Pracując na raj za płotem

Drukuj

Rio stanęło, bo bilety za drogie. Istambuł wrze, bo park likwidują.

Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się mocno absurdalna, a to wrażenie dodatkowo potęgują niejasne relacje korespondentów. „Wybuch protestu był nagły, a jego skala zaskoczyła wszystkich, na razie trudno powiedzieć czego tak naprawdę chcą manifestujący”.

I trudno się dziwić, tego typu protesty charakteryzują się płynnością żądań oraz ewolucją postaw, a punktem zapalnym najczęściej staje się sprawa na pozór błaha i nie istotna. Jak zauważa Robert Stefanicki z „Gazety Wyborczej”, to co zwraca uwagę, to drastyczne skrócenie okresu między niezadowoleniem i buntem. Powszechny dostęp do internetu, a tym samym do niezmierzonych zasobów informacji i opinii z jednej strony oraz portali społecznościowych z drugiej, daje ludziom ogromne pole do działania. Sama byłam świadkiem machiny informatycznej i informacyjnej, która z dnia na dzień powstała na Puerta del Sol w Madrycie przy okazji protestów Ruchu Oburzonych w maju 2011 roku. Już w kilka godzin po pierwszej manifestacji można było zapoznać się z oficjalnym oświadczeniem ruchu na ich stronie internetowej madrid.tomalaplaza.net. Obok oficjalnej strony, ruch 15M zorganizował także własną telewizję, która nagrywała codzienne życie na Puerta del Sol, następnie filmy były archiwizowane na stworzonej specjalnie do tego celu stronie soltv.tv oraz na youtube i vimeo.

To dzięki takim portalom społecznościowym jak facebook czy twitter możliwa była pierwsza fala protestów, która wybuchła w grudniu 2010 roku w Tunezji dając początek Arabskiej Wiośnie. W maju kolejnego roku, w odpowiedzi na nasilający się kryzys gospodarczy, raz jeszcze portale społecznościowe ułatwiły zawiązanie się Ruchu Oburzonych w Hiszpanii, a w niedługim czasie dołączyła do protestów Grecja wykorzystując tą samą drogę komunikacji między manifestantami. W ostatnich miesiącach byliśmy świadkami wydarzeń w Istambule i Rio, aby ponownie trafić na ulice Kairu, gdzie po rewolucji ze stycznia 2012 roku, ludzie niezadowoleni ze zmian, które dokonały się od tamtego czasu, postanowili zaprotestować raz jeszcze. Szybkość z jaką manifestanci pojawili się na ulicach oraz skala tych protestów zaskakuje i wręcz budzi niedowierzanie.

Fot. Agência Brasil
Fot. Agência Brasil

Oprócz wspólnego mianownika jakim był we wszystkich wymienionych przypadkach udział internetu, wydaje się dalece karkołomne poszukiwanie dalszych podobieństw. Wskazane przeze mnie protesty posiadają bardzo zróżnicowany grunt ideologiczny, kulturowy i religijny oraz rozwijają się w ramach różnych reżimów politycznych. Jednakże im dłużej przyglądamy się temu zestawieniu tym więcej cech wspólnych jesteśmy w stanie dostrzec. Przyjmując holistyczny punkt widzenia wszystkie wymienione przeze mnie regiony poddawane są mieszance westernizacji i amerykanizacji, których nośnikiem jest globalizacja. Serwowana jest im demokracja i kapitalizm, czyli sztandarowe wynalazki cywilizacji Zachodu, które stworzyliśmy i z wielkim oddaniem staramy się przekonać do nich innych, co ciekawe, samemu wierząc w nie coraz mniej.

Slavoj Žižek w swoim artykule Trouble in Paradise zauważył, że protesty przy całej ich różnorodności łączy to, że wszystkie są reakcją na odmienne aspekty kapitalistycznej globalizacji. W ramach tego procesu obserwuje się dalszą ekspansję rynku, postępującą prywatyzację przestrzeni publicznej, ograniczanie świadczeń publicznych oraz coraz bardziej autorytarną władzę polityczną.

