Żul-City (przyczynek do przewodnika bardzo tendencyjnego)

Drukuj

Ten żul mnie dobił, przeważył szalę, był jak kontrapunkt, kropka nad „i” (może kreska w „ł”), zbrodnia po długim jej wyczekiwaniu, kropla, co przelała czarę goryczy, granica, po której przekroczeniu nic nie jest już takie jak wcześniej… Krótko: w żulu objawiło mi się Żul-Miasto.

Żul wyglądał jak kupka szmat i cuchnął jak przemoczone truchło psa; a kiedy dwóch policjantów go podniosło, zaczęły się z niego sypać larwy much, które złożyły jaja w żula przegniłych nogach. Leżał u zbiegu ulic Piotrkowskiej i Tuwima, przytulony do budynku, który straszy, bo jest pusty i nie wiadomo komu ani czemu służy.

Moje miasto, jak żadne inne, zasługuje na to, by je przyjezdnym wytłumaczyć, napisać dla nich specjalny przewodnik, pomyślałem, patrząc na rozpełzające się larwy, zaskoczone nagłym i gwałtownym ruchem swojej spiżarni…

Czytelniku niniejszego przewodnika, Turysto, który się tu wybrałeś bądź który się wybrać zamierzasz: „Z żula powstałeś i w żula się obrócisz”, taki napis widnieje na każdej z rogatek naszego Żul-City. Tego się tutaj spodziewaj, to właśnie będzie ci dane.

Możesz nasze „miasto” zwiedzać, idąc z dowolnego punktu na jego obrzeżach do punktu na przeciwległym krańcu, i nawet litościwie omijając centrum, które jest esencją Żul-City (nie można jednak zwiedzać miasta, omijając jego centrum…), zawsze zobaczysz dziesiątki pustostanów i ruin. Gdybyś nie wiedział albo zapomniał: obie wielkie wojny potraktowały budynki Żul-City niezwykle łagodnie. Czego nie zrobiły bomby zapalające, to dokonało się rękami lodzerżuli oraz za sprawą „polityki wrażliwości społecznej”.

Proponujemy, byś zaczął spacer nie na koszmarnych blokowiskach Retkini, Radogoszcza czy Chojen (takie blokowiska możesz sobie pooglądać w każdym kraju tzw. Europy Środkowo-Wschodniej), ale np. w Parku Staromiejskim (nie szukaj tu „starego miasta”), gdzie kiedyś stała synagoga sprawująca duchową opiekę nad Łodzią, a teraz jest zrujnowana pętla tramwajowa i pomnik Mojżesza. Stąd właśnie idź kilka kilometrów ulicą szewca rewolucjonisty Kilińskiego, skręcając od czasu do czasu w boczne uliczki (jeżeli zabrakło ci tu przymiotnika „urokliwe”, to nie bez przyczyny), a następnie wróć ulicą Piotrkowską do Manufaktury (kiedyś fabryka, dzisiaj centrum handlowo-rozrywkowe: bardzo ładne miejsce jak na Żul-City). Taka wycieczka nie będzie cię kosztowała nic; a wrażenia masz „gwarantowane”; tak jak dobre zdjęcia, które po prostu muszą tu wyjść!

Jeżeli się odważysz, to – udając zabłąkanego przedstawiciela jednego z kilkudziesięciu banków obsługujących nędzę Żul-City albo kuriera firmy przesyłkowej przynoszącego tylko złe wieści – wejdź do któregokolwiek z mijanych budynków. Przyjmijmy, Czytelniku niniejszego przewodnika, że domy w Żul-City to strupy i wrzody na jego dupsku. Wizyta będzie więc wejściem w strukturę czyraka. Zobaczysz klatki schodowe, których nikt nie remontował od lat, a w nich mieszkania, w których nawet powietrze lepi się od brudu. Przywitają cię w nich ludzie bezzębni bądź uzębieni próchniczo, ze schorzeniami skóry, którymi zarazili (nie)swoje domy i podwórka; prole żyjący w środku Europy za dolara dziennie, może dwa, często pijani bądź pijaństwa wyczekujący. Za komuny ci ludzie produkowali brzydkie materiały, brzydkie ciuchy i brzydkie do nich dodatki. Od dwudziestu lat nie ma już fabryk brzydkich ciuchów, ale brzydota w Żul-City produkuje się sama i wypełnia już prawie wszystkie rzeczy i ludzi. Zrobisz tu wiele „artystycznych” zdjęć; kto wie, być może jedno z nich zasłuży nawet na World Press Photo. Nędza niezmiennie sprzedaje się dobrze i budzi ciekawość w sytym świecie, z którego być może przybywasz ty bądź twoi znajomi, których tutaj zaprosiłeś.

