Rusza konkurs SingularityU Poland Global Impact Challenge 2019  :)

 

Do 9 września br. potrwa rekrutacja do drugiej edycji największego w Europie Środkowo-Wschodniej konkursu dla startupów –  SingularityU Poland Global Impact Challenge, organizowanego przez Fundację Digital University, specjalizującą się w edukacji w obszarze transformacji cyfrowej i kompetencji przyszłości. Konkurs wyłoni najbardziej  innowacyjnych wizjonerów, których przełomowe pomysły mogą pomóc w rozwiązaniu cywilizacyjnych wyzwań takich jak głód, choroby, globalne ocieplenie czy zanieczyszczenie środowiska. Nagrodą w konkursie jest udział w Global Startup Program, kilkutygodniowym programie inkubacyjnym w Dolinie Krzemowej oraz zaproszenie do trzeciej edycji InCredibles Sebastiana Kulczyka. 

Formułę konkursu stworzył jeden z najważniejszych amerykańskich think tanków edukacyjnych
z obszaru nowych technologii, Singularity University (SU), mający siedzibę w San Francisco, który jest jednocześnie inkubatorem biznesowym, przygotowującym najzdolniejszych światowych liderów do sprostania globalnym wyzwaniom dzisiejszego świata.

Dla Singularity University ważny jest pomysł, który pomoże w pracy nad poprawą świata dzięki użyciu nowych technologii. Wartość mają te projekty, które przenoszą nas w nową erę. Jednak zwracamy też baczną uwagę na autorów projektów – skupiamy się na poszukiwaniu ludzi o dużym potencjale  – mówi Jowita Michalska, Prezes Fundacji Digital University, wyłącznego przedstawiciela Singularity University w Polsce.

 

Strategicznym partnerem konkursu jest Sebastian Kulczyk, międzynarodowy inwestor, absolwent Singularity University, prezes Kulczyk Investments i twórca Manta Ray Ventures, globalnego funduszu venture capital, inwestującego w innowacyjne firmy z sektora nowych technologii.

 

Współpraca z ludźmi, którzy tworzą przełomowe projekty technologiczne, zmieniają świat, jest jednym z najciekawszych doświadczeń w moim życiu – podkreśla Sebastian Kulczyk.

 

Sebastian Kulczyk jest nie tylko partnerem konkursu SingularityU Poland Global Impact Challenge 2019, ale również twórcą InCredibles, programu mentoringowego organizowanego już po raz trzeci, do którego zapraszani są tegoroczni finaliści najbardziej prestiżowych konkursów startupowych w Polsce. W ramach InCredibles laureat SingularityU Poland Global Impact Challenge 2019 otrzyma możliwość udziału w 2 dniowym wyjeździe do Google for Startups w Londynie na sesje z mentorami i inwestorami, uczestnictwo w europejskiej konferencji dla startupów Slush w Helsinkach oraz w organizowanej w Warszawie konferencji Masters&Robots z kilkudziesięcioma ekspertami i mentorami z całego świata.

 

– Dla młodych innowatorów czy założycieli startupów to najlepszy program jaki istnieje i jednocześnie trampolina do zupełnie innego świata, wejście do globalnej sieci kontaktów – zachęca do udziału w konkursie Jowita Michalska. Zachęcam, tym bardziej że ubiegłoroczna polska edycja Global Impact Challenge została ogłoszona najlepszym konkursem dla pasjonatów technologii spośród wszystkich 128 przeprowadzonych przez SU konkursów na całym świecie! Taka rekomendacja spowodowała, że postanowiliśmy w tym roku poszerzyć grono odbiorców konkursu o inne, poza Polską, kraje z rejonu Europy Środkowo-Wschodniej: Czechy, Słowację, Ukrainę, Austrię, Węgry, Estonię, Litwę, Łotwę, Rumunię i Bułgarię

Z tej niesamowitej szansy na rozwój skorzystało już wielu utalentowanych Polaków, m.in. Łukasz Młodyszewski (Nightly – aplikacja pomagająca zwalczyć bezsenność i traumatyczne przeżycia powodujące stres pourazowy), Paweł Jarmołkowicz (Harimata – wspiera wczesne wykrywanie autyzmu u dzieci), Kamil Adamczyk (Projekt implantu do mózgu – Sonic Electric Brain Implant) oraz Marcin Kostrzewa i Wojciech Daniło (Projekt Luna). Zeszłoroczną polską edycję wygrały projekty LunaCardio technology (Kamil Adamczyk), skupiające się na upowszechnieniu analizy danych i walce z nowotworem mózgu.

 

Kto będzie następny? 

Na zgłoszenia startupowców z różnych środowisk – inżynierów, naukowców, pasjonatów technologii organizatorzy czekają do 9 września. Z warunkami udziału w konkursie można zapoznać się na stronie https://su.org/gic/poland-2019/. Główne kryteria to skończone 21 lat, biegły angielski, w pełni ukształtowany pomysł, co najmniej 2 współzałożycieli startupu.

Finał, na który zostanie zaproszonych maksymalnie 10 zespołów, odbędzie się 7 października 
w Warszawie, w Google Campus.

 

Organizator: Fundacja Digital University www.digitaluniversity.pl

Project Manager: Paulina Gawryszewska, paulina@digitaluniversity.pl

Strona Konkursuhttps://su.org/gic/poland-2019/

 

PR Manager/media: Katarzyna Sajewicz, kasia.sajewicz@digitaluniversity.pl, tel. 725 060 005

____________________

Fundacja Digital University – fundacja, której nadrzędnym celem jest edukacja w zakresie innowacji i nowych technologii. Rozwija zdolności innowacyjne w organizacjach i wspiera rozwój umiejętności i kompetencji cyfrowych zgodnie z najnowszymi światowymi trendami technologicznymi.

Singularity University – inkubator biznesowy, który poprzez edukację i innowacyjne platformy przygotowuje najzdolniejszych światowych liderów do sprostania globalnym wyzwaniom dzisiejszego świata i pozwala zbudować lepszą przyszłość dla wszystkich.

Sebastian Kulczyk –  lider młodego pokolenia polskich przedsiębiorców. Międzynarodowy inwestor. Jego pasją są projekty społecznie zaangażowane z obszaru szeroko pojętych nowych technologii, w szczególności z zakresu zdrowia, edukacji i infrastruktury przyszłości. Od 2013 roku zarządza międzynarodową firmą rodzinną, która łączy najwyższe standardy zarządzania biznesowego ze skuteczną działalnością dobroczynną w wymiarze globalnym.

InCredibles – wszechstronny, szyty na miarę program akceleracyjno-mentoringowy zainicjowany przez Sebastiana Kulczyka w 2017 roku, wspierający młode polskie firmy z obszaru nowych technologii.

Zrób z życia przygodę, tak jak zrobiły to kobiety z Maiden :)

Nie umiesz. – Nie możesz. – Nie uda się wam. – To niemożliwe!

Tego rodzaju ciepłe słowa wsparcia słyszała od świata pierwsza kobieca załoga żeglarska w regatach Whitbread – etapowym wyścigu dookoła świata, który odbył się w 1989 roku. Do tej pory udział w takim konkursie brali tylko mężczyźni. Do tego momentu publiczne głosy ze świata mediów i sportu dawały jasno do zrozumienia, że ten wyścig jest nie dla kobiet. Jest zbyt trudny. Zbyt wyczerpujący. Zbyt przerażający. Wymaga siły i determinacji. Odwagi. Pracowitości. Dyscypliny. A kobiety? Gdzie wpakują tusz do rzęs albo lokówkę, gdy każdy gram i każda minuta jest na wagę złota? No więc załoga Maiden zapragnęła zmienić to idiotyczne myślenie na temat kobiet.

Gdy Tracy Edwards, inicjatorka projektu, dziewczyna z konkretnymi przeżyciami, zaproponowała swoim znajomym dziewczynom, które znają się na żeglarstwie, by wzięły udział w tym wyścigu, każda była zachwycona pomysłem, gotowa na przygodę i podjęcie wyzwania. Gdy wbijały się w ścianę wody, by potem strzelić dziobem w dół z oszałamiającą prędkością, mówiły potem: „To było totalnie ekscytujące!”. Gdy płynęły przy lodowcach na Oceanie Spokojnym, mróz był cholernie dokuczliwy, ale ich nie obezwładniał. Był elementem żywiołu i przygody, tak jak każda niewygoda i każdy ból, każda trudność i wyzwanie, i każda decyzja wymagająca odwagi. Tracy Edwards przekuła swój bunt i gniew przeniesione z dzieciństwa w wyzwanie, przygodę i współpracę, której stawką jest wygrana w wyścigu i zmiana myślenia na temat kobiet. To jest jeden z najwspanialszych scenariuszy życiowych kogoś, kto nie poddał się swojemu gniewowi i swoim słabościom i ograniczeniom, które przede wszystkim są w naszej głowie.

Interesują mnie historie kobiet, które są twórcze i odważne w takim tworzeniu własnego życia, które jest przygodą i w którym czują się wolne i szczęśliwe. Uczciwie powiem, że szczególnie interesujące i inspirujące są dla mnie te kobiety, która mają dzieci. Tylko ci z was, którzy są rodzicami wiedzą, jak jest to czaso- i energochłonne. Jeśli do tego jesteś bardzo refleksyjną osobą, wiesz doskonale, jak doświadczenie to wywołuje ambiwalentne uczucia. A jeśli do tego wszystkiego masz potrzebę tworzenia i robienia rzeczy wielkich, ważnych, pięknych i dobrych, to musisz bardzo nad sobą pracować, by czuć się wolnym, odważnym, szczęśliwym człowiekiem, który obdarowuje miłością swoje dzieci. Bo, wówczas, gigantonicznym wyzwaniem staje się realizacja swoich potrzeb i pragnień w sytuacji, gdy masz dzieci, cudowne, słodkie, fajne, ale egocentryczne istoty, które bardzo, ale to bardzo potrzebują Twojej miłości, uwagi i troski. Jeśli to się udaje, choćby tylko czasem, albo z czasem wychodzi coraz sprawniej, to jest właśnie sukces, to jest Osiągnięcie, które może być także udziałem wielu mężczyzn – robić to, co sprawia ci frajdę, z życia zrobić przygodę. To jest poniekąd to, co Japończycy nazywają Ikigai, czyli powód do życia, powód by żyć, przyjemność i istotę życia. Z tym dodatkiem, że ktoś postanowił ze swojego życia zrobić przygodę i nadać mu znaczenie głębokie i rozciągające się poza swój własny kres.

Z serca polecam dokument Alexa Holmesa.

Stosunek Kościoła Katolickiego do małżeństwa i rodziny :)

Kościół Katolicki przedstawia siebie jako strażnika rodziny, jako fundament poważnego traktowania relacji między mężczyzną i kobietą oraz jako krzewiciela troski o dzieci.  W rzeczywistości jest on skrajnie antyrodzinny, a polityka jakiej oczekuje od państwa w tej sferze, nakierowana jest wyłącznie na jego polityczny interes.

Na początku należy już zaznaczyć, że prawo do zawarcia małżeństwa i posiadania rodziny Kościół Katolicki przewiduje tylko dla ludzi należących do jego wspólnoty. Encyklika Casti connubii – Piusa XI potępia małżeństwa cywilne, innowiercze i konkubinaty. Choć wspomina, że wszyscy powinni móc się wiązać i rozmnażać, to jednocześnie zaznacza, że władze państwa mają obowiązek zakazywania związków innych niż katolickie (sakramentalne) i karania ludzi w nich żyjących.

„Istota ta małżeństwa, wyjątkowa i jej tylko właściwa, stawia je o całe niebo wyżej nie tylko od kojarzeń zwierząt, kierowanych ślepym tylko instynktem przyrodzonym, w których niema ni rozumu, ni zdecydowanej woli, lecz stawia ją też wyżej od ludzkich małżeństw dzikich, pozbawionych wszelkiego prawdziwego i uczciwego węzła woli i nie mających nic wspólnego z prawdziwym pożyciem domowym.  Stąd wynika też, że prawowita władza ma prawo i obowiązek zakazywania takich związków haniebnych, sprzeciwiających się rozsądkowi i istocie ludzkiej, przeszkadzania im i karania ich.”

Niektórzy mogą tu powiedzieć, że przecież sam Kościół udziela dziś ślubów wszystkim – jeżeli przynajmniej jedna strona przynależy formalnie do katolickiej wspólnoty. Tak robi – ale wynika to z chęci zysku, a nie tolerancji. Jako, że obecnie – poza Watykanem – nie ma państw katolickich, a większość ludzi deklarujących katolicyzm, nie wyznaje w rzeczywistości katolickich poglądów – Kościół nie domaga się głośno wprowadzenia swojego porządku. Takimi postulatami wystraszyłby tylko społeczeństwo. Nie mogąc przeforsować swoich ideałów, wykorzystuje więc obecną sytuację i stara się na niej przynajmniej zarobić, udzielając masowo małżeństw.

