Wielokulturowość i jej wrogowie

Drukuj

Jakich imigrantów potrzebujemy? A może jakiej Polski potrzebują imigranci?

Obecny kryzys migracyjny to jeden z najpoważniejszych egzaminów współczesnej Europy. Chociaż na razie większość uchodźców omija nasz kraj, a to Grecy i Włosi, nie Polacy, zbierają martwych uchodźców ze swoich plaż, w tym kryzysie Polska nie jest pasywnym obserwatorem, ale jego uczestnikiem. Na razie uczestnikiem niechętnym, ale prędzej czy później, większe liczby migrantów a wraz z nimi wielokulturowość do nas zawitają. I to z najmniej oczekiwanej strony.

Dyskusje na temat migracji w powojennej Europie to nic nowego – od dekad polityka migracyjna i integracyjna w krajach UE to stały element krajobrazu politycznego. Mimo ogromnej powagi obecnego kryzysu, europejskie dylematy obracają się nie wokół tego ‘czy’ uchodźców przyjąć, tylko ilu, na jakich zasadach i w jaki sposób to zrobić. W Polsce jednak wektor tych debat dokonał dość radykalnego skrętu, a ton delikatnej niechęci, jaki reprezentował rząd PO, zajęła otwarta wrogość i spór wokół samych fundamentów Europy, które wedle polskiej prawicy są zagrożone przez tandem lewicowo-liberalnej politycznej poprawności i napływu setek tysięcy uchodźców. Sam sens ich przyjmowania jest podważany, czego najlepszym dowodem jest propozycja referendum lansowana przez Pawła Kukiza. Odrzucenie dokonuje sie też poprzez język w którym prawicowo-narodowi publicyści odmawiają uchodźcom statusu ofiary wojny, nazywając ‘nachodźcą’ (Witold Gadomski), czy ‘najeźdcą’ (Wojciech Cejrowski, Rafał Ziemkiewicz, profesor Wolniewicz, Rafał Winnicki itd). Jednak największym wrogiem polskiej prawicy wydaje się wielokulturowość. W słynnej wypowiedzi szefa dyplomacji Witolda Waszczykowskiego, w którym wspomniał o ścieżkach rowerowych i wegetarianizmie jako, w jakiś jemu wiadomy sposób, niekompatybilnych z wartościami ‘tradycyjnej’ polskiej kultury, znalazła się też o wiele bardziej istotna opinia dotycząca konsekwencji migracji – wielokulturowości, owej złowrogo brzmiącej „nowej mieszanki kultur i ras”. Tejże mieszance, w rozumieniu ministra, należy się przeciwstawić i to ona jest sprzeczna z polskimi wartościami. Według opinii przeróżnych prawicowych publicystów i ideologów, wyglada to na jeden z fundamentów współczesnego polskiego nacjonalizmu i konserwatyzmu – przekonanie, iż obecna homogeniczność, w sensie religijnym czy etnicznym, jest wartością daną i naturalną, jest jednak obecnie zagrożona, więc należy jej bronić.

Kiedyś było dobrze, więc teraz może być źle?

Jest sporo problemów z taką wizją. Jest problem logiczno-historyczny, dotyczący tak lubianej przez polską prawicę tolerancji przedrozbiorowej, która w jakiś tajemniczy, magiczny sposób daje Polakom dzisiaj moralne prawo do odrzucania z góry mniej wygodnych dyskusji, dajmy na to, o polskim antysemityzmie (na zasadzie, że nikt nie ma prawa mówić o tym, co się działo w latach 30-tych XX wieku, bo przecież w wieku XVII byliśmy tacy tolerancyjni). Bo skoro wielokulturowość historyczna jest czymś, z czego mamy być dumni, to co powiedzieć o dzisiejszej homogeniczności? To ciekawe zagadnienie, bo wskazujące, że obecny stan rzeczy nawet przez prawicę nie jest traktowany jako naturalny, skoro epatowanie wielowiekową tradycją tolerancji przypomina, że w perspektywie długiego trwania obecna homogeniczność to krótki, tymczasowy epizod. Drugi problem wynika z ahistorcznego i asocjologicznego postawienia sprawy, traktując wielokulturowość, czyli spotkanie, integrację, mieszanie się kultur, jako coś prowadzącego do nieuchronnych konfliktów. U założeń takiego myślenia tkwi nacjonalistyczne i utopijnie kolektywistyczne przekonanie o migracji, a w konsekwencji wielokulturowości, jako formie społecznej patologii i zaburzeniu naturalnego porządku. W idealnym świecie, jaki konstruuje takie myślenie, społeczeństwa winny być statyczne, niemobilne, a jednocześnie kulturowo jednolite, a wszelcy ‘obcy’ powinni się szybko asymilować, czyli w praktyce zniknąć. Ze strony społeczeństwa, z którego od stuleci wyjeżdżały miliony ludzi, które ma ogromną diasporę na całym świecie, a które w swojej tysiącletniej historii jest religijnie, kulturowo i językowo względnie homogeniczne od bardzo niedawna, brzmi to nie tylko dziwnie, ale i fałszywie. W myśleniu polskiej prawicy podobieństwo kulturowe nie generuje konfliktów, zaś społeczeństwo wielokulturowe jest na nie skazane.

