Zmiana jest dobra tylko wtedy, kiedy jest dobra

Drukuj

Liberté! Numer XXII

Przemówienie podczas Gali Zamknięcia EFNI 2015

Ewolucja to proces naturalnych przemian istniejącego porządku. Rewolucja zaś to sztucznie generowany przewrót. Bez względu na to, czy obecna sytuacja geopolityczna jest nieuniknioną konsekwencją długofalowych procesów, czy rezultatem chybionych ambicji przywódców – stanowi dla Europy punkt zwrotny. A każdy zwrot oznacza zmianę.

Chciałbym pogratulować świetnej intuicji organizatorom tegorocznego EFNI. Nie ulega wątpliwości, że nierówność i geopolityka to dzisiaj nieodłączna para. I właściwie po raz pierwszy, jak sięgam pamięcią, nierówności społeczne, nierówności ekonomiczne w obrębie narodów, ale także w wymiarze globalnym stają się jednym z najistotniejszych czynników geopolitycznych i być może staną się czynnikiem zmieniającym w sposób zasadniczy geopolitykę.

Mija właśnie 25 lat od daty tak istotnej dla Europy. Mówię o zjednoczeniu Niemiec. Tutaj, w Sopocie i w pobliskim Gdańsku, ta data kojarzy się przede wszystkim z wielkim wysiłkiem polskiej „Solidarności”, a następnie ze zburzeniem muru berlińskiego. Ten mur można było zburzyć dlatego, że wcześniej między ludźmi powstały mosty. Bo na tym w istocie rzeczy polegała wielka polska solidarność. Nieprzypadkowo w debacie w Europie i tu, w Sopocie, słowa „solidarność”, „zmiana”, ale także „mury” pojawiają się w ostatnich miesiącach najczęściej.

Wróćmy do sedna. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że istotą dzisiejszej polityki – tu, w mojej ojczyźnie, w Europie, i na całym świecie – jest kwestia uchodźców. I nie tylko dlatego, że dzisiaj nie za bardzo radzimy sobie z tym niespodziewanym, lawinowym ich napływem do Europy, ale dlatego, że sprawie uchodźców towarzyszą wszystkie najważniejsze kwestie współczesnego świata, również te związane z ładem geopolitycznym. Nie ma żadnej wątpliwości, że nierówność i bieda to jedne ze źródeł tego wielkiego wstrząsu o wymiarze globalnym, tego exodusu, tak to możemy dzisiaj nazywać, tej prawdziwej nowożytnej wędrówki ludów. Bardzo trudno nam rozróżnić uchodźców politycznych od tych, którzy uciekają przed biedą. Ci, którzy zmierzają do Europy z wielu stron świata, uciekają w rzeczywistości przed jednym i drugim. Uciekają z miejsc, gdzie po prostu nie da się żyć. Dlatego, że nie ma co jeść; dlatego, że nie ma wody; dlatego, że rządzą tam przemoc, wojna i zbrodnia. To jest jeden z powodów, dla których Europa sprawia czasami wrażenie bezradnej, kiedy ma sobie poradzić z falą uchodźców na granicach zgodnie ze swoimi wartościami, tradycjami, z konwencjami międzynarodowymi takimi jak konwencje genewskie.

Tu, w Sopocie, jak wynika z deklaracji przedstawionej przez Henrykę Bochniarz, ale właściwie w każdym miejscu w Europie właśnie w nierówności widzimy jedną z głównych przyczyn zła i dlatego tak często w tym najbogatszym, najlepszym miejscu na ziemi, jakim jest nie tylko Sopot, lecz także cała Europa, tak głośno mówimy dzisiaj o potrzebie otwartości i solidarności, o tym, abyśmy byli w stanie dzielić się owocami naszej pracy z tymi, którzy potrzebują naszej pomocy. Ale chciałbym ten piękny i czysty europejski głos o potrzebie solidarności, o potrzebie burzenia murów, trochę zakłócić.