W tej sytuacji Kościół Katolicki ślubu udzielić może dziś nawet formalnemu katolikowi i niekatolikowi – aczkolwiek w takim wypadku potrzebna jest zgoda biskupa. Ślub to jednak ostateczność, bo zanim do tego dojdzie Kościół stara się swoje ugrać. Odradza on stanowczo małżeństw z zadeklarowanymi niekatolikami, a już szczególnie z liberałami, bezwyznaniowcami, ateistami – strasząc różnymi absurdalnymi rzeczami. Od napominania, że „katolicki” partner nie będzie mógł liczyć na wspólne uczestnictwo we mszy – co ma być rzeczą niedopuszczalną – po straszenie, że ateiści są niezdolni do miłości, wierności małżeńskiej, budowania trwałych związków, panowania nad swoją seksualnością i przestrzegania jakichkolwiek zasad moralnych. Przykładem mogą być tu kazania i wykłady ks. Dariusza Oko oraz ks. Marka Dziewieckiego.

Artykuł ks. Marka Dziewieckiego – Ateizm, czyli urojona wizja człowieka, ze strony PCh24.pl.

„Ateistyczne pomysły w tym względzie – podobnie jak ateistyczna antropologia – są mało skomplikowane. W zeszłym stuleciu przemocą i zbrodniami promowali kult proletariackiego kolektywu. W XXI w. bardziej wyrafinowanymi metodami – zwłaszcza za pomocą zdominowanych przez siebie mediów – promują »wolne« związki. […] To, co faktycznie proponują ateiści jako sposób na więzi, zwłaszcza w relacji kobieta – mężczyzna, to nie związki wolne od związków, lecz związki wolne od odpowiedzialności, miłości i wierności.”

Artykuł ks. Marka Dziewieckiego – Bóg się rodzi w Dolinie Ciemności, z portalu Opoka.

„Historia potwierdza, że w każdej epoce ateizm stawał się śmiertelnym zagrożeniem dla ludzkości. Jest to oczywiste, gdyż ateiści nie wierzą w miłość i w konsekwencji negują istnienie jakościowej różnicy między człowiekiem a zwierzęciem. […] W oczach ateistycznych liberałów i cyników chrześcijanie są »zacofani«, bo w XXI wieku odważają się przypominać o tym, że człowiek jest w stanie kierować swymi emocjami bez używania narkotyków, a swoją seksualnością bez dopuszczania się zdrad małżeńskich i bez ryzykowania zdrowia czy życia dla chwili przyjemności.”

Z kolei na wykładzie w Pszczynie w 2014 roku, ks. Dariusz Oko stwierdzał: „Ateiści jednak wiemy, co pokazują badania, są mniej moralni, mniej duchowi, bardziej zdolni do rzeczy złych i najgorszych. I też bardziej prymitywni, brutalni. […] Oni nie mają żadnych granic etycznych, tylko najwyżej fizjologiczne. Znaczy, nie zrobią czegoś tylko dlatego, że to fizjologicznie się nie da, coś gdzieś włożyć. Ale jak się da, to to zrobią.”

W istocie – o czym wspominają niektóre katolickie media – obawą Kościoła dotyczącą małżeństw z zadeklarowanymi niekatolikami, jest tylko to, że taki związek zaburzy zaufanie strony „katolickiej” do niego. Że porzuci ona wspólnotę, praktyki religijne – zaś dzieci wychowane w takiej rodzinie, nie zostaną wychowane tak, jakby Kościół tego oczekiwał.

Artykuł Jolanty Tęczy-Ćwierz Czy katolik może wziąć ślub z ateistą? – ze strony Gość.pl.

„Dlatego Kościół raczej odradza zawieranie takich małżeństw. Chodzi tu głównie o to, że strona wierząca w takim związku jest narażona na zniechęcenie i zobojętnienie. Zwłaszcza, jeśli wiara jest letnia, może dojść do odstąpienia od jej praktykowania. A nawet jeśli tak się nie stanie, to najprawdopodobniej dzieciom trudniej będzie osiągnąć głęboką wiarę, zabraknie im atmosfery religijnej domu rodzinnego. […] Księża często odradzają zawieranie takich ślubów, zalecając odroczenie do nawrócenia osoby niewierzącej.”

Artykuł ks. Aleksandra Sobczaka Aktualna dyscyplina Kościoła wobec małżeństw mieszanych i im podobnych – Mateusz.pl.

„Należy podkreślić, że w wypadku osoby, która odstąpiła od Kościoła i wiary, względnie publicznie jej nie praktykuje, niebezpieczeństwo naruszenia prawa Bożego jest większe, niż w małżeństwie z osobą wierzącą, ale należącą do braci odłączonych, czy niewierzących w dobrej wierze. Stąd, z punktu widzenia duszpasterskiego, należy odradzać stronie wierzącej zawieranie tego typu małżeństwa.”

Tak więc Kościół Katolicki woli, by przykładowo kobieta wzięła sobie za męża alkoholika, narkomana, zdradzającego, czy sadystę – niż by związała się z ateistą, własnowiercą lub liberałem. Katolicyzm stawia bowiem jako priorytet doboru partnera, nie jego odpowiedzialność, zaangażowanie, wierność itp. – ale to, czy osoba taka jest przynajmniej formalnie i deklaratywnie – katolikiem! Zgoda na ślub mieszany wynika więc nie z tolerancji. Wynika z faktu, że retoryka zniechęcania do kontaktów z niekatolikami zawiodła – i ślub takich osób jest nieunikniony. Skoro zaś ludzie ci mogą wziąć ślub gdziekolwiek, to dla Kościoła lepiej, by wzięli go w katolickiej świątyni, na czym on zarobi.

Dla sytuacji gdy retoryka zniechęcania nie odnosi skutków i para dalej chce wziąć ślub, Kościół Katolicki przygotował sobie i tak kolejne zabezpieczenia. Kodeks prawa kanonicznego – kan. 1125 nakłada na stronę katolicką obowiązek oświadczenia, że jest gotowa odsunąć od siebie wszelkie niebezpieczeństwa utraty wiary oraz przyrzeczenia, że ochrzci swoje dzieci w Kościele Katolickim i wychowa je zgodnie z jego naukami. Dodatkowo strona niekatolicka jest zobowiązywana do oświadczenia, że nie będzie przeszkadzała w katolickim wychowaniu dzieci.

Oświadczenia te są absurdalne i niemożliwe do spełnienia jeżeli związek funkcjonowałby trwale. Zakładając, że taka para przestrzegałaby oświadczeń wymaganych przez Kościół, strona katolicka musiałaby wychowywać dzieci w nienawiści do drugiego rodzica – który w nauczaniu katolickim jest kimś z założenia złym (tu można wskazać choćby wspomniane nauki ks. Oko i ks. Dziewieckiego), z kim należy walczyć i kogo nie wolno słuchać, czy tolerować. Na przykład Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie 1868 wskazuje, że grzechem jest tolerowanie grzechu innych, uczestniczenie w nim i nieprzeszkadzanie w grzeszeniu.  Odmienne poglądy w sferze wyznaniowej, społecznej, czy politycznej są zaś grzechem ciężkim – i nie jest to kwestia jednorazowego czynu, bo grzech jest w tym wypadku częścią tożsamości takiej osoby. Oznacza to, że rodzic katolicki musiałby uczyć nieposłuszeństwa, nietolerancji i agresji w stosunku do rodzica niekatolickiego.

Strona niekatolicka natomiast musiałaby w ogóle nie brać udziału w wychowaniu dzieci. Mogłaby bowiem zasiewać zwątpienie nie tylko przemycając nieświadomie swoje poglądy w procesie wychowania, ale nawet samą swoją obecnością pokazywać dziecku, że są na świecie ludzie o innych poglądach – tym samym motywując to dziecko do zadawania niewygodnych pytań. Co więcej, pogłębianie więzi takiego rodzica z dzieckiem, zakłócałoby katolickie wychowanie – ponieważ uczyłoby to dziecko potępianej przez Kościół Katolicki tolerancji, wobec osób o innych poglądach.

Wróćmy jednak jeszcze do samego wiązania się w pary. Ze strony kleru katolickiego jak i katolików padają głosy, że niekatolików nie powinno interesować to, że Kościół Katolicki stara się zniechęcać do związków mieszanych – bo powinni sobie znaleźć przecież partnera, który nie należy do tej wspólnoty. Problem jednak w tym, że w Polsce formalnie należy do niej około 90 % obywateli – a przynależność ta wcale nie wiąże się z faktycznymi ich poglądami.

Kościół wpaja wielu ludziom, że są katolikami – choć w praktyce nimi się są. Są nimi co najwyżej formalnie, w księgach parafialnych. Ci „katolicy” – z którymi niekatolik rzekomo nie powinien się próbować parać – w większości nie wyznają katolickich poglądów. W ewentualnym związku, w ogóle nie musi więc dochodzić do konfliktów, którymi straszy strona katolicka – wmawiająca, że takie osoby całkowicie do siebie nie pasują, że mają na pewno odmienne poglądy na wiele ważnych spraw i że będą w ciągłym sporze. Kościół między potencjalnie pasującymi do siebie ludźmi stawia tu barierę jedynie urojonych podziałów. Tak więc za udawaną troską Kościoła Katolickiego o to co spotka w przyszłości dwie czy jedną stronę małżeństwa, skrywa się wyłącznie troska o podporządkowywanie sobie ludzi oraz izolowanie ich od osób, które mogłyby taki stan rzeczy zakłócić.

Ktoś tu może powiedzieć, że Kościół głosi trudne dla wielu nauki dotyczące wstrzemięźliwości seksualnej, czy wierności – więc jednak zależy mu w jakimś stopniu na jakości związków.  Otóż Kościół Katolicki rozróżnia swoją retorykę w zależności od tego do kogo ma ona trafić i jakie ma odnieść skutki. Mówienie o wstrzemięźliwości, wierności, dobru par – kreuje wizerunek Kościoła jako strażnika moralności. To zaś powoduje, że sama przynależność do jego wspólnoty – a niekoniecznie przestrzeganie jej zasad – czyni człowieka wizerunkowo lepszym. Kościół w ten wabi do siebie ofertą etykiety społecznej, dzięki której ludzie mogą nie tylko zwiększyć swoje poczucie wartości, ale i wpłynąć na postrzeganie ich przez innych. Równolegle do takiej retoryki, Kościół stosuje odnośnie katolickich związków całkowicie odmienną politykę. Tutaj dochodzimy do kolejnej ważnej dla Kościoła sfery.

Drugą – obok doboru partnera – ważną dla Kościoła Katolickiego kwestią jest prokreacja. Większość ludzi prawdopodobniej by przyznała, że dobre małżeństwo to takie, które jest trwałe – niezależnie od okoliczności, w którym panuje zaufanie, zrozumienie, troska, przywiązanie, miłość. Kościół Katolicki patrzy jednak na to zupełnie inaczej. W katolickim małżeństwie, tuż za posłuszeństwem Kościołowi, priorytetem jest seks i płodzenie dzieci.

Kodeks prawa kanonicznego – kan. 1096, § 1 stanowi, że „Do zaistnienia zgody małżeńskiej konieczne jest, aby strony wiedziały przynajmniej, że małżeństwo jest trwałym związkiem między mężczyzną i kobietą, skierowanym do zrodzenia potomstwa przez jakieś seksualne współdziałanie”. Tak więc podstawą małżeństwa (poza jego trwałym charakterem) jest płodzenie dzieci. Wzajemna troska, zrozumienie, szacunek, miłość, spędzanie razem czasu, dzielenie się obowiązkami – nie są tu fundamentem, a jedynie ewentualnym dodatkiem.

Co więcej, prokreacja jest dla Kościoła na tyle ważną sprawą, że nawet bardzo kochająca się para, chcąca i zdolna stworzyć trwały, pełny troski i zaufania związek – nie może być małżeństwem, jeżeli na przykład z powodu niepełnosprawności któregoś z partnerów jest niezdolna do odbycia stosunku seksualnego (w jego pożądanej formie). Kodeks prawa kanonicznego – kan. 1084, § 1 stanowi, że: „Niezdolność dokonania stosunku małżeńskiego uprzednia i trwała, czy to ze strony mężczyzny czy kobiety, czy to absolutna czy względna, czyni małżeństwo nieważnym z samej jego natury”.

Fiksacja Kościoła Katolickiego na naturalnej prokreacji uwidacznia się w jego retoryce również przy potępianiu zapłodnienia in vitro. Kościół podkreśla tu, że dzieci mają prawo być poczęte z miłości i w kontekście aktu małżeńskiego (np. Jan Paweł II – Evangelium Vitae, Rozdział I, punkt 14; Instrukcja Kongregację Nauki Wiary – Donum vitae) – jakby poczęcie drogą in vitro miało ścisły związek z brakiem miłości małżeńskiej i dehumanizowało małżeństwo. Tymczasem poczęcie dziecka drogą naturalną nie jest wyznacznikiem miłości – czego przykładem może być poczęcie przez gwałt. W ujęciu Kościoła Katolickiego, miłość i małżeństwo, są wiec pozbawione głębi i sprowadzone zostają do samej tylko prokreacji.

