Żaba

Drukuj

Rozmowa o systemie emerytalnym zeszła na jego bardzo techniczne aspekty. Eksperci zagonieni w technikaliach zapominają o co w tym bałaganie naprawdę chodzi i często sami już mylą podstawowe pojęcia. Zatem od podstaw:

Ludzie zasadniczo dzielą się na dwie grupy: tych, którzy pracują i tych, którzy nie pracują. Ci drudzy, aby przeżyć muszą uzyskać niezbędne dobra od grupy pierwszej. A stać się to może na cztery sposoby:

Pracujący oddaje dobra: Dobrowolnie Przymusowo
W zamian za coś Odwrócona hipoteka, w zamian za inny majątek (np. sprzedaż aktywów zgromadzonych w OFE) ZUS
Bez oczekiwania, że coś w zamiana dostanie Utrzymywanie dzieci i rodziców, działalność charytatywna Pomoc społeczna, zasiłki dla bezrobotnych, dotacja budżetowa do ZUS

 

Fragmenty systemu emerytalnego znajdziemy w każdej z tych grup i częściowo stąd wynika wiele konfuzji. Świadczenia dobrowolne i bez oczekiwania czegoś w zamian to cześć systemu prywatnego – zwłaszcza w ramach rodzin (tak zwany IV filar), ale także działalności charytatywnej – w dalszych rozważaniach tą część pominiemy. Pozostają nam trzy dodatkowe kategorie.

Sytuacja, w której dobra oddajemy przymusowo i nic w zamian nie otrzymamy to w naszym systemie przede wszystkim dotacja budżetowa do ZUS. Pochodzi ona z naszych podatków i mimo, że ją finansujemy nie wpływa na wysokość obiecanych emerytur. Co gorsza dotacja ta będzie rosnąć wraz z pogarszaniem się prognoz demograficznych i w pewnym momencie budżet nie będzie w stanie jej finansować (szacuje się, że wielkość tej dziury to około 100% PKB). Podnoszenie wieku emerytalnego ma głównie na celu radzenie sobie z tym problemem.

Tradycyjnie rozumiany system ZUS to przymus, ale pracujący dziś oddają owoce swej pracy za obietnicę, że w przyszłości ktoś odda im owoce swojej pracy. Aby skutecznie działał obietnica musi być wiarygodna. Jednak ucieczka od płacenia składek dzisiaj wyraźnie wskazuje, że płatnicy dostrzegają potencjalne załamanie systemu i od niego uciekają, jednocześnie ten upadek przybliżając.

Trzecia opcja zaś to gromadzenie majątku, by na starość w zamian za niego otrzymywać na drodze dobrowolnych transakcji potrzebne dobra. Już dziś znamy odwróconą hipotekę, dzięki której emeryci uzyskują dodatkowy dochód, pozbywając się jednocześnie mieszkania. W tej grupie znajduje się także zwyczajne oszczędzanie na starość: klasyczne, poprzez III filar (dobrowolne oszczędzanie z zachętami podatkowymi, ograniczające jednak płynność), czy OFE (które co prawda jest przymusowe na etapie oszczędzania, ale przymusowo pobrane pieniądze nie są przekazywane niepracującym stąd OFE nie znajduje się w grupie wraz z ZUS)

Czy od wyboru jaką droga pójdziemy zależy wysokość emerytur? Innymi słowy czy likwidacja OFE emerytury zwiększy czy obniży? Odpowiedź jest niejednoznaczna. Wysokość emerytur zależy bowiem przede wszystkim od tego jak wiele są skłonni (z różnych pobudek) pracujący oddać niepracującym. Jeśli pracujących jest relatywnie dużo, a do tego zarabiają dużo, to mogą fundować emerytom wakacje pod palmami bez większych wyrzeczeń. Taki obrazek do niedawna obowiązujący w Niemczech.

