Z dziejów pewnego złudzenia, czyli o godzeniu religii z nauką

Drukuj

Liberté! Numer XXII

O relacjach między nauką a religią powiedziano już i napisano tak wiele, że raczej niewielka szansa, by dało się w tej kwestii powiedzieć coś nowego i oryginalnego, w tym celu bowiem należałoby stworzyć albo nową naukę, co jest raczej niemożliwe, albo nową religię, co wydaje się mało twórcze poznawczo.

W kategoriach sporu epistemologicznego czy ontologicznego nader trudno uzupełnić w czymkolwiek bezlitosną lekcję intelektualnej uczciwości, jakiej udzielił Daniel Dennett najinteligentniejszemu chyba, a bez wątpienia najpoczytniejszemu z wypowiadających się na temat relacji religia–nauka teistów, czyli profesorowi Alvinowi Plantindze. Zainteresowanych odsyłam do książki będącej zapisem dyskusji obu tych autorów, pt. „Nauka i religia: czy można je pogodzić?”, która dostępna jest również w zupełnie niezłym polskim przekładzie.

Warto też pamiętać, że hipoteza immanentnego konfliktu między współczesną nauką a zinstytucjonalizowanymi wierzeniami, zwłaszcza monoteizmami Zachodu, może być dla wielu ludzi – nawet uprawiających naukę bądź będących funkcjonariuszami któregoś z kultów – po części sztuczną kreacją. W końcu dziś Laplace’owska odpowiedź udzielona Napoleonowi jest w zasadzie powszechnie przyjmowanym założeniem aktywności naukowej. Akceptują je nie tylko przedstawiciele nauk przyrodniczych i ścisłych, lecz także humaniści. Profesor Janusz A. Majcherek – w końcu sam zajmujący się zawodowo etyką i socjologią moralności – w książce „Bóg bez znaczenia” podsumowuje to jednoznacznie:

„Żaden naukowiec nie może w swym badaniu ani podsumowaniu jego wyników powołać się na istnienie boga jako argument (ani nawet wzmocnienie argumentu) na rzecz wyboru konkretnej metody badawczej lub określonej interpretacji uzyskanych rezultatów. Nie wolno mu jako badaczowi zjawisk termodynamicznych, biochemicznych, ale również społecznych wikłać się w analizy sensu życia, substancjalności i nieśmiertelności duszy oraz perspektyw życia wiecznego, choć oczywiście jako człowiek może te kwestie podejmować i po swojemu rozstrzygać. Filozof może wprawdzie założyć, że te zagadnienia są usytuowane wewnątrz dziedziny, którą się zajmuje, ale i on nie powinien w swoich dociekaniach i badaniach, a zwłaszcza dokonywanych przez siebie rozstrzygnięciach, powoływać się na istnienie boga. Gdyby swoje stanowisko w kwestii ontycznego statusu uniwersaliów, możliwości poznania apriorycznego, zagadnienia psycho-fizycznego czy realnego i obiektywnego istnienia wartości uzasadniał istnieniem bądź wolą boga, naraziłby się co najmniej na nieufność społeczności naukowej”.

Istota boska, a przynajmniej religia w pewnym sensie znalazła się zatem poza obszarem dyskursu naukowego – nawet w etyce i filozofii moralnej, o biologii czy astronomii nie wspominając – więc może rzeczywiście żadnego konfliktu nie ma. Cóż, sprawa nie jest jednak aż tak prosta. Jak postaram się pokazać, konflikt między religią a nauką istnieje i nawet jeśli czasem tylko się tli, to w pewnym momencie może znów wybuchnąć z pełną siłą (czego przedsmak mamy już zresztą dzisiaj, choćby przy okazji dyskusji nad in vitro, komórkami macierzystymi i GMO).