Tak jak Kościół Katolicki jest przeciwko małżeństwom niekatolickim (w tym małżeństwom formalnych „katolików” z niekatolikami), tak jest też przeciwko temu, by niekatolicy mieli dzieci i rodziny. Im bowiem więcej niekatolików, tym mniej ludzi skłonnych podporządkować się Kościołowi – a więc i tym mniejsza legitymacja dla jego polityki. Obecnie nacisk Kościoła na ograniczenie praw niekatolików do wychowywania dzieci jest ograniczony. Wyraża się zasadniczo w dwóch kierunkach działania. Pierwszy to różne formy podważania zdolności takich rodziców do prawidłowego wychowywania dzieci – za czym po cichu idzie podważanie ich prawa do wychowywania w ogóle. Uzasadnieniem są tu różne naciągane przewinienia, takie jak „seksualizacja dzieci”, w postaci akceptowania ich obecności na zajęciach uczących o ludzkiej seksualności. Drugi kierunek to sugerowanie, że niekatolicy w ogóle nie powinni wchodzić w związki, podejmować się czynności seksualnych i ewentualnie płodzić potomstwa – tylko żyć w samotności. Przykładem może być tu nauczanie ks. Romana Kneblewskiego oraz dokument Deklaracja wiary lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej – z 2014 roku.

Fragment nauczania ks. Romana Kneblewskiego zaprezentowanego w filmie Pedofilia!!! na serwisie YouTube (kanał Tuba Cordis).

Trzeba jasno powiedzieć, że prawo do aktów miłości oblubieńczej, mają względem siebie tylko małżonkowie związani sakramentalnym węzłem małżeńskim. Nikt inny. A że komuś przecież się należy, bo on nie potrafi bez tego żyć. A dlaczego ma być pokrzywdzonym? No to jest krzyż, który niesie w życiu. […] To wszystko w jakichś planach bożych sprawiedliwie będzie rozliczone. Ale to nie znaczy, że ktoś kto jest niezdolny do życia w sakramentalnym związku małżeńskim, ma uczestniczyć w aktach miłości oblubieńczej. Nie. To nie jest jego sfera życia po prostu.

Dokument Deklaracja wiary lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej – punkt trzeci.

„Przyjmuję prawdę, iż płeć człowieka dana przez Boga jest zdeterminowana biologicznie i jest sposobem istnienia osoby ludzkiej. Jest nobilitacją, przywilejem, bo człowiek został wyposażony w narządy, dzięki którym ludzie przez rodzicielstwo stają się »współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia« – powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią sacrum w ciele ludzkim.”

Wypowiedź ks. Kneblewskiego nie powinna budzić wątpliwości, więc pozostaje kwestia interpretacji wskazanego punktu deklaracji. Lekarz będący sygnatariuszem tego dokumentu nie ma kompetencji do odmówienia dwóm dorosłym ludziom, prawa do odbycia aktu seksualnego. Nie ma też możliwości by legalnie ukarać ich za taki czyn. W jakim celu deklaracja wspomina więc o prawie do korzystania z narządów płciowych wyłącznie przez małżeństwa katolickie? Jeżeli deklarację uznać za zbiór propagandowych komunałów – będzie ona tylko przypominać, że według katolików – niekatolicy nie mają prawa do relacji seksualnych i płodzenia dzieci. Jeżeli deklarację traktować jednak poważnie – jako zobowiązującą, to wspomniany tu zapis można interpretować tylko na dwa sposoby. Albo jako zobowiązanie do jakiejś formy zniechęcania takich par do stosunków seksualnych – w tym nielegalnego np. poprzez nieprawdziwe diagnozy i wprowadzające w błąd rady zdrowotne. Albo jako zachętę do „karania” takich par poprzez działania szkodzące płodności lub prowadzące do poronienia. Takie rozumienie zapisu może wydawać się dla niektórych nadinterpretacją – ale w kontekście polityki Kościoła, nie jest to coś nadzwyczajnego.

Docelowe podejście Kościoła Katolickiego w kwestii posiadania dzieci przez niekatolików, widać najbardziej wyraźnie w polityce państw, w których wprowadzano katolicki porządek. Na przykład w Hiszpanii, w czasach katolickiej dyktatury Francisco Franco, ludziom o niekatolickich poglądach dzieci odbierano i sprzedawano je bogatym, katolickim parom. Uzasadniano to na przykład tym, że przy niekatolickiej matce dziecko może ulec „czerwonej zarazie”. W wielu wypadkach dzieci odbierano matkom zaraz po narodzinach. Przykładem może być katolicki lekarz Eduardo Vela, który okazywał matkom po porodzie cudze martwe dziecko, informując, że to ich własne. Ofiarami takich działań mogło paść nawet trzysta tysięcy dzieci. Temat ten został poruszony w wyprodukowanym przez BBC filmie dokumentalnym Skradzione dzieci Hiszpanii z 2011 roku (Spain’s Stolen Babies, reżyser: Steven Grandison) oraz w filmie dokumentalnym z 2012 roku – Skradzione dzieci (Les enfants voles, reżyser: Gianni Amelio).

W katolickiej Chorwacji  natomiast – gdzie rządził Ante Pavelić – dzieci niekatolickie masowo zabijano. Wiele z nich trafiało do obozów koncentracyjnych, przy czym obozy Jastrebarsko i Sisak specjalizowały się w przyjmowaniu dzieci, a obozy Stara Gradiška i Đakovo – dzieci i kobiet. Warunki i traktowanie więźniów były jak i w innych obozach w Chorwacji – podłe. Czymś normalnym był całkowity brak higieny, tortury, gwałty, głodzenie, szczucie psami, czy rzucanie psom do jedzenia lub zabawy dzieci zbyt małych by poruszały się bez matek. W obozie Sisak na dzieciach prowadzono dodatkowo eksperymenty medyczne, którymi kierował komendant obozu – Antun Najžer. Należy przy tym pamiętać, że państwa katolickie, które nie posiadały własnych obozów koncentracyjnych, jak Słowacja pod rządami Tiso, wysyłały swoje ofiary – dorosłych, dzieci, całe rodziny – do obozów nazistowskich.

Tak wiec katolickie hasła o obronie małżeństwa i rodziny – podobnie jak hasła o obronie życia – są kłamstwem! Prawo do wchodzenia w związki i posiadania dzieci Kościół Katolicki przyznaje tylko ludziom, deklarującym posłuszeństwo wobec niego. Nie obchodzą go sprawy takie jak mądry dobór partnera, czy właściwe relacje małżeńskie. Nie obchodzi go rzeczywista jakość wychowania i los dzieci. Kościół Katolicki traktuje ludzi, związki, seksualność – przedmiotowo, jako narzędzie do osiągania własnego zysku. Nie liczy się z problemami osób samotnych, losem małżeństw, dzieci, całych rodzin. Dba wyłącznie o własny interes, często kosztem cudzej krzywdy.

Jakub Sajkowski – Pani Iza, emerytowany konserwator zabytków, ubija jajka na deser i składa miejsca w całość :)

Wiersz wolny

Jakub Sajkowski

 

Pani Iza, emerytowany konserwator zabytków, ubija jajka na deser i składa miejsca w całość

 

Tu, gdzie teraz stoi Hotel Vivaldi,

był cmentarz. Czy ich ekshumowano?

Nie wiem.

 

Tu, gdzie mieliśmy ostatnio grilla, na Osiedlu Przyjaźni,

kiedy Magda powiedziała, że lubi starych ludzi,

bo sama zbiera historie starych ludzi,

a Ania spytała: „co to są, kurwa, alpaki?”, te zwierzęta,

które chronią stada owiec i gryzą ziemię,

choć ziemia nic sobie z tego nie robi,

tu też był cmentarz. Czy ich ekshumowano?

Nie wiem.

 

A tu, w pubie przy ulicy Świętego Wojciecha,

gdzie Magda (nie ta, inna Magda) opowiadała,

że jej ośmioletni syn powiedział z głupia frant:

„musisz umrzeć przede mną, beze mnie będzie ci smutno” –

tu też był cmentarz.

Czy ich ekshumowano?

Nie wiem.

 

Nie ubił się deser, żółtko dostało się do białka.

Zobacz, wszystko leci mi z rąk. Popatrz na moją starą, brzydką,

pomarszczoną gębę.

Już jej oglądać nie mogę.

 

———————————

 

Jakub Sajkowski (1985) jest poetą, lektorem języków, tłumaczem, recenzentem. Wydał trzy zbiory wierszy: Ślizgawki (2010), Google Translator (2015), Zestaw do kaligrafii (2018). Wiersze i tłumaczenia publikował między innymi w „Pro Arte”, „Arteriach”, „Dwutygodniku”, „Art Papierze”, na stronie internetowej Biura Literackiego i w lokalnym wydaniu „Gazety Wyborczej”. Laureat stypendium artystycznego miasta Poznania i Medalu Młodej Sztuki.

 

———————————

 

Wiersz wolny to nowa przestrzeń Liberté!, uwzględniająca istotne, najbardziej progresywne i dynamiczne przemiany w polskiej poezji ostatnich lat. Wiersze będą reagować na bieżące wydarzenia, ale i stronić od nich, kiedy czasy wymagają politycznego wyciszenia, a afekty nie są dobrym doradcą w interpretacji rzeczywistości.

 

Redaguje Rafał Gawin.

Samotność w epoce konsumpcyjnej :)

Historia opowiedziana przez Jędrusik ma charakter niestety uniwersalny i kiedy zestawimy ją ze statystykami przedstawiającymi wzrastającą skalę rozwodów i zdrad małżeńskich, a także chorób psychicznych i dysfunkcji, które coraz częściej dotykają współczesnych ludzi, wówczas otrzymamy obraz problemów cywilizacyjnych, wobec których nie można dziś pozostać obojętnym.

 

Okładkowa zapowiedź książki Joanny Jędrusik bynajmniej nie musi skłonić do sięgnięcia po 50 twarzy Tindera ani faceta po trzydziestce, ani liberała, ani tym bardziej poszukiwacza ambitnej literatury. Jeśli bowiem rzeczywiście mamy do czynienia z „Bridget Jones na ostro. Z kontem na Tinderze”, to nawet obietnica, że będzie „Mniej o ciuchach. Więcej o seksie” niekoniecznie skłoni do zmiany pierwszego – niekoniecznie pozytywnego – wrażenia. Wydawca przekonuje, że „50 twarzy Tindera to fascynujący autobiograficzny reportaż o poszukiwaniu bliskości, seksu i sensu” i rzeczywiście książkę Joanny Jędrusik czyta się szybko, lektura wciąga niesamowicie, jednakże wnioski, jakie się nasuwają po jej przeczytaniu, są nad wyraz pesymistyczne, zarówno na poziomie antropologicznym, etycznym, socjologicznym, jak również ekonomicznym. Bo bynajmniej nie jest to kolejna opowieść o poszukiwaniu przez współczesną kobietę miłości, bliskości czy też przyjemności. Nie jest to również kolejne romansidło, które skończy się ckliwym happy endem albo rozbrajającą i zaskakującą swoją dosadnością tragedią. Historia opowiedziana przez Jędrusik ma charakter niestety uniwersalny i kiedy zestawimy ją ze statystykami przedstawiającymi wzrastającą skalę rozwodów i zdrad małżeńskich, a także chorób psychicznych i dysfunkcji, które coraz częściej dotykają współczesnych ludzi, wówczas otrzymamy obraz problemów cywilizacyjnych, wobec których nie można dziś pozostać obojętnym.

Tinder to randkowa aplikacja, która pozwala osobom samotnym znaleźć partnera do związku, relacji seksualnej czy zwyczajnie miłego spędzenia czasu. Aplikacja ta pozwala dobierać spośród milionów użytkowników tych, którzy w jak największym stopniu odpowiadają indywidualnym preferencjom i oczekiwaniom poszukującego, od orientacji seksualnej i celu znajomości, poprzez zainteresowania, wykształcenie czy poglądy polityczne. Skonfigurowanie Tindera z kontem na Facebooku, Instagramie czy Spotify pozwala – jak twierdzą twórcy i użytkownicy aplikacji – zmaksymalizować skuteczność doboru propozycji znajomości. Tym samym 50 twarzy Tindera to niewątpliwie socjologiczne wejrzenie – chociaż zrealizowane w formie autobiograficznego reportażu – we współczesne relacje międzyludzkie, w szczególności zaś w realiach wielkomiejskich (w tym przypadku warszawskich). Okazuje się zatem, że „Tinder to nie tylko radość” (s. 43), zaś „fajne randki są rozsiane gdzieś pomiędzy tymi kiepskimi i bardzo złymi” (s. 52). Sprofilowane i wspomagane szeregiem internetowych narzędzi aplikacje bynajmniej nie sprawiają, że znalezienie partnera – choćby jednorazowego i seksualnego – staje się dużo łatwiejsze niż w tzw. realu. Jak się zaś okazuje, relacje zawierane przez Tindera rzadko wychodzą poza kategorię jednorazowej randki, jeszcze rzadziej pozwalają w znalezieniu chłopaka czy dziewczyny do stałej relacji. Jest to jednak zapewne nie tylko konsekwencja specyfiki zanonimizowanego doboru partnera przy pomocy narzędzi jakby nie było elektronicznych, ale również wynik zmiany oczekiwań współczesnych ludzi, zmiany podejścia do związków oraz sfery seksualnej.

