W realiach s(PiS)toszenia

Drukuj

Liberté! Numer XXII

Rząd realizuje politykę siedmiu kroków do antyliberalizmu, a opozycja tkwi w miejscu. Najwyższy czas wykonać ruch – najlepiej ruch oporu.

Minęło prawie półtora roku, odkąd napisałem tekst pt. „Moralność, większość, s(PiS)toszenie” (opublikowany w XIX numerze „Liberté!”). W tamtym artykule, wychodząc od analizy najbardziej współczesnych koncepcji katolickiego państwa wyznaniowego, przestrzegałem przed procesami, którym nadałem zbiorczą nazwę „sPiStoszenie”, a które uznałem za prawdopodobne w wypadku przejęcie władzy w Polsce przez Prawo i Sprawiedliwość.

Pisałem o:

wprzężeniu kultury w krzewienie przez państwowe instytucje ideologii partii rządzącej wraz z preferowanym przez nią światem wartości (w znacznej mierze bezpośrednio wynikających z wierzeń religijnych) oraz ustanowieniem „jedynie słusznej” narracji o historii kraju. Ważnym elementem tego zjawiska byłaby polityka finansowania wyłącznie projektów służących propagandzie stanowisk ideologicznych PiS-u;

przejmowaniu przestrzeni publicznej przez treści i symbole wzmacniające „oficjalną” narrację i spychaniu na margines, do przestrzeni prywatnej i rzadko uczęszczanej, treści z tą narracją sprzecznych lub nawet tylko ją kwestionujących;

przejęciu całkowitej kontroli nad mediami publicznymi;

zmianach prawnych zakotwiczających ultrakonserwatywny projekt oraz manipulacji przepisami prawa tak, aby ignorować wynikające zeń władzy ograniczenia;

nawiązaniu bliskiego sojuszu z Kościołem katolickim i już niezawoalowanym uprzywilejowywaniu go w zamian za trwanie przez jego hierarchię w pozycji dyspozycyjnych tub propagandowych partii rządzącej;

wytworzeniu atmosfery co najmniej przyzwolenia dla ekscesów grup skrajnie prawicowych i o cynicznym wykorzystywaniu ich w celu pozaprawnego nękania liberalnych i lewicowych krytyków systemu władzy PiS-u.

Zaledwie kilka tygodni po przejęciu przez PiS wszystkich urzędów władzy ustawodawczej i wykonawczej w Polsce widzimy realizację lub przygotowania do realizacji wszystkich sześciu punktów prognozowanego przeze mnie sPiStoszenia w polskim życiu publicznym. Dochodzi do tego punkt siódmy, w tej skali przeze mnie nieantycypowany, polegający na obejściu faktu nieuzyskania kwalifikowanej większości do zmiany Konstytucji poprzez jej faktyczne zawieszenie dzięki unieszkodliwieniu Trybunału Konstytucyjnego. Już wstępna analiza działań nowej partii władzy i padające z ust jej funkcjonariuszy zapowiedzi dalszych kroków nie pozostawiają wątpliwości, że okres 2015–2019 ze wszystkimi, w dniu dzisiejszym jeszcze trudnymi do oszacowania, konsekwencjami prawnymi i społecznymi będzie stanowić wielkie wyzwanie dla liberalnych ośrodków w polskiej polityce, debacie publicznej i organizacjach pozarządowych. Rządy monopartii PiS-u są bowiem precyzyjnie skrojonym, przemyślanym i kompleksowym atakiem na liberalizm we wszystkich jego przejawach i obszarach znaczeniowych.