Murami, które trzeba burzyć, są nie tylko mury, które dzielą. Dziś często mówi się na przykład o sławnych zasiekach węgierskich postawionych na granicy strefy Schengen, aby zatrzymać falę uchodźców i migrantów. I ten fakt jest oczywiście kontrowersyjny, a szczególnie kontrowersyjna czy wręcz nie do zaakceptowania jest retoryka, która towarzyszy tym dość drastycznym przedsięwzięciom. Ale musimy pamiętać o tym, że mury w Europie powstają także gdzie indziej, że po raz pierwszy od wielu lat w różnych europejskich stolicach – i nie jest to Budapeszt – zaczyna się mówić o tym, że Schengen nie zdaje egzaminu. Powstają – na razie w sferze dyskusji, debaty, choć mamy już do czynienia z pierwszymi praktycznymi krokami – mury, których obalenie było być może największym zwycięstwem zjednoczonej Europy. A więc mury wewnątrz Europy.

Tak naprawdę musimy także pamiętać, choćby w kontekście debaty o przyszłości euro i o sytuacji w Grecji – nie tej związanej z migrantami, ale z gospodarką, o tym, że widoczne były w debacie o przyszłości strefy euro także mury dzielące Północ i Południe. Mury nie fizyczne, ale przecież bardzo dotkliwe. W debacie o relokacji uchodźców pojawiły się kolejne podziały, tym razem między tzw. starą a nową Europą czy, powiedzmy dobitniej, między Zachodem a Wschodem Europy. Kiedy słucham relacji także z mojej ojczyzny, to widzę, że mury powstają w każdym z nas. W naszej mentalności. Mury, które są ufundowane na strachu, niepewności, a czasami na tych najstraszliwszych przesądach i pomysłach takich jak rasizm i nietolerancja.

Mury dzielą, ale, jak państwo dobrze wiedzą z historii, mury są także po to, aby chronić. Jeśli chcemy zapobiec dramatycznym zmianom politycznym, organizacyjnym, ale także mentalnym w Europie, to musimy poważnie się zastanowić nad zmianą pewnego paradygmatu, który tak wyraziście objawił się w ostatnich miesiącach. Mówię o potrzebie odzyskania kontroli nad granicami zewnętrznymi Unii Europejskiej. Nie po to, żeby zagrodzić drogę uchodźcom politycznym, ale po to, aby odzyskać poczucie wspólnoty politycznej, bo nie ma przecież wątpliwości, że wspólnota polityczna na określonym terytorium musi mieć zdolność chronienia swojego terytorium na wyznaczonych granicach.

Dlaczego jest to tak istotne? Ponieważ dzisiaj mury, o których mówiłem – czy te dzielące Europę symbolicznie, czy te, które być może pojawią się na granicach strefy Schengen, czy te w naszej mentalności – powstają także dlatego, że tak wielu europejskich obywateli ma poczucie niepewności co do przyszłości, widzi chaos na naszych granicach, czuje, że przywódcy europejscy odpowiedzialni za granice wewnętrzne często sprawiają dzisiaj wrażenie bezradnych wobec fali uchodźców. Humanitarna, iście europejska polityka migracyjna będzie możliwa tylko wtedy, kiedy odzyskamy kontrolę nad europejskimi granicami zewnętrznymi. Dzisiaj o tym, kto dociera do Europy: czy jest to uchodźca polityczny, czy migrant powodowany kwestiami socjalnymi, czy człowiek o złej woli i złych intencjach, o tym nie decydujemy my w Europie. O tym decydują często szmuglerzy, przemytnicy, którzy tak łatwo narażają życie uchodźców na największe ryzyko, i oczywiście determinacja ludzi, a czasami po prostu zła pogoda na Morzu Śródziemnym. To dzisiaj decyduje o tym, kto dociera do Europy, a nie dobrze zorganizowana, także poprzez kontrolę granicy zewnętrznej, europejska polityka migracyjna.