Joanna Jędrusik – patrząc z perspektywy heteroseksualnej kobiety – przygląda się przede wszystkim współczesnym mężczyznom. Wśród wszystkich tych, których napotyka na swojej „tinderowej drodze”, wyróżnia różnorodne typy: od „antyfeministów” (s. 52-56) i „self-made przegrywów” (s. 56-59), poprzez „erotomanów-gawędziarzy” (s. 60-62) i „Tomków rozwodników” (s. 62-64), aż po „prawilnych Cześków” (s. 65-70) i „Zdziśków” (s. 71-74). Jednoznacznie pozytywnie wypowiada się o dziennikarzach kulturalnych (s. 74-75), naukowcach (s. 75-76), nerdach (s. 76-80) i artystach (s. 80). Trzeba przyznać, że zaprezentowana kategoryzacja – jakkolwiek subiektywna i właściwie ironiczno-sarkastyczna – pozwala również przyjrzeć się całemu wachlarzowi użytkowników portali randkowych, ich motywacjom i oczekiwaniom, a także zasadniczym bolączkom. Ciekawe byłoby zestawienie tak zaprezentowanej struktury typów osobowościowych z analogicznym opracowaniem typów kobiecych, a także ich wersjami nieheteronormatywnymi. Można by to wówczas podsumować starym polskim przysłowiem – chyba jednak współcześnie nazbyt niepoprawnym politycznie, aby posługiwał się nim liberalny publicysta – iż „każda potwora znajdzie swego amatora”. Nie taka jednak jest konkluzja autorki. Widać w jej rozważaniach raczej wewnętrzne starcie między tradycjonalistycznym przekonaniem, że „kiedy idziemy z innym człowiekiem do łóżka, to jest to chyba największy i najsilniejszy akt akceptacji, jaki możemy mu okazać” (s. 93), a współczesną hiperliberalną przesłanką o anachroniczności monogamiczności: „A może zwyczajnie się nie da w monogamię? Albo ona nie ma sensu?” (s. 133). Tak czy siak, udało się autorce pokazać, jak bardzo Internet, nowe media czy też współczesne narzędzia komunikowania zmieniły relacje międzyludzkie i przyniosły nam – czy sobie z tego zdajemy sprawę czy nie – nową rewolucję seksualną, nowy rok 1968.

Tym samym 50 twarzy Tindera stanowi również swoiste studium współczesnej antropologii, bo jednak nie tylko relacje międzyludzkie zostały w nim sprezentowany, ale przede wszystkim współczesny człowiek. Tym, co w sposób szczególny przebija się w książce Jędrusik, jest głęboka niezgoda na – pozwolę sobie użyć tej zbitki używanej tak często przez lewicowych publicystów – neoliberalną i skrajnie indywidualistyczną wizję człowieka. Książka ta została opublikowana przez określone środowisko, a zatem nie powinna nikogo dziwić (mnie również nie dziwi) jej podprogowa zawartość ideologiczna. Autorka wskazuje, że we współczesnych realiach liberalno-kapitalistycznych „wmawia się nam, że jesteśmy kowalami własnego losu, że jeśli mamy kłopoty, to z własnej winy, a skoro sami się w nie władowaliśmy, to sami mamy się z nich wykaraskać” (s. 82). Pewna krytyka radykalnego indywidualizmu czy wręcz atomizmu społecznego jest oczywiście uzasadniona, jednakże utożsamianie jej z liberalizmem jako takim jest oczywiście niepoprawna. Zgodzić się trzeba z autorką, że współczesne społeczeństwa i także państwa zmierzyć się muszą z nowymi kategoriami problemów społecznych i cywilizacyjnych. Jędrusik deklaruje, że „ogromna część moich znajomych, ich rodzin lub partnerów ma różnego rodzaju problemy. Depresje, nerwice, stany lękowe. Ale nigdzie jeszcze nie obserwowałam tego z tak bliska i tak intensywnie jak na Tinderze. Tam widać, że depresja to epidemia” (s. 83). Statystyki potwierdzają spostrzeżenie autorki, jednakże bezradność instytucji państwa – szczególnie w Polsce – wobec tych nowych wyzwań jest wręcz niesamowita. Książka ta zdaje się być zatem krzykiem bezradności w takich sprawach, jak edukacja seksualna w szkole, pomoc pedagogiczno-psychologiczna względem dzieci, nastolatków i dorosłych, stan opieki psychiatrycznej czy poradnictwo seksuologiczne.

W tym współczesnym wymiarze antropologicznym – jak pokazuje autorka 50 twarzy Tindera – „świat randkowania opisuje się często za pomocą narracji pochodzącej z gier” (s. 15). Sam tytuł książki stanowi jednocześnie dowód wkomponowania się autorki w estetykę 50 twarzy Grey’a. Znajdujemy się raczej w filmie przesyconym scenami erotycznymi, w którym seks niekoniecznie wiąże się z miłością, zaufaniem i wzajemnym zobowiązaniem. Czy piszę o tym, żeby nad tym ubolewać? Namawiać i propagować heteroseksualną monogamię w wersji katotradycjonalistycznej? Nic bardziej mylnego! Nie można jednak abstrahować od społecznych konsekwencji, jakie niesie pornografizacja i erotyzacje sfery publicznej, powszechny wręcz dostęp do pornografii dzieci i młodzieży, obniżający się wiek inicjacji seksualnej, cyberprzemoc i cybernienawiść czy też nowe formy opresji seksualnej, których ofiarami są już nie tylko kobiety czy dzieci. Autorka przyznaje się, że „zaczynam stale nosić w torebce szczoteczkę do zębów i majtki na zmianę. Nie cierpię wkładać drugi raz tych samych majtek, które w dodatku ktoś ściągał ze mnie wcześniej zębami” (s. 37). Swobodny wybór drogi życiowej czy też way of living każdego z nas zawsze będzie ideą, której środowiska liberalne nieść będą na sztandarach i bronić wszędzie tam, gdzie bronić będzie ich trzeba. Ważne jednak, aby wybory człowieka zawsze były wyborami prawdziwie autonomicznymi i jednocześnie odpowiedzialnymi. Czytamy więc w 50 twarzach Tindera, że „świat z każdej strony bombarduje nas możliwościami i wskazuje, że osiągnięcie czegokolwiek to kwestia  podjęcia właściwego wyboru” (s. 177), a także że „wybór to ogromna odpowiedzialność. A od tej odpowiedzialności robi się nam po prostu smutno i źle” (s. 178). Kiedy więc zgadzamy się z tym, że każdy człowieka ma prawo sam zdecydować o tym, jak będzie żył i w jakie relacje z ludźmi będzie wchodził, musimy mieć również świadomość tego, że każdy wybór niesie z sobą pewne skutki, czasami niebezpieczeństwa i ryzyka, często rzeczywiście radości i zadowolenie. Tym samym dostrzec trzeba, że liberalne społeczeństwo – w sposób oczywisty piękne i godne naśladowania – uczyć musi również dokonywania wyborów, uprzedzać o ich potencjalnych konsekwencjach, a także uświadamiać, że wybór niejednokrotnie niesie również konsekwencje względem osób trzecich. Tutaj zaś najlepszym drogowskazem będzie stara Locke’owska koncepcja wolności.

Przyrównywanie przez autorkę nawiązywanych za pomocą Tindera relacji międzyludzkich – szczególnie zaś erotyczno-seksualnych – do gier, w szczególności zaś do gier RPG, może sugerować, że jednak mamy do czynienia ze swego rodzaju zabawą. I tutaj wyłania się ów moralny czy wręcz etyczny wymiar refleksji, do których skłania książka Joanny Jędrusik. Sama autorka wskazuje, że „w grach nie obowiązuje nas żadna etyka, w życiu jednak trzeba by jakąś stosować” (s. 25). Nie bez powodu sama autorka dostrzega, że „depresja i samotność idą w parze” (s. 83). Jak więc to możliwe, że w tych realiach wolnego, tolerancyjnego i pluralistycznego społeczeństwa, które żyje podobno w coraz większym dobrobycie, ludzie czują się jednak coraz bardziej samotni, usługi psychiatrów i psychologów coraz bardziej są w cenie, a związki międzyludzkie stają się coraz bardziej luźne i przynoszą coraz mniej satysfakcji? Okazuje się, że współczesny człowiek szuka coraz to nowych lektów na tę swoją samotność, poczucie braku sensu i szczęścia. Obok aplikacji i portali randkowych pojawia się szereg wspomagaczy i używek, wśród których alkohol nie jest już niczym kontrowersyjnym. „Narkotyki. Dopalacze, proszki, kryształki, tabletki, kartoniki i tak dalej” (s. 183) – mają uczynić życie współczesnego człowieka lepszym, piękniejszym i bardziej znośnym. Jak czytamy w 50 twarzach Tindera, „dragi bierze pół Warszawy. Połowa tej połowy oczywiście się do tego nie przyznaje” (s. 184). Pewnie wielu czytającym ten tekst nie będzie obce wyznanie autorki, że „po alkoholu robię masę rzeczy, których nie zrobiłabym na trzeźwo” (s. 191). I znowu nie chodzi o to, aby wieszczyć moralny fin de siècle czy moralizować nad zepsuciem współczesnego społeczeństwa czy też powszechną degrengoladą. Wygłosić twierdzenie o zmienności ludzkiej moralności to jak nie powiedzieć kompletnie nic. Ślepa moralistyka wygłaszana ze strony konserwatywnych światopoglądowo stanowisk niejednokrotnie negacjonistycznie nastawionych względem tezy o zmienności ludzkiej moralności nie pomoże człowiekowi współczesnemu radzić sobie z tymi nowymi problemami, wobec których nolens volens staje. Narzędziem do odnalezienia lekarstwa na trapiące nas problemy i kłopoty zawsze musi być racjonalna, merytoryczna i konstruktywna krytyka.

Joanna Jędrusik w 50 twarzach Tindera zwraca również uwagę na perspektywę ekonomiczną podejmowanych przez nią problemów. Człowiek na portalu randkowym jest przecież swego rodzaju produktem: rozmiary i wymiary, wykształcenie i zainteresowania, wygląd i intelekt, zdjęcia i wizerunek. Opis kandydata jest niczym opis produktu: zawsze adresowany jest do określonego typu odbiorcy, a także obiecuje się w nim spełnienie określonych potrzeb i wymagań klienta. Oczywiście – jak to w życiu – często zdarza nam się kupić towar trefny albo wręcz przysłowiowego „kota w worku”. Zdaje sobie z tego sprawę autorka, która zdradza, że „za każdym razem, kiedy na nowo tworzę swój profil na Tinderze albo pomagam tworzyć go innym, mam wrażenie, jakbym robiła jakiś szwindel” (s. 165). Nie dość więc, że sami zamieniamy się w towary i godzimy się na to, to oprócz tego nieświadomie i w sposób dorozumiany godzimy się na to, że będziemy przez innych oszukiwani, gdyż sami również oszukujemy. Niby – jak twierdzi Jędrusik – „rozdźwięk między pięknymi ideami młodości a szarym kapitalistycznym kieratem dorosłości cholernie nam nie gra” (s. 120), ale jednak tak wielu z nas pozwala, aby ten „kapitalistyczny kierat” ogarnął nas i zdominował nasze życie, także intymne. Przykład Tindera pokazuje, że „ekonomia odciska swoje piętno na wyborze partnerów, a nawet na języku, za pomocą którego o tym mówimy. Dyskurs dotyczący bankowości czy zarabiania jest używany do opisu dobierania się w pary” (s. 155). Nierzadko to piętno ekonomii przynosi negatywne konsekwencje, bo jednak utowarowienie jest swego rodzaju uprzedmiotowieniem. Z jednej więc strony: wolność wyboru, tolerancja i pluralizm; z drugiej zaś: utowarowienie, uprzedmiotowienie i tym samym dehumanizacja.

 

50 twarzy Tindera to niewątpliwie jeden z obrazów, na którym możemy obserwować współczesnego człowieka: jego życie, kondycję i relacje. Trudno powiedzieć, czy w to miejsce, które nam prezentuje Joanna Jędrusik, trafiliśmy sami, z własnego wyboru i autonomicznie, czy może jednak zostaliśmy do niego wciągnięci przez bezlitosny rynek, za pomocą którego promowane są mody, postawy i zachowania. Sama autorka dostrzega tę wątpliwość wskazując, że „właściwie nie wiadomo do końca, czy cokolwiek robimy dlatego, że sami tego chcemy” (s. 154). Z drugiej jednak strony, chociaż Jędrusik podkreśla, że „jeśli Tinder jest jak narkotyk, to można go brać długo, bez widocznych konsekwencji, i czuć się po nim absurdalnie dobrze” (s. 41), to jednak trzeba mieć świadomość, że narkotyk sprawia, że nie jesteśmy w pełni sobą, a świat, do którego nas przenosi, to niewątpliwie świat wirtualny. Tinder, jak zresztą szereg innych mediów społecznościowych, od Facebooka i Instagrama począwszy, to rzeczywistość sensu stricto wirtualna i udawana, swoisty Matrix, z którego po kilku, kilkunastu czy kilkuset wiadomościach przenosimy się do świata rzeczywistego, a w nim wszystko może już wyglądać inaczej. Milion znajomych na Facebooku, drugi milion followersów na Instagramie i trzeci milion randek przy pomocy Tindera niekoniecznie uczynią współczesnego człowieka mniej samotnym. Paradoksalnie może okazać się wręcz, że to uczucie dojmującej samotności w rzeczywistości realnej doskwierać mu będzie jeszcze bardziej.