W takich właśnie miejscach rodzą się matki, które z premedytacją głodzą na śmierć swoje dzieci; nawet jeżeli wyjechały z Żul-City do City jak najbardziej prawdziwego, to zabrały z sobą smród klatek schodowych i nędznych nor, który wżarł im się w pory w skórze i za pośrednictwem przegniłego krwiobiegu zniszczył ich mózgi nieodwracalnie. Dokądkolwiek by nie emigrowały, nigdy nie przestaną być lodzerżulami. To tutaj mieszkają rodzice, którzy kolejne rodzące się im dzieci mordują i wkładają do beczek, takich samych jak gdzie indziej w Polsce używa się do kiszenia ogórków (kiszony ogórek – sfermentowane warzywo, którym zagryza się wódkę); beczki następnie umieszczają w szafie i żyją obok nich z pozostałymi dziećmi jakby nigdy nic (raz w roku, w Wigilię kładą na tych beczkach opłatek – taką świąteczną namiastkę komunii świętej). W tych kamienicach mieszkają sanitariusze, którzy mordowali w karetkach pogotowia dziesiątki, a może setki pacjentów, by ich ciała sprzedać zakładom pogrzebowym. Długa jest lista lodzerżuli zaproszonych na rokroczny bal u Szatana.

Przy czym, Turysto, pamiętaj, że nie masz się tu czego obawiać; lodzerżule raczej nie zrobią ci krzywdy; agresję kierują przeciwko przedstawicielom własnego gatunku czy plemienia, jeśli wolisz…

Jeżeli liczysz na to (przyszło ci to do głowy – przyznaj), że tak spotworniały byt wywoła rewolucję, zapomnij. Nie tylko rewolucje i strajki już tu nie wybuchają (po twojej lewej ulica Rewolucji 1905 r.; gdyby ci przyszło do głowy pytać mijanych przez siebie przechodniów, co to za rewolucja, polecam raczej wujka Google), w czerwonym niegdyś mieście zabrakło nawet rewolucjonistów. Lodzerżule mają setki „met” z wódką za złotówkę, parówki bezmięsne, ale tanie w markecie oraz kolorowe pisma i telewizję, które zastąpiły im marzenia i religię. Dlatego nawet zbrodnie, choć potworne, nie są tu tak częste, jak by mogły być.

Nastroje rewolucyjne panują jedynie w głowach kilku młodych lewicowców zakładających świetlice „integracyjne” dla lodzerżuli, których nigdy żaden lodzerżul nie odwiedzi. Możesz się więc zapuszczać w ciemne i zaszczane przejścia, jeszcze ciemniejsze zaułki i zarzygane podwórka. Na wszelki wypadek tylko się ubezpiecz i nie marudź, jeżeli Cię jednak okradną, zgwałcą albo dźgną nożem; takie przecież jest ryzyko wścibskiego podróżnika, który przyjeżdża do dziczy z cywilizowanego kraju.

Skoro więc zdecydowałeś się na spacer ulicą szewca rewolucjonisty Kilińskiego (wyjaśnij swoim anglojęzycznym przyjaciołom, że mord w jego nazwisku to co najwyżej nomen omen), to mijasz piękną cerkiew (jak piękno może w ogóle być w Żul-City – oto jest pytanie!) pozbawioną wiernych przez Historię i dochodzisz do zburzonego Dworca Fabrycznego, gdzie powstaje za pożyczone pieniądze oraz „fundusze spójności” z UE Nowe Wspaniałe Centrum Żul-City.