Mówię o tym po to, aby przywrócić tradycyjne myślenie o obowiązkach politycznych, jakie spoczywają na każdym przywódcy. Na pewno zagwarantowanie poczucia bezpieczeństwa, ładu i harmonii własnej wspólnocie politycznej należy do podstawowych obowiązków. Istotną rolą jest także chronienie godności Europy. Za chwilę powiem jeszcze parę zdań o tym, jakie ryzyka, te najpoważniejsze, grożą Europie w związku z sytuacją na południe i wschód od Europy, ale chciałbym podkreślić, że nie zgadzam się z tym pesymistycznym tonem o stanie dzisiejszej Europy, bo tym, co wydaje mi się dzisiaj najważniejsze, także w kontekście uchodźców, jest to, aby Europa odzyskała zdolność ochrony tego, co jest naszym dorobkiem i czego nie musimy się wstydzić.

W tym dramatycznym, a czasami tragicznym marszu milionów ludzi do Europy jest jedna bardzo wyraźna nuta optymizmu. Otóż nikt nie ma wątpliwości, dokąd zmierzać. Nikt nie ma wątpliwości, gdzie życie jest godne, najbezpieczniejsze, gdzie daje szansę na zapewnienie dobrej przyszłości dla dzieci. Setki tysięcy, a niedługo, obawiam się, miliony uchodźców bezbłędnie wskazują ten punkt na mapie świata. Punkt najbardziej tolerancyjny, gwarantujący standardy, wolność — i to jest właśnie Europa. Nie mówiąc już o beneficjach, na jakie mogą liczyć uchodźcy w najbogatszych krajach europejskich. I dlatego wtedy, kiedy słyszymy – powtarzało to ostatnio na Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych wielu przywódców światowych — że Europa źle traktuje uchodźców, że w tej sprawie musimy także umieć zachować się solidarnie wobec samych siebie, Europa wciąż pozostaje miejscem, gdzie uchodźców traktuje się najlepiej i zamiast się wzajemnie oskarżać, powinniśmy umieć współdziałać także w tłumaczeniu światu, że jeśli dzisiaj dyskutujemy o relokacji, jeśli zastanawiamy się, jak uporządkować sytuację na granicach, to robimy to dlatego, że chcemy pomagać ludziom, a nie dlatego, że chcemy Europę przeciwko nim zamurować.

Otwartość i paradygmat, wynikający między innymi z konwencji genewskich, a więc gotowość przyjęcia każdego uchodźcy, który stanie na europejskiej ziemi, to oczywiście także poważne ryzyko. Jest ono związane z pewną zmianą geopolityczną i zmianą w zakresie politycznego zachowania niektórych decydentów i całych państw w sąsiedztwie Europy. To wnioski także po moich rozmowach w kilkunastu krajach sąsiadujących z Europą, w tym najbardziej zagrożonym konfliktami regionie świata, że uchodźcy stali się elementem konfrontacji politycznej i czasami stają się także w rękach i umysłach niektórych polityków kartą przetargową, a nawet elementem kolejnej fazy wojny hybrydowej, której pierwsze oznaki obserwowaliśmy na Krymie i w Donbasie. Nie mam na myśli tylko Rosji, ale generalnie pewną zmianę nastawienia i polityka wobec uchodźców w wielu krajach wokół Europy bardzo wyraźnie na to wskazuje. Po raz pierwszy, odkąd zajmuję się polityką, słyszałem tak otwarte deklaracje niektórych polityków, że uchodźcy podążający do Europy to także ich metoda na wymuszenie na Europie pewnych zachowań. Niektórzy wprost mówili, że jest to metoda na osłabienie Europy jako organizmu politycznego. Z tego także musimy umieć wyciągnąć wnioski zgodne z naszym humanitarnym podejściem do uchodźców, ale niebędące równocześnie przejawem politycznej naiwności.

