W kierunku idei wiecznego konfliktu

Drukuj

Kup cały drukowany numer już teraz w sklepie online!

Upadek eksperymentu wielokulturowości

21 Newsha Tavakolian, Iran, 2015Zacznę od Kanta i idei wiecznego pokoju. Czytając zawarte w jego eseju artykuły, można odnieść wrażenie, że gdyby postulaty zostały spełnione, kolejne pokolenia miałyby zapewniony pokój. Przez ostatnie 200 lat toczyły się wojny, występują ciągłe napięcia na tle społecznym, politycznym i gospodarczym. Kant widział źródła konfliktów właśnie w sferze gospodarczej oraz militarnej i opowiadał się m.in. za zniesieniem armii. Być może miał rację, ale jego poglądy wpisują się bardziej w nurt idealistyczny niż realistyczny. Paradoks ludzkości polega chyba na tym, że ludzie pragną pokoju tak samo żarliwie jak i wojny. Historia i życie codzienne pokazują, że okres pokoju jest niczym innym niż przygotowaniem do kolejnego konfliktu zbrojnego. Druga wojna światowa dała wyraz bestialstwu, dehumanizacji i przemocy na ogromną skalę. Zaczęto się zastanawiać, jak żyć po Holokauście, jak wspólnie budować pokój z tymi, od których doznaliśmy krzywd, jak wybaczać i wreszcie jak wychowywać przyszłe pokolenia. Intelektualiści, filozofowie, elity władzy doszły do wniosku: powszechna i ogólna edukacja sprawi, że ludzie będą mądrzejsi, a przeto bardziej świadomi, tolerancyjni, odpowiedzialni, empatyczni itp. Wierzono, że bardziej wykształcone społeczeństwo będzie lepiej prosperować gospodarczo, a tym samym nie będzie dążyć do wojny. Czy wiara w edukację i szkolnictwo okazała się mrzonką, czy też przybliżyła realizację idei globalnego pokoju? Patrząc na mapę świata i liczbę konfliktów zbrojnych, można odnieść wrażenie, że teza o relacji między wykształceniem społeczeństwa a stabilizacją społeczno-polityczno-gospodarczą się potwierdza. Z drugiej strony jednak rządy państw o wysokim stopniu rozwoju gospodarczego i społecznego (USA, UE, Japonia) wywołują wiele napięć, które nie zawsze prowadzą do konfliktu zbrojnego, ale nie dążą też do pokoju.

W celu uniknięcia napięć i konfliktów społecznych kolejnym krokiem było wprowadzenie edukacji wielokulturowej, która miała być lepszą wersją asymilacjonizmu. Coraz częściej uważa się, że ten eksperyment nie powiódł się tak, jak zakładali jego twórcy. Głosy przeciwników idei wielokulturowości (najczęściej związanych z prawą stroną sceny politycznej) słychać najgłośniej w konfrontacji z wydarzeniami o charakterze terrorystycznym. Kiedy w autobusie jadącym przez europejską stolicę wybucha bomba, w centrum handlowym atakuje nożownik albo ktoś strzela na ulicy do przechodniów, od razu głównymi podejrzanymi są muzułmanie. Słowa „muzułmanin” i „terrorysta” dla wielu mieszkańców kontynentu są synonimami. W Polsce chyba niewiele osób widzi różnicę między uchodźcą, terrorystą a muzułmaninem. Wszyscy oni mają jeden cel – poprzez akty terrorystyczne dokonać islamizacji Europy. W tym kontekście eksperyment wielokulturowości rzeczywiście się nie powiódł. Trzeba jednak zauważyć, że odsetek ludzi, którzy dopuszczają się przestępstw, w tym aktów terroru, jest mniejszy niż odsetek ludzi o pochodzeniu innym niż europejskie, którzy kończą szkoły, pracują, wychowują dzieci, stają się członkami lokalnej społeczności oraz lojalnymi obywatelami. Ci, którzy buntują się wobec istniejącego porządku społecznego, zawsze są widoczni i jako dewianci – stygmatyzowani. Problem polega na tym, że mimo wiedzy, którą zdobywamy z różnych źródeł każdego dnia, mimo godzin spędzonych w szkole, chociaż umiemy pisać i czytać, a niektórzy nawet wyciągają wnioski i myślą krytycznie – nadal mamy tendencję do upraszczania rzeczywistości. Nie zadajemy sobie trudu, by poznać siebie nawzajem i z góry ferujemy wyroki. Upraszczanie rzeczywistości jest krzywdzące dla wszystkich – i dla tych, którzy mieszkają w Europie od pokoleń, i dla tych, którzy przybyli tutaj niedawno, dla tych, którzy wierzą w Allaha, i dla tych, którzy w nic nie wierzą.