Swoją drogą ciekawa sprawa z tymi ulicami w Żul-City. Próżno tu szukać np. ulicy Żydów czy Niemców, którzy tu kiedyś mieszkali, albo ulicy któregoś z wielkich fabrykantów (Scheiblera, Poznańskiego, Grohmana…), robotników i robotnic… Jest za to aleja Jana Pawła II, który do Żul-City zajrzał na godzinę, aleja Rydza–Śmigłego, czyli pomnik tchórzostwa (sprawdź w Google) oraz skwer ojca Maksymiliana Kolbe, który przed II wojną światową był wydawcą antysemickich gazet, a w czasie wojny oddał swoje życie w Auschwitz (o, ironio!) za współwięźnia (jednak Aryjczyka!) i w ten sposób – według większości Polaków – odkupił wszystkie swoje grzechy (zakładając, że antysemityzm nad Wisłą jest za grzech uważany)… Żul-City ma wprawdzie aleję Włókniarzy, ale i to fałsz, bo czarną robotę w fabrykach wykonywały tu raczej kobiety, więc to Włókniarkom aleja się należała… Żul-City własną tożsamość traktuje więc specyficznie (masz rację, Czytelniku, to obrzydliwy eufemizm; należałoby napisać: „swoją tożsamość ma przeważnie w zaropiałym dupsku”).

Wracając do Nowego Wspaniałego Centrum, które jest dowodem rozpaczy i eskapizmu władz, używających słowa „inwestycja” niezgodnie z jego słownikowym znaczeniem… Nie było bowiem żadnej „inwestycji” władz, która przyniosłaby tu wymierny, mierzony pieniądzem zysk. Są natomiast coraz to nowe przedsięwzięcia władz, których jedynym namacalnym efektem jest rosnący dług Żul-City (kiedyś historycy zajmujący się rozpadem UE będą wskazywali Żul-City czasów braku rozsądku jako przykład trwonienia środków w imię rozpaczliwego poszukiwania wspólnego mianownika tam, gdzie jest jedynie jaskrawy kontrast; przepaść i niemożność skojarzenia cywilizacji z barbarzyństwem).

Nowe Wspaniałe Centrum ma w magiczny sposób odmienić oblicze Śródmieścia. Będzie z niego promieniowała dobra energia (głos zza kadru: „Głupcy, za pożyczone pieniądze nie ma dobrej energii!”), która sprawi, że lodzerżulom na powrót wyrosną zęby. Z pięknym uśmiechem będą już nie lodzerżule, ale Nowi Wspaniali Ludzie vel Zmartwychwstali Lodzermensche wreszcie produkować coś, co można wymienić, jak to w złotych czasach tego miasta bywało. I ten wzrost (miejskiego produktu brutto), to bogacenie się ujrzą inni, stronniczy dotychczas i Nowym Wspaniałym Zamierzeniom władz nieprzychylni. I napiszą, pokażą, opowiedzą, że oto w sercu Polski, a nawet Europy czeka na przedsiębiorczych, zwanych współcześnie kreatywnymi: Ziemia Na Powrót Obiecana. Tymczasem jednak – albo, jeśli wolisz, już teraz – żeby pokazać, jak mogłoby być i jak na pewno kiedyś będzie, realizowany jest wieloletni plan, rozpisany na co najmniej dwie kadencje (jedna kadencja to zawsze za krótko „żeby pokazać, żeby udowodnić”), czyli Sto Kamienic. Władze za pożyczone pieniądze remontują sto spośród kilku czy nawet kilkunastu tysięcy kamienic zdewastowanych przez lodzerżuli oraz politykę niskich czynszów przekładających się podobno na głosy wyborcze. Jeżeli więc wśród ruin, pustostanów i zużytych domów zobaczysz wyremontowaną kamienicę, nie dziw się. Jest w tym sens.

