Związki partnerskie i Konstytucja: sejmowe samo-ubezwłasnowolnienie

Drukuj

Konstytucyjne ustanowienie „ochrony” małżeństwa oznacza, że ustawodawca nie może przestać chronić małżeństwa, zdefiniowanego konstytucyjnie. I oznacza, że musi zapewniać małżeństwu prawną ochronę. Tylko tyle i aż tyle. Ale nie mówi, że ustawodawca, opierając się na argumentach typowych dla legislacji a nie konstytucji, nie może uznać, że jakieś inne związki mogą korzystać z podobnego lub nawet równego statusu, co konstytucyjnie chronione małżeństwa. Jedyna różnica miedzy konstytucyjnie chronionymi małżeństwami a ustawowo chronionymi innymi związkami polega na tym, że te pierwsze, dla zniesienia „ochrony” wymagają trybu poprawki konstytucyjnej, a te drugie – zmiany ustawowej. Ale sam fakt ustawowego uregulowania statusu związków partnerskich na równi z konstytucyjnie chronionym małżeństwem nie podważa przecież ochrony tego drugiego.

Trzy projekty ustaw o związkach partnerskich zostały odrzucone w Sejmie na podstawie argumentów konstytucyjnych. Nawet jeśli dla posłów PiS czy SP argumenty poza-konstytucyjne mogły przeważać – np. o moralnej niegodziwości związków homoseksualnych albo o nieprzydatności dla państwa związków heteroseksualnych nie-małżeńskich – to o większości sejmowej zadecydowała prawie pięćdziesiątka konserwatywnych posłów PO, którzy przyjęli argumentację swojego lidera, ministra Jarosława Gowina, że decydująca jest niezgodność projektów z Konstytucją. Przed bliższym rozważeniem tego argumentu, warto zdać sobie sprawę z tego, co oznacza ów argument o niekonstytucyjności.

Po pierwsze – oznacza on, że jeśli argument ten jest słuszny, co przyjmijmy na razie arguendo – to jakiekolwiek argumenty o zasadności lub niezasadności związków, proponowanych przez którykolwiek z tych trzech projektów, jest kompletnie nierelewantny. Na tym polega właśnie niekonstytucyjność: wyklucza ona dopuszczalność jakiejś regulacji ustawowej, bez względu na jej przydatność, godziwość, zgodność z publiczną moralnością, rachunek kosztów i zysków itp. Jakiekolwiek uzasadnienia, wynikające z takich argumentów, muszą ustąpić przed tezą o niekonstytucyjności. Argument konstytucyjny bierze niejako w nawias wszystkie argumenty merytoryczne „za” i „przeciw”, albo, by zmienić metaforę, jest kartą atutową w ręku przeciwników projektu, która przebija wszystkie inne karty, normalnie stosujące się do argumentacji. Argument konstytucyjny powiada: tego ustawodawcy zrobić nie wolno, bez względu na merytoryczne uzasadnienia lub ich brak.