Oczywistości nie takie oczywiste

Ponieważ nie jestem naukowcem, a filozofem tym bardziej, ów tlący się podskórnie konflikt mogę obserwować ze szczególnej perspektywy, bowiem jest to perspektywa kogoś, kto od ponad już dwudziestu lat – jako wydawca i tłumacz, a czasem też jako uczestnik dyskursu publicznego – zajmuje się popularyzacją nauki. Z tej właśnie szczególnej perspektywy chciałbym się podzielić kilkoma spostrzeżeniami (to zresztą część materiału do książki, której zapewne nigdy nie skończę) mogącymi służyć uporządkowaniu całej problematyki, a także – co chyba wszyscy cenimy – obaleniu kliku mitów, często przywoływanych, gdy tylko rozmowa wkracza na obszary, o których tu mówimy. Jednym z takich mitów jest na przykład dość powszechnie podzielany pogląd, jakoby Kościół katolicki zaakceptował teorię ewolucji. Jak pokażę, przekonanie to jest fałszywe, a co więcej musi być fałszywe, bowiem, co też – mam nadzieję – wykażę, te dwa korpusy twierdzeń: tzw. nauczanie Kościoła (katolickiego, ale nie tylko) i ewolucjonizm, są nie do pogodzenia. Są po prostu sprzeczne. (Tak na marginesie – od dawna intryguje mnie, czemu określenie „kreacjonizm” jest praktycznie nieobecne w dyskursie katolickich naukowców. Tak jakby się tego wstydzili. A przecież chrześcijaństwo, podobnie zresztą jak wszystkie wielkie religie monoteistyczne, jest kreacjonizmem niejako ex definitione).

Nim przejdziemy do meritum, warto jednak doprecyzować problem, bowiem – jak miałem się okazję przekonać, choćby współprowadząc w radiu TOK-FM cykl audycji o relacjach nauka–religia – bardzo wiele nieporozumień bierze się stąd, że różni ludzie, zwłaszcza naukowcy, a wierzący naukowcy w szczególności, mówiąc o religii, mają na myśli bardzo różne rzeczy.

Zacznę zatem od próby w miarę przynajmniej precyzyjnego dookreślenia, o czym zamierzam mówić. Przyjmuję zatem, że mamy dwa korpusy twierdzeń. Pierwszy z nich powszechnie zwie się religią (tak, wiem – co do tego, czym jest religia i jak ją definiować, też nie ma zgody, ale nikt jakoś dotąd lepszego terminu nie wymyślił. Świadomie też nie posługuję się terminem „wiara”, bo to pojęcie jeszcze mocniej niezdefiniowane). Ze względu na to niezdefiniowanie (religioznawcy identyfikują w tej chwili na świecie około dziesięciu tysięcy systemów religijnych; chrześcijaństwo ze swoimi ponad czterdziestoma tysiącami denominacji jest jednym z nich) nie będę oczywiście mówił o religiach w ogóle, tylko ułatwię sobie zadanie i z wielu konkurujących wyznań przykłady i argumenty czerpać będę głównie z jednego, najbliższego mi, jeśli można tak powiedzieć, zarówno geograficznie, jak i kulturowo (w końcu, chcąc nie chcąc, jestem kulturowym katolickim ateistą). Oczywiście mam tu na myśli religię rzymskokatolicką i Kościół katolicki (w zasadzie bardziej nawet interesuje mnie tu Kościół niż religia, bo jest to konkretna instytucja głosząca konkretne poglądy i reprezentowana przez konkretne osoby i dokumenty). Pominąwszy już kwestię owej bliskości, o której wspomniałem, na swe usprawiedliwienie mam również i to, że to jeden z najstarszych Kościołów świata, a zarazem wciąż jeszcze największa z ponad czterdziestu tysięcy denominacji uznających się za chrześcijańskie (choć niedługo już może się to zmienić). Powinienem może jednak dla porządku dodać – acz bardziej nie będę się w ten wątek wgłębiał – że pewne ogólne twierdzenia o Bogu i o naturze świata są wspólne wszystkim wielkim religiom monoteistycznym i moje dalsze uwagi w dużym stopniu można odnieść też do innych tradycji religijnych szeroko rozumianego Zachodu, a przede wszystkim do wszystkich religii tzw. Abrahamowych.

Postanowiłem posłużyć się w tym tekście katolicyzmem z jeszcze paru powodów, które pokrótce tu wymienię. Po pierwsze, chciałbym uniknąć zarzutu, z jakim bardzo często spotykają się ludzie podobnie jak ja zainteresowani relacjami między nauką a religią, a mianowicie, że „ustawiamy sobie” przeciwnika, dobierając co głupszych (albo bardziej kontrowersyjnych i niereprezentatywnych zatem) przedstawicieli obozu teistycznego i sięgając po wypowiedzi, które nie prezentują „prawdziwego” obrazu danej religii. Dyskusja z katolicyzmem ułatwia uniknięcie tego typu krytyki, religia ta bowiem ma bardzo jednoznaczne wyznanie wiary i bardzo jasną strukturę – a skoro posługuję się dalej credo i katechizmem oraz oficjalnymi dokumentami watykańskimi, a także cytuję praktycznie wyłącznie wypowiedzi papieży oraz kardynałów, nikt chyba nie może mi zarzucić, że dyskutuję z wyimaginowanym oponentem.