Obawiam się, że obie tezy są nie do obrony. Historycznie społeczeństwa homogenicznie to wyjątek, nie reguła, a jeśli już występowały, to wcale nie były wolne od konfliktów. Współczesne społeczeństwa europejskie były zawsze heterogeniczne, zwłaszcza w przypadku miast, których warunkiem ich istnienia były właśnie migracje. Czy z góry oznacza to konflikt? Bynajmniej. Piszę to z perspektywy Londynu, który w oczach wielu polskich publicystów traktowany jest jako przykład kompromitacji wielokulturowości. A jednak, zważywszy, iż w Londynie mieszka ponad 300 grup językowych, ponad 50 grup etnicznych liczących powyżej 10 tysięcy osób, a 40% populacji (w niektórych dzielnicach dochodzi do 60%) to ludzie urodzeni poza Wielką Brytanią, konflikty na tle etnicznym czy kulturowym to tutaj wyjątek, a cały ten 10-milionowy tygiel jakoś społecznie działa. Nie oznacza to braku tarć, spięć i problemów, ale w ujęciu całościowym, wielokulturowość nie jest powodem braku spójności społecznej. Są nim w większym stopniu nierówności klasowe, bieda czy segregacja, ale nie sam fakt zamieszkiwania w jednym mieście dziesiątek różnych grup etnicznych, religijnych czy kulturowych. Antropologowie badający relacje międzykulturowe wskazują, że na poziomie bezpośrednich, codziennych interakcji, ludzie w miarę szybko przyzwyczajają się do wielokulturowej mozaiki, ucząc się sposobów radzenia sobie z nią. Generalnie testowana na wszelkie sposoby hipoteza ‘kontaktu’ wskazuje, że w wieloetnicznych społecznościach rośnie prawdopodobieństwo bezpośredniej interakcji między ludźmi – nawet przelotnej, powierzchownej – a tym samym redefinicji ulegają stereotypy i negatywne uprzedzenia. Dlatego problemem nie są zróżnicowane społeczności lokalne, ale przestrzenna segregacja ludzi. W Londynie jedną z takich przestrzeni społecznych, na żywo testujących tę hipotezę, jest szkoła.

I rzeczywiście, to działa. W klasach moich dzieci – 14-letniego Mateusza i 10-letniej Matyldy – ponad połowa dzieci ma przynajmniej jednego rodzica urodzonego poza Wielką Brytanią i w domu mówi językiem innym niż angielski. To, że ludzie z czterech stron świata, o wszelkich odcieniach skóry i niemal każdej religii, są w stanie porozumieć się ponad różnicami, jest dla nich tak naturalne jak to, że w Anglii często pada deszcz. Wychowanie szkolne w tym kraju kładzie silny akcent na to, czego ludzie doświadczają na co dzień – że zróżnicowanie kultur bynajmniej nie oznacza antytezy współżycia, spójności i posługiwania się tym samym kodem kulturowym. To, że w grupie przyjaciół Mateusza jest muzułmanin, ateista, hinduista i chrześcijanin nie stoi na przeszkodzie ich wspólnych grom w Minecraft, rozmów o szkole, a nawet (tak, tak) o religii. Ja sam uczę dziesiątki studentów brytyjskich których korzenie są rozsiane po całym świecie i nie odbijam się ciągle od ‘barier’ i ‘różnicy’ kulturowej, a ponieważ uczę ich antropologii miasta, sporo o ich problemach wiem – i raczej rzadko dotyczą one kwestii związanych z faktem życia w wielokulturowym mieście, który raczej zgodnie traktowany jest jako wartość, dobro społeczne. Większość badań potwierdza tę regułę – wychowani  w wielokulturowej mozaice młodzi londyńczycy traktują ją jako zasób, wartość dodaną, a sieć ich znajomych zazwyczaj odzwierciedla zróżnicowanie, w jakim znaleźli się w szkole. Oczywiście i tu są wyjątki – upowszechnione przez Tony’ego Blaira (tak, tak, tego lewicowca) szkoły religijne raczej sprzyjają segregacji, o czym świadczy wciągnięcie w konflikt między nacjonalistami a lojalistami szkół w Irlandii Północnej, czy przypadki przejmowania szkół w Birmingham przez islamskich ultrakonserwatystów. Te przykłady nie wskazują jednak na systemowy błąd, raczej na ciągły proces adaptacji, jakiej instytucje państwowe dokonują w celu znalezienia równowagi między zmieniającym się społeczeństwem a społeczną spójnością oraz zachowaniem zasad demokracji liberalnej i poszanowania praw jednostek.