Jest to, jak widać, argument zamykający dyskusję, a zatem musi mieć charakter absolutnie druzgocący i niepodważalny: ciężar argumentacji spoczywa na osobie, wytaczającej argument konstytucyjny, gdyż jego siła rażenia jest niezmierna – tak wielka, że pozbawia skuteczności inne argumenty: polityczne, moralne, społeczne itp. Z tym koresponduje druga obserwacja wstępna: decyzja Sejmu, przyjęta – powtarzam – tylko dzięki konstytucyjnemu argumentowi konserwatywnej frakcji PO, formalnie rzecz biorąc, zamyka dalszy tryb ustawodawczy; mówi, że dalsze „procedowanie” (przepraszam za to brzydkie słowo, no ale już się przyjęło) jest niedopuszczalne. A zatem decyzja ta jest niejako zaprzeczeniem ideału demokracji deliberatywnej: modelu, w którym dobre decyzje finalne mogą wynikać z początkowo niedoskonałych projektów, które wszakże w drodze deliberacji, dyskusji w komisjach, konsultacji społecznych, ekspertyz specjalistów itp., poddane zostaną obróbce i korektom. Korekty te, zauważmy, dotyczyć mogą również hipotetycznych defektów o charakterze konstytucyjnym. Defekty konstytucyjne – podobnie jak defekty związane z rachunkiem ekonomicznym czy spójnością wewnętrzną projektu – mogą przecież zostać wyeliminowane na dalszych etapach projektu legislacyjnego, a jeśli mimo wszystko nie zostaną, to i tak Sejm lub Senat w końcowym glosowaniu mogą projekt odrzucić, albo Prezydent może zawetować ustawę, albo skierować ją do TK albo – po ewentualnym jej przegłosowaniu, może zostać ona zakwestionowana do TK, który następnie w kwestii konstytucyjności wypowie się z mocą autorytatywną. Są to rozliczne metody uporania się z defektem konstytucyjnym, jaki może być dostrzegany w projekcie ustawy na wstępnym etapie jego złożenia w Sejmie. Jeśli zatem Sejm nie dopuszcza – jak stało się to w przypadku trzech projektowe o związkach partnerskich – do dalszego rozpatrywania tych projektów, to musi to być uzasadnione tylko oczywistą, nadzwyczajną, drastyczną, widoczną dla każdego niekonstytucyjnością tych projektów.

Obie te wstępne obserwacje prowadzą do jednego wniosku o charakterze metodologicznym: argument o niekonstytucyjności, zamykający drogę do dalszego rozpatrywania ustawy, musi być wyjątkowej wagi: musi być tak przekonywujący, że wyłącza on jakiekolwiek dalsze argumenty polityczne, moralne czy społeczne. Ciężar argumentacji spoczywa na osobie wysuwającej ten argument, a jest on specjalnej wagi. Mówiąc krótko: niekonstytucyjność projektów musi być oczywista, bo w przeciwnym razie należałoby tym projektom przynajmniej dać demokratyczną szansę.

Czy tak jest w przypadku trzech projektów o związkach partnerskich?

Artykuł 18 Konstytucji, przytaczany przez krytyków projektów ustaw o związkach partnerskich, mówi:

„Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.”

Jaki argument można przedstawić, dla uzasadnienia sprzeczności regulacji związków partnerskich z tym przepisem konstytucyjnym? Przyjmijmy tu metodę przypisania krytykom tych projektów najbardziej racjonalnych, najbardziej przekonywujących argumentów o niezgodności.

Można otóż twierdzić, że konstytucyjna ochrona małżeństwa heteroseksualnego, rodziny itp. wyklucza możliwość stworzenia prawnych alternatyw dla małżeństwa, czyli takich alternatywnych związków, hetero- bądź homoseksualnych, które pod pewnymi względami przypominają, ale pod innymi są odmienne od małżeństwa. Skoro Konstytucja „ochrania” małżeństwo, mógłby ktoś wywodzić, to znaczy, że „chroni” je także przed możliwością zawierania „nie-małżeństwa” np. związku niemałżeńskiego heteroseksualnego albo związku homoseksualnego.

Wystarczy wyartykułować to uzasadnienie by dostrzec jego absurdalność. Dlaczego konstytucyjna ochrona jednej praktyki ma wykluczać ustawową regulację innej praktyki, pod pewnymi względami przypominającej a pod innymi – nie przypominającej konstytucyjnie chronionej praktyki?  Gdyby jeszcze – bądźmy tu przez chwilę pedantyczni, bo przecież konstytucyjna wykładnia językowa wymaga pewnej dozy pedanterii, Konstytucja mówiła o „szczególnej” ochronie małżeństwa (zdefiniowanego przez heteroseksualność), to być może argument o wykluczeniu innych związków mógłby być podtrzymany?

Ale też nie. Konstytucja gdzie indziej czasem mówi o „specjalnej” ochronie tego czy owego: np. następujący tuż po kluczowym dla nas artykule 18 artykuł 19, mówi: „Rzeczpospolita Polska specjalną opieką otacza weteranów walk o niepodległość, zwłaszcza inwalidów wojennych”. Czy można stąd wyciągnąć wniosek, że ustawowo przewidziana opieka dla innych weteranów wojennych (np. z misji pokojowych na Bliskim Wschodzie) jest konstytucyjnie niedozwolona? Byłby to oczywisty nonsens.

A zatem nawet „specjalna” ochrona konstytucyjna nie może oznaczać zanegowania ustawowej ochrony analogicznych praktyk lub instytucji, A w przypadku artykułu 18 o małżeństwie, rodzinie itp. – mamy do czynienia ze „zwykłą” ochroną, nie „specjalną”. Tym bardziej więc argument o wykluczeniu ustawowej ochrony innych, analogicznych relacji, nie jest uprawniony.

Mówi się czasem, że z artykułu 18 wynika wykluczenie takich związków partnerskich, które pod względem prawnego statusu byłyby identyczne jak małżeństwo albo przypominałyby bardzo znacząco małżeństwo – choć nie byłyby formalnie małżeństwem (argument taki niedawno zaakceptował w wywiadzie dla TVN24 mój wybitny Kolega, prof. Piotr Winczorek). Na chwilę przyjmijmy ten argument za dobrą monetę. Wszystkie sejmowe projekty ustaw o związkach partnerskich, a już szczególnie projekt PO, starannie różnicowały status związków partnerskich od statusu małżeństwa. A więc nawet gdyby przyjąć argument o niekonstytucyjności zrównania statusu małżeństwa i związków partnerskich – projekty ustaw zdałyby ten test konstytucyjności.

Piszę to tylko „z ostrożności procesowej” bo nie ma żadnego powodu by ten test przyjąć. Dlaczego konstytucyjna „ochrona” małżeństwa ma wykluczać ustawowo ustanowiony równy status związków nie-małżeńskich? Wszak rolą Konstytucji jest ustalenie tego, co ustawodawca musi i czego nie może zrobić, a nie kontrolowanie tego, co ustawodawca, w ramach swego uznania, może zrobić. Wyjaśniam: konstytucyjne ustanowienie „ochrony” małżeństwa oznacza, że ustawodawca nie może przestać chronić małżeństwa, zdefiniowanego konstytucyjnie. I oznacza, że musi zapewniać małżeństwu prawną ochronę. Tylko tyle i aż tyle. Ale nie mówi, że ustawodawca, opierając się na argumentach typowych dla legislacji a nie konstytucji, nie może uznać, że jakieś inne związki mogą korzystać z podobnego lub nawet równego statusu, co konstytucyjnie chronione małżeństwa. Jedyna różnica miedzy konstytucyjnie chronionymi małżeństwami a ustawowo chronionymi innymi związkami polega na tym, że te pierwsze, dla zniesienia „ochrony” wymagają trybu poprawki konstytucyjnej, a te drugie – zmiany ustawowej. Ale sam fakt ustawowego uregulowania statusu związków partnerskich na równi z konstytucyjnie chronionym małżeństwem nie podważa przecież ochrony tego drugiego.

Podważenie takie mogłyby nastąpić, gdybyśmy mieli do czynienia z jakąś „grą o sumie zerowej”: gdyby było tak, że im więcej uprawnień i gwarancji dajemy partnerom w związkach partnerskich, tym mniej uprawnień i tym słabszy status mają małżonkowie. Ale znów, wystarczy wyartykułować taki scenariusz, by zorientować się w jego absurdalności. Dlaczego i na mocy jakich prawideł ustawowe uporządkowanie związków partnerskich – wszystko jedno, hetero- czy homoseksualnych – mogłoby podważyć ochronę małżeństw tradycyjnych, konstytucyjnie zdefiniowanych? Argument taki nie został nigdy przedstawiony – nigdy nawet w argumentacji nie doszliśmy do tego punktu, gdyż nonsensowność konstytucyjnej opozycji wobec związków partnerskich stałaby się aż zbyt oczywista.