Dlatego uważam, że mit kapitalistycznego raju w ramach systemu, w którym władzę sprawują elity, tym sprawniej im bierniejsi są obywatele, przechodzi właśnie do lamusa. Coraz otwarciej mówi się o tym, że poziom życia na jakim funkcjonowały tzw. „kraje starej Unii” czy Stany Zjednoczone, przed kryzysem, był nienaturalnie wysoki. Raj konsumpcjonizmu to ślepa uliczka, sztuczne tworzenie naszych potrzeb poprzez ciągłą reklamę prowadzi donikąd, a świat rządzony przez pieniądz wyzuty jest z prawdziwych wartości.  Kryzys wybudził nas z koszmaru plastikowej pustki konsumpcyjnej i otworzył nam oczy na kompletne wyjałowienie naszej sfery prywatnej i publicznej. Media są współcześnie jedynie marionetką w rękach rynku. Robert Siewiorek bardzo celnie ujął ten problem w swoim artykule „Przeciw siorpaniu kawy na ławie”, twierdząc, że serwują nam one jedynie karykaturę polityki, podlewając dwa rodzaje toksycznego myślenia o sprawach publicznych: tabloidy – myślenie emocjonalne, zaś media o silnej identyfikacji politycznej – myślenie zideologizowane. Stąd moim zdaniem, tak silna wśród protestujących potrzeba poszukiwania alternatywnych źródeł informacji, aby nie być skazanym na zideologizowaną, dobrze przeżutą informacyjno-sloganową papkę gotową do przełknięcia. Siewiorek zauważa, że pasywnie intelektualna zbiorowość nigdy nie będzie społeczeństwem obywatelskim, ale sadzę, że takiej postawy trzeba się nauczyć i to wymaga czasu. W świecie konsumpcji wszystko przygotowane jest do szybkiego spożycia – ładnie, kolorowo, łatwo. Musimy nauczyć się żyć idąc pod górkę i cieszyć, ze zmęczenia, które się z tym wiąże.

Z kolei Anne Applebaum w The protest is only the beginning stwierdziła, że wolno jest nam czuć obrzydzenie do polityków, jeśli gotowi jesteśmy zostać jednym z nich. Wolno nie lubić partii głównego nurtu, jeśli chcemy i umiemy zastąpić je własnymi. Moim zdaniem mija się to zasadniczo z charakterem tych procesów. Manifestantom nie chodzi o to, aby wejść do systemu, ponieważ w konsekwencji zostaną przez niego zniewoleni. Ileż to Obamów i Kennedych o kryształowych zamiarach wchodziło do Owalnego Gabinetu, aby chwilę później być zmuszonym do postępowania zgodnie z zasadami gry politycznej, a ich reformy lądowały w koszu. Liderzy nowych ruchów mówią otwarcie jesteśmy apolityczni, bo dzięki temu mamy zaufanie społeczne i możemy patrzeć politykom na ręce z neutralnej pozycji. W Madrycie w 2011 ten punkt widzenia został uchwycony w głównym manifeście ruchu 15M, którego autorzy podkreślili, iż nie przynależą do żadnej partii politycznej, a ich głównym celem jest domaganie się godności oraz pogłębienie świadomości politycznej i społecznej. „Jesteśmy tutaj, ponieważ chcemy nowego społeczeństwa, w którym życie otrzyma pierwszeństwo nad interesami ekonomicznymi oraz politycznymi. Zabiegamy o zmianę w naszym społeczeństwie oraz w świadomości społecznej. Chcemy zademonstrować, że społeczeństwo nie śpi i że będziemy kontynuowali walkę o to na co zasługujemy drogą pokojową.”