z10882852Q,Lodz--bezdomny-ogrzewa-sie-przy-okienku-wentylacyj

„Zobaczcie – rzecze władza – jakie piękne te nasze kamienice, wyremontowane za pieniądze podatników i banków, które podatnicy bankom oddadzą. Wprowadzimy do wyremontowanych kamienic tych samych lodzerżuli, którzy je zdewastowali, i zobaczymy, jak piękno na nich wpłynie”. Wiadomo jak: lodzerżul, widząc nowe tynki i nowe podłogi, dojdzie do wniosku, że musi płacić wyższy czynsz, który wystarczy na piękna podtrzymanie. Żeby płacić wyższy czynsz, lodzerżul weźmie się do roboty i zacznie produkować coś, co nadaje się na wymianę (powtarzamy się, ale nigdy za wiele powtórzeń w kraju, gdzie mądrego człowieka i ekonomistę nazywa się doktorem Mengele gospodarki). Dodaj do tego, Drogi Turysto, energię płynącą z Nowego Wspaniałego Centrum i dostaniesz kompletny program i najgenialniejszy plan, z jakim miałeś do czynienia, jeżeli interesujesz się polityką miasta, architekturą bądź jedynie polityki i architektury historią.

Zostawiając za sobą wielki i rozmemłany jak ego włodarzy Żul-City plac budowy nowego dworca i spacerując dalej, dojdziesz, Czytelniku, do ulicy poety anarchisty Przybyszewskiego (nikt już nie czyta jego wierszy; chyba że w Norwegii, gdzie Przybyszewski dzielił kobietę z malarzem Munchem, tym od genialnego i pasującego do Żul-City jak ulał „Krzyku”). Przy skrzyżowaniu ulic czeka na ciebie wielka ruina, kiedyś fabryka Adama Ossera: pomieszanie neogotyku i chyba secesji; przy odrobinie dobrej woli, zaangażowania i twojej wyobraźni, budynek może przypominać nawet zamek (w mieście, które liczy sobie raptem 200 lat, coś, co przypomina zamek, winno się cieszyć należytym respektem).

Z ulicy szewca rewolucjonisty Kilińskiego wejdziesz na przykład w ulicę Zarzewską; kręci Cię przecież oglądanie ostatniego kręgu piekieł (zostawmy gdzieś po drodze hipokryzję; do Żul-City przyjeżdża się przecież po horror; parafrazując klasyka: „który tu przyjechałeś, żegnaj się z nadzieją”). Oglądaj więc, Czytelniku…

Z Zarzewskiej (zapamiętaj wszystko, co tam zobaczysz; niepoczęte jeszcze wnuki Twoje już czekają na te opowieści) przez plac Reymonta – pisarza, którego szyderczy tytuł znanej kiedyś powieści wciąż ciąży na Żul-City, wejdź w „słynną i znaną w całej Polsce, a nawet Europie” ulicę Piotrkowską. Na Piotrkowskiej dotrze do Ciebie ostatecznie, czym kończy się sen lewicowych intelektualistów, czyli brak burżuazji vel klasy średniej. Właściwie to zobaczysz tu dwa sny (koszmary): drugi dotyczy marzeń o monoetnicznej społeczności.

Reprezentatywna niegdyś ulica dziś reprezentuje jedynie Żul-City. Piękne kamienice i pałace zamieszkane przez – o, zgrozo! – bogatych łodzian i, co jeszcze gorsze, łodzian nie zawsze czystych rasowo, no, Żydów, po prostu, i Niemców, dostały się po wojnie w ręce proletariatu; polskiego proletariatu, którego przedstawicieli ten przewodnik zgodnie z prawdą, a wbrew życzeniowym hasłom lewicowych intelektualistów nazywa lodzerżulami.

Żul-City dowodzi, że proletariusze nigdy nie chcieli mieszkać w pięknych kamienicach i pałacach wyzyskiwaczy. Oni je chcieli zgwałcić, sprofanować i na koniec zniszczyć. Chcieli, by świat był taki jak oni: głupi, brzydki, okrutny i cuchnący.