Ludzie lepiej rozumieją siebie, jeśli łączy ich „coś” wspólnego – religia, poglądy, piłka nożna, hobby itp. W lepszym porozumiewaniu się pomaga też podzielanie tych samych stanowisk w kwestiach etycznych. Toteż w społeczeństwach wielokulturowych zaczęto dążyć do nauczania wspólnych wartości, które miałyby być główną płaszczyzną budowania wspólnoty. Wspólne wartości, czyli jakie wartości? Intelektualiści często odpowiadają, że są to: miłość, zdrowie, rodzina, wolność. Zapewne moglibyśmy znaleźć jeszcze kilka powszechnie uznawanych wartości, które nie budziłyby kontrowersji. Spójrzmy, że jest ich niewiele, a na pewno nie tyle, aby mogły one stać się podstawą do instytucjonalnego wychowania moralnego. Zadaniem szkoły jest wychowanie, jednak nie można liczyć na to, że będzie się ono opierało na wartościach podzielanych przez wszystkich aktorów życia społecznego. System edukacji zawsze jest powiązany z określonym systemem wartości oraz nader często bywa uwikłany ideologicznie i politycznie.

Niektórzy obserwatorzy życia społecznego zauważają, że upadł mit wielokulturowej Europy oraz niepotrzebnie zrezygnowano z procesu asymilacji imigrantów (szczególnie w wersji radykalnej). Coraz więcej głosów obwiniających polityków i liderów społecznych za postawy zbyt tolerancyjne, zwłaszcza dla wyznawców islamu. Okazuje się bowiem, że w samym sercu Europy, w biedniejszych dzielnicach „wychowywaliśmy” terrorystów. „Wróg mieszka w naszym domu” – brzmiały nagłówki niektórych prawicowych mediów po atakach w Paryżu. Trzeba zauważyć, że zamachy terrorystyczne ostatnich lat przeprowadzone zostały przez obywateli państw europejskich, którzy się w nich urodzili, wychowali oraz edukowali. Pojawiają się też głosy, że to islam asymiluje Europę, a nie odwrotnie.

Można, a wręcz trzeba spojrzeć na tę kwestię inaczej. Oto bowiem mamy do czynienia z mitem wielokulturowości, gdyż nigdy jego postulaty nie zostały wprowadzone, a cały czas realizowano zawoalowaną wersję asymilacjonizmu. Dlatego też w samym sercu Europy „wychowaliśmy” terrorystów, bowiem jako członkom mniejszości nadano im status obywateli drugiej kategorii, a przeto ich wykluczono. W tym kontekście szkolnictwo poniosło klęskę, bowiem nie potrafiło przekazać wspólnych wartości ani zintegrować przedstawicieli mniejszości ze społeczeństwem. Od samego początku istniał podział – implicite – na „naszych” (Europejczyków) i „obcych” (przyjezdnych). Nie wydaje mi się jednak, że działania w obrębie systemu edukacji nastawione były na osiągnięcie celu odwrotnego niż założony. Prawdopodobnie zawiodły środki prowadzące do integracji i spójności społecznej. Asymilacjonizm opierał się na wyższości Europejczyków, natomiast wielokulturowość – na sztuczności: „rozumiem twoją odmienność, respektuję ją, bo jestem Europejczykiem”. Nie każdemu udało się prowadzić dialog międzykulturowy, wymaga on bowiem posługiwania się tym samym lub podobnym kodem językowym i kulturowym, co – jak pokazują ostatnie wydarzenia w Europie – nie zawsze jest możliwe.

Nie można jednoznacznie stwierdzić, że szkolnictwo zachodnie poniosło klęskę totalną. Istnieją w nim jednak luki wykorzystywane przez fundamentalistów. A może edukacja zachodnia przegrywa, ponieważ jest zachodnia? Ciekawie tę kwestię prezentuje Roger Scruton, pisząc: „Szkolnictwo islamskie może wydać się zacofane, jeśli spojrzymy na nie pod kątem swobody dociekań i rygoru naukowego, lecz z punktu widzenia moralnego i kulturowego ogromnie przewyższa edukację, do której ma dostęp większość młodzieży w zachodnich miastach”1. Szkoła islamska, w odróżnieniu od zachodniej, daje dzieciom gotowe odpowiedzi, nie stawia pytań, nie pozostawia w niepewności. I co najważniejsze, islamski system edukacji opiera się na autorytecie, a zatem na tym, czym zachodnie szkoły wzgardziły. Być może rację ma Roger Scruton, twierdząc, że różnica między Zachodem a całą resztą jest taka, że „społeczeństwami zachodnimi rządzi polityka, a pozostałymi siła”2.

Być może należy przyjąć, a tym samym poprzeć tezę sceptyków wobec wielokulturowości, że nie zawsze możliwe jest pokojowe współistnienie kultur i prowadzenie rozmowy. A przynajmniej nie ze wszystkimi. Czy zatem szukanie wspólnej płaszczyzny do dialogu międzykulturowego jest pozbawione sensu? Nie, wręcz przeciwnie. Trzeba jeszcze intensywniej rozmawiać, poznawać siebie nawzajem, gdyż to zbliża ludzi, niezależnie od tego, w jakiego boga wierzą, z jakiego kraju pochodzą, kogo kochają, a kogo nie lubią. Najgorsza byłaby w tym momencie polityka izolacjonizmu. Z perspektywy edukacji wygląda to następująco – trzeba rozmawiać o bieżących wydarzeniach z młodymi ludźmi. Poznawać ich obawy, rozwiewać je lub znajdować możliwe rozwiązanie dla nękającego ich problemu. Jeśli szkoła i inne instytucje zawiodą, wówczas ludzie odwrócą się w kierunku tych, którzy zrozumieją ich strach i będą go w nich pielęgnować, a jedyną formą rozwiązywania problemów będzie przemoc. Trzeba się jednak liczyć z możliwością poniesienia porażki i z tym, że w każdym społeczeństwie będzie pewien odsetek osób kontestujących rzeczywistość i nastawionych wobec niej buntowniczo, często rozwiązujących problemy tego świata i własne poprzez działania agresywne.

(De)sekularyzacja społeczeństwa vs fundamentalizm religijny

Do niedawna teza o sekularyzacji społeczeństw była bardzo stabilna. W krajach komunistycznych proces sekularyzacji był wzmacniany przez nową ideologię pozbawioną Boga, następowała masowa ateizacja wspierana przez propagandę. Z kolei w społeczeństwach demokratycznych uważano, że religia zniknie, co postrzegano jako coś pozytywnego, nieuniknionego i nieodwracalnego. W konsekwencji kultura zachodnia, w odróżnieniu od dalekowschodniej, oderwała się od swoich sakralnych źródeł. Współczesna Europa, jak pokazują badania, jest najbardziej zsekularyzowanym obszarem w świecie. Dane statystyczne wskazują, że w wielu państwach europejskich ludzie odeszli od tradycyjnego Kościoła, stali się ateistami lub wybrali inne formy duchowości. Niektórzy obserwatorzy życia społecznego, szczególnie ci o poglądach prawicowych, uważają, że Europa staje się bezbronna wobec zagrożeń terrorystycznych, ponieważ w społeczeństwie europejskim nastąpił rozkład wartości moralnych i duchowych. Jeszcze do niedawna Irlandia była państwem typowo katolickim, w którym rozwody, aborcja, antykoncepcja oraz edukacja seksualna w szkole były penalizowane. Dwa lata temu Irlandczycy w większości opowiedzieli się za legalizacją związków jednopłciowych. Ponad połowa Holendrów nie należy do żadnej wspólnoty religijnej, a obecnie toczy się debata nad wprowadzeniem całkowitego zakazu noszenia burek w miejscach publicznych. Wyznawcy islamu stanowią w Holandii mniej więcej 6% społeczeństwa. Z tej perspektywy warto zauważyć, że przyszło im żyć w świecie ateistów, w świecie zupełnie dla nich niezrozumiałym, gdzie religia i religijność są kwestią wyboru, gdzie tożsamość nie jest dana raz na zawsze, a pojęcie stylu życia zostaje zastąpione przez kanon wartości. Wszystko to jest w stanie płynnym i podlega fluktuacjom.

Wiele osób w obliczu poczucia zagrożenia, rozproszenia wartości, braku stabilności będzie poszukiwało fundamentu, korzeni, zapragnie przywrócenia ładu moralnego. I zapewne nie byłoby w tym nic złego, gdyby mieli mądrych i roztropnych wychowawców (czy to w roli rodziców czy pedagogów), odpowiedzialnych mistrzów i przywódców (religijnych, duchowych). Jednak osoby poszukujące stają się doskonałym materiałem dla indoktrynacji i manipulacji. Od kilku lat w krajach zachodnich obserwujemy wzrost fundamentalizmu religijnego. I nie mam na myśli jedynie stereotypowego podejścia do fundamentalizmu religijnego, którego wyrazem jest islam. Myślę raczej o wszystkich odłamach, ruchach, sektach, które z religią nie mają nic wspólnego. Projekt człowieka ponowoczesnego opiera się na kruchych fundamentach braku pewności. I ten oto człowiek, niczym Pascalowska trzcina na wietrze, miotany jest wątpliwościami i dylematami. Istota ta może łatwo dać się uwieść obietnicy stabilności, pewności, życia bez kompromisów i uproszczeń. Tę ofertę daje fundamentalizm. Z tego powodu niezwykle ważna jest edukacja, która do pewnego stopnia, może uchronić przed niebezpiecznym zwrotem ku niemu.

Islamofobia – czy to się leczy?

20 Newsha Tavakolian, Listen (Imaginary CD Covers), 2011Odpowiedzią na nasilenie się postaw fundamentalnych jest zjawisko islamofobii. Jedną z charakterystycznych cech odróżniających świat Zachodu od świata muzułmańskiego jest wiara w rozum oraz wywodząca się z Oświecenia potrzeba wątpienia. Wraz z pojawieniem się dyskursu postmodernistycznego zakwestionowano istnienie jednej, niepodważalnej prawdy, zaczęto afirmować relatywizm, szczególnie kulturowy. Ta postawa jest nie do przyjęcia w świecie muzułmańskim, w którym istnieje jedna jedyna prawda oraz odrzuca się relatywizm. Nic więc dziwnego, że człowiek ponowoczesny, pełen rozterek i wątpliwości, wychowany w poczuciu ryzyka i niestabilności nie będzie rozumiany przez muzułmanów, ale także jemu trudno jest zrozumieć ich stanowczą i bezkompromisową wiarę.

Po 11 września wyznawcy islamu postrzegani są przez ludzi Zachodu jako potencjalni terroryści. Islamofobia jest podsycana przez umiarkowanie i skrajnie prawicowe media, organizacje społeczne i polityczne. Huntingtonowskie „zderzenie cywilizacji” staje się jeszcze bardziej aktualne niż ponad 20 lat temu. Świat jest obecnie podzielony na dwie silne sfery: wolności i demokracji (czyli świat Zachodu) oraz świat „niesprawnych państw” i fanatyzmu religijnego, z ISIS na czele3. Jeśli spojrzymy na państwo przez pryzmat islamu, to zobaczymy, że nie ma żadnej kontynuacji prawa rzymskiego. Jest to niezwykle ważna informacja, bowiem pokazuje, że dialog międzykulturowy, o który się apeluje, jest możliwy między intelektualistami (uczonymi), bowiem na tej płaszczyźnie mogą oni prowadzić dysputę opartą na komparatystyce, nie starając się narzucić swojej wizji świata. W wypadku pozostałych osób dialog ten może być utrudniony, bowiem interlokutorzy osadzeni są w dwóch odmiennych kulturach, których wzajemne zrozumienie może przekraczać ich możliwości poznawcze. Zakłada się, że Europejczycy są tolerancyjni, a przynajmniej bywają, bowiem źródłem ich prawa jest suwerenna władza, a nie bóstwo4. Ponadto tolerancja ta jest pochodną wyznawanego w świecie zachodu relatywizmu.

Trzeba zauważyć, że mamy do czynienia przynajmniej z dwoma przejawami islamofobii w dyskursie publicznym: pierwszy z nich opiera się na założeniu, że nastąpi islamizacja Europy na drodze pokojowej, a mianowicie poprzez zasiedlanie jej imigrantami oraz poprzez konwersję na islam. Drugi z kolei, bardziej radykalny, zakłada, że islamizacja Europy będzie przebiegała w sposób agresywny, głównie na drodze terroru, wojny religijnej, w której to wyznawcy islamu uciekać się będą do coraz bardziej wyrafinowanych metod zastraszania oraz eliminacji Europejczyków.

Islamofobia bierze się z podsycanego przez różne grupy społeczne strachu. Dezintegracja społeczeństwa europejskiego jest na rękę tzw. dżihadystom, a więc odnoszą oni sukces. Zapewne nie tylko im odpowiada podsycanie lęków społecznych związanych ze społecznością muzułmańską. Ludzie, którzy żyją w strachu, usprawiedliwiają działania rządów poszczególnych państw takie jak inwigilacja, wkraczanie w przestrzeń prywatną, a nawet intymną obywateli w celu ochrony przed terroryzmem. Divide et impera też sprawdza się w tym przypadku – jeśli nastąpi dezintegracja, a ludzie będą żyć w strachu przed wspólnym wrogiem, to wówczas partie skrajnie prawicowe, a nawet faszystowskie będą odnosiły sukcesy. Spójrzmy na sukces PEGIDY w Niemczech, Marine Le Pen we Francji, Donalda Trumpa w USA. Strach powoduje, że ludzie dokonują irracjonalnych wyborów, łatwiej nimi sterować i manipulować, a zatem leczenie islamofobii może być z politycznego punktu widzenia nieopłacalne.

Obserwując ostatnie wydarzenia, można odnieść wrażenie, że zostaliśmy „zalani” muzułmanami, a ich odsetek gwałtownie wzrósł. Najwięcej muzułmanów żyje w Niemczech (5,8%) i we Francji (7,5%), co łącznie daje około 10 mln mieszkańców. Obserwuje się stały trend wzrostu liczby muzułmanów w Europie, wzrósł on z 4 proc. w roku 1990 do 6 proc. w roku 2010. Według Pew Reasearch do 2030 r. odsetek wyznawców Allaha będzie wynosił mniej więcej 8% całej populacji europejskiej. Kwestią otwartą pozostaje rozmieszczenie przedstawicieli tej grupy religijnej. Jeśli byłoby ono równomierne, to wówczas odsetek ten pozostaje niewielki – a zatem nie może być mowy o islamizacji Europy. Najbardziej interesującą kwestią jest stosunek Europejczyków wobec muzułmanów. Negatywne postawy prezentują głównie mieszkańcy Europy Wschodniej i Południowej, gdzie odsetek muzułmanów jest marginalny (w Polsce, na Litwie, w Czechach, na Węgrzech – poniżej 0,1 proc.), natomiast w krajach Europy Zachodniej obserwuje się większy odsetek postaw pozytywnych. Najbardziej uprzedzeni do muzułmanów są Węgrzy (72 proc.), Włosi (69 proc., odsetek muzułmanów wynosi tam 3,7 proc.), Polacy (66 proc.), Grecy (65 proc., odsetek muzułmanów – 5,3 proc.). Natomiast w Niemczech i we Francji negatywny stosunek wobec muzułmanów prezentuje 29 proc. mieszkańców, a w Wielkiej Brytanii – 28 proc.

Uchodźcy a sprawa Polska

25 listopada 2016 r. rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar wysłał pismo do komendanta głównego policji Jarosława Szymczyka w sprawie wzrostu liczby przestępstw na tle rasowym. Powołując się na dane statystyczne policji, Bodnar zauważa, że „w okresie od 1 stycznia do końca sierpnia 2016 r. wszczęto 493 postępowania przygotowawcze o przestępstwa z nienawiści, tj. o 41 więcej niż w porównywalnym okresie w roku ubiegłym. Wyraźnie widać przy tym, że gwałtownie rośnie liczba tego typu czynów popełnianych wobec muzułmanów i osób pochodzenia arabskiego: w sprawach, w których pokrzywdzonymi były osoby wyznające islam, wszczęto w tym roku, we wskazanym okresie, aż  116 postępowań przygotowawczych (podczas gdy w ubiegłym roku było ich 50), a w sprawach dotyczących osób pochodzenia arabskiego takich postępowań podjęto 80 (gdy w roku 2015 odnotowano jedynie 14 takich spraw)”. Potwierdzenie tych danych statystycznych przychodzi w kolejnych dniach. W Bydgoszczy zaatakowano studentów z Turcji i Bułgarii, incydent zostaje nagrany i upubliczniony, sprawcy zatrzymani. Wzrost nastrojów antymuzułmańskich obserwuje się nie tylko w Europie, lecz także w Stanach Zjednoczonych. Według danych FBI w roku 2015 roku zanotowano  257 przestępstw na tle wyznaniowym, których ofiarami byli muzułmanie. Oznacza to, że zbliżono się do stanu z roku 2001.

Zupełenie nie mogę zrozumieć tej sytuacji. Analiza wszelkich danych statystycznych wskazuje na sytuację absurdalną. Po pierwsze, w Polsce żyje marginalny odsetek muzułmanów, po drugie, notujemy relatywnie więcej przestępstw niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie wciąż pokutuje potrzeba odwetu za wydarzenia z roku 2001, a liczba wyznawców Allaha jest znacznie, znacznie większa.

Nie rozumiem polskiego fenomenu nienawiści wobec innego. Zawiedli politycy. Zawiedli nauczyciele, pedagodzy i wychowawcy. Zawiedli duchowni. Dziennikarze zresztą też. Poza tym organy i instytucje państwa. Nie można jednak oskarżać wszystkich Polaków o rasizm, tak samo jak nie można twierdzić, że wszyscy muzułmanie to potencjalni terroryści. Na łamach „The Guardian” w marcu 2016 r. ukazał się felieton Remiego Adekoyi, który w połowie lat 90. studiował w Warszawie. Przypomina on, że w tamtym okresie osoba czarnoskóra nie cieszyła się wśród Polaków popularnością. Była ona narażona na różnego rodzaju zaczepki na tle rasowym. W jego opinii sytuacja stopniowo zmieniała się na lepsze wraz z rozwojem gospodarczym i społecznym, a wejście do UE na pewno pomogło pokonać kompleksy oraz lęki i fobie na tle narodowościowym. Jednak Adekoya zwraca uwagę, że działania obecnego rządu zwiastują powrót do nastrojów z lat 90. Innymi słowy – cofamy się. Co więcej autor artykułu twierdzi, że obecna retoryka rządu przypomina tę z lat 30. w Niemczech. Przywołuje on słowa Jarosława Kaczyńskiego o tym, że uchodźcy są nosicielami różnych pasożytów i pierwotniaków. Tego samego, który głosi hasła o potędze Polski. Jest w naszym kraju wiele osób, które marzą o Wielkiej Polsce. Tyle że najczęściej wykrzykują te hasła z zasłoniętymi twarzami i z kijami bejsbolowymi w rękach. Sen o potędze tak się nie spełnia. O wielkości państwa świadczą jego obywatele gotowi do dialogu, bo tylko w ten sposób jesteśmy w stanie przekazać i przekonać kogokolwiek do naszych racji. Państwo, które jest potężne, nie musi się bać pierwotniaków i pasożytów. Państwo, które aspiruje do roli lidera w regionie, jest gotowe do dialogu, otwarte na negocjacje, a jego przedstawiciele są taktowni i wyważeni.

O „Arabach i innych dziwnych talibanach”5 nie będę pisać (nie wiem, kim są „talibany”), tak jak nie ma sensu pisać o pomyśle deportacji nie-Polaków i niechrześcijan. Jednak ci, którzy tak twierdzą, prezentują myśl Polski prowincjonalnej, a nie Polski przywódczej i silnej.

Mogło być o wiecznym pokoju, a wyszło o wiecznym konflikcie z religią w tle. Na zakończenie ku radości tych, którzy marzą o Wielkiej Polsce, zacytuję Zygmunta Baumana: „Ja za utopiami nie tęsknię. Dla mnie dobre społeczeństwo to takie, które wie, że nie jest dość dobre. Więcej mi nie potrzeba. Potrzebne są wizje rysujące odpowiedź na proste pytanie, jakie społeczeństwo mogłoby być lepsze. Natomiast utopie zawsze ginęły w detalu, popadając w dogmatyzm, a stąd już krok do totalitaryzmu. […] Wyobrażano sobie dobre społeczeństwo jako twór skończony, dookreślony w najmniejszym detalu, doskonały. Taki, w którym niczego nie trzeba już zmieniać i każda zmiana musi być zmianą na gorsze. Ostatecznym szczęściem miał być bezruch i monotonne samoodtwarzanie”6.

Bibliografia:

Gellner E., Postmodernizm, rozum, religia, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1997.

Mariański J., Religia w społeczeństwie ponowczesnymON Impuls, Kraków 2010.

Scruton R., Zachód i cała reszta, Wydawnictwo Zysk i s-ka, Poznań 2003.

1  R. Scruton, Zachód i cała reszta, Wydawnictwo Zysk i s-ka, Poznań 2003.

2  Tamże.

3  Tamże.

4  Tamże.

5  Nawiązuje do (nie)słynnej wypowiedzi wiceministra Pawła Brzezickiego.

6  J. Żakowski, Świat po pigułce, rozmowa z prof. Zygmuntem Baumanem, „Polityka”, 22 grudnia 2010.

Czytaj również
O autorze
*
DariaHejwosz-Gromkowska
Doktor nauk humanistycznych, adiunkt na Wydziale Studiów Edukacyjnych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.