O roku wyborczy, uff

Drukuj

Mamy oto rok prawdziwie wyborczy, ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami. Wprawdzie te najważniejsze dla klasy politycznej wybory – do sejmu i senatu – dopiero w roku 2015, ale zarówno wybory do Parlamentu Europejskiego, jak i jesienne samorządowe nabierają znaczenia politycznego większego niż ich poprzednie ich odsłony.

Dzieje się tak za sprawą serii przegranych PO w ubiegłorocznych niskofrekwencyjnych wyborach uzupełniających i referendach lokalnych. Poza obronioną przez PO wielkim kosztem Warszawą PiS mógł triumfować i wskazywać na swoją zdolność do mobilizowania wyborców. Tych umiejętności zaś wyraźnie zabrakło obozowi rządzącemu. Seria korzystnych dla największej partii opozycyjnej sondaży oraz konsekwentne (choć niespektakularne) umacnianie się pozycji SLD zwiastują możliwość znaczących zmian. Ale oczywiście – seria wydarzeń roku 2013 może być sprowadzona do roli tej jedynej jaskółki, która wiosny nie czyni. Zatem prawdziwe sprawdziany to wybory w roku 2014.

Pierwsze w kolejności wypadają eurowybory, w których każda z sił politycznych ma coś do udowodnienia. Z jednej strony Parlament Europejski traktowany jest jako polityczna druga czy trzecia liga (kiedy dziennikarze spekulują na temat losów polityków popadających w niełaskę, widzą ich na listach do PE), gdzie trudno pozostać w bieżącym obiegu politycznym, z drugiej strony te konkretne tegoroczne wybory ustawią porządek startowy w wyborach do sejmu. Są jednocześnie wyborami czysto politycznymi, w których liczyć się będą tylko najwięksi, a interpretacji ich politycznych wyników nie będą zakłócały sukcesy komitetów pozapartyjnych, co jest prawdopodobne w wyborach samorządowych. W dodatku specyfika tych wyborów daje prawie każdej z partii nadzieję na uzyskanie wyniku lepszego niż w wyborach krajowych.

Europejczycy czy zdyscyplinowani?

Z racji „europejskości” tych wyborów większe nadzieje mogą mieć partie proeuropejskie – czyli PO, SLD i Twój Ruch. To ich tematyka, PO i SLD należą do dwóch największych międzynarodówek partyjnych, wiodących prym w PE, z całą pewnością dostaną także od swoich europejskich partnerów znaczące wsparcie – bo gra toczyć się będzie także o przełamanie prymatu Europejskiej Partii Ludowej (chadecji). Partia Janusza Palikota, niezależnie od formuły i nazwy, pod jaką wystąpi, będzie grała o życie – sondaże plasują ją nisko, słabość merytoryczna klubu parlamentarnego, konflikt z lewicą, feministkami, słabe czy znikome wsparcie Aleksandra Kwaśniewskiego, a także brak europejskiego ukierunkowania (jednoczesny flirt z zielonymi i liberałami, mgliste zapowiedzi nowej siły – federalistów) nie dają dobrego startu. Porażka w wyborach do PE może oznaczać koniec tego projektu politycznego ambitnego biznesmena z Biłgoraja, dlatego w szeregach palikotowców widać większą mobilizację niż w innych partiach.

Na niekorzyść partii proeuropejskich działa inna cecha nadchodzących wyborów – niska frekwencja. Tak się składa, że akurat ani PO, ani SLD ani TR nie mają dużego tzw. twardego elektoratu i zdolności mobilizowania swoich wyborców, jeśli ci nie mają poczucia wielkiego zagrożenia. To wszystko posiada PiS, który zawsze zyskuje na niskiej frekwencji. Miękka antyeuropejskość PiS-u w kontekście kryzysu idei europejskiej także będzie działała na ich korzyść.

Niska frekwencja to także szansa dla małych graczy – Ruchu Narodowego, formacji Janusza Korwin–Mikkego i Jarosława Gowina – choć te dwie ostatnie, adresując swoje przesłanie do specyficznej grupy odbiorców, mają wielkie szanse na jej podzielenie dokładnie na pół, pozbawiając się nawzajem wszelkich szans na sukces. Dla nich to także gra o wszystko – może poza Korwin–Mikkem, który jest w stanie po każdej porażce z tym samym szelmowskim uśmiechem kandydować jeszcze raz – przegrana zapewne doprowadzi Polskę Razem a niewykluczone że także Ruch Narodowy do rozsypki i poszukiwania przez czołowych polityków tych formacji miejsca do aktywności w kolejnych wyborach pod innymi szyldami.