 

Książka: Joanna Jędrusik, 50 twarzy Tindera, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019

 

Ostrożnie, ale po wolność, czyli liberalizm konserwatywny :)

Liberałowie konserwatywni albo stanęli na pozycjach całkowitego sprzeciwu wobec demokracji, albo postulowali powolne dążenie do powszechnego prawa wyborczego poprzez ustanowienie i stopniowe łagodzenie cenzusów.

 

Liberalizm konserwatywny ukształtował się w drugiej połowie XIX wieku. W swojej pierwotnej formie był on krytyczną reakcją na proces zbliżania się liberalizmu klasycznego do myśli demokratycznej. Odrzucał refleksję, jakoby demokracja stanowiła naturalne rozwinięcie zasad liberalnego ustroju z jego głównymi ideami uzależnienia władztwa od woli podwładnych oraz prawa jednostki do dokonywania wolnego wyboru. Z wcześniejszych doświadczeń wynikało bowiem, że ustrój liberalnego konstytucjonalizmu może zostać z powodzeniem wprowadzony w warunkach oligarchii merytokratycznej (z elementami zarówno arystokratycznymi pod postacią idei izby wyższej parlamentu złożonej z przedstawicieli tej klasy społecznej, jak i plutokratycznymi, wyrażonymi majątkowymi cenzusami wyborczymi). Pójście w kierunku demokracji pełnej wydawało się niepotrzebnym ryzykiem, które może spowodować kryzys klasycznego porządku liberalnego poprzez rozbudzenie masowych społecznych sił i ich roszczeń. W efekcie liberałowie konserwatywni albo stanęli na pozycjach całkowitego sprzeciwu wobec demokracji, albo postulowali powolne (trwające przez pokolenia) dążenie do powszechnego prawa wyborczego poprzez ustanowienie i stopniowe łagodzenie cenzusów.

Konserwatywni liberałowie uwypuklali zagrożenie dyktaturą większości, która stanowiła niebezpieczeństwo dla praw mniejszości i wolności jednostek. Najwyższa władza nie powinna zostać oddana w ręce ludzi, którzy nie kładą na szali swego dotychczasowego dorobku (nie ryzykują majątkiem i pozycją społeczną), po których nie sposób oczekiwać, że będą wykorzystywać ją w sposób roztropny, a więc nieprzynoszący ze sobą ryzyka rozpadu ładu społecznego. Powszechne prawo wyborcze byłoby ewentualnie możliwe w sytuacji daleko idącej i uprzedniej poprawy położenia najuboższych grup w społeczeństwie. Szczególne znaczenie miały mieć dostęp do miejsc pracy, wysoki poziom płac i niski poziom cen żywności. Z udziału w głosowaniu w każdym razie musieliby pozostać wykluczeni ludzie żyjących w warunkach materialnych zagrażających ich biologicznej egzystencji, którzy z łatwością mogliby skierować swoje frustracje w kierunku obalenia istniejącego ustroju czy „splądrowania bogaczy”.

Ale nie tylko obawa przed rewolucją była źródłem sceptycyzmu liberałów konserwatywnych wobec powszechnego głosowania. Obawiano się także odruchu zachowawczego w przypadku uzyskania kontroli nad głosami ubogich przez sprzeciwiające się wolnościom jednostki i reformom warstwy arystokracji, czy to poprzez zwykłe kupowanie głosów, czy też poprzez oddziaływanie uświęconą „tradycją” autorytetu z epoki społeczeństwa stanowego. Prawdopodobieństwo tego scenariusza potęgować miała ludzka skłonność do bezrefleksyjnej akceptacji zastanego stanu rzeczy i brak odwagi do zakwestionowania istniejących zwyczajów i tradycji, co stwarzało właśnie warunki dla korupcji i manipulacji. Otwarcie systemu wyborczego na nowy elektorat w postaci upowszechnienia praw politycznych, nie posłużyłoby wtedy więc do dynamizacji rzeczywistości politycznej i wygenerowania innowacji. Przeciwnie, umocniłoby potencjał stagnacji, jako że nowi wyborcy z niższych warstw społecznych, intelektualnie najsłabsi, w jeszcze większym stopniu skłonni byliby bezkrytycznie przyjmować rzeczywistość i podążać ślepo za głosem warstw wyższych.

Głównym ideowym założeniem było więc ograniczanie praw wyborczych poprzez cenzusy. François Guizot proponował taką oto konstrukcję, w której obywatele wnosiliby najpierw wkład w postaci intelektualnego i „moralnego” samodoskonalenia, bogacili się i dopiero w efekcie tego rozwoju pozyskiwali odpowiednio należne prawa polityczne. „Suwerenność ludu” miała ustąpić „suwerenności rozumu”. Tymczasem demokracja oznaczała głęboki sen rozumu. W jej reżimie otwierają się perspektywy zaspokojenia wszystkich popędów człowieka, jest ona pokusą zarówno dla skłonności dobrych, takich jak wolność, jak i także złych, takich jak swawola. W pozbawionych formacji warstwach społecznych trafia to na szczególnie mocny rezonans i właśnie tam niebezpieczeństwo uwolnienia szkodliwych tendencji jest największe. Konieczne jest więc podjęcie spraw publicznych przez przedstawicieli tych warstw, które uzyskały już wysoką pozycję, dysponują majątkiem, niezależnością, wychowaniem i wykształceniem. Tylko tacy ludzie są w stanie wnieść do administrowania sprawami publicznymi odpowiednią wiedzę, spokój i szacunek dla urzędu. Ponadto dla zachowania pokoju społecznego ważnym jest obecność i zrównoważenie w łonie władzy państwowej zarówno interesów żywiołu dynamiki i postępu, jak i konserwatywnych oczekiwań stabilności i zachowawczości.

Z czasem w refleksji liberałów konserwatywnych więcej miejsca zaczęło zajmować poszukiwanie metod zabezpieczenia wartości stabilności ustroju i wolnościowego systemu prawa także w warunkach robiącej postępy demokratyzacji. Rozróżniono pomiędzy „demokracją powierzchowną”, która jest beztroskim politykowaniem dla przyjemności i zasadza się w gruncie rzeczy na filarach ignorancji, próżności, a nawet infantylności obywateli oraz ich zdeprawowanych kacykostwem i orientacją na patronat elit a demokracją odpowiedzialności po swoistej „korekcie”. Korekta ta miałaby służyć temu, aby państwo i jego mieszkańcy stali się poważniejsi, bardziej świadomi ciążących na nich obowiązków i bardziej zdyscyplinowani. Konieczne w tym celu jednak jest sięgnięcie po elementy rządów arystokratycznych, najlepiej także oparcie się na utożsamiającej historyczne prawa monarchii. Wola do przeprowadzenia tych reform musi wywodzić się z grup ludzi, których jedynym interesem jest dobro całego narodu. Zadaniem „oświeconej” części narodu winno więc być pociągnięcie za sobą reszty i komenderowanie nią.

Rozwój sytuacji społecznej w końcówce XIX w. zdecydował o tym, że liberalizm konserwatywny znalazł się w zasadzie na straconej pozycji. W sporach ze współczesnymi sobie zwolennikami demokratycznego, a zwłaszcza socjalnego liberalizmu, jego stronnicy występowali z pozycji kontynuatorów i obrońców dorobku liberalizmu klasycznego i gospodarczego leseferyzmu. Ale nie byli jednak też bezkrytycznymi kontynuatorami klasycznego nurtu idei, którzy tylko broniliby tradycji przed „nowym światem”. Przeciwnie, dostrzegali słabe strony klasycznego liberalizmu, ale upatrywali je głównie w jego uległości wobec roszczeń egalitarystyczno-demokratycznych. Co prawda część z nich pozostała przy tradycyjnym etosie wigów i pielęgnowała koncepcję praw naturalnych, ale inni zaakceptowali zasadę użyteczności utylitaryzmu i nadali jej oryginalną formułę.

Był nią inspirowany ewolucjonizmem Charlesa Darwina socjaldarwinizm, którego najgłośniejszym zwolennikiem był Herbert Spencer, równocześnie jeden z ostatnich liberałów konserwatywnych, głoszących postulat prostego powrotu do klasycznego liberalizmu. Głosił on całkowite wycofanie się państwa z aktywności na polu ekonomicznym, przestrzegał przed rozrostem biurokracji oraz nadmierną ilością regulacji i przepisów. Słabością jego myśli było powiązanie klasycznie liberalnych postulatów z wywodzącymi się jednak z innego, pozapolitycznego porządku darwnistycznymi koncepcjami naturalnego doboru i przetrwania najsilniejszych, które przyczyniły się do sprowokowania zmasowanej krytyki i osłabiły wpływ pism Spencera na rzeczywistość polityczną. Połączenie indywidualizmu z bezpardonową konkurencją odzierało ideę wolności jednostki z immanentnej jej dotąd moralnej podbudowy i przewagi oraz, co nawet gorsza, zwracało uwagę opinii publicznej ku jej potencjalnie szkodliwym skutkom z punktu widzenia spójności społecznej, gdy pierwotny liberalny pogląd o nadrzędnej roli wartości jednostki ludzkiej ulega zatarciu poprzez demonstracyjne désintéressement skutkami końcowymi walki o zasoby i pozycję.

Po XIX w. i zwycięstwie demokracji liberalnej z liberalizmu konserwatywnego, w oryginalnym rozumieniu tego pojęcia, niewiele zostało. Neoliberałowie omijali jego dorobek, nawiązując bezpośrednio do tradycji klasycznego liberalizmu. Konserwatywny liberalizm w zasadzie przestał być nurtem liberalizmu w pełnym tego słowa znaczeniu. Stał się raczej swoistym „odruchem” różnych liberałów, gdy tempo zmian społecznych zaczynało się im jawić jako nadmierne i ryzykowne dla zakresu ludzkiej wolności. Stawali zatem konserwatywni liberałowie na stanowisku dopuszczalności wyłącznie ewolucyjnych, ostrożnych zmian. Załamywali ręce nad podatnością na populizm w polityce, na antyintelektualizm w kulturze masowej, czy na zwyczajny prymitywizm i chamstwo w życiu publicznym.

Nie tylko, ale przede wszystkim w Niemczech prawicowy nurt liberalizmu zachował część żywotności ze względu na związki z nacjonalizmem (liberalizm narodowy). W warstwie teoretycznej dziełem narodowych liberałów niemieckich była rozbudowana koncepcja państwa prawa, która wiązała wolność i indywidualizm człowieka w ramy jego instytucji. W warstwie praktyki politycznej liberalizm narodowy posiadał silną reprezentację zarówno w II Rzeszy, jak i w Republice Weimarskiej, zachowując instytucjonalną odrębność zarówno od demokratycznych liberałów, jak i od konserwatystów. Był jednak mocny także w III Republice francuskiej i w Wielkiej Brytanii. Ten nurt liberalizmu okazał się przeszkodą w utrwaleniu międzynarodowego porządku liberalnego i pozostał nie bez winy w kontekście wybuchu I wojny światowej, która położyła kres tzw. erze liberalnej.

Celem obrony swoich poglądów konserwatywni liberałowie nierzadko byli zmuszani do korzystania z, obcego liberalizmowi, konserwatywnego aparatu pojęciowego. Nawiązywali np. do wartości tradycji, idealizowali czasy przeszłe, popierali surowość w wychowaniu, wskazywali na pozytywne aspekty hierarchicznej organizacji społeczeństwa, wyolbrzymiali pozytywne wpływy religii (choć raczej nie instytucji Kościołów). Nie mniej jednak stale pozostawali na antykonserwatywnych stanowiskach indywidualizmu i wolności jednostki, której obrona była w końcu elementem konstytutywnym tego (jak i każdego innego) nurtu liberalizmu. Dlatego warto, kierując uwagę na współczesność, dokonać rozróżnienia pomiędzy nim a nurtami konserwatyzmu o liberalnych poglądach ekonomicznych i antyliberalnym charakterze w pozostałych dziedzinach.

Liberalizm ograniczający się tylko do liberalizmu ekonomicznego to nie jest żaden liberalizm. Gospodarcza wizja liberalna posiada naturę pewnego rodzaju modułu, który można dość swobodnie wyjąć z ram filozofii liberalnej i potraktować jako ideologicznie niemal neutralne instrumentarium osiągania wzrostu gospodarczego, które łatwo dopasować do innych idei i systemów, mających charakter czasem otwarcie antyliberalny. Czynił tak faszyzujący dyktator Chile Pinochet, czynili demokratyczni konserwatyści spod znaku Reagana i Thatcher, lub też i neokonserwatysta Bush jr. Wszyscy oni prowadzili liberalną politykę gospodarczą, ale nikt z nich nie był liberałem. Nikt z nich nie był też liberałem konserwatywnym. Wolnorynkowy konserwatysta nie jest liberałem, jest konserwatystą.