Zamiast zderzenia – wymiana ukłonów

Nie przytaczam naiwnego obrazka wielokulturowej arkadii, gdyż takowej nie ma. Chodzi o przywrócenie proporcji i wskazanie, że straszenie migracją i wielokulturowością jest z gruntu fałszywe i podyktowane niezrozumieniem mechanizmów funkcjonowania porcesów migracyjnych, nie mówiąc o tym, że w wykonaniu publicystów jest społecznie nieodpowiedzialne. W sensie antropologicznym nie ma społeczeństw homogenicznych, a to, czy różnice etniczne, językowe, regionalne, genderowe czy klasowe będą osią konfliktu, zależy od wielorakich uwarunkowań. Na razie przynajmniej w Europie nie ma takich czynników i, wbrew zapowiedziom ideologów prawicy w rodzaju Samuela Huntingtona o ‘zderzeniu cywilizacji’, codzienne, milionowe interakcje ludzi różnych kultur i religii w mieście w którym mieszkam, nie mają charakteru ‘zderzeń’, ale raczej grzecznej wymiany ukłonów między nieznajomymi lub wspólnym zajmowaniem się kwestiami, które ludzi łączą, a nie dzielą – szkołą dzieci, pracą, edukacją, rozrywką. Sam fakt istnienia miejskich europejskich tygli jest falsyfikacją antyimigranckich fobii polskich prawicowych publicystów. Jak na razie, w przypadku Londynu hipoteza kontaktu się sprawdza.