Ten wybór – istniejącej, konkretnej religii – pozwala mi też chwilowo nie wdawać się w intelektualnie moim zdaniem puste spory z dwoma teoretycznymi konstruktami, które często w rozważaniach o sporze naturalistów z nadnaturalistami się pojawiają. To pojęcia zapewne doskonale znane, zatem jedynie zasygnalizuję to, o czym dalej mówić nie będę – nie będę w tym miejscu dyskutował z „Bogiem fizyków” (tym zajęli się świetnie między innymi i Dawkins, i Dennett), ani z „Bogiem luk”, bo ten konstrukt już chyba wystarczająco dogłębnie się skompromitował. Zresztą, by być uczciwym, trzeba przyznać, że już i co mądrzejsi teiści się od niego odżegnują i wprost przed takim interpretowaniem boskości ostrzegają.

Odnosić się więc tu będę do najpowszechniej chyba akceptowanego na Zachodzie obrazu Boga jako najwyższej inteligencji, która świadomie (i starannie oraz przemyślanie) stworzyła Wszechświat i nadal w jego kształt ingeruje, co oznacza, że mówię o religii, której centralnym konstruktem jest Bóg osobowy, wszechmocny, wszechwiedzący, wszechobecny i last but not least kochający. To Bóg, który jest stwórcą Wszechświata i (nade wszystko) człowieka i który z zamieszkiwanym przez nas światem wchodzi w interakcje, na przykład wysłuchując ludzkich modlitw lub karząc i nagradzając ludzi za ich odpowiednio złe i dobre uczynki. Wiem oczywiście, że wielu współczesnych teologów taki obraz Boga zdecydowanie odrzuca jako karygodne uproszczenie i część słuchaczy może mój wybór uznać za irytujący albo wręcz nieuczciwy, niemniej, przynajmniej na pewnym etapie rozważań, takie podejście jest niezbędne, gdybym bowiem miał tu mówić o relacjach między nauką a Bogiem w rozumieniu na przykład profesora Hansa Künga, uznawanego za jednego z najwybitniejszych współczesnych teologów katolickich i filozofów chrześcijaństwa, musiałbym skończyć na zacytowaniu poniższej definicji (i zamilknięciu w podziwie). Otóż Bóg Künga jest, cytuję dosłownie, „absolutnie względnym, tu i poza tu, jest transcendentną immanencją, wszystko obejmującą i wszystko przenikającą najbardziej realną rzeczywistością w sercu rzeczy, człowieka, w historii ludzkości i w świecie”. Państwo wybaczą, ale jestem o wiele za mało inteligentny, by dyskutować z tą definicją, ani nawet by próbować ją zrozumieć, a tym bardziej rozważać, z czym jest, a z czym nie jest sprzeczna. Z drugiej strony muszę jednak przyznać, że wcale się nie dziwię, że Karol Wojtyła odebrał Küngowi prawo nauczania… Też mam poczucie, że to chyba nie jest bóg Abrahama, Jakuba i Izaaka ani nawet Bóg Nowego Testamentu.

Wróćmy zatem do bardziej ortodoksyjnego katolicyzmu, który jest użytecznym dla moich celów przykładem doktryny teistycznej, bowiem poza swą powszechnością wyznanie to ma również bardzo precyzyjny katechizm, jasno określone credo, liczne encykliki i bulle, nieomylnego papieża i wreszcie całą wielką kongregację, która stoi na straży czystości doktryny. Łatwiej będzie mi zatem przedstawiać interesujące mnie elementy tej doktryny w sposób maksymalnie niezafałszowany. Zacznijmy zatem od samego wyznania wiary, bez którego akceptacji nikt za członka Kościoła rzymskiego nie może się uważać (przynajmniej według władz tego Kościoła). Brzmi ono, jak pewnie większość osób doskonale wie: „Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego, stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Marii Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion, zstąpił do piekieł; trzeciego dnia zmartwychwstał, wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca Wszechmogącego, stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, Święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny”.

Przyjmijmy zatem, ze mówiąc dalej o religii, o ile nie podkreślę, że jest inaczej, właśnie doktrynę opartą na powyższych zasadach będę miał na myśli.

