Z cokołu rzucając grochem o ścianę

Drukuj

Opowieść biograficzna profesora Leszka Balcerowicza pod tytułem „Trzeba się bić” to wyznanie wiary nestora polskiego liberalizmu, wypowiedziane precyzyjnie dobranymi słowami i z pasją, która ma porwać młodszych do działania. Choć książka jest świetna, to jednak zakładanego celu nie osiągnie.

Większa część książki Leszka Balcerowicza to jak zaznaczono w tytule „opowieść biograficzna”. Mamy więc historię o jego rodzicach, dzieciństwie, edukacji, działalności publicznej – wszystko to podane w zajmujący sposób, z mnóstwem anegdot i osobistych wyznań. Opowieść jest zredagowana w formie wywiadu, co sprawia, że lektura jest naprawdę lekka i przyjemna. Obraz Balcerowicza jaki się z niej wyłania jest doprawdy pomnikowy – sportowiec, poliglota, naukowiec, reformator, polityk, miłośnik kryminałów i wreszcie zaangażowany działacz społeczny. Być może kiedyś jakiś biograf opowie tę historię inaczej, tymczasem jednak dostajemy świadectwo samego Balcerowicza – wartościowe, bo rzucające światło na jego motywacje i oceny, często surowe, różnych osób publicznych, z którymi się stykał. Cały czas podkreśla, że działał w imię zasad: kiedy walczył o kształt reform, kiedy wyrzucał Jana Rokitę z Unii Wolności, kiedy opóźniał wyjście swojej partii z koalicji z AWSem i kiedy walczył o OFE. Te zapewnienia oczywiście nie dziwią, choć trochę jednak irytuje brak dziennikarskiego pazura u Marty Stremeckiej, która prowadząc rozmowę nie starała się poddawać w wątpliwość słów bohatera, czy wchodzić z nim w spór. Nie obwiniam jej jednak za to. Z pomnikiem rozmawia się tak, jak na to pomnik pozwala.

Prawdziwym celem Leszka Balcerowicza, który wyłania się z tej książki, było precyzyjne wyłożenie swoich poglądów i racji, w formie przekonywującej i inspirującej do działania. Temu służą w szczególności dwa ostatnie rozdziały poświęcone wprost obronie liberalnej koncepcji państwa i podstawowych zasad gospodarki kapitalistycznej. Śmiem wątpić, czy ktokolwiek w Polsce potrafiłby taką obronę poprowadzić lepiej – tam nie ma przypadkowych słów, argumenty są wyłącznie mocne lub bardzo mocne. Profesor wykłada to, czemu poświęcił całe życie – myśląc, pisząc i spierając się z przeciwnikami. Ta cześć książki stanowić musi naprawdę spore wyzwanie intelektualne dla krytyków liberalizmu i chciałbym, żeby stała się lekturą obowiązkową dla studentów, najlepiej w połączeniu z zadaniem: „wskaż trzy słabe punkty przedstawionej argumentacji”. Prawdopodobnie da się to zrobić, ale ja się nie podejmuję.

Książka fragmentami przybiera więc formę manifestu politycznego. Po co jednak pisać manifesty polityczne, skoro Leszek Balcerowicz podkreśla, że do polityki wracać już nie chce, a zamiast tego woli koncentrować się na budowie struktur obywatelskiego nacisku na władzę? Jak rozumiem wysokonakładowa książka i liczne wystąpienia ją promujące (m.in. to dla Liberté!) mają za zadanie pobudzić młodych liberałów do działania. Jest to bardzo wyraźnie podkreślone okładkowym zdjęciem Balcerowicza w geście Wuja Sama, zachęcającego do wstąpienia do jego armii. Skoro jednak generał wzywający do walki już nie chce dowodzić, już nie chce organizować wojska, już zajął wygodne miejsce na należnym mu cokole pięknego pomnika, to gdzie mają pójść rekruci? Organizować się w cieniu pomnika – tak rozumiem przesłanie tej książki.

Wyraźnie wyłania się z niej jeden słaby punkt jej bohatera. Choć Balcerowicz wielokrotnie przywołuje w książce nazwiska swoich uczniów, to jednak widać wyraźnie, że póki co nie udało mu się wychować następcy. Działalność Forum Obywatelskiego Rozwoju jest oparta o w sumie wąską grupę ludzi, a próba budowy szerokiego środowiska, w oparciu o struktury lokalne, się nie powiodła. Co prawda spora grupa jego dawnych współpracowników np. Ryszard Petru, Jakub Karnowski, czy Wiktor Wojciechowski, jest obecna w przestrzeni publicznej, ale nie biorą oni bezpośrednio udziału w polityce. Może jest za wcześnie? Może następcy nie wygrzebali jeszcze buław z plecaków? A może jednak Balcerowicz jest wciąż politycznie zbyt silny?  Wszak nie tak dawno potrafił przeciwstawić się w sprawie OFE szerokiej koalicji wszystkich największych partii politycznych, popierającej rozmontowanie systemu emerytalnego. Przegrał, ale przekonał aż 2,5 miliona osób, które ostatecznie zdecydowały się nie przekazywać wszystkich oszczędności emerytalnych ZUSowi.

Wydaje się, że swoją książkę adresuje właśnie do tych ludzi. To ich chce zachęcić do działania, to ich chce przekonać do liberalizmu i wyposażyć w argumenty do jego obrony. To ich chce zgromadzić pod swoim pomnikiem, który swoją opowieścią biograficzną jeszcze umacnia, i z którego palcem wskazuje cele. Ale to nie zadziała. Ludzie nawet jeśli przeczytają (choć póki co książka nie sprzedaje się chyba najlepiej, skoro nie ma jej nawet w pierwszej setce bestsellerów Empiku w 2014 roku), to potem co najwyżej westchną i wrócą do swoich codziennych obowiązków. Wiedzą bowiem, że żeby się bić to oprócz siły i wiary w swoje racje, trzeba mieć też liderów i struktury organizacyjne.

Z cokołu własnego pomnika nie sposób liderować, ale jednocześnie można rzucać duży cień, onieśmielający młodszych przed próbą przejęcia przywództwa. Obawiam się, że w takiej sytuacji znalazł się właśnie Leszek Balcerowicz. Wzywa do walki, pokazuje cele, ale nie ma już energii, żeby tej walce przewodzić. Trochę szkoda. Sam przecież przywołuje w książce postać wybitnego niemieckiego reformatora Ludwiga Erharda, do którego podobieństwo dostrzegł w nim Tadeusz Mazowiecki, proponując mu stanowisko w swoim rządzie. Balcerowicz ma dziś 67 lat. Gdy Erhard zostawał w 1963 roku kanclerzem RFN był w tym samym wieku. Nie pisał książek, tylko brał władzę.

Czytaj również
O autorze
*
TomaszKamiński
Adiunkt na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego, stały współpracownik „Liberté!”
@ kaminskitomas