Oczywiście wśród samych naukowców nie brak głosów twierdzących, iż zbytnie zróżnicowanie nie sprzyja spójności społecznej. Harvardzki socjolog Robert Putnam, autor słynnych badań dotyczących kapitału społecznego i jego związków z demokracją, dowodzi, że większe zróżnicowanie etniczne negatywnie wpływa na spójność społeczną. Jego zdaniem „w wieloetnicznych społeczeństwach, ludzie mają tendencję do przyjmowania strategii żółwia” czyli chowania się we własnych domach, wąskich społecznościach, co przekłada się na mniejszą skłonność do wolontariatu, głosowania czy wspólnotowych działaniach. Tezy Putnama spotykają się jednak z krytyką wskazującą na rolę kontekstu i takie wielokulturowe miasta jak Londyn, Nowy Jork, Sydney, Sao Paolo czy Berlin, które na brak dynamiki gospodarczej, społecznej i obywatelskiej bynajmniej nie narzekają. Rola kontekstu, zwłaszcza miejskiego, jest więc kluczowa: wszak inne społeczne efekty ma zróżnicowanie etniczne w małej miejscowości na Podlasiu, a inne w Kalifornii. Miasta bowiem – od zarania dziejów, starożytnego Rzymu, Mediolanu czasów Borgii, czy Paryża czasów Cesarstwa – to nie tylko ekonomiczne koła zamachowe gospodarek, to koła napędzane dzięki pluralistycznemu i wieloetnicznemu charakterowi ich mieszkańców. Scott Page, naukowiec z Uniwersytetu w Michigan, nazywa to ‘paradoksem zróżnicowania’. Z jednej strony bowiem pluralizm kulturowy zwiększa koszty transakcji, z drugiej jednak tworzy o wiele większy potencjał innowacyjności i produktywności. To logiczne – w grupie wychowanych w tej samej kulturze, o tych samych normach i wartościach, trudniej o kogoś, kto zakwestionuje ustalony sposób widzenia spraw, skrytykuje współziomków i wymyśli nowe, nieszablonowe rozwiązanie. To dlatego miasta jak Londyn czy Nowy Jork są centrami innowacyjności i kreatywności w dziedzinach od sztuk pięknych po IT. Podobnie Richard Florida, pisząc o ogromnej roli ‘klasy kreatywnej’ (projektanci, artyści, aktorzy, architekci etc.), dla każdego miasta niezbędnej, podkreśla, że zróżnicowanie i wielokulturowość są magnesami przyciągającymi kolejne mniejszości w poszukiwaniu realizacji swoich celów ekonomicznych, co z kolei dodatkowo stymuluje kreatywność. Inaczej mówiąc, tolerancja i wielokulturowość nadaje ton przyjaznemu klimatowi biznesowemu, większemu zróżnicowaniu siły roboczej, a więc innowacyjności. W przypadku Londynu, odnosząc się wprost do tez Putnama, brytyjscy naukowcy pod kierunkiem Patricka Sturgisa doszli do wniosku, że to segregacja przestrzenna w mieście, a nie zróżnicowanie, jest powodem niższego poziomu kapitału społecznego. W wieloetnicznych dzielnicach, w których poziom segregacji jest niski, zróżnicowanie ma pozytywny wpływ na społeczną spójność. Zgadza się to z podejściem amerykańskiego antropologa Stephena Vertoveca, który twierdzi, że w tak ‘super-zróżnicowanym’ miejskim tyglu, ludzie są niejako przymuszeni do wypracowywania wspólnych zasad współżycia, tworzenia międzykulturowych więzi, stowarzyszeń, i codziennej akceptacji. Są one wypracowywane niemal spontanicznie, poprzez grzeczny ukłon na ulicy, przepuszczenie kogoś na pasach, banalne pogaduszki wśród sąsiadów czy życie społeczne wokół szkół. Ten wielokulturowy kod zachowania nie jest przez nikogo zaprojektowany – wynika z dość uniwersalnych zasad dotyczących szacunku, uprzejmości, poszanowania czyjeś prywatności i tolerancji. Inaczej mówiąc, w tej wieży Babel ludzie muszą znaleźć wspólny język, żeby się dogadać.

Nie twierdzę, że problemów w tym szukaniu wspólnego języka nie ma, natomiast nie znoszą one fundamentalnych prawd, że we współczesnym świecie mobilność staje się jednym z kluczowych elementów praw jednostki i coraz więcej osób będzie do nich aspirować, że społeczne nierówności między sytą Europą, a biednymi sąsiadami będą zwiększać presję migracyjną, że starzejące się społeczeństwa europejskie potrzebują migrantów jak powietrza oraz że wielokulturowość jest faktem, a nie ideologią. Polski, z lekka histeryczny, dyskurs antyimigracyjny na powyższe czynniki zamyka oczy, udając, że świat złożony z odseparowanych od siebie homogenicznych światów istnieje. Ale czy tego polscy publicyści straszący imigracją chcą, czy nie – migrantów będzie coraz więcej, bo taka jest cena (może nagroda?) za wejście w orbitę globalizacji i modernizacji. Inaczej mówiąc – na ścieżce modernizacyjnej migracje i coraz silniej kulturowo zróżnicowane miasta (niekoniecznie prowincja) są jednym z kluczowych skutków, a zarazem przyczyn, zmieniającego się świata. Wyjściem jest zamykanie nie tylko granic, ale coraz silniejsze odczłowieczanie ludzi, którzy proszą o pomoc – oskarżanie ich o niecne zamiary, o przenoszenie chorób, o bycie zagrożeniem.