I w Żul-City im się udało. Możesz, Turysto, zajrzeć na przykład na podwórze pałacu Steinertów. Zobaczysz, że lodzerżule, obok XIX-wiecznej architektury, nienawidzą również zieleni. Zniszczony ogród jest dowodem na to, że lewicowość nie jest naturalnym sprzymierzeńcem ruchów mających za cel obronę przyrody.

Gwoli sprawiedliwości: w Żul-City nie sprawdzają się też recepty intelektualistów konserwatywnych, którzy wierzą, że każdy człowiek łaknie m.in. własności. Władze obok pomysłów szalonych i kosztownych mają też przebłyski świadomości i zdrowego rozsądku. Wyobraź sobie, Czytelniku niniejszego przewodnika, że zaproponowano najemcom 56 tys. mieszkań komunalnych ich wykupienie za 5 proc. rynkowej wartości. Można więc mieć mieszkanie na własność nawet za cztery średnie pensje krajowe (albo jedną średnią płacę w Europie prawdziwej, czyli tej na zachód od Łaby). Czyż nie cudownie? Punkt wyjścia był oczywisty: miasta nie stać na remont i utrzymanie tysięcy domów, a i bankierzy kiedyś przestaną pożyczać, ufając w wypłacalność podatników. O domy powinni przecież dbać ci, co w nich mieszkają; najlepiej ich właściciele (bo o to, co wspólne, w Polsce jeszcze długo nie będzie dbał nikt). Zgłosiło się kilka tysięcy chętnych; co można uznać za dowód, że w Żul-City jest niewielka wyspa zamieszkana przez ludzi, otoczona morzem barbarzyńców. Można też się załamać i stąd wyjechać, jak uczynili prawie wszyscy uważający się za choćby przeciętnie inteligentnych. (Rozliczne dygresje są podyktowane troską o to, byś nie tylko patrzył i fotografował Żul-City, lecz także rozumiał)…

Część kamienic i pałaców ocalała w jako takim stanie, bo zajęły je Instytucje. Żul City jest miastem Instytucji. Niewiele się tu produkuje. Wszystkim jednak, co zostało po czasach, kiedy naiwnie myślano, że bogactwo bierze się z pracy, produkcji, przedsiębiorczości, ludzkiego uporu i talentu, trzeba Administrować. Największymi pracodawcami w Żul-City są więc Instytucje: urzędy centralne i ich filie, urzędy samorządowe i ich delegatury oraz „przedsiębiorstwa” komunalne, uniwersytet, politechnika, szpitale, szkoły itd. Jeżeli widzisz, Czytelniku niniejszego przewodnika, na jakimś budynku czerwoną tablicę z polskim godłem, to wiedz, że jest to właśnie jedna z Instytucji, które utrzymują Żul-City przy życiu (przy odrobinie dobrej woli można to nazwać życiem).

Te Instytucje są opłacane z pieniędzy podatników, w dużej części podatników spoza Żul-City, oraz banków, które są zarządzane przez idiotów, wierzących, że Żul-City nie może upaść i wszystkie zobowiązania zostaną kiedyś spłacone (na pewno).

W Instytucjach schronili się wszyscy co cwańsi mieszkańcy Żul-City (najczęściej członkowie kilku partii) oraz niedobitki łódzkiej inteligencji. Ci pierwsi wiedzą, że w Żul-City najlepiej się żyje z podatków, ci drudzy się wstydzą, że lodzerżule ich nie potrzebują (ostentacyjnie nie chodzą do teatrów, nie czytają gazet i gardzą zaangażowaniem społecznym), i pracują w Instytucjach, bo coś jeść trzeba, a w przedsiębiorczość nie ma się co bawić, bo to nie wiek XIX, tylko XXI i Chińczycy produkują przecież wszystko, a nawet więcej.

Ciekawe, że nie wiedział tego właściciel Ikei i w Żul-City wybudował swój sklep, żywiąc nadzieję, że będzie on, jak w każdym dużym polskim mieście, świątynią miejscowej klasy średniej (której tu nie ma / której tu prawie nie ma / która występuje tu nielicznie – niepotrzebne skreślić).

Przeciętny mieszkaniec Żul-City zarabia bowiem mało albo w ogóle i chce mieć prawie wszystko za darmo, półdarmo, ewentualnie tanio (taniej, najtaniej, jak w markecie). Mieszkanie komunalne ma za darmo i płaci w nim niski czynsz, który wystarcza jedynie na pensje administracji nieruchomości. Bilety w komunikacji miejskiej ma półdarmo, ale i tak narzeka na ich cenę. Miasto, zapożyczając się, dokłada do przedszkoli, utrzymuje szkoły, dopłaca do basenów, utrzymuje nawet takie kurioza poprzedniej epoki jak Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji, w którego zakresie obowiązków znajduje się m.in. dbanie o kilka brudnych stawów, nad którymi lodzerżul może sobie przygotować grilla z taniej kiełbasy kupionej w dyskoncie.

Powtórzmy, Czytelniku, w Żul-City wszystko musi być albo darmowe, albo co najwyżej tanie. Rynek pracy się do tego dostosował, dlatego płace w Żul-City są tak niskie. Nieliczni przedsiębiorcy zdają się myśleć: „skoro wasze aspiracje ograniczają się do państwowej posady za dwa i pół tysiąca, a wasze umiejętności wystarczają do obsługi kasy w markecie albo taśmy produkcyjnej, to będziemy wam płacić akurat tyle, by wystarczyło na parówki, w których nie ma mięsa, i dżem owocowy, w którym próżno szukać pestek”. Dostęp do rozrywki ma lodzerżul w internecie, w którym może kraść, ile dusza zapragnie: muzyka, filmy, gry… Gdyby możliwe było spożywanie wirtualnych parówek i piwa, w Żul-City ziściłby się sen Che Guevary: pieniądze stałyby się właściwie zbędne.

Jesteś już zmęczony, Turysto, (my też); może wpadłeś w depresję (jak my), a nawet zmieniłeś światopogląd z na przykład lewicowego na skrajnie konserwatywny albo z konserwatywnego na ultrapragmatyczny, który sprowadza się do zdania: „o, kurwa, chcę stąd jak najszybciej wrócić do swojego ładnego świata”.

Zwracamy Ci więc uwagę na dwie piękne świątynie: archikatedrę i stojący po sąsiedzku luterski kościół św. Mateusza; obie zbudowane w wieku XIX ze środków więcej niż ekumenicznych (kasę dali również Żydzi). W kościele św. Mateusza są całkiem niezłe organy (koncerty darmo!), no i przede wszystkim freski, które wykonał prawosławny artysta (à propos ekumenizmu). Świątynie są do siebie architektonicznie podobne (neogotyk itd.); oczywiście heretycka jest mniejsza; no i próżno się doszukiwać w okolicy śladów po synagodze (nawet tu takie cuda się nie zdarzały; nic nam też nie wiadomo o tym, by katolicy, protestanci i wyznawcy prawosławia dokładali do budowy synagog).

Ten mały skok w ekumeniczny wiek XIX nie poprawił Ci, chyba, humoru; proponujemy zatem: zjedz coś, a skoro musisz: napij się (my też się napijemy). Jeżeli chcesz w Żul-City coś zjeść, polecamy Ci bary z wietnamskim żarciem prowadzone przez najbardziej zapracowanych ludzi w tym niby-mieście. Wietnamskie żarcie jest tanie, dość smaczne i chyba się nim nie strujesz; ewentualnie idź do McDonalda. Wódkę natomiast kupisz w Żul-City wszędzie.