Pytanie czy społeczeństwo rzeczywiście nie śpi i jaka jego część realnie odczuwa potrzebę zmian. Celem odpowiedzenia na to pytanie wrócę do artykułu Siewiorka, w którym autor wystawia bardzo niską ocenę społeczeństwu polskiemu w kontekście naszej aktywności obywatelskiej. Z pewnością ma w tym dużo racji, świadczą o tym przytoczone przez niego wyniki „Diagnozy Społecznej 2013” oraz „Europejskiego Sondażu Społecznego 2008”. W konsekwencji autor wzorem Jana-Wernera Muellera, profesora nauk społecznych na Uniwersytecie w Princeton, proponuje wprowadzenie egzaminu, który sprawdzałyby nasze przygotowanie obywatelskie i jego wyniki decydowałyby czy nasze czynne i bierne prawa wyborcze byłyby przedłużone. I tutaj zgodzić się już nie mogę. W sumie pomysł ten wydaje mi się jeszcze gorszy na gruncie amerykańskim niż polskim. A to z takiej przyczyny, że nie dość, że jest to kraj, który nie jest w stanie zapewnić porządnej, darmowej edukacji dla swoich obywateli na podstawowym poziomie (o służbie zdrowia nie wspomniawszy), miałby tę ogromną grupę, już wykluczoną społecznie, dodatkowo pozbawiać praw wyborczych, (bo testu ze względu na niewydolność systemu nie przejdą!!!) nie mieści mi się w głowie.

Na gruncie polskim o wykluczeniu społecznym rozmawiać nie lubimy. Jest to temat, który nijak pasuje do naszej success story, zgodnie z którą Polska weszła na drogę przemian rynkowych zakończonych pomyślnie i obecnie wytrwale dąży do zrównania poziomu życia obywateli ze standardem zachodnioeuropejskim. I tu przechodzimy do sedna sprawy, ponieważ podobnie jak Žižek, uważam, że te globalne protesty bezpośrednio sięgają problemu wykluczenia społecznego.

Przecież początek tym niepokojom dał akt samopodpalenia młodego mężczyzny przed komisariatem policji w Bin Arus w Tunezji. Jego krzyk o prawo do godnego życia zdał się być słyszalny w całym świecie arabskim. Oczywiście w konsekwencji wywołał inne równie ważne tematy jak reforma systemu politycznego, problem praw obywatelskich w ogóle i sytuacji kobiet w szczególności. W kilka miesięcy później, kiedy Bliski Wschód wrzał w obronie swojej odrębności kulturowej, przeciw amerykanizacji własnego stylu życia i uległym postawom lokalnych polityków względem Zachodu, manifestacje sparaliżowały Hiszpanię i Grecję. To tutaj Ruch Oburzonych protestował przeciw zrzucaniu ceny za kryzys ekonomiczny na barki najbardziej nim dotkniętej klasy średniej. Elity, które do tej sytuacji doprowadziły nie zamierzały ani przyznać się do odpowiedzialności za kryzys, ani tym bardziej za niego płacić. Banki, najwięksi winowajcy tej tragedii, także zostały ułaskawione. Kolejne akty tego dramatu dopisuje na bieżąco Unia Europejska.

W konsekwencji dochodzimy do statusu quo, w którym elity bez większego uszczerbku płyną dalej, ciesząc się „brechtowskim niebem”, a ta sama rzeczywistość funkcjonuje jako piekło, dla tych którym się nie powiodło. Można pójść o krok dalej i peryfrazując słowa Žižka stwierdzić, że nie byłoby „raju dla wybranych” bez ludzi pracujących na ten luksus. Žižek przytacza przykład Dubaju – miasta, w którym bogacze pławią się w luksusie kosztem mas zatrudnionych tam na niewolniczych zasadach. W tym kontekście automatycznie przychodzi mi na myśl moje miasto rodzinne – Łódź – zbudowane przez masy robotnicze, aby nieliczni mogli pławić się w luksusie. Chyba nigdzie indziej w Polsce architektura nie ukazuje z taką brutalnością enklaw wykluczenia i wysp luksusu, jak ma to miejsce u Poznańskiego, Schiblera czy Grohmanna. Nie mogą więc dziwić wydarzenia sprzed przeszło wieku, kiedy to w czerwcu 1905 roku fabryki stanęły, a na ulicach pojawiły się barykady. Tak jak dziś, ludzie protestowali przeciw braku świadczeń socjalnych i nasilaniu się polityki autorytarnej. Mieli dosyć dysproporcji społecznych i niewolniczej pracy na cudzy raj. Ich hasła brzmią dziś wyjątkowo aktualnie w kontekście współczesnych protestów, co tym bardziej unaocznia nam rewolucyjne znamiona obecnych wydarzeń.