Przed laty, sąd apelacyjny w Nowym Jorku wydał orzeczenie w sprawie Hernandez v. Marsolais (6 lipca 2006) w sprawie małżeństw homoseksualnych. W zdaniu odrębnym wobec wyroku (wyroku, który uznał, że Konstytucja USA nie nakłada na stan Nowy Jork obowiązku legalizacji małżeństw jednopłciowych), Pierwsza Prezes tego Sądu Judith Kaye napisała m.in.: „Defendants primarily assert an interest in encouraging procreation within marriage. But while encouraging opposite-sex couples to marry before they have children is certainly a legitimate interest of the State, the exclusion of gay men and lesbians from marriage in no way furthers this interests. There are enough marriage licenses to go around for everyone.” W wolnym tłumaczeniu (a zacytowałem ten błyskotliwy fragment po angielsku bo wiem, że czytelnicy niniejszego portalu znają ten język, a tłumaczenie może coś wypaczyć): „Strona pozwana, czyli stan Nowy Jork, podtrzymuje, że uzasadnionym celem polityki państwa jest sprzyjanie prokreacji w małżeństwie. Ale chociaż niewątpliwie prawowitym celem polityki państwowej jest zachęcanie par heteroseksualnym do zawierania małżeństwa zanim zaczną mieć dzieci, to wykluczenie gejów i lesbijek z możliwości zawierania małżeństwa w żaden sposób nie przyczynia się do realizacji tego celu. Jest dość „licencji małżenskich”, by wystarczyło dla każdego”.

Nie mogłem powstrzymać się przed zacytowaniem tego fragmentu z opinii odrębnej wybitnej amerykańskiej sędzi. Ale są dwie różnice między sprawą Hernandez  a naszą sytuacją. Po pierwsze – tam chodziło o małżeństwa jednopłciowe – z tą samą nazwą, tą samą formą zawierania (i rozwiązywania), tym samym statusem prawnym itp. co małżeństwa tradycyjne. U nas jest jednak wyraźne rozróżnienie – choćby w nazwie – a zatem u nas, uzasadnienie na rzecz niekonstytucyjności jest jeszcze słabsze. Po drugie – co ważniejsze – w sprawie amerykańskiej pytanie brzmiało naprawdę: czy Konstytucja USA nakazuje stanom ustanowienie małżeństw jednopłciowych, na równi z małżeństwami heteroseksualnymi? I odpowiedź większości składu sędziowskiego (wobec której Prezes Kaye zgłosiła zdanie odrębne) sprowadzała się do stwierdzenia: nie, nie nakazuje. Stanowy ustawodawca ma tu pole do własnego uznania. Może, ale nie musi, ustanowić taki status dla par homoseksualnych. Czy zrobi to – zależy od argumentów moralnych, politycznych itp. (ale nie konstytucyjnych), jakie przeważą w demokratycznej legislatywie.

U nas – konstytucyjna implikacji decyzji sejmowej jest odwrotna. Sejm nie powiedział, że Konstytucja daje ustawodawcy swobodę ruchu w tej dziedzinie, ale poszedł dwa kroki dalej, mówiąc, że ustawodawca nie może takich związków prawnie uregulować. Sejm zamknął sam sobie usta. Ubezwłasnowolnił się mówiąc, że nie ma prawa rozważać „za” i „przeciw” pewnej instytucji, bo Konstytucja nie pozwala mu nawet zacząć deliberować na ten temat. Demokratyczny reprezentant Narodu ograniczył pole demokracji mówiąc, że nie jest władny w ogóle zastanawiać się na ten temat, bo rzekomo Konstytucja mu nie pozwala. Z Konstytucji Sejm uczynił knebel, który nałożył sam sobie.

I może to – a nie konkretna sprawa związków partnerskich – jest najsmutniejszym aspektem brawurowej konstytucyjnej ofensywy ministra Gowina i jego ludzi w PO.

Czytaj również
  • Jan

    Piękny wywód ale hipotetycznie załóżmy, że związki partnerskie ustawowo otrzymują większą ochronę i przywileje niż małżeństwa. Czy wtedy konstytucyjny zapis o ochronie małżeństw jest przestrzegany? Przez fakt, że inne związki mają większą ochronę i większe przywileje małżeństwa stają się dyskryminowane. Co jest niezgodne z Konstytucją. Proszę Pana profesora o komentarz.