Pora teraz przejść na drugą stronę barykady. Nie muszę zapewne wyjaśniać, co to jest nauka, ale może na wszelki wypadek doprecyzuję. Otóż, analizując relacje między nauką a religią, chciałbym się skupić na tej części nauki, którą Anglosasi nazywają science, a my niezbyt szczęśliwie „naukami przyrodniczymi i ścisłymi” albo „matematyczno-przyrodniczymi”. To niezbędne ograniczenie, uwzględniwszy choćby fakt, że w naszym wspaniałym kraju na państwowych uczelniach działają finansowane z budżetowych pieniędzy wydziały teologiczne, zatem ustawodawca teologię też uznaje za dział nauki. Ja jednak wolę dobrowolnie narzucić sobie ograniczenie, o którym wspomniałem, i nie tylko teologii (oraz krytyki literackiej i astrologii na przykład), ale całej humanistyki w moich rozważaniach nie uwzględniać (choć nie wątpię, że spory między teologami to fascynujący materiał empiryczny). Zatem nauka, o jakiej będę dalej mówił, to: „autonomiczna część kultury służąca wyjaśnieniu funkcjonowania świata. Nauka jest budowana i rozwijana wyłącznie za pomocą tzw. metody naukowej lub metod naukowych nazywanych też paradygmatami nauki poprzez działalność badawczą prowadzącą do publikowania wyników naukowych dociekań. Proces publikowania i wielokrotne powtarzanie badań w celu weryfikacji ich wyników prowadzi do powstania i kumulacji wiedzy naukowej. Zarówno ta wiedza, jak i sposoby jej gromadzenia określane są razem jako nauka”.

To oczywiście skrótowa definicja, z czego zdaję sobie sprawę, ale mam nadzieję, że na nasze potrzeby najzupełniej wystarcza, obejmuje bowiem kluczowe dla rozumienia współczesnej nauki pojęcia czyli: metodę naukową, podejmowanie działalności badawczej, wymóg publikowania i weryfikacji (czyli powtarzalności wyników) jako metodę gromadzenia wiedzy naukowej, wymiar społeczny, czyli intersubiektywność wyników.

Pozwolę sobie też na jeszcze jedno uproszczenie, mianowicie jako reprezentanta współczesnej nauki przywoływać będę przede wszystkim ewolucjonizm. Podobne rozumowanie mógłbym zresztą przeprowadzić i na przykładzie innych dziedzin, choćby kosmologii i konfesyjnych interpretacji zasady antropicznej, ale ewolucjonizm wydaje mi się tu najlepszym i najbardziej znamiennym przykładem. W końcu o modelu inflacyjnym Wielkiego Wybuchu, jak również o współczesnych sporach o ciemną energię, mało kto z duchownych publicznie się wypowiada, natomiast teorię ewolucji z wielkim znawstwem i entuzjazmem komentują najwyżsi hierarchowie Kościoła katolickiego i identyfikujący się z Kościołem politycy. Może przypomnę na wszelki wypadek, że całkiem niedawno minister rządu Rzeczpospolitej Polskiej nazwał ją kłamstwem gorszym od kłamstwa katyńskiego…

Kto się czubi?

Przejdźmy więc do naszego zasadniczego pytania – mamy oto dwie sfery ludzkiej kultury: naukę i religię (poniżej zegzemplifikowane przez szczegółowe twierdzenia jednego z wyznań i jednej z dyscyplin). Historycznie nie muszę chyba uzasadniać, że – łagodnie mówiąc – im bardziej nauka się autonomizowała, tym silniejszy opór napotykała ze strony religii. Przypadki Galileusza czy Bruna i tysiące innych znają wszyscy, też więc nie ma po co do nich wracać, zapewne większość z państwa wie też, że watykański indeks ksiąg zakazanych został „zawieszony” w roku 1966 – dopiero pod sam koniec Vaticanum II – a wtedy jeszcze znajdowały się na nim dzieła (wszystkie lub niektóre) ludzi tak zasłużonych dla powstania i rozwoju nowożytnej nauki i kultury, jak m.in.: Hobbes, Kartezjusz, Kant, Spinoza, Locke, Mill, Rousseau, Darwin (co prawda Erazm, a nie Karol), Gibbon czy Russell, a nawet Encyklopedia Larousse’a. Z drugiej strony znamy też przypadki wykorzystywania nauki (która oczywiście w rzeczywistości często z nauką nic wspólnego nie miała, jak choćby marksizm z jego „materializmem dialektycznym” i „naukowymi prawami rozwoju społeczeństwa”) do bezpardonowej walki z religią, a co najtragiczniejsze, również z ludźmi ją reprezentującymi. (Z nauką zresztą, jak często przypominam moim lewicującym znajomym, marksizm miewał problemy równie wielkie, jak i chrześcijaństwo. I to komuniści zabijali genetyków, a nie chrześcijanie).

Historyczne sentymenty i resentymenty to jednak nie najlepszy punkt wyjścia do spokojnej dyskusji, spróbujmy zatem przeprowadzić pewien eksperyment myślowy – oddzielmy przeszłość grubą kreską (ta metoda ma swoje dobre tradycje w naszym kraju), zapomnijmy o tym, co było, przebaczmy, prośmy o przebaczenie i zastanówmy się, jak mogłyby wyglądać relacje nauki i religii dziś, gdy przynajmniej w Europie nikt (poza islamskimi fundamentalistami) nie pali ani bezbożników i heretyków, ani kościołów i synagog.

Czy zatem – przejdźmy do naszego zasadniczego pytania – jakiś konflikt między nauką a religią występuje i czy ma on racjonalne, a nie tylko historyczne podstawy?

Otóż pominąwszy logiczną skądinąd, ale też i dość eskapistyczną, moim przynajmniej zdaniem, odpowiedź Laplace’a, jedną z najczęściej przytaczanych odpowiedzi na to pytanie sformułował lat temu około dwudziestu niezrównany Stephen Jay Gould w książce „Skały wieków: nauki i religia w pełni życia”. Jako że to idea dość szeroko znana, pozwolę sobie przypomnieć jedynie kluczową jej tezę, a mianowicie twierdzenie (na wszelki wypadek posłużę się cytatem), że zamiast wybierać między religią a nauką, należy „stosować regułę złotego środka i z równą godnością traktować obie domeny”. Postulat szlachetny, trudno Gouldowi zaprzeczyć, a jak ów jeden z najwybitniejszych ewolucjonistów XX w, próbuje nas przekonać, również w pełni realistyczny i co więcej racjonalny, bowiem te dwie domeny ludzkiego doświadczenia reprezentować mają – to właśnie zasadnicza teza autora – „nienakładające się magisteria” (Non-Overlapping Magisteria – NOMA). Znów może posłużę się uroczą metaforyką Goulda, bo istotnie aż przyjemnie robi się na duszy wobec tak pięknego mistycyzmu. Posłuchajmy zresztą: „Magisterium nauki zajmuje się rzeczywistością empiryczną: z czego Wszechświat jest zrobiony (fakty) oraz dlaczego działa tak, a nie inaczej (teorie). Magisterium religii dotyczy kwestii ostatecznego sensu, znaczenia oraz wartości moralnych. Owe dwa magisteria ani się nie pokrywają, ani nie wyczerpują (wystarczy wspomnieć magisterium sztuki lub sens piękna). By zacytować stare powiedzenie: nauka zajmuje się wiekiem skał, religia – skałą wieków”.

Gouldowska NOMA zrobiła sporą karierę w świecie naukowym, a i licznym teistom przypadła do gustu, i na ładnych parę lat zyskała wręcz status niemal rozstrzygającej odpowiedzi na pytanie o relacje między świątynią a akademią. To skądinąd zresztą zrozumiałe, bo rzeczywiście w pewnym przynajmniej sensie była rozwiązaniem wygodnym dla obu stron – teistom dawała we władanie świat wartości, naturalistom pozostawiała autonomię w sferze empirii. I wszyscy żyliby długo i szczęśliwie, gdyby nie to, że paru dociekliwych naukowców – w tym oczywiście ojcowie założyciele ruchu Nowych Ateistów, a więc między innymi Richard Dawkins, Daniel Dennett, Sam Harris, Christopher Hitchens, Steven Pinker i kilku innych – zaczęło żywić poważne wątpliwości co do trafności Gouldowskich metafor. A i świat trochę się w tym czasie zmienił, choćby wtedy, gdy 11 września 2001 r. religia z wielką siłą dała znać o tym, że doczesny los ludzi i materialny kształt świata bardzo mocno ją interesują…

