Zarządzanie poprawą systemu edukacji

Drukuj

To obywatele powinni zdecydować, na jaki cel edukacji kładziemy nacisk. Decyzja taka jest co najmniej równie ważna jak kiedyś decyzja o rozpoczęciu integracji z Unią Europejską. Niestety do dziś jednoznacznej decyzji nie podjęto ani nie stanowi ona osi sporu politycznego. A powinna.

Dyskusja nad systemem edukacji w Polsce, ostatnio wzmocniona tekstem prof. Jana Hartmana, niestety oparta jest na wzajemnych oskarżeniach i krytyce myślących inaczej. Jednocześnie wydaje się, że każdy wypowiadający się ma racje. I nie ma w tym nic dziwnego, gdyż jak często w debacie publicznej nie zachowujemy naukowej dyscypliny, by mówić o tym samym przy tych samych założeniach. A założenia jednych są nie do pogodzenia ze wstępnymi założeniami innych.

Strategia

Te założenia to przede wszystkim cel systemu edukacyjnego i podstawowe wartości, na jakich się opiera. Jak wykazał Isaiah Berlin nie ma jednego wspólnego dla wszystkich obywateli systemu wartości, dlatego trzeba wybrać jeden priorytet, przyjmując, że inne nie będą miały takiego samego znaczenia. I to założenia powinny podlegać debacie, a nie jedynie sposób osiągnięcia celów. To obywatele powinni zdecydować, na jaki cel edukacji kładziemy nacisk. Decyzja taka jest co najmniej równie ważna jak kiedyś decyzja o rozpoczęciu integracji z Unią Europejską. Niestety do dziś jednoznacznej decyzji nie podjęto ani nie stanowi ona osi sporu politycznego. A powinna.

Gdy narzekamy na niewydolność jakiegokolwiek systemu (czy to edukacji, służby zdrowia czy emerytalnego) odnosimy się do przejawów działania systemu i jego efektów. Rzadko pamiętamy, by wszelka krytykę zacząć od ustalenia (bądź przypomnienia) po co dany system działa. W nauce o zarządzaniu nazywa się to wizją lub strategią. Naukę o zarządzaniu przywołuję tu nie przez przypadek, gdyż systemy, o których mówimy, to złożone układy organizacyjne. Trudno powiedzieć, czy system jest efektywny czy nie, jeśli nie mamy punktu odniesienia, czyli nie wiemy po co system działa i w jakim celu został stworzony. W ekonometrii nazywa się to kryterium optymalizacji.

Jednym z głośniej podnoszonych utyskiwań dotyczy tego, że absolwenci nie są przygotowani do zajęcia swego miejsca na rynku pracy. Piotr Laskowski ujmuje temat nieco szerzej z filozoficznego punktu widzenia, tj. „czy szkoła ma dopasować dziecko do rzeczywistości, czy też dać mu narzędzia do poszukiwania innej formy życia”. Dotykamy w tych wypowiedziach kluczowej kwestii – celu systemu edukacji. Jedni mówią, że ma przygotować młodego człowieka do rynku pracy. Niektórzy, że ma nauczyć go nauczyć jak się uczyć. Inni powiedzą, że ma wyrównywać szanse osób wynoszących słabszy kapitał intelektualny z domu. Można też czasem usłyszeć, że szkoła ma pokazać, że wiedza jest jakąkolwiek wartością. Możliwych celów jest więcej, ale niestety trzeba wybrać jeden, gdyż cel zasadniczy może być tylko jeden.

Jestem przekonany, że nie mamy dziś w Polsce wspólnej odpowiedzi po co działa nasz system edukacji. Nie mamy decyzji obywateli i ich zrozumienia, po co z pieniędzy publicznych finansujemy ten system. Każdy będzie miał swoją odpowiedź. Co gorsza, każdy Minister Edukacji będzie miał swoją wizję, podczas gdy z perspektywy zarządzania tym systemem i oceny jego efektywności nie można nic zrobić bez klarownej odpowiedzi na powyższe kluczowe pytanie. Gdy przedsiębiorstwa, które często stawia się za przykład organizacji potrafiących być wydajnymi i skutecznymi, mają ocenić swoją efektywność to cel jest jasny i najczęściej jest to maksymalizacja wartości dla właścicieli (często związana z zyskiem). Słusznie budzi wątpliwości, gdy ktoś próbuje przełożyć ten cel na system edukacji, mówiąc, że szkoła ma przynosić zyski. Ale jest to oczywiste błędne zrozumienie efektywności. Efektywność ocenia się pod kątem celu. A gdy cel systemu edukacji jest niejasny to efektywności nie można ocenić.