  • wanda

    Dziękuję za wspaniały, jasny i logiczny wywód, który pozwoli każdemu laikowi zrozumieć omawianą kwestię.
    Żeby jeszcze p. Gowin i jemu podobni zechcieli go przeczytać…

  • bnch

    Świetny wpis panie profesorze, który pokazuje, że opinia sędziego Dąbrowskiego jednak jest chybiona.

    Do korekty: proszę zmienić w tekście „przekonywujące”, bo nie ma takiego wyrazu.

  • Klasyczny_Liberał

    Niezwykle antyliberalny tekst. A co z ideą ograniczonego państwa? Wszystko co nie jest obywatelowi zabronione jest dozwolone, ale państwu wszystko co nie jest wyraźnie wyszczególnione w konstytucji jest zabronione. Tak obecnie nie jest, ale o to powinni zabiegać liberałowie.

    • Dzomber_Glaubon

      Skąd Pan wytrzasnął takie pojęcie (choćby i klasycznego) liberalizmu ?? Państwo ma swoim prawodawstwem gwarantować wolność obywateli, zarówno za pomocą Konstytucji jak i ustaw.

      A w ogóle to jest nie na temat, bo prof. Sadurski nie przedstawia tutaj jakiejś własnej wizji państwa, tylko polemizuje z konkretnymi zarzutami niekonstytucyjności postawionymi w ramach obecnej logiki ustrojowej.

      • Klasyczny_Liberał

        Co do liberalizmu to nie wydaje mi się to co napisałem kontrowersyjne, chociażby z „Konstytucji wolności” Hayeka: „Koncepcja konstytucji zostala wiec scisle zwiazana z taka koncepcja rzadow przedstawicielskich, w ktorej uprawnienia przedstawicielskiego ciala scisle okresla dokument nadajacy mu okreslona wladze. Formula, ze wszelka wladza pochodzi od ludu, odnosila sie nie tyle do cyklicznych wyborow jego przedstawicieli, ile do faktu, ze lud, w postaci zgromadzenia konstytucyjnego, ma wylaczne prawo do okreslania uprawnien przedstawicielskiego organu ustawodawczego. Konstytucja byla wiec pomyslana jako instrument ochrony ludzi przed wszelkimi samowolnymi poczynaniami zarowno legislatury, jak innych organow wladzy.” (PWN, str. 182)

        Natomiast mogę się zgodzić, że współcześnie ta koncepcja prawie nigdy nie jest stosowana i co najmniej dziwne jest wyciąganie jej dopiero w kontekście związków partnerskich, których nie chciałem tu wcale krytykować jako takich.

        • Ingen Jegger

          Pan pisze o zasadzie legalizmu, ktora jak najbardziej jest w Polsce przestrzegana, a w praktyce oznacza np, ze Minister Finansow nie moze sam z siebie nalozyc na obywateli podatkow, poniewaz to mozna zrobic tylko w drodze ustawy. innymi slowy prawo nie daje mu takich komeptencji. to nie ma nic wspolnego z idea ograniczania panstwa, ktora raczej prowadzi do tego ze panstwo nie ingeruje w pewne sfery i ich nie reguluje, jesli nie jest to konieczne.

          • Klasyczny_Liberał

            Pan pisze o ograniczeniu wladzy wykonawczej, a ja ustawodawczej. Oczywiscie dalej bedzie ona mogla zmienic konstytucje, ale tylko w specjalnym trybie.