To nie jest kraj dla liberałów

W tym momencie najbardziej czytelny jest atak na liberalizm polityczno-ustrojowy. W tym obszarze znaczeniowym liberalizm postuluje ograniczenia dla władzy demokratycznej większości parlamentarnej, tak aby uchronić przed naruszeniami prawa pozostałych obywateli. Na tych założeniach osadzona jest koncepcja demokracji liberalnej, państwa prawnego, konstytucjonalizmu, podziału i wzajemnej kontroli władz, rozproszenia kompetencji władczych oraz mechanizmów generowania pomiędzy ośrodkami władzy swoistej „konkurencji” redukującej ich omnipotencję i modyfikującej nieco układ sił władza–obywatel na korzyść tego ostatniego, a więc strony słabszej. PiS jest partią zorientowaną na agresywne zwalczanie wszystkich mechanizmów ograniczania jego władzy. Działania partii zdradzają zasadniczy cel: uzyskanie dyspozycyjności prawa, czyli możliwości dowolnego stosowania lub niestosowania go, w zależności od sytuacyjnej preferencji decydentów tego systemu władzy. Oznacza to naturalnie ustanowienie systemu demokracji nieliberalnej (zwanej niekiedy republikańską, ale oznaczającej po prostu nieograniczoną władzę większości parlamentarnej i jej gabinetu), arbitralnej i dowolnej władzy ludzi w miejsce rządów bezosobowego prawa, wyniesienie uchwał i dekretów (a także być może plebiscytowych wyrażeń „woli” sterowanego przez władzę „ludu”) ponad Konstytucję, jednolitą władzę faktycznie skumulowaną w rękach jednego przywódcy obozu władzy, całkowity brak kontroli poczynań władzy (z wyjątkiem bezwartościowej dla obywatela kontroli przez przywódcę i jego przybocznych) oraz działanie organów władzy zgodnie z filozofią „jednej pięści”, wobec której obywatel jest pozbawiony jakichkolwiek szans obrony czy domagania się swoich teoretycznie gwarantowanych praw.

Działania większości sejmowej i prezydenta w odniesieniu do obsady Trybunału Konstytucyjnego, w tym nielegalna odmowa zaprzysiężenia prawidłowo wybranych sędziów, zignorowanie postanowienia TK o zabezpieczeniu postępowania i procedowanie jawnie nielegalnego wyboru „sędziów” własnych, odmowa wykonania wyroku TK, podważanie pozycji ustrojowej TK i jego prawa do orzekania w sprawie dotyczącej go jako instytucji – wszystkie one stanowią bezpośredni atak na fundament i bezpieczniki demokracji liberalnej i są podejmowane w celu faktycznego zrzucenia z partii władzy wszelkich ograniczeń prawnych. Otwarte zignorowanie wykazania nielegalności własnych działań jest przy tym ważnym dla partii władzy rubikonem. Już jednokrotne zignorowanie prawa ułatwia kopiowanie tej postawy w kolejnych kwestiach, zwłaszcza że będą one zapewne ustrojowo mniej donośne (ale za to na przykład bardziej uderzające w interesy lub wolność wyboru stylu życia przez grupy obywateli).

Atak na fundamenty liberalizmu polityczno-ustrojowego ma jeszcze drugi aspekt. To zamazywanie niezależności władzy sądowniczej i aspirowanie do przejęcia przez aparat partii władzy nie tylko nadzorczych uprawnień nad władzą sądowniczą. Przejawami tej filozofii są: tzw. ułaskawienie Mariusza Kamińskiego, które w rzeczywistości usiłowało być przerwaniem toku postępowania sądowego, pozbawienia sądu drugiej instancji prerogatywy wydania w tej sprawie jakiegokolwiek wyroku i stanowiło uzurpację prezydenta do przejmowania prerogatyw trzeciej władzy (było ponadto koślawą konstrukcją, w której przedwczesne zakończenie postępowania usiłowało być równocześnie prewencyjnym zwolnieniem z odbywania ewentualnej kary, ale także zablokowaniem prawomocnego stwierdzenia winy delikwenta); zakusy wprowadzenia „ludowego” elementu do orzekania wyroków sądowych, nadania funkcjonariuszom partii (Prezydentowi, ministrom lub „sędziom ludowym” z partyjnej nominacji) uprawnień do kasowania lub rewidowania wyroków (mechanizmy te mogą służyć zarówno ustanowieniu bezkarności funkcjonariuszy partii władzy, jak i być narzędziem wymuszania objęcia działaczy partii opozycyjnych lub krytyków władzy karami np. pozbawienia wolności); połączenie stanowiska prokuratora generalnego z (upartyjnionym) ministrem sprawiedliwości, czyli zdobycie przez partię władzy kontroli nad wszczynaniem i przebiegiem dochodzeń prokuratury. Te narzędzia nadają się do bezpośredniego stosowania, jeśli chodzi o wcielanie w życie arbitralnych posunięć sankcjonujących działalność konkretnych ludzi, mogą od pewnego momentu (pierwsze aresztowania i procesy pokazowe) odgrywać rolę „mrożącą” dla działalności opozycyjnej i ułatwiać partii władzy zachowanie większości sejmowej w kolejnych wyborach.