Zostawmy jednak na razie na boku politykę i spróbujmy przyjrzeć się dokładniej, cóż takiego próbował nam przekazać autor „Skał wieków…”. Wtedy łacno okaże się, że jakkolwiek można (z pełną oczywiście świadomością nieuchronnych uproszczeń) zaakceptować oferowany nam w książce obraz nauki i jej zainteresowań (fakty i teorie), to obraz „magisterium wiary” jest (niestety, chciałoby się rzec) zupełnie fałszywy. I to nie dlatego, by teologia i wszelkie jej poddziały nie zajmowały się „kwestiami ostatecznego sensu oraz wartościami moralnymi” (inna rzecz, na ile sensownie to robią, ale i tym tematem nie będziemy się w tej chwili zajmować). Problem w tym, co słusznie wypunktowali Nowi Ateiści, że główne założenie Goulda, jakoby magisterium Kościoła w ogóle nie pokrywało się z obszarem zainteresowania (i nauczania) nauki, jest po prostu błędne. Kościół (a raczej Kościoły) są bardzo mocno zanurzone w rzeczywistości empirycznej i bardzo twardo się na temat faktów i teorii (jednoznacznie naukowych) wypowiadają, o czym chyba nie muszę nikogo przekonywać w czasach, gdy w polskich szkołach dzieci mają więcej godzin katechezy katolickiej niż fizyki i biologii tygodniowo (zwracam uwagę, że w tym momencie nauka i religia nie walczą już nawet ze sobą o wyimaginowane terytorium, ale wprost zaangażowane są w czysto materialny konflikt o ograniczone zasoby – o czas ucznia i pensje dla katechetów), a do sejmu Rzeczpospolitej Polskiej trafia projekt wprowadzający finansowanie z publicznych pieniędzy naprotechnologii (zamiast „zbrodniczego” in vitro).

Nie chodzi mi, rzecz jasna, o to, by wyciągać jednostkowe wypowiedzi różnych polityków, księży, rabinów, mułłów czy pastorów – to może i zabawne (taki śmiech przez łzy), ale mało twórcze. Istotny jest sam rdzeń doktryny religijnej monoteizmów. Zacytowałem na początku tego tekstu katolickie credo. Spróbujmy może przyjrzeć się mu właśnie pod kątem wizji świata (faktów i teorii), jakie niesie. Mamy w nim zatem: Stworzyciela (i stworzenie) nieba i ziemi; Boga spłodzonego przez Ducha (czyli przez siebie samego) i dziewicę; człowieka, który umarł, zmartwychwstał i powróci po śmierci, sądzić żywych i umarłych, którzy trafią do nieba (na górę) lub do piekła (na dół). I do tego jeszcze życie po śmierci, życie wieczne i parę równie interesujących twierdzeń. To wszystko są bez wątpienia twierdzenia o naturze rzeczywistości, których – do czego jeszcze wrócimy – nie można traktować alegorycznie. W wypadku Kościoła katolickiego zaś powyższe twierdzenia uzupełnione są jeszcze o kolejne dogmatyczne prawdy, równie mocno potwierdzające fizyczną ingerencję Boga w naturalny bieg rzeczy – mam tu na myśli choćby dogmat o niepokalanym poczęciu (i wiecznym dziewictwie) oraz (duchowym i cielesnym) wniebowzięciu matki Jezusa (przypomnę może, że ostatni z tych dogmatów ogłoszony został, gdy ludzkość szykowała się już do lotów w kosmos). Otóż jeśli te twierdzenia są prawdziwe, jak słusznie zwraca uwagę choćby Dennett, to oznacza, że fałszywa jest większość teorii naukowych, za których pomocą współcześnie objaśniamy świat: w tym na przykład kosmologia, biologia i genetyka… A chyba nawet mechanika newtonowska.

Muszę w tym miejscu dodać, że takie oczywiste skądinąd jak zaprezentowane powyżej wnioski, bazujące na czysto logicznej analizie powszechnie dostępnych dokumentów i pism różnych Kościołów, przez teistów uznawane są za przejaw bezprzykładnej agresji wobec religii i wierzących oraz za przykład pełnej złej woli ateistycznej propagandy, jak to określają z lubością nie tylko polscy hierarchowie. Tymczasem nawet moim skromnym przykładem naprawdę chciałbym poświadczyć, że nie ma tu żadnej agresji, tylko ciekawość świata. Nie ze złej woli, a właśnie z ciekawości pytałem na przykład w radiowym studio pewnego fizyka (skądinąd profesora i członka PAN oraz Kościoła katolickiego), jak on jako fizyk może akceptować już nawet nie transsubstancjację (to pytanie uznałem za niedelikatne), ale oficjalnie uznaną przez jego Kościół zdolność Ojca Pio do bilokacji. Przecież jeśli bilokacja jest możliwa, to nie działają prawa zachowania (a to nie są prawa statystyczne, więc raczej nie da się ich ominąć) – czyli cała współczesna fizyka opiera się na fałszywych założeniach. Cóż – nikogo chyba nie zaskoczy, że nie uzyskałem satysfakcjonującej odpowiedzi. W zamian usłyszałem natomiast, że jeśli Boga nie ma, wszystko wolno. Jak komu – odpowiedziałem… Tyle może osobistych dygresji.

