecaku widziało buławę przywódcy nowej politycznej inicjatywy, a on zmęczony z pochyloną głową prawie drzemał w pierwszym rzędzie na Sali konferencyjnej ekskluzywnego warszawskiego hotelu.

Pod czujnym i naglącym spojrzeniem Profesora zabrałem głos – coś o sposobach mobilizacji społeczeństwa w takich momentach. Od razu po tym jak usiadłem zapomniałem co powiedziałem. Nie chcąc narażać się na jego zniecierpliwienie byłem przekonany, że w pośpiechu bredzę coś od rzeczy. Po wszystkim, już przy szatni raczył do mnie podejść i jakby lekko zamyślony zamienić kilka miłych słów, nie zdając sobie pewnie zupełnie sprawy z tego jakie wrażenie wywarł.

Z drugiej, bardziej kameralnej konferencji o liberalizmie, też z niewesołego okresu rządów poprzedniej koalicji, zapamiętałem jak żartobliwie przekomarzał się z prof. Szackim – nie będąc pewnym, czy może nazwać sam siebie liberałem, „bo tak bardzo szanuje i ceni sobie państwo”. Szacki uspokajał go, że ależ owszem, może i Profesor wyglądał na wyraźnie zadowolonego. Kiedy postanowiłem zabrać głos podnosząc rękę czułem się znów jak uczeń w klasie, który boi się czy aby na pewno się nie wygłupi wyrwaniem do odpowiedzi.

W międzyczasie wstąpiłem i wystąpiłem do – jak mówiła o niej Monika Olejnik na Przystanku Woodstock – partii Profesora Geremka. Niby nie było go w kraju, nie piastował żadnej partyjnej funkcji, ale nikt nie miał wątpliwości, kto tu tak naprawdę rządzi. Okazało się jednak, że nawet po rozstaniu politycznym na Profesora wciąż można liczyć w potrzebie. Niemal dokładnie w 3 lata po pierwszym mailu jaki do niego skierowałem, Profesor zgodził się – z dnia na dzień, w pośpiechu, między komisją w Brukseli a wykładem w Paryżu – napisać parę słów do uczestników łódzkiej akcji solidarności z Tybetańczykami.

27 III 2008

Do uczestników łódzkiej akcji solidarności z Tybetem

Polskie doświadczenie historyczne przekonuje, że solidarność ma wielką siłę. Wiemy też, jak bolesna jest obojętność i milczenie, gdy się walczy z przemocą. Solidarność z Tybetem jest naszą moralną powinnością. Tybet chce niewiele: chce żyć z godnością, oczekuje poszanowania dla swojego języka i kultury, upomina się o autonomię w ramach państwo chińskiego. Ma do tego prawo. Nasze akcje solidarnościowe niosą Tybetańczykom przesłanie nadziei.

Bronisław Geremek

O śmierci Profesora dowiedziałem się z listy dyskusyjnej stowarzyszenia Młode Centrum, do którego należę, a w którym jest wielu, którzy znali go od lat. Widziałem ich tamtego dnia na wspominkowych filmach jak roześmiani biją mu brawo. Współczuję im łez, ale też zazdroszczę przywileju bycia blisko niego.

Pomnik, jakiego by zapewne sobie życzył Bronisław Geremek to pojętni uczniowie, którzy będą nieść dalej Jego myśl o otwartej Polsce w silnej Europie. Europie żyjącej w harmonii i pokoju, którymi historia w jej dziejach szafowała tak oszczędnie. Chciałbym, żeby był z nas dumny.

Kiedy dowiedziałem się o jego nagłym odejściu dołączyłem do tylu innych, którzy z niedowierzaniem śledzili w telewizji kolejne komentarze, w których jak mantra przewijało się okrutne słowo „był”.

Właśnie miałem iść do szpitala odwiedzić moją babcię. Towarzyszyła ona praktycznie każdemu dniu mojego dzieciństwa, a teraz od wielu tygodni przegrywała nierówną walkę ze złośliwym rakiem, będąc już na skraju wyczerpania. Nad Łodzią szalała burza, a ja uczestniczyłem w narodowych Zaduszkach za Profesora, który – choć pewnie w ogóle mnie nie pamiętał – był mi tak bliski. Powiedziałem sobie, że pojadę do babci z samego rana, jak tylko wstanę.

Nie zdążyłem. Zmarła tego dnia, 13 VII po 21.

Zdjęcie pochodzi z Wikipedii

Czytaj również
O autorze
*
LeszekJażdżewski
Politolog, publicysta, redaktor naczelny LIBERTÉ!
@ LesJazd