Wielokulturowość bocznymi drzwiami

I tutaj mam dla polskich konserwatystów małą niespodziankę. Otóż nawet przy tak silnie artykułowanej niechęci wobec uchodźców, (która zapewne wielu z nich odwiedzie od osiedlenia się w tym kraju dumnym ze swojej tradycyjnej gościnności) wielokulturowość, religijne zróżnicowanie i większa tolerancja wobec odmienności dotrze do Polski kuchennymi drzwiami. Mam na myśli rolę, jaką w zmianie społeczeństwa polskiego grają rodzimi emigranci, których około dwa miliony w ostatniej dekadzie osiadły w krajach Unii. Mimo mieszkania poza granicami Polski, w wielu aspektach uczestniczą oni i kształtują polskie społeczeństwo – przez transfery ekonomiczne, zakupy, rozmowy, wizyty, transfer umiejętności i doświadczenia, czy chociażby pisanie do gazet. Jak wskazuje badanie prowadzone przez zespół pod kierunkiem profesor Izabeli Grabowskiej w Ośrodku Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego, a finansowane przez Narodowe Centrum Nauki, migranci ci angażują się też w tzw. transfery społeczne, wpływając w różnoraki sposób na postawy, poglądy, zachowanie, wartości i normy swoich znajomych i rodzin w Polsce. Przekazy społeczne to inaczej mówiąc dyfuzja – kultura, praktyki, mody, sposoby życia zawsze wędrowały wraz z migrantami. W dobie skype’a, tanich linii lotniczych i stałego kontaktu przekazy ulegają ilościowej intensyfikacji. W dyfuzji nie ma nic tajemniczego – w ten sposób ludzie komunikują swoje doświadczenie, racje, zajmują stanowiska, jest to codzienność ludzkich interakcji. Dyskusje, rozmowy, nowe praktyki, opinie, poglądy wędrują w jedną i drugą stronę rozprzestrzeniając określone doświadczenia i postawy. Niektóre z nich dotyczą także wielokulturowości i zasad życia w tak pluralistycznym społeczeństwie, jak na przykład brytyjskie. Z różnymi odcieniami ocen oczywiście – jedni chętnie dzielą się wrażeniami ze swoimi znajomymi i rodziną w Polsce, poprzez własne doświadczenie pokazując im, że nie taki diabeł straszny. Nie brakuje też negatywnych lub wręcz wrogich opinii – część mówi, że jednak trochę upłynie czasu, zanim w Polsce nastąpi tolerancja typu brytyjskiego, inni wskazują, że w sumie w polskich miastach nie jest tak źle. Co ważne, niemal wszyscy podzielają doświadczenie bezpośredniego kontaktu z różnorodnością – i przekonali sie, że nie prowadzi to do konfliktów, agresji, niechęci. I nawet migranci, którzy nie stronią od rasistowskich komentarzy, otwarcie przyznają, że do tego miejskiego zróznicowania w stylu londyńskim „można się przyzwyczaić. W opowieściach migrantów, często pada stwierdzenie, że w Londnie się „otworzyli” co ogólnie oznacza nabytą umiejętność znalezienia się w nowej sytuacji, a do takich należy pierwsza rozmowa z kimś o innej religii, kulturze, kolorze skóry, stylu życia, prefencji seksualnej. Oczywiście wielu ma swoje uprzedzenia, ale w opinii większości ulegają one zniuansowaniu, a na miejsce czarno-białych kontrastów (my i oni, czarni, biali, Europejczycy, Azjaci) pojawiają się obrazy złożone z odcieni szarości, które po prostu bardziej odpowiadają pragmatycznemu zorientowaniu się w londyńskim życiu. Tutaj hipoteza kontaktu się sprawdza – ludzie poprzez bezpośrednią styczność rewidują swoje wcześniejsze uprzedzenia. Mam wrażenie, że nawet londyński odprysk Ruchu Narodowego jest jakiś, taki, no… grzeczniejszy i mniej agresywny, przynajmniej na zewnątrz.

Ale to nie koniec. Wielokulturowość zawita do polskich domów, miast i wsi w bardziej bezpośredni sposób – poprzez małżeństwa mieszane i ich potomstwo. Wedle ostatniego brytyjskiego spisu powszechnego najszybciej rosnącą mniejszością są właśnie osoby pochodzące ze związków mieszanych. Oznacza to, że setki, tysiące małych Polaków urodzonych w Wielkiej Brytanii będzie zapewne odwiedzać swoje babcie i dziadków, stryjków, kuzynów i ciocie, a ci jakoś będą musieli oswoić mentalnie fakt (wobec siebie, ale też wobec sasiadów, księdza etc), że wnuczek ma ciemną karnację, nazywa się Ahmed lub ma bardziej skośne oczy. Nie mówię tu o marginalnym zjawisku, wystarczy odwiedzić dowolną sobotnią szkołę języka polskiego w Wielkiej Brytanii. Rozwijająca się sieć polskich transnarodowych rodzin zacznie obejmować ludzi innych wyznań, innych języków, innych grup etnicznych. Większą tolerancję, ale też zrozumienie tych zjawisk, wymusi na polskim społeczeństwie to, co ono tak ceni – życie rodzinne. Przecież nikt wnuczka o imieniu Ahmed nie określi „najeźdźcą”? Mało tego, w długoterminowej perspektywie dziesiątki tysięcy Polaków urodzonych w Wielkiej Brytanii (w samym 2014 roku były ich ok. 22 tysiące) i wychowanych w brytyjskim tyglu, poprzez relacje ze swoimi kuzynami w Polsce (Mateusz i Matylda mają ich całkiem sporo) będą także zaangażowani w społeczne przekazy tego typu, wpływając na postawy rozumienia i akceptacji różnorodności. Przewaga brytyjskich Polaków kolejnych pokoleń polega na tym, że na własnej skórze przekonali się, że kontakt wcale nie oznacza konfliktu.