Tak po wietnamsku najedzony i po słowiańsku napity, zadumaj się, idąc ulicą Piotrkowską – która niedawno zyskała nowy make-up i kilka następnych pustostanów (trup, któremu nakłada się kolejną warstwę pudru) – na przykład nad tym, dlaczego Żul-City nie żyje z pieniędzy potomków ludzi, którzy kiedyś budowali Łódź. Dlaczego przez to quasi-miasto nie przewalają się, fala za falą, rzesze turystów z Izraela, Niemiec i Rosji, przygnanych tu jakimś (sadomasochistycznym chyba) sentymentem i chcących wydawać w Żul-City swoje pieniądze na „miejscowe przysmaki” i alkohole wypite za duchy przodków.

Cóż… Przy ulicy Brackiej jest największy w Europie cmentarz żydowski; podjedziesz tam później albo jutro (jeżeli dotrwasz do jutra) taksówką i zrozumiesz, jak wygląda niewysłowiona pogarda (chwasty, chaszcze, bluszcze, poprzewracane, spękane macewy i rozpaczliwa próba uratowania drobnej części, podjęta przez nielicznych w wolnej od komunizmu Polsce). Nie trzeba nic mówić i nie trzeba niczego robić, żeby powiedzieć i załatwić wszystko. Cmentarzem przy Brackiej przez kilkadziesiąt lat nie interesował się nikt. Na starszym żydowskim cmentarzu przy ulicy Rybnej jest jeszcze gorzej; komuniści postawili na nim bloki (nie słyszeliśmy, by komukolwiek z tamtejszych mieszkańców to przeszkadzało).

„Nie ma was, Żydy, i dobrze, że was nie ma. Nikt po was nie płacze. Nie ma was, Niemcy, cholerni protestanci, i dobrze, że was nie ma. Nikt za wami nie tęskni. Niech sobie władze budują Parki Ocalałych, Centra Dialogu Czterech Kultur i upamiętniającą pomordowanych stację Radegast. My to mamy w naszym owrzodzonym dupsku” – tak myśli rodowity lodzerżul.

Żadnych festiwali kultury żydowskiej, jak w Krakowie, żadnego wspólnego przeżywania, budowania tożsamości i wrażliwości miasta na wieloetniczność, wielokulturowość, dystans dwóch tak różnych, a przecież bliskich sobie religii… Czego więc młodzi Żydzi i Niemcy mieliby tu szukać?

I tak, krok po kroku, dotarłeś, Turysto, na plac Wolności, na którym widzisz pomnik Tadeusza Kościuszki (on też nie ma nic wspólnego z miastem, po którym spacerujesz). Bił się ów mąż wielki o wolność Polaków (przegrał) i Amerykanów (wygrał), gdy miasta, po którym się przechadzasz, jeszcze nie było. Minie kilkadziesiąt lat, zanim powstanie, i ponad sto, zanim zamieni się w Żul-City: najpierw czerwone, a teraz wolne i demokratyczne, a tak samo pokraczne i złe.

„Patrzę z cokołu na kościół, który po wypędzeniu z Łodzi prawie wszystkich protestantów dostał się katolikom (na osłodę: wprawdzie zwyciężyła komuna, ale wymiotło z kraju Żydów i heretyków). Kościół zdobyczny na placu zniewolonych biedą, głupotą, nienawiścią i snem o monoetnicznym grajdole… Jeszcze jeden symbol Żul-City. Napiłbym się…” – myśli Naczelnik…

Ma rację Kościuszko, tego się na trzeźwo nie da znieść. Idź więc już, Turysto, do Manufaktury i urżnij się w trupa w otoczeniu ładnym (jak na to niby-miasto, nawet bardzo ładnym). I my się urżniemy. Ciebie nieprzytomnego odwiozą do hotelu, w którym mieszkasz i z którego jutro czy pojutrze wrócisz do swojego poukładanego świata. My tu zostaniemy…

Sursum corda i na pohybel marzeniom!

Tekst pochodzi z XVII numeru „Liberte!”.

Czytaj również
O autorze
*
MichałAugustyn
Historyk, absolwent podyplomowego zarządzania oświatą – zarządzania w jednostce samorządu terytorialnego. Przez siedem lat pracował jako nauczyciel. Ma żonę i dwoje dzieci.