Przedmiotem ataku rządów PiS-u będą także dwa pozostałe kluczowe obszary znaczeniowe liberalizmu, a więc społeczno-obyczajowy i ekonomiczny. W wypadku pierwszego z nich sytuacja jest oczywista. PiS jest zdeklarowaną partią antyliberalną, a mając większość w parlamencie, może bez przeszkód dokonać zmian w prawie, które będą ograniczać wolność indywidualną obywateli i zmuszać ich do życia w sposób zgodny z naukami Kościoła katolickiego. Już pierwsze tygodnie sPiStoszenia były bogate w deklaracje i konkretne działania tego rodzaju: zawieszenie finansowania programu in vitro od połowy 2016 r. (przed ustawą zakazującą tej metody objawowego leczenia bezpłodności PiS – jak się wydaje – na razie jest powstrzymywany przez bardzo wysokie poparcie społeczeństwa dla jej stosowania), kompleksowy atak na projekty kulturalne, których narracja stoi w takim czy innym konflikcie ze światem wartości narodowo-katolickich (przegląd programów teatrów, nieufność wobec sztuki współczesnej, ordynarna próba zastosowania cenzury prewencyjnej wobec wrocławskiej sztuki „Śmierć i dziewczyna”, zapowiedzi ustanowienia ideologicznego kryterium jako kluczowego w procesie podejmowania decyzji o finansowaniu projektów ze środków publicznych), wprzężenie szkół w projekt ciosania „PiS-owskiego społeczeństwa” w związku z planowanym całkowitym przeoraniem podstawy programowej, usiłowanie ustanowienia zakazu prowadzenia w szkołach dobrowolnych zajęć z edukacji seksualnej przez podmioty i inicjatywy obywatelskie czy prywatne, dalsze pogłębianie wszechobecności treści katolickich w szkołach, noszącej znamiona wymuszenia uczestnictwa uczniów w tego rodzaju praktykach (także m.in. poprzez surowe napiętnowanie i uczynienie mitręgi z decyzji odmownych); inicjatywa zakazu sprzedaży w Polsce pigułek antykoncepcyjnych stosowanych po stosunku seksualnym (nawet tych dopuszczonych w katolickich szpitalach w Niemczech przez tamtejszy episkopat); nawrót martyrologicznej polityki historycznej; wyniesienie rocznicy chrztu Polski do rangi najważniejszego wydarzenia kulturalnego roku (gdy Wrocław będzie Europejską Stolicą Kultury).

Polityki antyliberalnej musimy się spodziewać także w dziedzinie gospodarki. PiS zapewne podejmie próbę, przynajmniej częściowej, realizacji swojego niezwykle kosztownego programu nowych świadczeń socjalnych bez oglądania się na stan finansów państwa, które będzie się znów bardziej zadłużać. Całkowity brak atencji dla problemu długu publicznego ujawnia także zamiar obniżenia wieku emerytalnego przy równoczesnym podniesieniu wieku szkolnego (obie decyzje wpłyną niekorzystnie na relację liczby osób pracujących i odprowadzających składki do liczby emerytów) przy braku jakichkolwiek realnych planów zorientowanych na łagodzenie kryzysu demograficznego (badania wskazują skrajną nieskuteczność świadczeń pieniężnych, takich jak „500 zł na dziecko”, a na dużą skuteczność upowszechniania taniej lub darmowej opieki żłobkowej i przedszkolnej – tymczasem podniesienie wieku szkolnego radykalnie zmniejszy szanse rodziców trzylatków na zdobycie miejsca w przedszkolu). Partia władzy planuje obsadzić Radę Polityki Pieniężnej „gołębiami”, przez co wzrośnie ryzyko powrotu inflacji. Należy się spodziewać czterech straconych lat, jeśli chodzi o problem deficytowego górnictwa. Już pierwsze tygodnie pokazują wzrost obaw o przyszłość bezpieczeństwa inwestycji w Polsce, a więc następuje spadek atrakcyjności Polski dla inwestorów, co jest pokłosiem politycznych niepokojów. Przedsiębiorców czekają częstsze i bardziej dolegliwe kontrole, planowane są podatki karne, nie planuje się zaś upraszczania przepisów podatkowych. W następstwie wprowadzenia podatku od sklepów wielkopowierzchniowych wzrosną ceny żywności, podatek bankowy od aktywów spowoduje zaś spadek oprocentowania lokat.