I nie jest to jakiś z góry zaplanowany spisek, ale naturalna inercja procesów społecznych. W tekstach prawicowych publicystów nie brak bowiem bardzo deterministycznych wizji współczesnych migracji będących elementami diabelskich planów inżynierii społecznej (celuje tutaj Witold Gadowski, który twierdzi, że migracje spoza Europy to skrupulatnie zaplanowany i wdrażany spisek lewicy). Podobnie Bronisław Wildstein, udzielając w kontekście ataków terrorystycznych i kryzysu uchodźczego wywiadu, na uwagę, że mieszkał w miejscu wielokulturowym (chodziło o Paryż) stwierdził, że „mieszkał w kraju nieudanego ekspertymentu wielokulturowości”. Wedle tej wizji migracje są ‘napędzane’, ‘sterowane’ przez konkretnych ludzi, są jakimiś socjotechnicznymi eksperymentami, a rzesze ludzi, niczym za pociągnięciem sznurków, można wpuścić albo nie. Zajmuję się naukowo migracjami od prawie 15 lat i zazdroszczę estetycznej prostoty tej wizji, ale niestety jest ona dyletancka i po prostu błędna. Nie tak przebiegają procesy migracyjne i integracyjne, takich rzeczy nie da się z góry zaprojektować. Poza tym, ten paryski ‘eksperyment wielokulturowości’ pamiętam inaczej, bo tak się składa, że chodziłem tam do szkoły dokładnie w tym samym wieku, co Mateusz, i w tym samym czasie, kiedy mieszkał tam Wildstein. Efekt tego ‘eksperymentu’ na mojej osobie nie był tragiczny, wręcz na odwrót – bardzo go sobie chwalę i traktuję jako ważny etap mojej edukacji. Mówić, że w Paryżu wielokulturowość się nie udała, to niestety znowu jakaś smutna ignorancja, ale też złośliwość wobec tego wspaniałego miasta. Zastanawiająca jest ta niechęć byłego uchodźcy do uchodźców, tak jakby mit wagi politycznej diaspory polskiej tłumił nieszczęście milionów Syryjczyków. Rozumiem, że Wildsteinowi chodziło o francuskich muzułmanów i islamski terroryzm. Niemniej należy pamiętać, że nikt z francuskimi muzułmanami nie ‘eksperymentował’ – przyjechali, bo szukali pracy, rodziny, bo Francja okupowała ich kraje, bo byli traktowani jako Francuzi gorszej kategorii, bo wojna w Algerii, bo OAS etc. Muzułmanie we Francji są częścią tego społeczeństwa, a jak pokazuje chociażby udział Algierczyków w bitwie pod Verdun, ich obecność w historii tego kraju nie zaczęła się wczoraj. Czy należy od razu wylewać dziecko z kąpielą? Przyczyny międzynarodowego islamskiego terroryzmu są bardziej skomplikowane, a traktowanie imigracji jako jego źródła – beznadziejnie naiwne.

W kontekście wylewania się obecnie z sąsiednich Niemiec antyimigranckich reakcji na politykę migracyjną niewykluczone, że będziemy zarzucani kolejnymi niezbyt mądrymi opiniami na temat wielokulturowości. Publicyści wpływający na opinię publiczną mają szczególną rolę w tworzeniu tej atmosfery, która tworzy Polskę, do jakiej będą przyjeżdżać przyszli sąsiedzi, znajomi, krewni, żony, mężowie, współobywatele i podatnicy. Dlatego drugim członem pytania jakich migrantów potrzebuje Polska, powinno zawsze być: do jakiej to Polski chcieliby oni przyjeżdżać?

Czytaj również
O autorze
*
Michał P.Garapich
Antropolog społeczny, pracownik naukowy Uniwersytetu Roehampton w Londynie.