Inaczej jednak wygląda sprawa w sytuacji gdy pracujących jest mało, a do tego nie zarabiają za dużo. Wyszarpanie każdego kolejnego złotego będzie się wiązało z rosnącym oporem, czynnym lub biernym – niezależnie czy daniny mają być przymusowe, czy dobrowolne (w końcu priorytet ma nakarmienie siebie i dzieci). I taki scenariusz czeka Polskę w perspektywie 15 lat. Mniej osób będzie gotowych oddawać część swej produkcji za mglistą, i co raz mniej realną, obietnicę emerytury za kilka dekad. Zaś emeryt z oszczędnościami będzie musiał oddawać co raz więcej majątku za tyle samo chleba – więc jego oszczędności będą topniały bardzo szybko. Bez względu na to, czy będziemy mieli sam ZUS, czy samo OFE czeka nas drastyczne obniżenie poziomu życia na emeryturze.

Oczywiście winna jest demografia. Nie udawajmy jednak zaskoczonych – to co widzimy nie jest zjawiskiem nowym. Obserwowany trend demograficzny trwa właściwie od 1950 roku, od kiedy to dzietność systematycznie spada (z krótkim wyjątkiem w czasach stanu wojennego) – także obserwowany stan to bynajmniej nie jest kwestia transformacji ustrojowej i braku polityki prorodzinnej w ostatnich kilkunastu latach. Zresztą polski przypadek nie jest odosobniony – nasza dzietność spadła do poziomu niemieckiego. Spadek dzietności w Europie to bliżej nierozpoznane zjawisko kulturowe, a nie ekonomiczne.

Zresztą zachęcanie do posiadania dzieci dzisiaj przypomina zachętę do samobójstwa. Do zrównoważenia systemu potrzeba osób urodzonych 20 lat temu, a nie dziś. Co gorsza potencjalny boom demograficzny dzisiaj pogorszy jeszcze proporcję pracujących do niepracujących, w krytycznym momencie – czyli za 15 lat. To więcej rodziców na urlopach rodzicielskich, więcej dzieci do wykarmienia i jeszcze mniej pieniędzy, którymi można się podzielić.

Jakie zatem możliwe rozwiązania:

  1. Emigracja

Teoretycznie braki w liczbie pracujących mogą uzupełnić emigranci. Tyle tylko, że nie bardzo jest ich skąd brać – po prostu wszystkie kraje mają problemy podobne do naszych. Jednocześnie konkurencja o wartościowego emigranta jest spora, zaś nasi konkurenci są znacznie atrakcyjniejsze ze względu na wyższą zamożność. Jak już się wyjeżdża z kraju ojczystego to lepiej pojechać do Polski czy raczej Niemiec, UK czy USA? Dlatego jesteśmy źródłem a nie celem emigracji. I tak dłuższy czas zostanie, szczególnie, że emigrantów przyjmować nie chcemy, zaś społeczeństwo jest mało tolerancyjne

  1. Praca aż do śmierci

Przekleństwo w ustach związkowców jest lekarstwem na problem. Po prostu pracujących musi być więcej, a niepracujących mniej. Pracujących będzie więcej jeśli ludzie będą przechodzić na emeryturę w ostateczności. Znowu można to robić odgórnie podnosząc wiek emerytalny lub działając ekonomicznie – oferując wyższe emerytury wraz ze wzrostem stażu pracy. Drugie rozwiązanie wydaje się ciekawsze i mniej inwazyjne, potencjalnie także politycznie bardziej akceptowalne. Zresztą przejście na system zdefiniowanej składki, który dokonał się za rządów Jerzego Buzka wprost do tego prowadzi. Jest jednak pewien szkopuł, który nazywa się „prawa nabyte”. Osoby, które zdążą załapać się na emeryturę przed załamaniem systemu (u nas pierwsze „załamanie” nastąpiło podczas wspomnianej reformy, bo efektywnie zmniejszyło poziom emerytur o połowę) będą go obciążać do śmierci lub jego ostatecznego bankructwa – do którego zresztą walnie się przyczynią. Konieczna jest zatem renegocjacja przyznanych praw, nowa umowa społeczna, która pozwoli przetrwać nam najtrudniejszą dekadę 2025-2035. Alternatywą jest

