Wartości liberalne? Tak, ale pod innym sztandarem

Drukuj

Jeżeli dziś jeszcze potrzebujemy do czegoś liberalizmu, to tylko jako idei politycznej, a nie myśli ekonomicznej.

To prawda, że w życiu społecznym za często operujemy łatkami w rodzaju rozmaitych „lewaków”, „konserw” czy „neoliberałów”. Zbyt często okazują się to wygodne pałki na przeciwników – niemające wiele wspólnego z porządną analizą czy po prostu z rzeczywistością. Ich nadużywanie sprawia również, że do jednego worka wrzucamy ludzi o najróżniejszych poglądach.

Ale nie ma się co na to obrażać. Również na tym polega polityka: na organizowaniu się pod określonymi sztandarami w celu osiągnięcia konkretnych celów czy wcielania w życie ogólnych wartości.

Dlatego też, gdy usłyszałem pytanie: „jakiego liberalizmu byłbym gotów bronić”, w pierwszej chwili publicystycznego zapału chciałem odpowiedzieć: żadnego! Ale, po pierwsze, nie jest to cała prawda. A po drugie, skoro pytanie jest zadane przewrotnie, to i przewrotnie można na nie odpowiedzieć – zawsze zbyt skrótowo i jedynie szkicując kierunki myślenia.

Jarosław Makowski w swoim otwierającym cykl „Liberté!” tekście nakreśla portret idealnego liberała: skromnego, zdolnego do dialogu i kompromisów, pracującego nad zaufaniem, dbającego o zapewnienie ludziom wolności i szczęścia. Każdą z tych cech opisuje w taki sposób, że z jednej strony chciałoby się zawsze coś dodać, uzupełnić, wdać w polemikę nad szczegółami. Z drugiej jednak – rzeczywiście to takiego liberała chciałoby się mieć jako interlokutora czy oponenta, nawet jeśli nie mielibyśmy się z nim zgodzić.

Tyle tylko, że takich liberałów w Polsce widzę nad wyraz mało – a jeśli już, to głównie wśród publicystów, a nie polityków. Póki co jednak obracamy się w sferze modeli idealnych – w związku z tym można tę okoliczność pominąć. (Choć – co warto na marginesie dodać – nie należy jej także lekceważyć, jeśli – jak chciałby Makowski – jego projekt miałby się stać receptą na to, co po PiS-ie).

Wielu liberałów lubi używać formuły państwa-minimum (na ogół mającego dla obywatela twarz szpitala-minimum czy szkoły-minimum, ale może darujmy sobie złośliwości). Dlatego nie przez przypadek liberalizm, jakiego byłbym gotów bronić, nazwałbym właśnie „liberalizmem-minimum”.

Co pod tym dziwacznym pojęciem rozumiem? Otóż – myślę, że jeżeli potrzebujemy do czegoś dziś liberalizmu, to tylko jako idei politycznej, a nie myśli ekonomicznej.

Potrzeba nam wciąż dbałości o prawa jednostki, wolność słowa, demokratyczne państwo prawa, prawa mniejszości, pewien rozsądny liberalizm obyczajowy, niezależne media – i tak dalej. Czy jednak potrzebny jest nam do tego liberalizm jako koncept – nie jestem wcale przekonany.

Wszystkie trzy hasła z triady Wolność – Równość – Braterstwo można rozumieć w najróżniejszy sposób i nie trzeba ich wyrażać w języku liberałów. Co więcej, ograniczanie ich zakresu – na przykład poprzez kładzenie nacisku na równość szans i praw w opozycji do rzeczywistej równości, czy położenie akcentu na realizację braterstwa poprzez oddolne działania indywidualne i społeczne, a nie narzędzia systemowej redystrybucji – osłabia ich wydźwięk.

Równocześnie jestem coraz mocniej przekonany, że zaczyna się – jeśli nie trwa – zmierzch liberalizmu jako myśli ekonomicznej (być może jest to trwały trend, być może jedynie punkt na sinusoidzie). Potrzebujemy dziś innej doktryny gospodarczej, w której jeśli cokolwiek będzie bezwzględnie „święte”, to nie prawo własności, ale ludzka godność. Nie osiągniemy tego bez dogłębnego przeobrażenia stosunków gospodarczych – również stosunków własności i wpływów – zarówno w skali globu, jak i poszczególnych krajów.

Ostatecznie więc jestem gotów bronić liberalizmu jako gwaranta praw i wolności, zwłaszcza grup dyskryminowanych, czy jako idei głoszącej ich większą emancypację. Równocześnie nie potrafię w języku liberalizmu opowiedzieć o potrzebie emancypacji najbardziej bodaj dyskryminowanej grupy – czyli olbrzymiej liczby ludzi żyjących na świecie w upadlającej nędzy.

Przede wszystkim nie umiem jednak w języku liberalizmu ekonomicznego zaproponować skutecznej drogi realnego urzeczywistnienia się ich wyzwolenia. Nic dziwnego – to przecież właśnie kapitalizm w niemałym stopniu jest źródłem ich niewoli.

W efekcie – miast bronić liberalizmu – wolałbym (przyznam się do tego niecnego konceptu) przejąć jego niezwykle cenne i piękne elementy po to, by pójść dalej – ale już pod innym sztandarem. Wartości liberalne byłyby wtedy dla mnie tylko i aż bezpiecznikiem, by nie osunąć się w miękki lub twardy autorytaryzm dowolnego koloru. Nie byłyby jednak same w sobie wyznacznikiem kierunku – dziś potrzebujemy zupełnie innego drogowskazu.

Ignacy Dudkiewicz – dziennikarz, publicysta, działacz społeczny, członek redakcji magazynu „Kontakt”. Fot. Z. Dudkiewicz.

Od redakcji: Powyższy tekst jest kolejnym z cyklu pt. „Jakiego liberalizmu jestem w stanie bronić”. Cykl powstał z okazji 9. urodzin „Liberté”. Czytaj także: Jarosław Makowski, Liberalizm i sens życia.

Czytaj również
O autorze
*
IgnacyDudkiewicz
dziennikarz, publicysta, członek redakcji magazynu „Kontakt”