Demokratyczny proces decyzyjny stawia co najmniej dwa wyzwania przed każdym systemem. Po pierwsze, zakładając, że obywatele mają wystarczającą wiedzę, by podjąć swoją decyzje, to zapewne nie uzyskamy konsensusu wobec jednego celu. Po drugie, system trzeba budować dłużej niż okres kadencji władzy ustawodawczej. A zatem potrzebna jest zgoda międzypartyjna. Wielości oczekiwań obywateli, a zatem wielości celów nie można wdrożyć w życie. Wartości i cele są rozbieżne z natury. Ale to, co można zrobić, to jednak znaleźć najmniejszy wspólny mianownik i umożliwić różnorodność.

Wypowiedzi dotychczasowe często więcej zawierają krytyki, niż konkretnego planu działania. Jako doradca firm jestem nauczony, że najlepsza analiza i krytyka niewiele wnosi, jeśli nie zawiera jednak pewnych rekomendacji. Krytykować, zwłaszcza złożone systemy łatwo – znacznie trudniej zaproponować rozwiązanie.

daria

Gdybym zatem był premierem, zaproponowałbym ustalić za wspólny mianownik systemu edukacji dostarczenie obywatelom podstawowej wiedzy, narzędzi i umiejętności, by chcieli i wiedzieli, jak się dalej rozwijać. Oznacza to, że nie uznaję, żeby system edukacji miał na celu przygotowanie do rynku pracy, ale też nie jest celem nauczenie wszystkiego ani też przygotowanie do akademickiej dyskusji.

Wedle tego celu, nie powinno być przedmiotu język polski, który zawiera jednocześnie naukę o kulturze jak jest dzisiaj. Podstawową wiedzą jest dla mnie znajomość języka polskiego. Dzisiaj przerabia się lektury w szkole, a na koniec absolwenci nie potrafią poprawnie po polsku sformułować swoich myśli. Powinno być więcej ćwiczeń z zakresu pisania zarówno rozprawki jak i pisma urzędowego. Podstawą nie powinna być jedynie przeczytana lektura, ale realna możliwa potrzeba – wypowiedź w lokalnej gazecie na temat postawienia centrum handlowego w miejsce parku, pisma do urzędu miasta w sprawie zainstalowania dodatkowej sygnalizacji na przejściu dla pieszych, czy też raport z przeprowadzonego projektu badawczego.

Przegląd literatury nie powinien postępować chronologicznie, bo jako taki nic nie mówi uczniowi a najczęściej zniechęca do czytania, gdyż zmusza w pierwszej kolejności do czytania o odległych czasach i sprawach nieistotnych dla młodego człowieka. Powinno się zaczynać w podstawowym zakresie od lektur w miarę współczesnych, a także analizować słowa piosenek. Na ich podstawie dyskutować, co chciał autor powiedzieć i jak to ujął. Dopiero dla chętnych, powinien być dodatkowy przedmiot, który uwzględniałby większość obecnego przedmioty język polski. I umożliwiałby takim pełnym pasji nauczycielom jak Pan Laskowski prowadzenie dyskusji o „Orientalizmie” Edwarda Saida.

Z określonego przeze mnie celu edukacji wynika także potrzeba edukacji obywatelskiej. Już od przedszkola każdy powinien uczyć się jak działa samorząd oraz państwo, czy są przepisy prawa i jakie obywatel ma obowiązki. Wszyscy powinni odwiedzić posiedzenie rady miasta, zobaczyć jak wygląda rozprawa sądowa, pójść na zebranie wspólnoty mieszkaniowej. Przedmiot powinien być projektowy i niekoniecznie powinna być wystawiana ocena na koniec. Oczywiście nie można tylko doprowadzić do absurdu, który osiągnięto na niektórych zajęciach z przedsiębiorczości, podczas których nauczycielka przepytuje ucznia, jaka jest definicja przedsiębiorcy zgodnie z ustawą o przedsiębiorczości (sic!). Edukacja obywatelska od trzeciego roku życia zapewni, że obywatele nie będą zagubieni i będą w stanie aktywnie uczestniczyć w życiu swoich społeczności.

Pomiar

Jest słusznym, by efektywność systemu oceniać z perspektywy ucznia. To jak sobie radzi uczeń po zakończeniu edukacji powinno być naszą miarą. Pomiar powinien być ściśle związany z celem edukacji.

Jednak obecne egzaminy mają dwie słabości. Po pierwsze, brak powiązania z celami, gdyż (jak pisałem wcześniej) cele są niejasne. W efekcie to wynik testu stał się celem edukacji, co zaburza uczniowi właściwe poczucie, po co się uczy. Jeśli uczeń uczy się, tylko po to by uzyskać dużo punktów, to zapomina, że jego edukacja jednak powinna służyć innym celów – zrozumieniu świata, przygotowania się do dorosłego życia.

Po drugie, ograniczenie jedynie do policzalnego wyniku, jest przejawem trzymania się dziewiętnastowiecznego zarządzania naukowego. W pierwszych masowych halach produkcyjnych liczyło się tylko to, co można zmierzyć. Dziś w wielu firmach wciąż zarządza się jedynie miernikami, najczęściej finansowymi. O ile mogą one być adekwatne do oceny pracy zarządu, o tyle na poziomie pracownika liniowego konieczne jest uwzględnienie oceny jakościowej. Podobnie w przypadku ucznia, ocena końcowa powinna uwzględniać to, co poza testem. Należy dodać punkty za, przykładowo: aktywność w szkolnej gazecie, napisanie własnej książki, sukcesy w organizacji pozarządowej czy sukcesy sportowe. Dodatkowy element powinien promować umiejętność współpracy z innymi jak i inne cenne postawy obywatelskie. Co więcej, powinna uwzględniać postęp, jakiego dokonał uczeń na danym etapie edukacji. Dziś prowadzone są już w naszym kraju badania nad edukacyjną wartością dodaną, ale dotyczą one całych szkół. Warto stworzyć system z perspektywy ucznia.

Gdyby celem miało być przygotowanie do rynku pracy, to wówczas mierniki mogłyby zawierać ocenę pracodawców, ocenę wystawioną przez w efekcie rozmowy rekrutacyjnej lub test ułożony przy udziale pracodawców. Może brzmi to trochę rewolucyjnie, ale pozwala wyraźnie pokazać, że pomiar powinniśmy dobierać do stawianego celu. Podobnie, gdyby celem było zaszczepienie ciekawości świata, to pomiarem zapewne byłoby badanie socjologiczne na początku i na koniec edukacji.

Kluczowi interesariusze

Sporo miejsca w debacie publicznej dotyczy programów nauczania. To zmiany w nich wprowadzone mają być odpowiedzią na wszelkie bolączki. Podstawa programowa jest rzeczywiście operacjonalizacją celów strategicznych, czyli przełożeniem ich na bardziej szczegółowe plany. Ale nawet najlepsza podstawa i plan działań, nie da firmie nic, jeśli nie będzie kompetencji by je wdrożyć. Dlatego dobre firmy dbają o rozwój swoich pracowników.

I tu dochodzimy do tematu rzadko poruszanego w naszej debacie. Powinniśmy znacznie więcej poświęcać czasu na rozwój nauczycieli niż na zmianę podstawy programowej. Dotychczasowi ministrowie jednak więcej pracowali nad podstawą niż nad rozwojem kadry nauczycielskiej. To typowe dla słabych menedżerów – łatwiej im koncentrować się na kreśleniu planów i analiz, a trudno rzeczywiście zadbać o rozwój pracownika. Często wynika to z braku wiedzy, często z braku szacunku do pracy pracownika. Przecież menedżer nakreślił plan, to czemu pracownik nie wie, jak należy go wdrożyć?

Mam wrażenie, że podobnie jest z nauczycielami. Potrzebujemy działań rozwijających, motywujących i inspirujących nauczycieli. Słaby menedżer od razu powie, że aby zmotywować do pracy to trzeba podnieść stawki nauczycieli. Choć dobry nauczyciel powinien zarabiać znacznie więcej niż dzisiaj, to trzeba pamiętać, że sama gratyfikacja finansowa jest słabą i nietrwałą motywacją do rozwoju i stałej poprawy jakości swojej pracy.

Najważniejszym dla pracownika jest bezpośredni przełożony, który nie tylko kontroluje pracę, ale i służy radą, wyjaśnieniem czy inspiracją. Moje doświadczenie, ale i literatura zarządzania wyraźnie wskazuje, że bliska relacja z przełożonym, który wspomaga rozwój i potrafi docenić, stanowi jedną z silniejszych motywacji. W polskiej szkole niestety nauczyciel jest pozostawiony samemu sobie. Ma przełożonego w postaci dyrektora szkoły, ale relacja między nimi jest jedynie formalna. Mamy różne stopnie zaszeregowania, ale służą one jedynie do pewnego zróżnicowania zarobków (nieudolnie wdrożonego niestety i zachęcającego raczej do nicnierobienia). Brakuje jednak nauczycielom zwierzchnika, który regularnie monitorowałby przebieg lekcji, ustalał cele rozwojowe (ilu z nas zna choć jednego nauczyciela, które przez wszystkie lata swojej pracy opowiada to samo), proponował innowacje i motywował do większego wysiłku. Bez zwierzchnika, zarówno porażki jak i sukcesy nauczyciel przeżywa w osamotnieniu. Hierarchia, także wśród przełożonych, pozwoliłaby na poprawę identyfikacji ze wspólnotą szkolną, a w efekcie na większym szacunku do pracy nauczyciela (zarówno jego samego jak i otoczenia). Sprawiłaby tym samym, że zawód nauczyciela mógłby częściej stać się zawodem z wyboru a nie skutkiem negatywnej selekcji.

Przełożony (lub osobisty coach) powinien być bardziej doświadczonym nauczycielem, wciąż prowadzącym swoje zajęcia, ale którego część pensum poświęcona byłaby na rozwój młodszych nauczycieli. Ministerstwo oraz organizacje pozarządowe powinny oferować szkolenia oraz treningi dla nauczycieli (obowiązkowe i niekolidujące terminami z zajęciami). Obecny niż demograficzny jest być może dobrą okazją, by przeorganizować uwolnione moce nauczycieli do stworzenia systemu przełożonych. Warto też zastanowić się, by odciążyć dyrektorów szkół od nadmiaru zajęć administracyjno-biurowych, a przekierować moce wielu urzędów z zadań kontrolnych na zadania wspierające jakość.

W jednym dzisiejszy system jest chociaż klarowny – otóż system jednoznacznie wskazuje, że rodzice są w nim nieobecni. To druga ważna grupa interesariuszy. Nie przypominam sobie zgody obywateli na to, ale jest to wpisane w sposób działania systemu – rodzice są niepotrzebni do osiąganiu postawionych celów systemu edukacji. Jest to wyraźna pozostałość po czasach socjalizmu, gdy uczeń miał być oddany państwu, a państwo miało go wychować i ukształtować. Dziś propaganda jest może nieobecna, ale wciąż nie ma rodzica w procesie kształcenia.

Ja wiem, że przede wszystkim wymagałoby to znacznie więcej wysiłku ze strony rodziców i zdecydowana większość nie jest na to przygotowana. Ale jeśli stopniowo nie będziemy włączać pierwszych pokoleń rodziców w proces kształcenia to sytuacja ta pozostanie bez zmian. A rodzice mogliby być dodatkowym źródłem motywacji nauczyciela (przez uzyskanie pochwał od rodziców) jak i dobrym narzędziem do stałej poprawy jakości edukacji (znacznie lepszym niż wizyty kuratora). Szkoła stać by się mogła ośrodkiem pewnej integracji społecznej, a być może i edukacji samych rodziców.

Decyzja

Wypracowany system powinien być poddany głosowaniu w powszechnym referendum – taka decyzja miałaby silne podstawy, by nie ulegać zmianie w wyniku kolejnych wyborów. Kampania przedreferendalna powinna pomóc zwiększyć świadomość obywateli. Dopiero wtedy będziemy mogli zarządzać naszym systemem edukacji, by poprawiać osiągane cele. I dopiero wtedy możemy rzeczywiście powiedzieć, czy nas system jest wydolny czy nie.

Czytaj również
  • Joanna

    Ma pan piękne pomysły na edukację… Niestety to same mrzonki.
    Sam pan pisze, że nie wie, co jest celem szkolnictwa, więc podam całkiem niezłą propozycję. Szkoły (każdego stopnia) i przedszkola istnieją po to, żeby rodzice nie musieli się opiekować swoimi dziećmi.
    Pierwsze szkoły i przedszkola powstały po to, żeby rodzice uczniów mogli pracować w fabrykach posiadając stosunkowo dużą pewność, że ich dzieciom nie stanie się w międzyczasie krzywda. Jakiekolwiek wartości „edukacyjne” zostały do tego modelu dołożone później i były jedynie zasłoną dymną, mającą przekonać dziewiętnastowiecznych i wczesno-dwudziestowiecznych rodziców do powierzenia szkołom dzieci oraz przeforsowania obowiązku szkolnego. Szkoły powstały jako opiekunka do dzieci i tym są nadal. A przez to, że są państwowe i (do pewnego stopnia) obowiązkowe, są jednocześnie paskudnie drogie.
    Chciałby pan, aby szkoły rozwijały dzieci, aby przygotowały do rynku pracy czy chociażby wyjaśniały świat. To gigantyczne postulaty wobec instytucji, której jedynym celem jest miarkowanie zajęcia dzieci. Szkoły raczej by trzeba zlikwidować i budować od zera.

*
MirosławPawełko