Sukces wyborczy małych partii może natomiast zagrozić hegemonii duopolu PO–PiS, ponieważ wskaże prawicowemu wyborcy, że istnieją alternatywy dla zużytych już nieco marek. Wyborca lewicowy jest skazany na SLD i TR i zapewne wskaże na ten pierwszy, widząc w nim szansę co najmniej na udział w przyszłej koalicji rządzącej.

PSL – wyraźnie osłabione wewnętrznym podziałem  (nadal słaba pozycja Piechocińskiego przy znaczącym milczeniu Pawlaka) – nie ma innego wyjścia jak „grać swoje”, czyli zwyczajowo odwoływać się do grupowych interesów, że najlepiej, by wszędzie byli „nasi”, i w ten sposób uciułać sobie te 5–6 proc.

Barwy walki

Kampanię wyborczą obserwujemy w zasadzie już od końca 2013 r. Rozpoczął ją premier swoim kolejnym „exposé”. Wybaczcie, proszę, że zgubiłem rachubę którym – jakoś w czasie rządów Donalda Tuska termin exposé zmienił swoje znaczenie – nazywa się tak przecież każde wystąpienie premiera o polityce rządu. Przełom roku 2013 to początek likwidacji OFE i powrotu do systemu, w którym jak w PRL-u składki, zwłaszcza tych, którzy odkładają więcej, nie będą miały wiele wspólnego z wypłacaną emeryturą, zniszczenie prawdziwej czy domniemanej opozycji wewnątrzpartyjnej w osobie Grzegorza Schetyny oraz kolejne „nowe otwarcie”.

PiS swoją kampanię rozpoczął klasycznie reaktywnie – jeśli premier obiecuje 100 zł, na konferencji PiS-u usłyszymy, że konieczne jest 150.

W ciekawe tony uderza SLD z pomysłem przywrócenia 49 województw, co jest wyraźnym poszukiwaniem wyborcy z miast średniej wielkości, niekoniecznie lewicowego, który może mieć nadzieję na rozwój w podniesieniu rangi administracyjnej powiatowego dziś grodu.

Pomysły opozycji w tej kampanii mają dla mnie jedną cudowną, zbawienną wręcz dla Polski zaletę – są znakomite, bo nierealizowalne, przynajmniej w krótkim i średnim okresie. Bardziej niepokoją mnie pomysły władzy, która ma narzędzia, by tu i teraz psuć państwo w swoim partyjnym interesie.

Publicyści wspierający rząd sami przyznają, że wiele z pomysłów jest niebezpiecznych, ale tłumaczą to ceną za niedopuszczenie PiS-u do władzy. Nie marzę o Jarosławie Kaczyńskim jako o premierze, ale – jak w każdej transakcji – cena musi być wymierna i rozsądna. W moim odczuciu od dłuższego czasu przepłacamy. Pieniędzmi swoimi, naszych dzieci i wnuków.

width_400

PO sposób na zwycięstwo, czyli 20. potęga światowa

Platforma Obywatelska idąca po władzę jako przeciwieństwo PiS-u przejęła od swoich przeciwników zarówno socjalny populizm prorodzinny, jak i archaiczny, XIX-wieczny sposób rozumienia państwa – państwo w wydaniu PO jest wszechwładne, wyższości zinterpretowanego przez władzę interesu zbiorowości nad prawami obywateli nie trzeba nawet dowodzić – jest ona dla premiera i rządu oczywista.

Przypadek OFE jest tu znakomitym przykładem złamania umowy społecznej – narastający dług wewnętrzny, przekroczenie pierwszej granicy bezpieczeństwa deficytowego jest powodem, dla którego pozbawia się nas tej części oszczędności emerytalnych, która ulokowana została w obligacjach państwowych, celem… ich umorzenia. O, proszę! Dług znika! To jest dokładnie tak, jakbym pożyczył na weksel jakąś kwotę, zabrał weksel, podarł go i powiedział: „nic nie jestem winien. No, może kiedyś, jak będę bogaty, to ci coś dam”. Tak powiedział premier, że jeśli państwo polskie będzie bogate, to ZUS zacznie wypłacać duże emerytury. Najbardziej ubawił mnie argument, że mały żal po tych pieniądzach w obligacjach, bo przecież ja, Celiński, to w ogóle miałem ich na koncie w OFE niedużo. To taka logika z jakiegoś starego skeczu o złodziejach: małe pieniądze można kraść, bo mała okradanego strata. A duże można kraść? No, tym bardziej… A wszystko to podlane starym sosem – OFE, wiecie, rozumiecie, prywaciarze, bogacili się na tych składkach…