Gdy zatem mówimy o współczesnych liberałach konserwatywnych, to na myśl powinni przychodzić liberałowie, którzy jak premier Holandii czy niedawny premier Danii, mają liberalne poglądy także na sprawy światopoglądowe, moralne i obyczajowe, a od bardziej progresywnego skrzydła liberałów odróżniają się ostrożnością i orientowaniem się na amortyzowanie poszerzania zakresu wolności indywidualnej i swobody obywatela w wyborze stylu życia wcześniejszym przygotowaniem gruntu w postaci akceptacji ze strony (stanowiącej masę krytyczną) części społeczeństwa. Uprzednie osłabienie (a nawet spacyfikowanie) oporu opinii publicznej przeciwko tej czy innej liberalizacji w realiach relacji społecznych jest – jak niechybnie zapewniliby konserwatywni liberałowie – dobrą metodą na zapobieżenie gwałtownym protestom i ideologicznym konfliktom, które rozrywają na pół wspólnoty społeczne poprzez rozgrzewanie emocji. Polityka reform liberalizmu konserwatywnego niewątpliwie nie prowadzi poprzez wojny ideologiczne w stylu spotkań parad równości ze środowiskiem kibicowskim lub ulicznych debat pomiędzy pro-choice a pro-life, a poprzez cierpliwe kładzenie fundamentów pod spokojne przyjęcie zmiany społecznej za pomocą narzędzi edukacji, kultury popularnej i mass mediów.

 

Skutkiem tego jest też fakt, że w 2019 r. konserwatyzm w Europie ma zupełnie inne oblicze niż jeszcze 30 lat temu i staje się liberalny także w sensie społeczno-etycznym, przynajmniej w kontekście praw ludzi wywodzących się z etnicznych większości (europejska, a nawet amerykańska prawica dużo łatwiej akceptuje nawet bardzo szerokie prawa osób LGBT, niż najbardziej fundamentalne prawa imigrantów czy uchodźców). Być może obserwujemy proces, w którym za chwilę znikną prawdziwi konserwatyści, a na prawo od liberałów konserwatywnych w stylu Davida Camerona czy Angeli Merkel będzie wyłącznie skrajna prawica.

 

Boris Johnson i jego gabinet, czyli o zrywaniu (?) z hipokryzją :)

Co skład rządu mówi nam o społeczeństwie angielskim/brytyjskim? Być może to, iż jest to najlepszy rząd na czas Brexitu, którego datę wyznaczono na 31 października. Być może oddaje on – do pewnego stopnia – specyfikę społeczeństwa brytyjskiego lub ściślej, angielskiego.

 

Według brytyjskiego dziennika The Independent (25.07.2019) skład obecnego rządu jest zdominowany przez osoby, które ukończyły elitarne, prywatne szkoły. Badania Sutton Trust wskazują, iż blisko 64% członków rządu jest ich absolwentami, co oznacza wzrost o 30% w stosunku do rządu Theresy May i o 50% do gabinetu Davida Camerona. Z kolei wedle danych statystycznych około 7% społeczeństwa brytyjskiego jest beneficjentami prywatnej edukacji. Z tej perspektywy potwierdza się teza, że jest ono zarządzane w głównej mierze przez przedstawicieli klas wyższej średniej i wyższej.

Chociaż nagłówki mediów (zwłaszcza wspomniany The Independent oraz The Guardian), tuż po nominacji Borisa Johnsona, starały się przekonać, że obecny gabinet jest najbardziej ekskluzywny pod względem wykształcenia, to nie należy on do wyjątków. Oto bowiem pierwszy skład rządu Margaret Thatcher niemal w całości tworzyli absolwenci najbardziej prestiżowych, prywatnych (boarding schools, independent schoools) szkół brytyjskich (zwłaszcza angielskich), natomiast jej następcy – Johna Major’a w 71%. Nawet w gabinetach tworzonych przez członków partii pracy – między innymi Toniego Blaira –  dominowały osoby, które ukończyły elitarny sektor, w tym Oxbridge.

O ile media brytyjskie eksponują elitarne wykształcenie członków nowego gabinetu, tak trochę ciszej jest wokół narodowości jego członków. Oto bowiem na trzydziestu dwóch ministrów, dwudziestu sześciu pochodzi z Anglii (tam się urodzili i kształcili, wyjątkiem jest Alok Sharma urodzony w Indiach, który przeprowadził się z rodzicami do Anglii w wieku pięciu lat). Natomiast dwóch ministrów urodziło się w Szkocji, dwóch w Walii, a dwóch kolejnych w  Irlandii Północnej. Sytuacja ta również nie jest wyjątkowa, stanowi bowiem konsekwencję tradycji i prawa. Oto bowiem w następstwie dewolucji[1] w maju 1999 roku zostało ustanowione Narodowe Zgromadzenie w Cardiff (Walia) a osobny, szkocki Parlament powstał w Edynburgu. Nie powołano jednak osobnego parlamentu dla Anglii (nie widziano takiej potrzeby). Z tej perspektywy obecny gabinet brytyjski (jak i poprzednie) składa się w głównej mierze z Anglików, stanowiąc kwintesencję angielskości (Englishness), a nie brytyjskości (Britishness), o której kreowanie tak silnie zabiegał Tony Blair. Co skład rządu mówi nam o społeczeństwie angielskim/brytyjskim? Być może to, iż jest to najlepszy rząd na czas Brexitu, którego datę wyznaczono na 31 października. Być może oddaje on – do pewnego stopnia – specyfikę społeczeństwa brytyjskiego lub ściślej, angielskiego.

Po pierwsze, ujawniają się istniejące od dawna dylematy tożsamościowe Brytyjczyków. Mimo wprowadzenia szerokiej pojęciowo kategorii tożsamości brytyjskiej (brytyjskość) w dyskursie społecznym, kulturowym (również w wersji pop) i politycznym Zjednoczonego Królestwa wciąż dominuje angielskość. Warto bowiem zauważyć, że brytyjskość i państwo brytyjskie były budowane w oparciu o dorobek kulturowy, polityczny i instytucjonalny Anglii. Rdzeniem dla kształtowania tożsamości brytyjskiej była właśnie angielskość. Współcześnie brytyjskość istnieje niezależnie od identyfikacji narodowej, jednak bywa różnie interpretowana i rozumiana. Wokół kategorii Britishnness toczą się liczne dyskusje w społeczeństwie brytyjskim. Wraz z dojściem do władzy Partii Pracy pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku ponownie zaczęto przywiązywać uwagę do tej kategorii. Wzrost zainteresowania brytyjskością spowodowało w istocie wiele czynników, a wśród nich: niebezpieczeństwo bałkanizacji Wielkiej Brytanii, nadmierna ingerencja Unii Europejskiej, niepewna pozycja Anglii w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, a także procesy globalizacyjne. Podjęto wówczas próbę (re)definiowania pojęcia angielskości oraz brytyjskości i skonfrontowano je z procesami imigracyjnymi. Przedstawiciele Partii Konserwatywnej, która doszła do władzy w 2010 roku, również w swoich postulatach w punkcie centralnym stawiali ową brytyjskość jako rdzeń tożsamości i podstawę budowania jedności narodowej. Konserwatyści także widzą potrzebę inkluzji brytyjskości przez grupy mniejszościowe, włączając je w konsekwencji w proces budowania jedności społecznej (social cohesion), co również zrywało z ideologią multikulturalizmu. Jednak w praktyce mieszkańcy Wielkiej Brytanii bardziej identyfikują się ze swoim krajem, a brytyjskość najczęściej traktują w kategorii statusu i określonych praw obywatelskich. Zdaniem niektórych badaczy  jest to kategoria, która wraz z upadkiem Imperium Brytyjskiego przestała istnieć na rzecz lojalności wobec poszczególnych narodów brytyjskich.

Mieszkańcy Anglii czują się zarówno Anglikami, jak i Brytyjczykami, i nawet w powszechnym użyciu często kategorie te traktowane są wymiennie. Granica między brytyjskością a angielskością jest płynna, zamazana. Natomiast członkowie  pozostałych narodów w pierwszej kolejności wykazują lojalność wobec siebie samych (Szkotów, Irlandczyków Północnych, Walijczyków), a dopiero później wobec Wielkiej Brytanii. Potwierdzają to między innymi badania przeprowadzone przez British Academy w 2017 roku, które pokazuje, że wśród wszystkich grup wiekowych w Anglii nie ma generalnie różnicy między tożsamością angielską a brytyjską, a jeśli występuje, to niewielka. Jedynie osoby z niższym wykształceniem bardziej identyfikują się jako Anglicy niż Brytyjczycy. Innymi słowy, kategoria Britishness jest bliższa osobom z wyższym wykształceniem. Kategoria ta nie ma zatem charakteru wykluczającego, na co wskazywałaby angielskość. Już jednak według 80% respondentów Anglikiem jest ta osoba, która płaci podatki, ma wkład w rozwój społeczeństwa oraz postrzega siebie samą/samego w kategoriach angielskości. Trzy na cztery osoby uważają, że bycie Anglikiem jest zdeterminowane przez miejsce urodzenia, aczkolwiek nie wszyscy podzielają pogląd, że każda osoba urodzona w Anglii powinna być uznana za Anglika. 56% respondentów uważa, że ważne jest, by rodzice urodzili się w Anglii, dla 41% nie ma to znaczenia, a 22% twierdzi, że angielskość determinowana jest przez kolor skóry – biały. Jednocześnie kwestia rasy ma większe znaczenie dla starszego pokolenia.  Brytyjskość z kolei – w opinii respondentów – jest w głównej mierze determinowana przez znajomość języka angielskiego (95%), posiadanie obywatelstwa brytyjskiego oraz przestrzeganie prawa (85%). Trzy czwarte badanych uważa, że urodzenie w Wielkiej Brytanii jest istotne, by móc określić siebie Brytyjczykiem, ale z kolei połowa twierdzi, że znaczenie mają przodkowie. Dla większości respondentów w kształtowaniu tożsamości narodowej (brytyjskiej) odgrywają zarówno czynniki obywatelskie (civic), jak i etniczne (ethnic). Patrząc  na skład obecnego rządu w kontekście wykształcenia i pochodzenia społecznego, mamy bardziej do czynienia z rządem o tożsamości angielskiej niż brytyjskiej. I wydaje się, że właśnie taki sprzyja Brexitowi.

Po drugie, wedle zapowiedzi lidera Partii Konserwatywnej, działania rządu będą zmierzały do jak najszybszego opuszczenia Unii Europejskiej. Wybór pomiędzy pozostaniem lub opuszczeniem wspólnoty spolaryzował w istocie społeczeństwo brytyjskie: 51,9% głosowało za Brexitem, a 48,1% opowiedziało się przeciw. Największa liczba zwolenników opuszczenia UE głosowała w Anglii (53,2%), natomiast najmniejsza w Szkocji (38,0%)[2]. Osoby, które identyfikują siebie jako Anglicy, w większości głosowały w referendum za opuszczeniem Unii Europejskiej. Z kolei ci, którzy utożsamiają się z brytyjskością, głosowali za pozostaniem we Wspólnocie[3]. Istotnym wskaźnikiem różnicującym był również wiek głosujących – młodsi respondenci opowiedzieli się za pozostaniem, natomiast starsi (50+) za wyjściem. Jedną z konsekwencji referendum jest silna polaryzacja między Anglikami a Szkotami, która w konsekwencji może doprowadzić do kolejnego referendum ws. odłączenia Szkocji od Zjednoczonego Królestwa. Podobne problemy pojawiają się również w Irlandii Północnej (trochę takim enfant terrible Anglii), której mieszkańcy w większym stopniu opowiadają się za pozostaniem w Unii.

Po trzecie, obecny skład rządu pod względem wykształcenia i pochodzenia społecznego potwierdza tezę o upadku idei społeczeństwa merytokratycznego, czy wręcz ujawnia „kłamstwo” merytokratyczne. Państwo brytyjskie nie jest rządzone przez self-made (wo)men, nie pokazuje, że do elity władzy wchodzi się, tylko dzięki ciężkiej pracy. Nie potwierdza mitu merytokratycznego, że dzieci z niższych warstw społecznych, przez zdobyte dyplomy staną się członkami elity społecznej. Przeciwnie obecny rząd (ale też i poprzednie, jednak to o tym mówi się, jako najbardziej wykształconym w sektorze prywatnym) zrywa z istniejącą hipokryzją, mitem równych szans i możliwości. Potwierdza również, że w Wielkiej Brytanii wciąż mamy do czynienia z pełni kontrolowanym procesem selekcji społecznej – by użyć terminologii Ralpha Turnera – „sponsorowaną indukcją do elity”. Ruchliwość sponsorowana, tak charakterystyczna dla społeczeństwa brytyjskiego, stoi w opozycji do ruchliwości konkurencyjnej (typowej dla społeczeństwa amerykańskiego), gdzie znalezienie się w elicie społecznej, stanowi zwycięstwo w otwartej rywalizacji. Aktualne wydają się również rozważania Earla Hoppera, który zauważył, że w społeczeństwach charakteryzujących się wysoką sztywnością statusu społecznego niemożliwe jest przejęcie stylu życia jednostek stojących wyżej w hierarchii społecznej. Kształcenie elitarne, specyficzne dla Wielkiej Brytanii, ma właśnie na celu „ochronę” elity społecznej przed wejściem do nich ludzi z niższych warstw społecznych (klasowych outsiderów).