Dzisiaj uchodźcy zmierzają do Europy nie tylko dlatego, że to wciąż najlepsze miejsce na ziemi, lecz także dlatego, że łatwość dostępu, łatwość dotarcia i przekroczenia granicy europejskiej stała się powszechnie znana. Słyszałem o tym jako jednym z głównych argumentów w decyzjach uchodźców, także w obozach dla uchodźców, od nich bezpośrednio w bardzo szczerych rozmowach. Geografia również powoduje, że ludzie decydują, by zmierzać do Europy i przez Morze Śródziemne, i drogą lądową, nawet z Afganistanu. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że także coś, co w ostatnich dniach, po słowach kanclerz Merkel, nazywano w Europie – czasami złośliwie – „Willkommenkultur”, stało się bodźcem i sygnałem zachęcającym, aby przybywać do Europy. Upadek państw wokół Europy to kolejny powód, który motywuje ludzi, aby zmierzać w tym i tylko w tym kierunku.

Chcę na zakończenie tego wątku, który będzie wpływał na losy Europy i świata, w moim przekonaniu, przez najbliższe lata w sposób bardzo istotny, zaznaczyć, że mamy dzisiaj do czynienia nie tylko z setkami tysięcy uchodźców na granicach Europy i w jej obrębie, ale – i to nie jest już tylko moja intuicja, ale wiedza – lecz także z milionami uchodźców, którzy są w drodze do Europy. Blisko trzy miliony Afgańczyków, którzy opuścili swój kraj, są dzisiaj w Pakistanie, w Iranie, w Iraku, w Jordanii, w Turcji i prędzej czy później dotrą do tego wymarzonego raju, jakim jest dla nich Europa. Drogą lądową, lotniczą, w jakikolwiek sposób. Blisko osiem milionów obywateli Syrii przemieściło się w obrębie własnego kraju i są potencjalnymi przesiedleńcami. W świetle tego, co się stało w ostatnich dniach w Syrii – a jest to opinia także wielu przywódców z tamtego regionu, słyszałem to bardzo wyraźnie w rozmowach z premierem Izraela, z królem Jordanii, z premierem Iraku, z liderami tureckimi – rozstrzygnięcia militarne, jakie proponują niektóre państwa wobec Syrii, spowodują, że te osiem milionów Syryjczyków, dzisiaj jeszcze pozostających w obrębie Syrii, także zdecyduje się na wyjście ze swojej ojczyzny. A blisko trzy miliony są w drodze, w obozach jordańskich, tureckich, w Iraku i na naszych granicach. To, co widzimy w Syrii – zaangażowanie militarne Rosji, zaangażowanie militarne i polityczne Iranu, mówi się o coraz głośniejszym wsparciu Chin dla tej strategii, niepewność, bo nie chcę użyć słowa „bezradność” ze strony dominującego do niedawna mocarstwa w tym regionie, a więc Stanów Zjednoczonych – każe nam snuć obawy, że wokół nas świat się zmienia, i nie chodzi tylko o uchodźców, ale ogólny paradygmat geopolityki, z różnymi zagrożeniami i konsekwencjami, których skali dzisiaj nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

I dlatego najważniejszym wyzwaniem dla naszego kontynentu jest dziś odzyskanie świadomości, która towarzyszyła narodzinom zjednoczonej Europy: że świat wokół nas nie jest wystarczająco bezpieczny i stabilny, abyśmy zapominali o najbardziej tradycyjnych i pierwotnych obowiązkach polityki wobec własnych obywateli, a więc zapewnieniu bezpieczeństwa i stabilności, także na własnych granicach. Zmiana to czasem w polityce rzecz dobra, a czasem zła. Warto dzisiaj zastanowić się, ile trzeba uchronić z tego, co najcenniejsze w Europie, ile trzeba determinacji, aby zachować, a niekoniecznie zmienić to, co najlepsze w Europie – taka refleksja powinna, moim zdaniem, towarzyszyć wszystkim spotkaniom i debatom, także tak interesującym jak ta sopocka.

Zakończę tę myśl – dedykuję ją także moim rodakom w tym gorącym sezonie politycznym tutaj, w Polsce – taką oto tautologią, ona mi się jakoś sama narzuca: zmiana jest dobra tylko wtedy, kiedy jest dobra.

Czytaj również
O autorze
*
DonaldTusk