Pewnie po to, by mnie uspokoić, premier rozpoczął rok 2014 od stwierdzenia, że w roku 2022 Polska znajdzie się w gronie dwudziestu najbogatszych krajów świata. Wprawdzie nurtuje mnie pytanie, dlaczego akurat w roku 2022 i w dwudziestce, a nie w roku 2018 w dwudziestce piątce – ale to pewnie nierozstrzygalne. Wierzę premierowi na słowo, ale wiadomość ta mnie nie uspokoiła. Moje dzieciństwo przypadło na okres, kiedy PRL ogłoszono 10. gospodarczą potęgą świata i jako pilny uczeń pasjonowałem się danymi wydobycia węgla, miedzi i siarki sytuującymi nas w okolicach USA i Wielkiej Brytanii – tylko że zaraz potem ta dziesiąta potęga przydzielała swoim obywatelom 2 kg cukru, 1,5 kg wołowiny z kością i 0,5 l żytniej na miesiąc. Ta potęga gospodarcza ogłosiła dość szybko, że przestaje spłacać swoje zobowiązania kredytowe, miała też potężny problem z wypłacaniem rent i emerytur, ponieważ system ZUS-owski był niewydolny. To ja już w potędze takiej żyłem i drugi raz nie chcę.

Ale rządowi trzeba przyznać – jak już zabrał pieniądze, poprawił wskaźniki zadłużeniowe, to nie przepuści okazji, by trochę pieniędzy dodatkowo powydawać. Na przykład na podręczniki dla wszystkich pierwszoklasistów. No, gdybym nie posiadał kalendarza, tobym pomyślał, że mamy rok 1980 i zgodnie z przepowiednią Nikity Chruszczowa osiągnęliśmy stan skupienia zwany komunizmem. Przesadzam? Nie sądzę.

Mam wiele różnych wątpliwości co do socjalu w Polsce – jeśli gdzieś już widziałbym interwencję państwa, to faktycznie we wsparciu najmłodszych. Ale pomysł premiera to nie jest pomoc – to jest psucie państwa na kilka sposobów. Po pierwsze, dlaczego z podatków ludzi dużo gorzej sytuowanych ode mnie miałyby dostać wsparcie moje dzieci czy przyszłe wnuki? Ja czułbym się z tym źle. Rozumiem jakiś rodzaj pomocy celowanej do wykluczonych, by wyrównywać ich szanse, ale zdejmowanie ze wszystkich rodziców obowiązków związanych z wychowaniem i utrzymaniem dzieci, wprowadzanie systemowej niesamodzielności jest zaburzeniem relacji obowiązków prywatnych i państwowych, jest psuciem państwa. Państwa, które nie będzie w stanie kontynuować tej ścieżki zdejmowania ze mnie obowiązków. Nawet nie jestem złośliwy i nie pytam, czy te podręczniki będą rozdawane razem z tabletami.

Rząd dba też, by nie mieć zbyt wielu wpływów z konwencjonalnych źródeł, takich oczywistych jak podatki. Bo sprawdzone sposoby na duże przychody – czyli jasność reguł podatkowych, dbanie o tych, którzy wnoszą do budżetu najwięcej – nie trafiają do przekonania populistom z PO. Przestrzeganie podstawowych zasad wynikających z krzywej Laffera – którą można łatwo przetłumaczyć na ludowe prawidło: jak zarżniesz kurę, to nie będziesz miał jajek – jest poza możliwościami obecnej ekipy mimo doświadczeń zmniejszonych wpływów po podwyżkach akcyzy.

Lance do boju, szable w dłoń, prywaciarza goń, goń, goń!

Polska polityka polega na wyszukaniu wroga w celu niszczenia go. Dla prawicy kruchtowej takim wrogiem jest gender – zło absolutne. W retoryce rządu rolę gender zaczęły odgrywać tzw. umowy śmieciowe.