Na szczęście nie jest tak, by pragnienia teistów, by mieć głos rozstrzygający w kwestiach naukowych, trzeba było dopiero dedukować ze świętych pism i dokumentów kościelnych. Wypowiedzi hierarchów (i to najwyższych) Kościoła katolickiego są w tej kwestii praktycznie jednoznaczne.

Prawda nasza i wasza

By nie być gołosłownym, kilku takim deklaracjom przyjrzę się bliżej. Dość powszechnie panuje na przykład przekonanie, jakoby Kościół katolicki (w czym wielkie zasługi położyć miał „Nasz papież”) ostatecznie zaakceptował teorię ewolucji. Na dowód tego twierdzenia cytuje się zwykle list/posłanie wystosowane przez Jana Pawła II do członków Papieskiej Akademii Nauk, w którym papież stwierdził, że: „Dzisiaj, prawie pół wieku po publikacji encykliki [mowa o encyklice „Humani generis” Piusa XII], nowe zdobycze nauki każą nam uznać, że teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą”. Cytat się zgadza. To prawda (święta prawda, chciałoby się powiedzieć). I miło, że już po niespełna dwustu latach Watykan doszedł do takiego wniosku. Dość często jednak zapomina się, że już kilka zdań dalej papież jednoznacznie rozwiewa wszelkie wątpliwości, tłumacząc, skądinąd zupełnie słusznie z punktu widzenia reprezentowanej przez siebie doktryny, że „[…] nie ma jednej teorii ewolucji […], a niektóre teorie ewolucji są nie do pogodzenia z chrześcijańską antropologią”, te mianowicie, w których „ducha ludzkiego uważa się za stworzonego przez siły materii ożywionej lub też jako zwykły epifenomen tej materii. Są one nie do pogodzenia z prawdą o człowieku, są one również niezdolne do określenia godności osoby ludzkiej”.

Wojtyle wtórował po latach jego następca Benedykt XVI, mówiąc: „Teorii ewolucji nie można całkowicie udowodnić, ponieważ mutacji zachodzących przez setki tysięcy lat nie można powtórzyć w warunkach laboratoryjnych”. I dalej: „naturalistyczne podejścia do pochodzenia życia i gatunków są «niekompletne», gdyż w tym procesie należy zagwarantować miejsce dla Boga”. Ogólnie, co zostało wprost sformułowane w dokumentach katolickiej Kongregacji Nauki Wiary „Kościół nie potępia teorii ewolucji Darwina, lecz jedynie «darwinizm ideologiczny», odmawiający roli stwórczej Bogu, a rozwojowi człowieka i ewolucji świata racjonalności i boskiego planu”. Nie muszę chyba wyjaśniać, że jeśli zaczynamy mówić o ewolucji w kategoriach racjonalności i realizacji jakiegokolwiek planu (obojętne, czy boskiego, czy jakiejś pozaziemskiej inteligencji), to… przestajemy mówić o ewolucji.

W każdym razie twierdzenie, że człowiek stanowi element realizacji boskiego planu, jest bezdyskusyjnie stwierdzeniem o naturze świata (a nie o wartościach). Osobny problem, że jest ono sprzeczne z tym, co mówi nam nauka, podobnie zresztą jak wszystkie twierdzenia teistów o szczególnym usytuowaniu gatunku homo sapiens w naturze i niepodleganiu tego gatunku – już u jego zarania – regule doboru naturalnego, które streścić można: ewolucja (ostatecznie) – tak, ewolucyjna antropogeneza – nigdy!

