Utracona przyjaźń

Drukuj

Leszek Jażdżewski zaproponował mi, bym podzielił się z czytelnikami „Liberté!” wspomnieniami z legendarnego czasu przymierza polskiej inteligencji z Kościołem rzymskokatolickim w Polsce. Rzecz dotyczy okresu Gierka i stanu wojennego. Należę do środowiska i pokolenia, które tego przymierza było aktywnym świadkiem – ,,siedziało w kruchcie’’, jak się wyraził Janusz Lewandowski.

Może bym nie należał, gdyby nie splot pewnych okoliczności. W 1971 r. zacząłem studia polonistyczne na UJ-ocie. Polityka mnie nie interesowała, bardziej kontrkultura. Ale niezbadane są wyroki historii. Mój rocznik polityka dopadła w połowie lat 70., gdy rodziła się opozycja demokratyczna. W 1977 r. w mocno podejrzanych okolicznościach zginął nasz kolega ze studiów Staszek Pyjas, współpracownik Komitetu Obrony Robotników powstałego rok wcześniej po tak zwanych wypadkach radomskich. Śmierć Staszka poderwała studentów Krakowa do pokojowych protestów.

http://www.flickr.com/photos/vshioshvili/139746989/sizes/m/in/photostream/
by shioshvili

Kontrkultura zeszła na dalszy plan. Powstały po śmierci Pyjasa ruch Studenckich Komitetów Solidarności (to emblematyczne słowo pojawiło się pierwszy raz chyba właśnie wtedy) znalazł wsparcie niektórych duchownych. W Krakowie ogromną rolę odegrało duszpasterstwo akademickie przy zakonie dominikanów z ojcem Janem Andrzejem Kłoczowskim. W krakowskim SKS-ie spotkały się dwie grupy: kontrkulturowcy – Elżbieta Majewska, Bronisław Wildstein, Ryszard Terlecki i ja (Adam Zagajewski nazwał ich w książce „Solidarność i samotność” anarchistami) oraz katolicy – Bogusław Sonik, Joanna Barczyk, Małgorzata Kotarba, Liliana Sonik. Dogadywaliśmy się bez problemu w sprawie tego, co najważniejsze: że musimy się zainteresować polityką, i to czynnie, bo inaczej ona się zainteresuje nami, a to nam na dobre nie wyjdzie, gdyż nie jest to polityka demokratyczna, tylko autorytarna, niecierpiąca zarówno kontrkultury, jak i obywatelsko zaangażowanego katolicyzmu. Tylko tyle i aż tyle. Dotarło do nas, że jeśli Polska ma się demokratyzować, musimy się włączyć, coś zrobić w tym celu. Każdy na miarę swych sił i możliwości, tak jak je wówczas ocenialiśmy.

No i włączyliśmy się. Nikt nas nie lustrował pod kątem wiary. Tolerowane były różne style życia wynikające z różnych światopoglądów. Mogliśmy się spotykać ,,w kruchcie’’, dyskutować o ideach, książkach, autorytetach i wizjach przyszłości. Mogliśmy też liczyć na to, że nie zostaniemy sami, kiedy spadną na nas ze strony ówczesnej władzy przykrości. Bo istniało już zorganizowane środowisko działające na rzecz tego, co dziś nazywa się dobrem wspólnym, a wtedy określenie to miało żywą, krzepiącą treść. Jeszcze przed powstaniem SKS-u nasze ścieżki przecięły się także w domu ks. Adama Bonieckiego, wówczas mieszkającego w Krakowie, który znajdował czas na rozmowy i z hipisami, którym przewodził Ryszard Terlecki, i z Adamem Michnikiem jako autorem przełomowej książki ,,Kościół, lewica, dialog’’. Przełomowej, bo zrywającej ze stereotypem, że polska inteligencja, w większości tradycyjnie lewicowa lub lewicująca, nie ma o czym rozmawiać z Kościołem w powojennej Polsce rządzonej przez proradziecki PZPR, tak samo jak nie miała o czym rozmawiać z Kościołem w Polsce przedwojennej, kiedy Kościół w znacznej części wspierał katolickich nacjonalistów. Młody Michnik i jego warszawscy mentorzy i przyjaciele szukali porozumienia z różnymi ludźmi, którzy, choć niekoniecznie byli lewicowcami, myśleli o tym samym co oni, to znaczy o demokratycznej normalności. Pod koniec lat 70. Michnik lub Jacek Kuroń i wykładowcy niezależnego od władz Towarzystwa Kursów Naukowych gościli w Krakowie coraz częściej, spotykając się na dyskusjach z coraz liczniejszym (choć wciąż mniejszościowym) środowiskiem opozycyjnym. Mieli wstęp i do domów katolickich działaczy SKS-u i do kościelnej ,,kruchty’’, szczególnie dominikańskiej. Tak było przed i po historycznym roku 1978, kiedy Karol Wojtyła został papieżem.