Nasuwa mi się tylko jedno rozwiązanie omawianego problemu, a mianowicie system nie może doprowadzać do tworzenia się enklaw biedy i wykluczenia. Musi starać się dawać równe szanse, przede wszystkim dzięki bezpłatnej edukacji na przyzwoitym poziomie. Edukacji, w której znajdzie się miejsce na ćwiczenie postaw obywatelskich, tak aby te wielotysięczne protesty nie kończyły się wraz z rozejściem się tłumu. Aby obywatele aktywnie funkcjonowali na poziomie lokalnym, ale śledzili także sytuacje na poziomie krajowym. Trzymając rękę na pulsie, czujnie weryfikowali prace polityków zmuszając ich do lepszej i bardziej kompetentnej pracy.

Czytaj również
  • Adi

    Mój wniosek jest taki, że pomimo darmowej edukacji, którą daje Polska, na dalszym etapie nie docenia się i nie ufa wykształconemu człowiekowi. Co do protestów, to ostatnio nawet prezydent Zimbabwe Robert Mugabe zapowiedział, że odejdzie po 33 latach, jeśli przegra wybory prezydenckie. Więc protesty ludzi mają sens i cieszy, że czują siłę w jedności własnych przekonań, gdy wiedzą, że inni też nie zgadzają się na niesprawiedliwość. Co oczywiście jest naturalnym zjawiskiem socjologicznym. Dzięki Internetowi zwiększa się zasięg informacji, który dociera do coraz większej liczby osób budząc ich świadomość. Człowiek nie zaprotestuje, zgodzi się na pokorę, gdy jest w sytuacji, w której nie ma gdzieś drugiej osoby, która protestuje i nie zgadza się na krzywdę, złe warunki itd. Im więcej osób, które nie zgadzają się na zastaną sytuację, tym większy opór osoby, która bez poczucia jedności poglądów i świadomości tego byłaby pokornym „niewolnikiem” zamkniętym w więzieniu własnych myśli. Dlatego można powiedzieć, że Internet, w szczególności portale społeczne są pewnego rodzaju zagrożeniem dla dyktatury, tyranii i niesprawiedliwości. Myślę, że globalny zasięg Internetu, era telefonii komórkowej (nawet Beduini mają telefony) sprawia, że zwiększa się w tempie lawinowym świadomość ludzi i tym samym ich opór i chęć zmian na lepsze. „Elita” wiecznie w luksusie pławić się nie będzie, bo nie można w nieskończoność oszukiwać ludzi. Coraz więcej osób widzi, że media są z jednej strony marionetką, z drugiej tzw. czwartą władzą. Jednak Internet mnie jawi się jako ostatni bastion prawdziwej wolności słowa. I chociaż rządzi się swoimi prawami, które nie są spisane, prawami, które wydają się okrutne, to zapewnia tę wolność słowa i daje ludziom to poczucie siły. Oczywiście rządy państw będą dążyć do regulacji prawnych dotyczących Internetu, by można było kontrolować zachowania ludzi na całym świecie. Tu przychodzi mi na myśl ACTA, TPP, PRISM czy projekt Echelon, jak i też film pt.: „Raport Pelikana”. Mimo wszystko jednak ludzie na całym świecie pokazują, że w jedności siła i powoli , ale nieubłaganie kończy się era dyktatorów. Czyżby ludzkość zaczęła dojrzewać do demokracji tej prawdziwej i dobrze rozumianej? Myślę, że ostatnie protesty w wielu krajach tego dowodzą.

O autorze
*
MagdaMelnyk
politolog, absolwentka WSMiP na Uniwersytecie Łódzkim, specjalizuje się w obszarze krajów hispanojęzycznych, ruchów społecznych i transformacji ustrojowych.
@ magda_melnyk