        • Dzomber_Glaubon

          W porządku, zwracam Panu honor. Osobiście jednak, jakkolwiek cenię sobie myśl Hayeka, nie całkiem bym się z tym zgodził. Konstytucja powinna oczywiście być instrumentem ograniczającym samowolę władzy, jak najbardziej. Ale zabranianie państwu wszystkiego, co nie jest wyraźnie ujęte w konstytucji, wydaje mi się nierozsądne, bo przecież nie da się zapisać w niej wszystkich możliwych przypadków. Można by co najwyżej umieścić tam jakieś ogólne dyrektywy (np. „państwo ma chronić wolność słowa”), ale bezpośrednio określić wszystkich możliwych zagrożeń dla wolności słowa teraz i za 50 lat wszak nie sposób. Moim zdaniem trzeba zostawić jakieś praktyczne pole manewru ustawodawcy, a samą konstytucję uczynić raczej gwarantem podstawowych praw jednostki niż szczegółowym przepisem na to, jak rządzić. Tak czy inaczej, dziękuję Panu za merytoryczną odpowiedź.

          • Klasyczny_Liberał

            Dla mnie jako zwolennika państwa minimum takie ograniczenie państwa wygląda bardzo rozsądnie. W razie problemu można oczywiście zmienić konstytucję, jak wielokrotnie robiono w USA, wg mnie zresztą niekoniecznie były to zmiany korzystne. Pana przykład nie wydaje mi się najszczęśliwszy, mam raczej na myśli sytuacje gdzie np. w konstytucji nie ma banku centralnego albo państwowej służby zdrowia, i wtedy jeśli chce się takie rzeczy wprowadzić, to powinno się je dopisać. Oczywiście w polskim przypadku jest to dyskusja dość akademicka, bo niewiele realistycznych instytucji państwa opiekuńczego można jeszcze wymyślić, poza tymi które już są w polskiej konstytucji.

        • http://beniuszys.na.liberte.pl Piotr Beniuszys

          Pan ten fragment rozumie opacznie. Konstytucja okresla uprawnienia ciala obywatelskiego. W przypadku polskiej (i wielu innych) konstyucji te uprawnienia zasadzaja sie na uchwalaniu ustaw w ramach dokladnie okreslonej procedury. Nie oznacza to zas, ze artykuly konstytucji enumeratywnie wyliczaja problemy/kwestie, ktorych ustawy parlamentu moga dotyczyc. Ochrona przed samowolnymi poczynaniami wladzy dotyczy natomiast decyzji o charakterze arbitralnym, a wiec decyzji nieopartych na obiektywnym, prawnie okreslonym kryterium, a sytuacyjnym widzimisie ludzi pelniacych wladze, co nie ma zadnego zwiazku z omawianym problemem.

  • Koniu

    Ależ autor chyba w ogóle nie rozumie o co tu chodzi, profesor filozofii prawa? Proszę zapoznać się z uzasadnieniem Sądu Najwyzszego w sprawie wszystkich proejktów ustaw – SN po prostu w bardzo logicznym wywodzie miażdży argumenty zwolenników tych ustaw z jednego prostego powodu (tzn powodów jest kilka, ale jeden szczególny). Chodzi głownie o jeden i z niego i w nim zawiera się wlasnie konstytucyjnosc ochrony – w szczególnym charakterze zwiazku małżenskiego, w jego atrakcyjnosc, takze ze wzgledów podatkowych etc, jest to, ta forma prawna zwiazku pomiędzy kobietą i mezcyzną, wyborem aksjologicznym. Przyznanie podobnych chocby troche praw związkom dotąd nieformalnym naruszyłoby szczególny status i pozycję malzenstw, co nie wydaje się dobrą sprawą w opinii SA (ok, piszę to swoimi słowami, ale chyba mnie wiecej o to chodzi). Polecam gorąco zapoznanie się z uzasadnieniem SN do projetków tych ustaw – jest to piekna logiczna miazga argumentów strony wnoszącej te projekty.

    Od siebie, biore to w ten sposób – ta ochrona to to samo co ochrona człowieka i jego srodowiska, przed bobrami, na przykład. Autor tego wpisu zdaje się nie robić roznicy poemiedzy tradycyjnym malzenstwem a „malzenstwem” gejowskim czy zwiazkiem konkubentów itd. Stawia to na jednej plaszczyznie, jakby przyznanie tym drugim nie naruszalo praw pierwszych, jakby byly to zwiazki tej samej rangi czy wartosci. Tak NIE jest i nigdy nie bedzie, ze wzgledu na prokreację, inny charakter relacji czesto – po prostu, ze wzgledu na biologię itd. To są dwa rozne swiaty. Chronienie człowieka nie oznacza koniecznosci dania praw bobrom, by żarły i podgryzały, sorry za porownanie, ale o to mniej wiecej chodzi. To nie są tozsame swiaty i nie maja wspolnych interesów. Dlatego argument o ochronie weteranów i podbijanie tematu w stylu „dlaczego nie mozna chronic innych weteranów takze”? jest absurdalny. To nie są ci sami weterani, to są dwa swiaty. Niech autor to zrozumie. Tyle ode mnie, pozdrawiam.

  • Pingback: Związki partnerskie | W drodze…()

  • Piotr Beniuszys

    Koniu,

    nie ma czegoś takiego jak „uzasadnienie Sądu Najwyższego” ws. tych projektów ustaw. Jest tylko prywatna opinia obecnego prezesa tego sądu, całkowicie zmażdżona powyższym artykułem prof. Sadurskiego. W konstytucji jest napisane to, co jest napisane. Wszelkie doszukiwanie się za jej zapisami „wyborów aksjologicznych” to dowolna interpretacja.

    • Koniu

      Piotrze, wysłałem odpowiedz na Twój wpis, ale chyba nie przeszło. Zatem spróbuję jeszcze raz – wklejając link z tvn24 gdzie mowa o owej opinii/opiniach SN, są krótkie wycinki owych opinii jak i są dokumenty do pobrania. Tego chyba nie pisał 1 sędzia? Bo ja mowię o tym a nie p prywatnej opinii kogoś tam. Chyba ze coś mi umknęło. Jesli tak – daj znać. pozdrawiam

      http://www.tvn24.pl/sn-projekty-ustaw-o-zwiazkach-niezgodne-z-konstytucja-zobacz-co-sedziowie-odpowiedzieli-poslom-juz-w-ub-roku,303102,s.html

    • Koniu

      Hmm, przy próbie wklejenia linku z tvn24 nie przechodzi wpis. Spróbuj zatem wpisać „SN, związki partnerskie, tvn24″ czy cos takiego w google. W linku na stronie tvn24 są oinie SN, nie wiem czy pisał to 1 sędzia, ale chyba nie? Plus uzasadnienie całego wystąpienia SN, dosc obszerne, analiza itd. Pozdr.

      • Kamil

        SN nie może wydawać takich ‚uzasadnień’ bo nie jest organem kontroli konstytucyjności. Taką zgodność może badać jedynie Trybunał Konstytucyjny. A co do argumentów do przede wszystkim wykładnia literalna powinna mieć pierwszeństwo przed wykładnią celowościową, dorabianie kilku stron ideologii do art 18 jest trochę nie na miejscu.

        • Koniu

          Hej, Kamil, rozumiem, ze pouczasz SN jak dokonywać wykładni? Spoko, ja nie wnikam jakie masz doswiadczenie, niemniej mysle ze sędziowe SN nie są z łapanki i z ulicy wzięci a i są nieco bardziej doswiadczeni od ciebie (tak czy nie, powiedz?)
          Poza tym ustawa o SN jasno mówi do czego powołany jest ten sąd, a projekty zostały przesłane do jako poselskie projekty ustaw. Nie ma tu kontroli konstytucyjnosci tylko opinia prawna.
          Pozdr.

  • Koniu

    Piotrze, ale to chodzi o to? To jest opinia jednego człowieka? Bo jesli tak to ja cos przegapilem, wszędy i owędy widzę o SN jako SN…. Daj znać kto to dokładnie wszystko pisał. Pozdrawiam.
    http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/sn-projekty-ustaw-o-zwiazkach-niezgodne-z-konstytucja-zobacz-co-sedziowie-odpowiedzieli-poslom-juz-w-ub-roku,303102.html

O autorze
*
WojciechSadurski
Filozof prawa i konstytucjonalista, publicysta, bloger