Takich wypowiedzi najwyższych hierarchów Kościoła mógłbym cytować jeszcze dziesiątki, ale może wystarczy nam ta jedna – otóż zaledwie parę lat temu kardynał Maria Michael Hugo Damian Peter Adalbert Graf von Schönborn, arcybiskup Wiednia i jeden z najbliższych współpracowników kardynała Ratzingera, czyli następcy Jana Pawła II, uważany też za jednego z głównych autorów nowego Katechizmu Kościoła katolickiego, w głośnym artykule opublikowanym nie byle gdzie, bo na łamach „New York Timesa”, bardzo ostro skrytykował decyzje amerykańskich sądów zakazujące nauczania w szkołach kreacjonizmu, a w szczególności teorii inteligentnego projektu, uznawszy je za przejaw walki z religią i próbę narzucania amerykańskiemu społeczeństwo ideologii lewicowej.

Mało kto – nawiasem mówiąc – zdaje sobie sprawę, że teizm ma kłopoty nie tylko z ewolucjonizmem w biologii, ale również ze współczesną kosmologią, gdzie przecież nauka też nie dostrzega zarysów jakiegokolwiek planu. Tu również pozwolę sobie przywołać Kościół rzymskokatolicki i sięgnąć po opowieść z Castel Gandolfo ze świętym Janem Pawłem II w roli głównej. Stephen Hawking, który został przez papieża zaproszony na konferencję astrofizyków, jakkolwiek nie doczekał się potępienia, na które pewnie w skrytości liczył, usłyszał za to (tak przynajmniej wspomina w „Krótkiej historii czasu”): „It’s OK to study the universe and where it began. But we should not inquire into the beginning itself because that was the moment of creation and the work of God” (cytuję za wydaniem angielskim, bo polskie zostało skrócone). Ponieważ wiarygodność tego cytatu bywa czasem kwestionowana, postanowiłem sprawdzić u źródła i już w wypowiedziach papieża cytowanych na stronach Watykanu (tego źródła chyba nikt nie kwestionuje) znalazłem taki oto passus: „Any scientific hypothesis on the origin of the world, such as the hypothesis of a primitive atom from which derived the whole of the physical universe, leaves open the problem concerning the universe’s beginning. Science cannot of itself solve this question: there is needed that human knowledge that rises above physics and astrophysics and which is called metaphysics; there is needed above all the knowledge that comes from God’s revelation”.

Pomijając już nawet interesujące skądinąd pytanie, skąd papież zaczerpnął wiedzę o „pierwotnym atomie”, z którego wyłonił się cały wszechświat (bo na pewno nie ze współczesnej fizyki i kosmologii; taki pomysł istotnie wysunął kiedyś Georges Lamaître, ale to były lata 30. XX w. i nauka dawno już odesłała go do lamusa; ciekawe jak zareagowaliby teiści, gdybym o magisterium Kościoła katolickiego dyskutował, powołując się na słynny „Syllabus błędów” Piusa IX, a to mniejszego rzędu anachronizm), to zwracam uwagę na jedno, czym chciałbym zakończyć wątek NOMY. Otóż tak wypowiadając się na temat ewolucji oraz kosmologii, zwierzchnik Kościoła katolickiego bardzo precyzyjnie określa, jakimi tematami może i powinna się zajmować nauka, a na jakie obszary ma nie wkraczać. Jednoznacznie też stwierdza, że te obszary (pochodzenie Wszechświata, pochodzenie człowieka…) zastrzeżone są dla „metafizyki”. Czy to nie jest jednoznaczny dowód, że przyjazne rozdzielenie „magisteriów”, o którym tak uroczo poetyzował Gould, jest po prostu mitem?

Niech zatem NOMA spoczywa w spokoju, a my pamiętajmy Goulda nie za jego niezbyt mądre pomysły godzenia za wszelką cenę fizyki z metafizyką, ale za naprawdę wspaniałą pracę, jaką wykonał dla rozwoju i popularyzacji ewolucjonizmu. I jeszcze jedna uwaga na temat NOMA, bowiem ta koncepcja „przyjaznego rozdziału” często pojawia się w publicznych dyskusjach w postaci, która jest zupełnie niezgodna z intencją samego jej autora. Otóż w istocie sam Gould – to w końcu nie przypadkiem jeden z najwybitniejszych uczonych XX w. – nie był tak naiwny, jak mu się zarzuca. Jego postulaty w żadnym stopniu nie były wezwaniem do samoograniczania się nauki. On raczej żądał takiego ograniczenia się od ludzi religii, de facto czyniąc z niej po prostu teorię moralności (jedną z wielu). Wątpię, czy na takie ograniczenie wierzący by się zgodzili…

Czytaj również
O autorze
*
PiotrSzwajcer