Tony Blair, który usiłował wprowadzić ideały równościowe do polityki społecznej i edukacyjnej Zjednoczonego Królestwa (i któremu nawet to się udawało), ostatecznie swoimi wyborami życiowymi potwierdził własną pozycję klasową. Oto bowiem nie był on synem robotnika ani urzędnika niższego szczebla, lecz profesora z Oksfordu, sam również będąc jego absolwentem. Już jako premier był dumny z faktu, iż jego dzieci chodzą do powszechnych, państwowych szkół. Jednak zatrudniał tutorów z najbardziej prestiżowych szkół w Londynie, by wspomagali edukację państwową jego dzieci, prywatnymi korepetycjami (bez których zapewne trudniej dostać się do Oxbridge). Blair, jako reprezentant lewicy, publicznie wyznawał porządek merytokratyczny, wierząc również, że edukacja – i jak można by rzecz – całożyciowe kształcenie to remedium na nierówności społeczne. Tak oto pisał na łamach tygodnika The Spectactor w 1995 roku „nie żyjemy w świecie jedynie zasad ekonomicznych […] społeczeństwo, które jest podzielone, w którym ludzie nie mają wspólnego celu, nie jest w stanie wykształcić dostosowanych i odpowiedzialnych obywateli”[4]. Blair w swojej karierze politycznej starał się przemawiać do mas, mimo, że czynił to z pozycji uprzywilejowanego członka elity społecznej. Obecny premier Boris Johnson w publikacji akademickiej Can the prizes still glitter? The future of British universities in a changing world z 2007 roku zarzucił polityce laburzystów – w tym Blairowi – „wielkie białe kłamstwo”. Twierdził on wówczas, że większość osób decydujących o najważniejszych sprawach w kraju jest absolwentami Oxbridge i beneficjentami elitarnej edukacji, a mówienie o równości i próby jej wprowadzania przez politykę państwa jest niczym innymi, jak hipokryzją. Uważał on, że laburzyści używają haseł bliskich lewicy, ale działają jak prawica, szczególnie jeśli w grę wchodzi w przyszłość ich dzieci.

 

Obecny rząd brytyjski jest wyrazem wartości wpisujących się w tradycyjną angielskość (Englishness), chociaż w nieco zmodyfikowanej formie, gdyż  do gabinetu Johnsona wchodzą kobiety i osoby niebiałe. Jednak bez wątpienia reprezentują oni typową opcję konserwatywną, pochodzą z rodzin uprzywilejowanych społecznie, a ukończenie prestiżowego sektora szkolnictwa wzmocniło ich pozycję i legitymizowało ich władzę. Mimo tego, iż niektóre media brytyjskie starają się przedstawić wykształcenie i pochodzenie społecznego członków nowego gabinetu jako przypadłość, tak wydaje się, że polityka prowadzona przez Johnsona zrywa z hipokryzją, że parlament i rząd „pochodzą” z ludu. W konserwatywnej myśli, a taką będzie realizować przyszły gabinet, przedstawiciele władzy są ludźmi „lepiej” wykształconymi, stojącymi wyżej w hierarchii społecznej, „wybrańcami”,  co daje im legitymizację do podejmowania decyzji, które niekoniecznie popierane są przez szersze społeczeństwo. Prowadzona przez nich polityka może zerwać z hipokryzją, że władza słucha ludu. Pierwszą i najważniejszą decyzją będzie zakończenie Brexitu, nawet bez jakiejkolwiek umowy. W ten sposób Johnson i jego ministrowie nie tylko pozostaną wierni ideałom wyznawanym przez reprezentantów ich klasy społecznej, ale również zrobią ukłon w stronę tej większości, która głosowała za Brexitem, dając im złudzenie, że respektują demokrację. Niezależnie, czy decyzja ta jeszcze silniej spolaryzuje społeczeństwo i wprowadzi realne zagrożenie rozpadu Królestwa. Jeśli jednak do władzy dojdzie ktoś inny, chociaż obecnie wydaje się mało realny scenariusz przedterminowych wyborów (np. lewica i Corbyn), rozpisując nowe referendum ws. Brexit-u, może się okazać, że elita władzy nie popiera demokratycznych wyborów.

 

 


 

[1] Dewolucja – przejęcie sprawy do załatwienia lub do wykonania określonego zadania przez organ wyższego stopnia od organu niższego stopnia, podaję za Wikipedią.

[2] The Electoral Commission, The 2016 UE Referendum,  http://www.electoralcommission.org.uk/__data/assets/pdf_file/0008/215279/2016-EU-referendum-report.pdf [dostęp 9.02.2018].

[3] The British Academy, English identity and the governance of England, London 2017, https://www.britac.ac.uk/governing-england-devolution-and-identity, s. 11 [dostęp 8.06.2018].

[4] T. Blair, The rights we enjoy reflect the duties we owe, „Spectator Lecture”, London 1995.

Seks, wielkie miasto… i co z tego? :)

Carrie, Samantha, Miranda i Charlotte jako symbole niezależnych singielek trafiły na okładkę „Time’a” z pytaniem: „Kto potrzebuje męża?” Już sam fakt, że o bohaterkach, które wykreowały mówi się w kontekście potrzeby, jaką jest posiadanie partnera, pokazuje, jak krucha jest emancypacyjna konstrukcja spod znaku SATC. W mieście nieskończonych możliwości kobiety wciąż chcą/muszą być opcjami.

 

Coś nowego, coś starego, coś pożyczonego i coś…wielkomiejskiego. Taki koktajl ma smak żurawiny i alkoholu, zapach dymu papierosowego i puls miasta, które nigdy nie śpi. Mija 21 lat od premiery „Sex and the city”. Serial mógłby mieć córkę, która popija właśnie kultowy „Cosmopolitan” i niezmiennie szuka… Matka, samiec alfa, metresa, dziecko, figura opiekuna/opiekunki – za to SATC pokochał świat. To jednak miłość z datą przydatności do spożycia. Lekcja do odrobienia. Prezent do odpakowania. Kolekcja karykaturalnych męskich typów i kobiecych bohaterek, które za cenę pierścionka zaręczynowego są gotowe uciec z tym cyrkiem.

Czy istnieje klątwa seksu na pierwszej randce? Jak bardzo obchodzi nas zdanie innych kobiet? Czy zepsuty związek może ulec radykalnej poprawie? Na pewno uwierzymy „we wszystko”, byle randkować? Pytania stawiane przez bohaterki nie tracą na aktualności, ale z etykietą „postępowości”, która została im przypisana, byłabym ostrożna. „Sex and the city” to słodko-gorzkie połączenie „chick lit”, rubryki „must have” amerykańskiego „Vogue” i mieszczańskich fantazji. Ile potrzeba, aby poznać faceta? Czasem wystarczą dwie wódki i spaghetti. Innym razem potrzeba kilku randek i serii drinków. Potem można mdleć z rozkoszy podczas kolejnych orgazmów lub/i wczuwać się w rolę potencjalnej żony, zastanawiając się, jak imię „X” wyglądałoby połączone z jego nazwiskiem.

W serialowym świecie wszyscy mają „maksymalnie 35 lat”. Jeśli już coś świętują, to co najwyżej kolejne rocznice 25 urodzin. Godne starzenie wychodzi z mody. Nie ma kobiet, które nie lubią botoksu, są tylko takie, których nie stać na kilka mililitrów szczęścia w płynie.  Samotny mężczyzna po trzydziestce to zagrożony gatunek. Samotne kobiety polują, chcąc za wszelką cenę zostać złowionymi.

Carrie, Samantha, Miranda i Charlotte jako symbole niezależnych singielek trafiły na okładkę „Time’a” z pytaniem: „Kto potrzebuje męża?”. Już sam fakt, że mówi się o nich w kontekście potrzeby, jaką jest posiadanie partnera, pokazuje, jak krucha jest emancypacyjna konstrukcja spod znaku SATC. Scenarzyści „Seksu w wielkim mieście” przygotowali dla nas sześciosezonowy liberalny koktajl na bazie konserwatywnych składników. W mieście nieskończonych możliwości kobiety wciąż chcą/muszą być (?) opcjami.

Tytułowy seks pokazywany jest zachowawczo. Najczęściej jako para przesuwających się stóp, splecionych dłoni czy nagich pleców bohaterek wpadających w objęcia mniej lub bardziej przypadkowych mężczyzn. W odważniejszej wersji pojawia się w rozmowach przy restauracyjnych stolików podczas śniadań, obiadów, kolacji. Najmocniej działa w głowach potencjalnych odbiorców, kiedy ekranowe historie zaczynają swoje drugie życie w rozmowach i działaniu.

Mimo serialowego wyzwolenia zasada mówiąca o bezużyteczności kłódki, którą można otworzyć każdym kluczem i zachwyt nad kluczem, jaki otwiera wszystkie kłódki nie traci na aktualności. Kochamy bohaterki, ale bez wahania mówimy, że Carrie jest głupia, Samantha puszczalska, Miranda zbyt wybredna, a Charlotte nie taka porządna, za jaką chciałaby uchodzić.

Oceniamy je bezlitośnie, jednocześnie utożsamiając się z katalogiem zachowań wpisanych w te postacie. Z premedytacją wykorzystywały to czasopisma i serwisy internetowe, przygotowując quizy z serii: „Którą bohaterką «Sex and the city jesteś?»”. Przypomina to test na inklinacje do wybranych aktywności BDSM i opcjonalne switchowanie między kontrolą a uległością.

Z wypiekami na twarzy utożsamiamy się z figurami dziecka (Carrie), metresy (Samantha), samca alfa (Miranda) i matki, niekoniecznie Polki (Charlotte). W układance jest miejsce również na Mr Biga (opiekuna). Jeśli zawsze chciałaś być piątą przyjaciółką, której nie uwzględnili scenarzyści, masz swoje pięć minut, bo Pan B. może być kobietą. Płeć biologiczna w świecie SATC nie ma znaczenia. Nasze dopasowanie do wyżej wymienionych schematów zależy od deficytów „tu i teraz”.

Która z bohaterek najbardziej Was drażni? Która jest ulubioną? Samanta odreagowuje w łóżku złamane serce. Finalnie dostaje karę za rozwiązłość. Dopiero doświadczenie choroby składania ją do monogamii, którą porzuca dopiero poza serialem, w filmowej kontynuacji nowojorskiej opowieści. Miranda nie tylko nosi spodnie w związku, ale na każdym kroku kastruje swojego partnera. Rozleniwiają się jej jajniki, w końcu zachodzi w ciąże z barmanem wyposażonym w jedno jądro. Charlotte nie wychodzi z roli matki. Tymczasowo robi w swoim repertuarze miejsce na judaizm i męża dalekiego od wyobrażenia na temat ideału. Carrie –  pieszczotliwie nazywana przez miłość swojego życia „Kid” – z uporem maniaczki odbiera nocne telefony, godzi się na kolejne rozczarowania i powroty, szuka opiekuna, nie pozwalając sobie dojrzeć. W końcu jest i On. Chciałoby się powiedzieć (nie) bądź, jak Mr Big! Bohater uroczy i charyzmatyczny, książę z nowojorskiej bajki – czytam w jednym z serwisów poświęconych serialom i chcę zapytać autorkę, jakie bajki czyta. Dowiaduje się też, że jest mężczyzną z klasą, człowiekiem eleganckim. Jeśli klasę rozumieć jako przynależność do określonej warstwy społecznej – zgadza się. Zakładając, że szata zdobi człowieka, też mogę przyznać racje. Z krótkiej sondy przeprowadzonej na FB dowiedziałam się, że Mr Big istnieje, ale nie rozumie, dlaczego żadna go nie chce. Czy aby na pewno? Niedojrzałość emocjonalna wydaje się wciąż tak samo „kusząca”. Uchodzi za wiecznie zajętego (dosłownie i w przenośni). W dyskusji padały też męskie głosy! Ponieważ – TAK – do Ciebie mówię męski czytelniku – przyłapałam Cię, też oglądasz ten serial. Być może tak samo, jak Twoja partnerka/partner, siostra/brat, żona/mąż utożsamiasz się z figurą Carrie, Samanthy, Mirandy lub Charlotte. Możesz też zwyczajnie w świecie kochać Nowy Jork.

 

Swoją historię z „Sex and the city” skończyłam. Dwie dekady od premiery jestem rówieśniczką bohaterek. Wieczory spod znaku SATC wspominam już tylko z sentymentem. W 2019 roku na małym ekranie szukam odwagi i kobiecej dojrzałości bez opcji switch ;).

Gdzie te chłopy? :)

Próba aplikowania tradycyjnego obrazu męskości przez współczesnych mężczyzn daje efekty groteskowe. W sitcomach ta groteska staje się punktem wyjścia do wielu zabawnych gagów. W realnym życiu owocuje frustracją przeradzającą się często w agresję lub depresją. Kim zatem ma być mężczyzna teraźniejszości?