Misja: kryptonim LB

Nie ma żadnych złudzeń co do planów partii władzy i antyliberalnego charakteru sPiStoszenia. Jest jasne, że środowiska liberalne muszą zareagować. Niech trwa nieustanny monitoring wykroczeń obecnej władzy, tak aby żaden ważny szczegół nie umknął uwadze, gdy PiS władzę straci i pojawi się możliwość realizacji liberalnego backlashu.

Przede wszystkim istotne jest, aby w środowiskach opozycji liberalnej (centrowej, centrolewicowej i centroprawicowej) ugruntowało się przekonanie o konieczności przeprowadzenia owego backlashu. Tego zabrakło w 2007 r. Wówczas Donald Tusk preferował strategię obniżenia temperatury sporu politycznego, kalkulował (na krótką metę słusznie), że rezygnacja z rozliczeń czy z realizacji ambitniejszej agendy zmian prawnych zyska aplauz zmęczonej pełną jazgotu dwulatką rządów PiS-u i spowoduje wzrost sympatii społecznych dla koalicji PO–PSL. Niestety, ta strategia okazała się błędna w dłuższej perspektywie, a skutki tamtych zaniechań Polska będzie odczuwać najprawdopodobniej do roku 2019. Skupienie się na technokratycznym administrowaniu niekontrowersyjnymi sprawami (takimi jak budowa mostów, basenów, boisk czy autostrad) nie jest bowiem skutecznym narzędziem walki politycznej z przeciwnikiem takim jak PiS, z przeciwnikiem gotowym ze swojej strony zanegować cały ustrój państwa w dwa tygodnie i przypuścić bezpardonowy atak na ważne dla wielu obywateli wolnościowe wartości w kilka miesięcy. Z takim przeciwnikiem trzeba walczyć adekwatnymi środkami. W przeciwnym razie wśród obserwatorów powstaje wrażenie, że racja w sporze ideowym leży po stronie tych, którzy głośno o swoich wartościach mówią, a przecież nie po stronie tych, którzy o nich wręcz wstydliwie milczą. Trzeba podjąć rękawicę w boju o idee i wartości. Liberalizm absolutnie nie ma powodu, aby się czegokolwiek wstydzić. Podobnie jak w innych krajach, gdzie trwa tak ożywiony spór (jak w USA), powinien uświadamiać obywatelom na bardzo konkretnych przykładach, dlaczego wolność jest lepsza od paternalizmu, a gwarancje praw – od bycia na łasce i niełasce rządzących.

Istotny jest też problem ustanowienia swoistych benchmarków w debacie publicznej i ustawodawstwie. Nie bez powodu w Europie niektóre państwa uchodzą za bardziej socjaldemokratyczne, a inne za mniej. W tych pierwszych także centroprawica jest bliższa poglądom socjaldemokratycznym niż gdzie indziej, a w tych drugich to socjaldemokracja jest mniej lewicowa niż przeciętnie. Pewne zwycięstwa w debacie o ideach mają bowiem charakter historyczny i oddziałują niesłychanie długo na kulturę polityczną kraju i zagregowaną opinię publiczną. O to właśnie PiS-owi chodzi – aby odnieść taki historyczny triumf i uczynić z Polski na wiele dekad jedno z najbardziej konserwatywnych państw w Europie, upodobnić nas do reszty Grupy Wyszehradzkiej. Na tym polu prawica odnotowała w ostatnich 10 latach znaczące sukcesy. Temu trzeba przeciwdziałać, ale PO Tuska tej debaty nigdy nie podjęła. Z miejsca rzuciła ręcznik i skupiła się na infrastrukturze ramowej. W efekcie benchmarki w debacie i w prawie niemalże przez osiem lat wcale nie zostały przesunięte w kierunku bardziej liberalnym. Unaocznia to nie tylko brak liberalnych reform społecznych (poza in vitro uchwalonym rzutem na taśmę i to w sposób skandalicznie dyskryminujący kobiety samotne), lecz także np. profil ideowy przeciętnego sędziego TK wybranego do tej instytucji przez PO–PSL, a więc sędziego konserwatywnego, przy każdej okazji wynoszącego przesłanki i wartości religijne powyżej innych. Również wybór prof. Lipowicz na Rzecznika Praw Obywatelskich można ocenić bardzo podobnie.

Tymczasem PiS nie marnuje czasu i gwałtownie usiłuje przesunąć benchmarki w kierunku konserwatywnym, tak aby przedmiotem dyskusji nie była kwestia „religia w szkole czy poza szkołą”, ale raczej „religia w szkole dobrowolna czy obowiązkowa”. Tak aby przedmiotem debaty nie była kwestia przyznania związkom partnerskim pewnego katalogu uprawnień, lecz raczej konstytucyjnego zakazu związków partnerskich. Tak aby przedmiotem debaty nie była kwestia „zasiłek na dziecko czy niższe podatki”, ale raczej „zasiłek na dziecko czy darmowe leki dla osób 60+”. I tak dalej. Jeśli po 2019 r. władzę w kraju ponownie przejmie ekipa nominalnie liberalna (albo częściowo liberalna) i ponowi filozofię „ciepłej wody w kranie”, to niewykluczony jest trzeci okres władzy PiS-u w latach dwudziestych XXI w., który rozstrzygnie spór o ideowe benchmarki w Polsce na rzecz konserwatyzmu.

Dlatego potrzeba nam odważnej władzy liberalnej po 2019 r., potrzeba liberalnego backlashu i przesunięcia benchmarków w kierunku idei wolności indywidualnej. Na pewno w zakresie liberalizmu polityczno-ustrojowego, gdzie pełnoprawna demokracja liberalna stojąca na straży wolności obywatela musi zostać odbudowana. Niechęć wywołaną dusznymi latami rządów PiS-u będzie trzeba wykorzystać do wprowadzenia zmian prawnych w zakresie liberalizmu społeczno-obyczajowego. Rzetelne badania socjologiczne, być może, potwierdzą nieprzerwany wzrost poparcia dla upodabniania się Polski w tym zakresie do państw Europy Zachodniej. Tamtejsze standardy winny w końcu dotrzeć nad Wisłę. Trzeba będzie także przywrócić racjonalne gospodarowanie groszem publicznym, na nowo odbudować wiarę małych i średnich przedsiębiorców w to, że państwo polskie nie jest z natury ich wrogiem. Ale w wypadku liberalizmu ekonomicznego trzeba będzie też uwzględnić zmiany oczekiwań Polaków, tak aby nie paść łatwo ofiarą populistycznej opozycji socjalnej, która pod maską tych przyjemnych postulatów znów może skrywać atak na wszystkie aspekty wolności. Innymi słowy: radykalizm w przywracaniu ustroju liberalnej demokracji (w tym rozliczenia ludzi obecnej władzy, którzy okażą się winni łamania prawa), odwaga w przekuwaniu liberalizacji światopoglądowej społeczeństwa na konkretne przepisy prawne oraz ostrożność i otwarcie na dyskusje oraz kompromisy w realizacji liberalnego programu gospodarczego winny stanowić oś nowej polityki po kolejnych wyborach.

Obecny kształt sceny politycznej jest daleki od tego, w którym liberalne postulaty mogłyby liczyć na realizację i ochronę przed zakusami ich ponownego unieważnienia. Najbliższe trzy i pół roku musi być okresem ciężkiej pracy nad budową fundamentów, solidnego poparcia dla opozycji, którego nie będzie można w ciągu 4 tygodni kampanii podmyć memem, pyskówką na marginesie spotkania z wyborcami, prymitywnym ‚hejtem’ w Sieci, czy zdarzeniem spreparowanym przez usłużną prokuraturę czy PiS-owskie służby. To czas najwyższej próby dla polskich liberałów, którzy powinni być otwarci na współpracę ze wszystkimi innymi krytykami obecnej partii władzy. Ale cel winien być jasny. Odsunięcie tej władzy i likwidacja zrębów jej państwa. Oby już wtedy raz na zawsze.

Czytaj również
O autorze
*
PiotrBeniuszys
Politolog i socjolog, kościerzanin z urodzenia, obecnie mieszkaniec Gdańska. Członek zespołu redakcyjnego i autor licznych publikacji w „Liberté!".
@ piotr_beniuszys