  1. Drastyczne podnoszenie obciążeń pracujących przy jednoczesnym obcięciu świadczeń dla nowych emerytów

Pierwsze będzie skutkowało szybszą emigracją i pogłębieniem problemu, drugie tragediami ściśle egzystencjalnymi. To scenariusz najgorszy, w którego kierunku zmierzamy, zwłaszcza jeśli zrealizują się przedwyborcze obietnice dalszego dociążania systemu emerytalnego, który i bez tego w dzisiejszym kształcie jest skazany na zagładę.

Kluczem wydaje się uświadomienie ludziom, że obietnica obniżania wieku emerytalnego powinna być politycznym samobójstwem. Dla młodych oznacza większe obciążenia, nieporównywalne z możliwymi do uzyskania w przyszłości świadczeniami (już dziś proste obliczenia wskazują, że gdyby składki ZUS przeznaczyć na zakup piwa to ze sprzedaży zebranych butelek uzyskalibyśmy miesięcznie więcej niż wynosi obiecana emerytura). Dla obecnych emerytów mniej pieniędzy do podziału. Skorzystać być może na tym mogą ludzie, którzy zbliżają się do wieku emerytalnego, choć w rachunku ciągnionym taka korzyść i tak może okazać się stratą. Zatem taka obietnica powinna trafiać do bardzo wąskiego elektoratu, za to być nie do przyjęcia dla zdecydowanej większości. Póki co jednak u nas wszyscy sądzą, ze to świetny pomysł.

Czy zatem wszystko jedno czy mamy OFE czy ZUS? W szerokiej perspektywie różnicy prawie nie ma. Jednak w okresie kryzysu systemu może się okazać kluczowa. Po pierwsze jeśli obietnica przyszłej emerytury przestanie być wiarygodna czy pociągająca pracujący będą unikać płacenia składek uciekając w szarą strefę czy w formy zatrudnienia pomagające je omijać, lub na emigrację (wszystkie trzy zjawiska też obserwujemy już dzisiaj). System zamieni się w czysty przymus, zaś składki w podatek. Podatków zaś można unikać. Załamanie finansów publicznych zaś wymusi obniżkę emerytur – jak choćby w Grecji. I żadne głosy o prawach nabytych nic tu nie pomogą bo z pustego i Salomon nie naleje. Jednak zgromadzone realne aktywa to już inna sytuacja. Akcje zawsze są coś warte i zawsze coś za nie dostaniemy (może mniej niż się spodziewaliśmy, ale to inna historia). Osoba posiadająca oszczędności zawsze będzie w lepszej sytuacji bo wymienia swój majątek za dobra konsumpcyjne na zasadzie dobrowolności. Takich transakcji zaś nikt nie będzie unikał – w przeciwieństwie do płacenia podatków. Realne aktywa dają nami minimum poczucia bezpieczeństwa.

Zatem demontaż OFE, a w szczególności mechanizm suwaka to właśnie zamach na nasze poczucie bezpieczeństwa. Środki przetransferowane z OFE do ZUS pozostają w gestii państwa i w razie zapaści przepadną razem z całą resztą. Innymi słowy „wkładamy wszystkie jajka do jednego koszyka” i jeśli ten koszyk (nasze państwo) upadnie stracimy wszystko. Dla zapobiegliwych pozostaje III (własne oszczędności i IV (własne dzieci) filar. Reszcie liczenie na cud.

Musimy uświadomić sobie, że mamy do zjedzenia bardzo dużą żabę. Dziś wielu stara się jej nie dostrzegać, inni starają się ją wepchnąć innym grupom społecznym. To się jednak nie uda, bo żaba jest za duża i każdemu przyjdzie jej posmakować. Zamiatanie problemu pod dywan powoduje jednak, że żaba rośnie – oby ona nie zjadła nas.

Czytaj również
O autorze
*
TomaszKasprowicz
Przedsiębiorca, naukowiec, publicysta.