 

Ze wszech stron dopadają nas informacje o tym, jak upada męska kondycja – i to na wszystkich frontach. Skraca się chromosom Y, mężczyzn podgryzają parabeny i emancypacja kobiet. Mężczyźni mają mieć problem ze znalezieniem swojego miejsca w społeczeństwie i związku, zwłaszcza pod wpływem wyzwolonych kobiet i ich rosnących wymagań. Niepewni swej roli stają się mniej męscy, zagubieni lub w geście buntu wobec rzeczywistości stawiają na powrót status quo ante – nacisk na powrót patriarchatu i tradycyjnego modelu rodziny i innych „tradycyjnych wartości”. Znaczna część sukcesu konserwatystów w ostatnich latach, tak w Polsce, jaki i w USA czy Wielkiej Bytanii jest przypisywana właśnie tej męskiej kontrrewolucji napędzanej zjawiskami takimi jak manosfera. Ta zaś to nic innego jak (głównie) zionąca mizoginią i homofobią internetowa społeczność mężczyzn sfrustrowanych zmieniającym się światem i emancypacją kobiet. Dwie najważniejsze grupy manosfery to tzw. incele (od involuntary celibacy – przymusowy celibat), czyli mężczyźni nie mogący znaleźć partnerek seksualnych (wedle ich przekonania z przyczyn zewnętrznych) oraz mężczyźni poddający się celibatowi zupełnie dobrowolnie. Wpływ narastającej męskiej frustracji na procesy polityczne jest uprawdopodobniany dysproporcjami płciowymi w poparciu dla partii – zwłaszcza w najmłodszych grupach wiekowych.

Zjawiska te nie są nowe, a przemiana roli i archetypu mężczyzny była wyczuwalna już od końca II wojny światowej, kiedy to kobiety postanowiły nie porzucać pracy zawodowej, do której zostały dopuszczone podczas wojennych niedoborów siły roboczej. Echa tych zmian  przeniosły się do kultury popularnej. Rzućmy więc okiem jak ewoluowało spojrzenie na mężczyzn, postrzegane przez pryzmat najpopularniejszych sitcomów, oglądanych przez miliony i ciągnących się latami. Można tam zauważyć, jak zmieniający się obraz mężczyzny przeszedł od przeczucia do dość głębokiej analizy, by skończyć na akceptacji zupełnie innych wzorów męskości, stanowiących lustrzane odbicia tradycyjnego modelu.

 

Przeczucie – „Przyjaciele” (1994 – 2004)

„Przyjaciele” to serial absolutnie kultowy i definiujący pewien paradygmat serialowy – paczka kontrastujących ze sobą przyjaciół przeżywa kolejne perypetie, zaś tarcie ich osobowości zapewnia solidną dawkę humoru. „Przyjaciele” uczynili z odtwórców głównych ról gwiazdy największego formatu – mimo że poza tym serialem ich osiągnięcia są raczej mizerne. Posługując się parytetem twórcy wprowadzili trzy postaci męskie i trzy żeńskie. W założeniu miały stanowić dla siebie kontrast: Rachel – rozpieszczona dziewczyna z bogatego domu, Phoebe – hipiska wychowująca się na ulicy i Monica – dziewczyna z sąsiedztwa. Teoretycznie bardzo różne, w praktyce jednak bardzo podobne. Mimo różnego pochodzenia ich życie obraca się wokół tych samych „problemów” – kolejnych związków, zakupów i kariery.

Zupełnie inaczej sytuacja ma się w przypadku ról męskich – tych bohaterów, poza przyjaźnią, nie łączy właściwie nic. Joey to tradycyjny męski archetyp, mężczyzna z dawnych czasów – nieodnotowujący żadnego kryzysu męskości. To przystojny, pewny siebie playboy mający niesłychane powodzenie u kobiet, który jednym zdaniem jest w stanie rozbudzić żądze każdej dziewczyny. Nie jest nastawiony na budowę trwałego związku, ale wydaje się, że większość sypiających z nim kobiet też tego nie chce, bo poza świetnym seksem niewiele ma do zaoferowania. Jego bezdenna głupota i ignorancja, choć w sposób oczywisty, jak to w sitcomach, przerysowana współgra z tym archetypem. Prawdziwy mężczyzna ma być silny i pewny siebie, ale niekoniecznie mądry.

Na jego tle ciekawie jawią się dwaj pozostali panowie. Ross to przeczucie geeka – mężczyzny wykształconego i inteligentnego, ale dziwacznego i społecznie niezręcznego, choć w tym przypadku znacznie mniej niż należałoby się spodziewać. Brak mu jeszcze wielu innych cech dziś utożsamianych z byciem geekiem: zamiłowanie do popkultury, dziwnego hobby (no chyba, że tu zaliczymy dinozaury) czy słabości do gier komputerowych, ale nie ma wątpliwości z kim mamy do czynienia. W kontaktach z kobietami jest niezdarny, a jednak skuteczny. Pomimo wszystkich śmiesznostek udaje mu się w końcu przekonać do małżeństwa aż trzy kobiety, do związku znacznie więcej. Wydaje się, że wynika to z faktu, iż na dłuższą metę ma do zaoferowania zacznie więcej niż Joey. Ten trop okaże się trwały w przedstawieniach archetypu geeka..

Na deser mamy Chandlera – znerwicowanego, obarczonego różnymi zaburzeniami psychicznymi i wiecznie niepewnego siebie. To uosobienie kryzysu męskości – przeczucie, które wydawało się tak niedorzeczne, że musiało zostać przez twórców uzasadnione wysoce rozwiązłą matką i ojcem transwestytą. Tymczasem okazało się zapowiedzią losu wielu mężczyzn, którzy nie potrafili przystosować się do zmieniających się ról płciowych – i to bez patologicznego dzieciństwa. Chandler był postacią o tyle sympatyczną, że odreagowywał swoje problemy za pomocą żartów – jak widzimy ten sam garnitur fobii mężczyźni w Białymstoku odreagowują agresją. Chandler jako pierwszy w serialu stworzył trwały i szczęśliwy związek, co złagodziło wiele z jego charakterystycznych zachowań. Łatwo jednak wyobrazić sobie, że w innej sytuacji, pozbawiony wsparcia przyjaciół mógł zmienić się w zionącego nienawiścią trolla, fundamentalistę religijnego czy osobę blokującą paradę równości.

 

Analiza – „Jak poznałem waszą matkę” – HIMYM (2005 – 2014)

Finał „Przyjaciół” osierocił wielu fanów, nie musieli jednak długo czekać na następcę. Miejsce przyjaciół zajęła kolejna paczka z Manhattanu. Ta jednak odeszła już od parytetu na rzecz przewagi męskich bohaterów, którzy jak wyraźnie pokazał wcześniejszy serial lepiej nadawali się do prowadzenia akcji. W HIMYM Lilly stanowi partnerkę dla konwencjonalnego Marschalla. Ten zaś znowu stanowi tradycyjny archetyp mężczyzny: silny, pewny siebie, w tym wydaniu mniej rozwiązły, dążący do założenia rodziny. Druga żeńska postać to Robin – uosobienie kobiety wyzwolonej, lubiącej cygara, strzelanie i niemyślącej o rodzinie.

Rolę playboya przyjmuje tu Barney, ale nie jest on właściwie w niczym podobny do znanego z „Przyjaciół” Joeya. Powodzenie tego drugiego oparte jest na czystej męskości i zwierzęcym magnetyzmie. Jedno (niezbyt mądre) zdanie padające z jego ust powoduje, że  kobiety są mu powolne. Barney natomiast musi odwoływać się do wyrafinowanych planów i przedsięwzięć, a nawet oszustw, które mają mu zapewnić powodzenie u kobiet. Jego starania zaś równie często kończą się sukcesem jak i totalną katastrofą. Ta sympatyczna i zabawna postać jest jednak manifestacją znacznie brzydszego realnego zjawiska jakim są tzw. „pick-up artists” – czyli nowocześni uwodziciele. Sprowadzają oni kobiety do roli obiektów seksualnych, które należy zdobyć dowolnymi metodami, a następnie porzucić. Efekt co prawda podobny, jak w przypadku Joeya, różni się jednak poziomem wyrachowania, jako, że będący częścią manosfery „pick-up artists” często traktują swą działalność jako odwet na kobietach.

Na koniec pozostaje postać głównego bohatera – Teda. W zamyśle miał być wzorowany na Rossie i niewątpliwie widać tu wiele podobieństw, jednak nie da się przeoczyć nawiązań do Chandlera. Ted to mężczyzna uwięziony w romantycznych gestach, jednocześnie targany niepewnością co do siebie i tego czego oczekuje od związku. W efekcie kolejne relacje kończą się porażkami – głownie z powodu jego natręctw, fobii, a czasem autosabotażu. Jego romantyczne gesty często nie spotykają się z dobrym przyjęciem wśród płci pięknej – wystarczy przypomnieć, że ze względu na natychmiastowe wyznanie miłości jego związek z Robin zakończył się zanim zdążył się na dobre zacząć.

HIMYM poszedł krok dalej niż „Przyjaciele” – archetyp playboya występuje w nim już tylko jako cel, który przyświeca niektórym mężczyznom. Jednak w dążeniu do niego nie stają się bardziej męscy, a jedynie bardziej żałośni. Większą estymą cieszy się już obraz mężczyzny rodzinnego, czy wręcz rozchwianego romantyka. Zaś „prawdziwy mężczyzna” powoli staje się postacią z legend.

 

Akceptacja – „Big Bang Theory” (2007 – 2019)

Trzeci z wielkich sitcomów ostatnich lat to już zupełnie otwarte postawienie na mężczyzn. Role kobiece pojawiały się tu dopiero z czasem i startowały z pozycji zupełnie marginalnych. Zresztą wyszło im to na dobre, bo powoli zbudowały dla siebie bardzo wyraziste pozycje, a  serial kończył się niemal w płciowej równowadze. Dwie z trzech bohaterek to naukowcy z tytułami – dorównujące lub przewyższające swoich partnerów tak intelektualnie jak i zawodowo, nie pozbawione przy tym własnych śmiesznostek. Jedynie Penny – pierwsza postać kobieca – właściwie do końca pełni rolę trofeum.

Jednak po stronie męskiej, to co w „Przyjaciołach” było  dopiero rysem i przeczuciem, stało się nowym archetypem męskości. Mamy tu właściwie antytezę samca alfa – ten mężczyzna jest superinteligentny, ale za to społecznie nieporadny, często targany niską samooceną. Pełno w nim też śmiesznostek – kiedyś dyskwalifikujących: zamiłowanie do zabawek, kultury popularnej, gier komputerowych i fantastycznych światów. Wszystkie one, choć wciąż traktowane są z pobłażaniem, nie dyskwalifikują. Dla kobiet dalej są śmieszne, ale nie bardziej niż piłka nożna.

Bliższe przyjrzenie się problemowi pokazuje, że różnego rodzaju idiosynkratyczności to nie ogólne pomieszanie natręctw, fobii i niezgrabności (jak u Chandlera), ale konkretne zespoły zaburzeń, z którymi mężczyźni próbują sobie radzić. I tak mamy postać Scheldona – zapoznanego geniusza, niewątpliwie obciążonego zaburzeniami ze spektrum autyzmu takimi jak zespół Aspergera. To cena jaką nie raz przyszło płacić za wybitne zdolności intelektualne. Mamy Raja, tak nieśmiałego, że dosłownie nie będącego w stanie odezwać się w obecności kobiet. Jest i oś serialu, Leonard, „tylko” lekko niedostosowany społecznie i chorobliwie zabiegający o akceptację matki. Samiec alfa pojawia się tylko pośrednio w postaci Howarda, który bardzo nieudolnie stara się pozować na playboya. To taka geekowska wersja Barneya z HIMYM, jednocześnie dużo mniej skuteczna i dużo bardziej żałosna. Ostatecznym upokorzeniem tradycyjnego obrazu męskości jest los Zacka – byłego chłopaka Penny – przystojnego, pewnego siebie i delikatnie rzecz ujmując niezbyt rozgarniętego. Nie dość, że traci dziewczyną na rzecz niskiego i dziwacznego naukowca, to jeszcze postanawia się do niego zwrócić o próbkę nasienia, gdyż sam okazuje się bezpłodny. To dosłownie i w przenośni cios poniżej pasa.

I tak obraz mężczyzny zmienił się. O ile w latach 90′ samiec alfa stanowił jeszcze znaczącą część rzeczywistości, to uległ pod naporem zmian społecznych. Próba aplikowania tradycyjnego obrazu męskości przez współczesnych mężczyzn daje efekty groteskowe. W sitcomach ta groteska staje się punktem wyjścia do wielu zabawnych gagów. W realnym życiu owocuje frustracją przeradzającą się często w agresję lub depresją. Kim zatem ma być mężczyzna teraźniejszości? Niestety sitcomy nie dają tu odpowiedzi – nie każdy może być geniuszem, ani nawet „przeciętnym” doktorem, kiedy to różne śmiesznostki uchodzą płazem jako wyraz ekscentryzmu. Można się jednak pocieszać, że dziś mężczyźnie i tak uchodzi więcej słabości niż niegdyś. Być może nowy paradygmat dostępny dla wszystkich czeka w następnym sitcomie?

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję