Złudna alternatywa?

Drukuj

Tegoroczne wybory prezydenckie zakończyły się wynikiem, który u progu kampanii wydawał się całkiem nieprawdopodobny. Uwidoczniły się w społeczeństwie silne nastroje buntu i niezadowolenia, których skala okazała się dla rządzącej koalicji zaskoczeniem. Istotnie, wyniki gospodarcze Polski zarówno te dzisiejsze, jak i te sprzed kilku lat, gdy nad resztą Europy szalał kryzys ekonomiczny, powinny raczej działać na korzyść rządu. Olbrzymi postęp w budowie infrastruktury drogowej, remonty, przebudowy, rewitalizacje setek miast, skok modernizacyjny polskiej wsi – to również zdawałoby umacniać notowania władzy. Tymczasem ponad połowa głosujących pokazała czerwoną kartkę kandydatowi partii rządzącej. Niewiele lepiej dla Platformy Obywatelskiej wyglądają sondaże mierzące poparcie  przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi.

Pewien stopień znużenia – czy wręcz rozdrażnienia – ekipą, która od blisko 8 lat sprawuję władzę jest naturalny i zrozumiały. Zapewne sprzyjała też temu arogancja, zła komunikacja z obywatelami (zwłaszcza po odejściu premiera Tuska) i nadmierna pewność siebie wielu przedstawicieli obozu władzy. Tzw. afera taśmowa odcisnęła tu niewątpliwie swoje piętno, a jej efekty ujawniały się stopniowo.  Dla twardego, liberalnego elektoratu PO trudny do przełknięcia był „skok” na oszczędności zgromadzone w OFE czy rozrost zatrudnienia w administracji publicznej. Zabrakło też idei, która mogłaby porwać wyborców. Polacy zaczęli kojarzyć rządzącą partię z obroną status quo, a to mało pociągające, gdy konkurencja obiecuje, że może być lepiej.

Tym niemniej nie miało miejsca żadne zjawisko, wywołane przez rządzących, uderzające w konkretną grupę społeczną, skutkiem czego jej sytuacja materialna byłaby obecnie gorsza niż 7 – 8 lat temu, a tym samym tłumaczyłoby to powstanie tak dużego negatywnego elektoratu. Bardziej przekonujące wydaje się twierdzenie, iż korzenie dzisiejszego buntu tkwią w rozbudzonych aspiracjach dużej części społeczeństwa, które nie mogą być zaspokojone w oczekiwanym tempie i zakresie. Nie zapominamy tu oczywiście o osobach faktycznie będących w trudnej sytuacji finansowej. Natomiast nic nie wskazuje, aby to one były motorem obecnych zmian na scenie politycznej.

Duża część społeczeństwa czuje się rozczarowana rządami PO-PSL, a jednocześnie te emocje nie przekładają się na listę żądań z których mógłby powstać konkretny i spójny program. Potrzeba odrzucenia obecnej władzy stała się celem samym w sobie. Charakterystycznym przykładem jest tu sukces Pawła Kukiza, którego program wyborczy sprowadzał się wyłącznie do postulatu wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych. Wątpliwym jest, aby faktycznie wyborcy słynnego wokalisty wierzyli, iż JOWy są uniwersalnym panaceum na wszelkie niedomagania III RP. Chodziło tu raczej o „gest Kozakiewicza” wobec obecnych elit.

Wśród centrowego elektoratu, w dobrym tonie stało się złorzeczenie na rządzącą koalicję, a dotychczasowi wyborcy PO zaczęli poszukiwać nowego bytu politycznego, na który można by oddać swój głos. Wiele osób wiąże nadzieje z „Nowoczesną.pl” – ugrupowaniem tworzonym przez ekonomistę Ryszarda Petru. Sympatycy liczą, iż ta formacja wniesie do polskiej polityki impuls reformatorski, którego w wielu obszarach zabrakło Platformie Obywatelskiej.

Przestrzegałbym jednak przed utożsamianiem wyrażonej w wyborach woli zmian, ze społecznym zrozumieniem i poparciem dla reform gospodarczo-ustrojowych, zwłaszcza w rozumieniu wolnorynkowym i światopoglądowo liberalnym. Pamiętajmy, iż ostatecznie wybory wygrał konserwatywny polityk postulujący rekordowe rozdawnictwo publicznych pieniędzy, a nie urzędujący prezydent, który jako jedyny z kandydatów, bronił dorobku III RP – państwa które, mimo wszelkich ułomności, jest historią liberalnych reform.

Niechęć dzisiejszej Polski do wyrzeczeń i wysiłku, jaki się wiąże z transformacją ustrojową, dobrze rozumiał Donald Tusk propagujący politykę „ciepłej wody w kranie”. Brak szerszych reform w czasie rządów PO przecież nie tyle wynikał z rzekomej wrodzonej niegodziwości polityków ją tworzących, lecz z braku społecznego poparcia dla tego typu inicjatyw. Obserwację tą potwierdza gremialny atak na reformę emerytalną w czasie kampanii prezydenckiej. Bardziej intensywnej modernizacji kraju nie sprzyjała również postawa głównej partii opozycyjnej, która przez lata nie przedstawiała alternatywnych rozwiązań ustrojowo-gospodarczych, które byłyby wyzwaniem dla obozu rządzącego. Przypomnijmy, że głównym oponentem rządu w dyskusji nad OFE, poziomem długu publicznego czy prywatyzacją, nie była żadna partia polityczna lecz prof. Leszek Balcerowicz i jego Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Wydaje się, iż w obecnej sytuacji tworzenie nowej partii liberalnej  jest obarczone dużym ryzykiem – przede wszystkim – rozbicia ograniczonej puli głosów na dwa ugrupowania (np. Nowoczesna.pl i PO), co w efekcie może wzmocnić wynik wyborczy PiS. Bardziej sensownym wydaje się tworzenie reformatorskiej grupy nacisku na rządzących – przeciwwagi dla sił roszczeniowych, jednak bez samodzielnego startu w wyborach. Kolejna ważna kwestia to problem, nazwijmy to, „deficytu etosu służby państwu” trapiący część osób z ugrupowania rządzącego. Nie jest to zjawisko szczególnie odmienne od tego, co obserwowaliśmy za rządów SLD czy PiS. Pytanie jaki mechanizm tworzenia kadr partyjnych proponuje nowe ugrupowanie i czy gwarantuje on jakościowy skok w stosunku do tego, co reprezentują dotychczasowe byty polityczne?

W antysystemowym entuzjazmie brakuje refleksji o tym co dalej ma nastąpić po odrzuceniu obecnej władzy. Sytuacja ta prowadzi do pewnych paradoksów, gdy antyestablishmentowa fala wynosi do zwycięstwa kandydata środowiska politycznego współtworzącego polską scenę polityczną od lat i współodpowiedzialnego za obecny poziom debaty publicznej.

Nie jest celem niniejszego artykułu wystawianie laurki rządzącej koalicji. Jako współwłaściciel małej firmy rodzinnej doskonale zdaję sobie sprawę z zaniedbań kolejnych rządów – również obecnego – w tworzeniu warunków sprzyjających prowadzeniu działalności gospodarczej, czy szerzej w ułatwianiu codziennego funkcjonowania obywateli. Nie miejsce tu na wyliczanie wszelkich bolączek, ograniczmy się do jednego przykładu dobrze ilustrującego sytuację, gdy trafna diagnoza prowadzi do mylnych wniosków.

Jako jedną z największych przeszkód dla biznesu, przedsiębiorcy wymieniają gąszcz niejednoznacznych i nieustannie zmienianych przepisów, sztywny kodeks pracy i wysokie pozapłacowe koszty pracy. Sytuacja ta powoduje, iż coraz więcej firm ucieka w elastyczne formy zatrudnienia takie jak tzw. umowy śmieciowe i forsowanie jednoosobowej działalności gospodarczej. To z kolei jest wymieniane jako jedna z przyczyn niezadowolenia społecznego, zwłaszcza wśród młodego pokolenia, prowadzącego do głosowania na kandydatów „antysystemowych”.  Mechanizm ten pozbawiony jest jednak analizy, czy nowi faworyci dysponują realną receptą, czy raczej ich pomysły pogłębią istniejące problemy (Kukiz, PiS) i czy wreszcie istnieje możliwość wdrożenia obiecywanych rozwiązań (Nowoczesna.pl). Lekceważona też jest przewidywalność władzy jako czynnik sprzyjający rozwojowi gospodarczemu. W efekcie grozi nam wybór lekarstwa gorszego od choroby.

Czytaj również
O autorze
*
MarcinFrenkel
Absolwent WSMiP Uniwersytetu Łódzkiego, przygotowuje doktorat o roli paryskiej „Kultury” w kształtowaniu polskiej polityki wschodniej.