Wyborowi Wojtyły towarzyszyła nie tylko euforia Kościoła, lecz także nadzieja opozycji, że odtąd już nic w polityce, nie tylko polskiej, nie będzie takie samo. Cieszyli się więc i wierzący, i niewierzący, którym na sercu leżała demokratyzacja (o niepodległości mówiono mniej, nie dlatego, że opozycja tę sprawę lekceważyła, lecz z powodów taktycznych). Nie zawsze jednak uważano, że wybór Wojtyły radykalnie zmienia sytuację kraju. Tak zaczęto patrzeć po doświadczeniach pierwszej, triumfalnej (choć nie triumfalistycznej) pielgrzymki Jana Pawła w 1979 r. (,,policzyliśmy się’’) i w miarę, jak jego pontyfikat nabierał perswazyjnej mocy.

Od wyboru Wojtyły wchodzenie opozycji do „kruchty” nasiliło się. Działało coś w rodzaju domyślnego porozumienia, że na czas braku demokracji zawieszamy spory światopoglądowe i dyskusje o pożądanym kształcie obecności Kościoła w wolnej Polsce. Zawieszamy i stajemy ramię w ramię, wszyscy za jednego, w tym przypadku za Kościół, ilekroć dzieje mu się krzywda ze strony władzy niemającej demokratycznego mandatu. Przez piętnastomiesięczny „karnawał” pierwszej Solidarności (1980–1981) ta umowa w zasadzie nie została wypowiedziana przez żadne znaczące środowisko ruchu solidarnościowego. Doskonale było to widać podczas pogrzebu kardynała Stefana Wyszyńskiego, prymasa Polski, w maju 1981 r. W kondukcie szli wszyscy – Lech Wałęsa z Mieczysławem Rakowskim.

Nie dyskutowano o polityce Wyszyńskiego ani o jego wizji katolicyzmu. Przymierze przetrwało uderzenie 13 grudnia 1981 r., kiedy ekipa gen. Jaruzelskiego zdecydowała się na siłowe rozwiązanie dylematu, jak pogodzić ,,demokrację socjalistyczną’’ z antysystemową względem niej Solidarnością.

 Ale po szoku pojawiły się pierwsze znaczące pęknięcia w owym froncie opozycji, Solidarności i Kościoła. Radykalny odłam ruchu solidarnościowego skrytykował miękki kurs obrany przez następcę Wyszyńskiego, abp. Józefa Glempa. Paryska „Kultura” ogłosiła słynny tekst o milczeniu Kościoła. Z tą krytyką sympatyzowała spora część prosolidarnościowej inteligencji. Krytyka nie ustawała, bo podobnie ostrożną linię przyjął Jan Paweł II. Nawet dziś trudno to wszystko oceniać w jakichś czarno-białych kategoriach.

Obie strony sporu miały swoje oczywiste racje. Krytycy w tym, że linia Kościoła po 13 grudnia mogła zostać odczytana jako rodzaj legitymizacji władz stanu wojennego z Jaruzelskim na czele. Krytycy krytyków w tym, że Kościół nie mógł dołączyć do obozu konfrontacji, nawet pokojowej, bo społeczeństwo straciłoby wtedy ostatni parasol ochronny przed eskalacją represji ze strony ówczesnego państwa. Bardzo źle zostało w części ruchu solidarnościowego odebrane to, że Kościół włączył się w próbę usunięcia z kraju niektórych jego liderów, tych, których propaganda przedstawiała jako ,,element antysocjalistyczny’’ (jak Adam Michnik, Jacek Kuroń czy Władysław Frasyniuk). Z drugiej strony Kościół chwalono za opiekę nad internowanymi i ich rodzinami, a na bohatera, prawdziwą twarz Kościoła po 13 grudnia wyrastał ks. Jerzy Popiełuszko i inni nieliczni duchowni otwarcie kontestujący politykę PZPR-u wobec zaatakowanej siłą Solidarności.

Zabójstwo Popiełuszki w 1984 r. i jego pogrzeb ponownie zjednoczyły prosolidarnościową część społeczeństwa. Nadal też trwał fenomen niezależnego życia kulturalnego pod ochroną Kościoła. W ,,kruchcie’’ wciąż spotykali się artyści i inteligenci o różnych ideowych rodowodach i drogach życiowych. Kolejne wizyty Jana Pawła II nie potwierdziły obaw z pierwszych miesięcy stanu wojennego, że papież wycofa się z roli lidera narodowego. Przymierze Kościoła z inteligencją trwało, choć coraz większe trudności z jego podtrzymaniem zaczynały się po stronie Kościoła.

Część hierarchów nie widziała przyszłości dla ruchu solidarnościowego. Widziała natomiast przyszłość w ułożeniu na nowo stosunków z Polską Ludową. Ekipa Jaruzelskiego wysyłała sygnały, że jest gotowa na kompromis. To musiało być kuszące. Podzielenie się rządem dusz odbyłoby się oczywiście z pominięciem Solidarności. Proces ten był zaawansowany, o czym świadczyło nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Watykanem i uchwalenie ustawy regulującej stosunki państwo–Kościół pod sam koniec PRL-u, w 1988 r. Ciekawe, że tylko nieliczni historycy poświęcili temu procesowi więcej uwagi – wśród nich prof. Andrzej Garlicki w książce ,,Rycerze Okrągłego Stołu’’. Może dlatego, że rzucał cień na potężniejący mit zawsze bliskiej i opartej na wzajemnym zaufaniu współpracy między Kościołem i opozycją.

Ostatecznie historia potoczyła się innym torem. Transformacja nie dokonała się kosztem Solidarności i aspiracji, jakich stała się ona symbolem. Ale znów nie zgłoszono jakichś zasadniczych zastrzeżeń do przyjętej linii, by ze strony opozycji antyautorytarnej nie stawiać żadnej kwestii kościelnej na ostrzu noża. Kiedy zaczęło się pokojowe rozmontowywanie starego reżimu, nowi ludzie u władzy, na czele z premierem Tadeuszem Mazowieckim, kontynuowali politykę instytucjonalnej restytucji Kościoła rozpoczętą za Jaruzelskiego. A sympatyzująca z obozem Mazowieckiego spora część inteligencji nadal udzielała mu w tej sprawie poparcia. Autorytet Mazowieckiego – katolickiego intelektualisty spowodował, że na długie lata zapanował konsensus w sprawie miejsca Kościoła w życiu publicznym odrodzonej suwerennej Polski.

Mazowiecki uważał, że katolicyzm będzie współtworzył nową Polskę, a z Kościołem należy współpracować dla dobra transformacji ustrojowej. Między demokratycznym państwem a Kościołem stosunki powinny być przyjazne, choć obie strony mają zachować autonomię. Polska demokratyczna tym między innymi ma się różnić od niedemokratycznej, że prawa Kościoła i wierzących będą szanowane przez państwo, a religia, w praktyce chrześcijaństwo w odmianie rzymskokatolickiej, będzie jednym z filarów społeczeństwa obywatelskiego. Są bowiem takie obszary, gdzie wierzący mogą współdziałać z niewierzącymi, a prawica z lewicą, na przykład troska o wyrównywanie szans życiowych czy o społeczną gospodarkę rynkową albo odbudowa patriotyzmu, także poprzez krzewienie szacunku dla demokratycznego państwa i demokratycznie stanowionego prawa.

I wszystko może by i poszło tą drogą, gdyby nie to, że do tanga trzeba dwojga. Obóz Mazowieckiego budował swą politykę kościelną tak, jakby przyjmował z góry, że Kościół jest w całości gotowy do podjęcia współpracy na zasadach proponowanych przez demokratyczne rządy III RP. Tymczasem w Kościele wiały już inne wiatry. Górę zaczęło brać wyobrażenie, że nowa Polska jest projektem liberalnym, a liberalizm jest gorszy od komunizmu – i dla Kościoła, i dla narodu.

Od tego momentu zaczyna się pełzający kryzys w stosunkach nie tyle z państwem – bo te są cały czas dla Kościoła korzystne, nawet za rządów SLD – ile ze społeczeństwem, w tym z inteligencją różnych pokoleń i środowisk. Ostatnie wybory parlamentarne, w których Ruch Palikota ze swym hasłem „odkościelnienia” państwa zdobył 10 proc. głosów, to najnowsza odsłona tego kryzysu. Wcześniej ten sam efekt otwartego buntu przeciwko Kościołowi instytucjonalnemu powodowało wchodzenie duchownych w politykę bieżącą, i to zawsze po stronie sił prawicowych. Tak było właściwie bez przerwy, od słynnego hasła ówczesnego bp. Józefa Michalika w początkach lat 90. – niech Żydzi głosują na Żydów, masoni na masonów, a katolicy na katolików – aż do katastrofy smoleńskiej i jej konsekwencji politycznych.

Liberalno-demokratyczna część inteligencji opuszczała „kruchtę” stopniowo. Wielu z tych ludzi uwierzyło szczerze w opisany wcześniej fenomen przymierza ponad różnicami światopoglądowymi. Niejeden szczerze zbliżył się do chrześcijaństwa i do Kościoła. Antyautorytarne przymierze lat 70. i 80. nie było wyłącznie taktyczne. Owocowało osobistymi przemianami duchowymi i autentyczną wolą dialogu. W Kościele zaś w tamtym okresie, bezprecedensowym w historii polskiej, a może i europejskiej, inteligencji XX wieku, było wielu ludzi, świeckich i duchownych, w tym dostojników, szczerze odpowiadających na tę gotowość. Leszek Kołakowski szczerze wielbił Jana Pawła II, a papież szczerze wielbił Kołakowskiego.

Według Kołakowskiego w tamtych niezwykłych latach powstało i rozwijało się coś niezwykłego – poczucie zaufania i przyjaźni między Kościołem a inteligencją laicką. Jeszcze w maju 1988 r. nie gdzie indziej niż w budynku Sekretariatu Konferencji Episkopatu Polski urządzono spotkanie na temat ,,Niewierzący a Kościół’’. Zagajali ks. Józef Tischner i Michnik, uczestniczyli m.in. biskupi Alfons Nossol i (przyszły) Bronisław Dembowski, Marek Edelman, Bronisław Geremek, Jan Strzelecki, Klemens Szaniawski. Nie wyobrażam sobie, by dziś, po ponad dwudziestu latach wolności, w tym samym budynku mogło się odbyć podobne sympozjum. Obecny szef episkopatu, abp Michalik, ten od głosowania katolików na katolików, nie wahał się powiedzieć na pogrzebie abp. Józefa Życińskiego, że dialogu Kościoła z „zawinionymi” ateistami (czyli niewierzącymi z przemyślanego wyboru) w Polsce nie będzie. Oto, co zostało z „poczucia zaufania i przyjaźni”.

Katolicyzm typu „Tygodnika Powszechnego”, warszawskiej „Więzi”, krakowskiego „Znaku” jest dziś wypierany na margines życia katolickiego. Najnowszym tego znakiem może być zakaz wypowiedzi publicznych nałożony na ks. Adama Bonieckiego, redaktora seniora „Tygodnika Powszechnego”. Dominuje katolicyzm konfrontacyjny, antyliberalny, zamknięty w ortodoksyjnym okopie. Jemu dialog, przyjaźń i zaufanie z lat przymierza nie są do niczego potrzebne. W wolnej Polsce zbudował sobie swoje media, swoje organizacje, swoje salony i autorytety, a także znaczące zaplecze polityczne.

Od śmierci Jana Pawła II Kościół w Polsce jest w fazie intensywnego wzmożenia ortodoksyjnego i prawicowego. Ignoruje niekorzystną dla siebie dynamikę zmian społecznych. Ignoruje społeczeństwo pluralistyczne. Ignoruje soborową ekumeniczną i dialogową wizję relacji ze światem współczesnym. Ma w tym wsparcie tej części polskiej inteligencji, która patronuje politycznej i kulturowej prawicy. Współczesna inteligencja – lub jeśli kto woli ludzie lepiej niż średnio wykształceni i zainteresowani sprawami publicznymi – nieodnajdująca się na prawicy też straciła zainteresowanie rozmową i wiarę, że rozmowa jest w ogóle możliwa. Ta część inteligencji jest dziś w fazie antyklerykalnej, a nawet antyteistycznej, przejawiającej się fascynacją ideami tak zwanych Nowych Ateistów.

Umacnianie się tych dwóch radykalizmów, prawicowo-katolickiego i lewicowo-antyteistycznego jest w jakiejś części, zapewne znacznej, produktem polityki Kościoła i polityki wobec Kościoła w wolnej Polsce. Ale dla tych, którzy zapamiętali lata „przymierza w kruchcie” jako wartość, to, co się dzieje teraz z Kościołem i wokół Kościoła, budzi poczucie głębokiego zawodu i nieodwracalnej straty.

Czytaj również
  • msud

    Diagnoza jest całkowitym nieporozumieniem. Tak jak za Mazowieckiego tak i teraz elity inteligencji katolickiej nie są w stanie wyciągnąć wniosków z rzeczywistości, traktując kościół jak superlatyw altruistycznej organizacji społecznej. Pozostaje rozpacz nad plamą rozlanego mleka.

  • Karol

    Nie da się tego czytać. Zlepek manipulacji i półprawd o w mało inteligentny sposób zawoalowaną tezą. A skąd się wzięła wiedza „polska inteligencja, w większości tradycyjnie lewicowa lub lewicująca” a ja jestem przekonany ,że polska inteligencja, w większości o poglądach umiarkowanych – selektywnych (w zależności od tematyki zgadzają się z lewicą i prawicą).

    Pisanie o „michnikowskiej normalności” to jest semantyczne nadużycie jak mawiał Kaczyński. Nie można łączyć działania Michnika w Polsce z normalnością. Michnik jest to syn Ozjasza Szechtera „Według publikacji IPN[2] miał zostać skazany na osiem lat pozbawienia wolności w tzw. procesie łuckim w 1934 za szpiegostwo na rzecz ZSRR.” za Wikipedia.pl

    Adam michnik nie wychował się w normalnym pełnym wartości i zasad moralnych domu. Dla niego nie istnieje pojęcie „zdrady” a tym bardziej w powiązaniu z religii czy narodem ponieważ ani z narodem ani z religią się nie identyfikuje jak większość Polaków. Adam michnik nie jest całe szczęście i nie może być autorytetem w żadnej sprawie – a tym bardziej nie może występować jako ekspert w dialogu Polaków jako narodu z kościołem katolickim.

    Dla mnie Michnik przestał istnieć od czasu kiedy napisał o Kiszczaku „Generał Kiszczak jest człowiekiem honoru.” od tego czasu uważam każde słowo Michnika za oszołomstwo a każdego kto go cytuje za osobę która nie identyfikuje się z Polską racją stanu. To właśnie są skutki wychowania komunistycznego – czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci.

    Niestety dalej tych dyrdymałów nie czytałem ponieważ jeśli od początku się autor powołuje na Michnika to pewnie dalej gdzieś jest Stalin, Lenin…

O autorze
*
AdamSzostkiewicz
dziennikarz tygodnika „Polityka”