Utarta nazwa niezmiennie mnie irytuje. Mogę wskazać wielu polityków zasługujących na przymiotnik „śmieciowy”, nie wiem zaś, ile trzeba mieć pogardy dla wysiłku ludzi wykonujących swoje zadania na podstawie umów określonych kodeksem cywilnym, by nazywać je „śmieciowymi”. Umowy cywilne są zawierane pomiędzy stronami w celu wykonania określonych zadań. To różni je od umów o pracę, które są umowami starannego działania. Samo to rozróżnienie wskazuje, że konstrukcja tej drugiej umowy nie zawsze przystaje do współczesnych realiów wymagających elastyczności, dostosowywania się do zmieniających się warunków rynku. Bo umowy takie nie są – jak twierdzi rządowa propaganda – formą wyzysku przez złych kapitalistów. Są z jednej strony formą nakładającą odpowiedzialność cywilną na wykonawcę (a nie jedynie dyscyplinarną, jak w prawie pracy) pozwalającą większą część przychodu zamienić w dochód. Są formą, która pozwoliła na znaczące zmniejszenie bezrobocia i jednoczesne rozwijanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw, wytwarzających obecnie ponad połowę PKB. Mechanizm jest bardzo prosty dla każdego poruszającego się w miarę płynnie w obrębie czterech podstawowych działań matematycznych. Przedsiębiorca wytwarza produkt/usługę, którą może sprzedać za 10 tys. zł. Po odliczeniu kosztów materiałowych, infrastrukturalnych, własnego zysku (przedsiębiorca też musi z czegoś żyć) na wynagrodzenia pozostaje mu kwota 5000 zł. Rząd chce zwiększyć obciążenie umów, czyli albo przedsiębiorca adekwatnie podniesie cenę wytwarzanych dóbr (na co rynek zapewne mu nie pozwoli), albo obniżeniu ulegnie wynagrodzenie netto pracujących dla niego osób. Bo ten przedsiębiorca nadal będzie mógł przeznaczyć 5000 zł na wynagrodzenia. Jest jeszcze trzecia droga – strony dojdą do wniosku, że umowa im się nie opłaca i zaprzestaną wytwarzania. Oczywiście, pozostaje wiara w to, że dzięki oskładkowaniu umów cywilnych państwo polskie będzie kiedyś bogate i będzie wypłacało wysokie emerytury. Ale tę wiarę pozostawiam naiwnym.

Nikt nie da ci tyle, ile my obiecamy

We własnym partykularnym interesie wyborczym rząd PO pogrąża się w szkodliwym dla państwa populizmie, który w mojej ocenie dawno przestał być „miękkim” i doszedł do rejonów zarezerwowanych dotąd dla tak egzotycznych wydawałoby się zjawisk, jak Samoobrona czy Partia X. Realizowana wizja państwa z jednej strony blokującego inicjatywę i rozwój obywateli drenażem ich kieszeni na wszelkie sposoby, a z drugiej strony rozdawnictwo przypominające przejazdy cezarów rozrzucających złote monety ludowi rzymskiemu to zbyt wysoka cena za tzw. niedopuszczenie PiS-u do władzy. Co zupełnie zaskakujące – populizm PO ma niewielkie, jak się wydaje, zakorzenienie w marzeniach adresatów. Oni wiedzą lepiej, czego my potrzebujemy – darmowych podręczników, emerytury z ZUS-u, większych składek od umów cywilnych, alkomatów w samochodach czy projektów zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych – i bez względu na nasze zdanie te domniemane marzenia będą realizować, z nami lub bez nas.

Platforma Obywatelska dostała – być może niepowtarzalną – szansę na modernizacji Polski i najlepsze ku temu warunki. Pieniądze inwestycyjne z Unii Europejskiej, dwie kadencje w zasadzie samodzielnych rządów Donalda Tuska, opozycję, która związana własnymi szaleństwami jest dla większości z nas tak odpychająca, że nie stanowiła zagrożenia. I z tych wszystkich szans po siedmiu latach wychodzimy ze zniesionym pierwszym progiem ostrożnościowym budżetu, z kroczącą likwidacją kapitałowego systemu emerytalnego bez przedstawienia sensownej alternatywy. Te 7 lat mogły przesunąć nas o dwie epoki do przodu, a przesunęły o co najmniej jedną wstecz. A w kampanii wyborczej dostajemy darmowe podręczniki…

Tekst pochodzi z XVII numeru „Liberte!”.

Czytaj również
O autorze
*
MarcinCeliński
Publicysta Liberte!, przedsiębiorca, przewodniczący Forum Liberalnego.
@ Marcin_Celinski