Dwie Polski :)

Dwie Polski. Taki tytuł nosił reportaż, przy którego realizacji dla włoskiej telewizji RAI 3 współpracowałam w 2007 r., przed wyborami parlamentarnymi, które miały przesądzić czy wygra PO czy PiS.

Udało nam się wtedy porozmawiać z Lechem Wałęsą, abp. Gocłowskim, prof. Geremkiem. W ostatniej chwili wywiadu odmówił nam Donald Tusk, gdyż zdecydował się polecieć do Londynu na spotkanie przedwyborcze z tamtejszą Polonią.

Dwie Polski. Kiedy przyglądam się dziś mojej Ojczyźnie z pewnej odległości, widzę jak bardzo ten podział jest widoczny. Dwie Polski: Polska liberalna i Polska nieliberalna. Polska proeuropejska, otwarta, respektująca prawa obywatelskie i wolności gwarantowane przez UE oraz Polska antyeuropejska, zamykająca się, ksenofobiczna, homofobiczna, odmawiająca praw i wolności nie tylko „obcym” i „innym”, ale także swoim, których uważa za „gorszy sort”.

W każdym Polaku współżyją te dwie Polski. Dwie Polski współistnieją od wieków i współistnieć będą zawsze. Są jak siamskie bliźnięta. Gdybyśmy położyli te dwie Polski na wadze, trudno przewidzieć, w którą stronę przechyli się szala. Każda z nich to mniej więcej 30 proc. społeczeństwa. I w sumie nie ma w tym nic złego. Tacy jesteśmy…. Siamscy Polacy. Biało-Czerwoni.

Jednak o tym, w którą stronę przechyli się szala decyduje zawsze jakiś odważnik. Tym razem odważnikiem jest te ponad 6 proc., które identytaryzm i najonalizm myli z patriotyzmem, nadużywając symboli religijnych i narodowych. Ta trzecia Polska, brunatna…

To najważniejsze i najtrudniejszej wybory od lat, może od upadku komunizmu. W tych wyborach, głosujemy nie tylko na prezydenta, ale wybieramy również naszą przyszłość geopolityczną. Wybieramy pomiędzy zachodem a wschodem. Pomiędzy tym, czy Polska stanie się wreszcie częścią Europy, czy też znowu, wabiona snem o byciu lokalnym mocarstwem, fantomatycznym Międzymorzem, będzie przesuwać się na Wschód, stając się jej przedmurzem.

Tak naprawdę jesteśmy już na takim demokratycznym rozdrożu, że nie mamy zbyt wielkiego wyboru. Będziemy wybierać demokratycznie pomiędzy demokracją liberalną i demokracją nieliberalną. Zastanówcie się dobrze, czy możecie pozwolić sobie na to by zostać w domu…

Klimatyczna prezydentura :)

Najbardziej proklimatyczną polityką, jaką może prowadzić polski prezydent, jest wspieranie silnej Unii Europejskiej.

Nie ma w tej chwili na arenie międzynarodowej znaczącego gracza, który traktowałby kwestie klimatyczne równie poważnie, co Unia Europejska. Spośród największych emitentów gazów cieplarnianych, Stany Zjednoczone nie tylko odwracają się od działań klimatycznych, ale i torpedują międzynarodową współpracę, Chiny zaś wysyłają sprzeczne sygnały, z jednej strony szermując panelami i wiatrakami, z drugiej finansując elektrownie węglowe i infrastrukturalną gigantomanię.

Nie oznacza to, że wszystkie proponowane czy podejmowane przez Unię inicjatywy są strzałem w dziesiątkę. Nie oznacza to nawet, że są wystarczające czy wręcz właściwe. Krytycy mają sporo racji, wytykając Unii względne niedofinansowanie programów, przeciwskuteczność niektórych działań czy skrzywienie technokratyczne. Niemniej nie żyjemy w świecie idealnym i trzeba brać, co dają. A Unia daje stosunkowo najwięcej.

Zwłaszcza powiązanie wymogów klimatycznych z odbudową gospodarek po pandemii to polityka więcej, niż właściwa – to polityka niezbędna, byśmy mieli szansę odsunąć w czasie i częściowo zamortyzować najcięższe uderzenia katastrofy klimatycznej. Zarazem zapowiedzi wdrożenia gospodarki obiegu zamkniętego to znak, że Unia nie ogranicza się wyłącznie do działań na rzecz wąsko pojmowanej redukcji emisji dwutlenku węgla: bez zadbania o surowce z jednej strony a odpady z drugiej, nie ocalimy ekosystemów, bioróżnorodności, struktur życia na planecie, od których jesteśmy całkowicie zależni.

Są rzecz jasna rozbieżności, nie brakuje sprzeczności, działają grupy interesów – od rolniczych przez samochodowe po antynuklearne – próbujące z różnych stron podkopać całościową politykę klimatyczną, środowiskową, energetyczną. Ale dlatego właśnie trzeba tym bardziej stawiać na Unię i wspierać Europejski Zielony Ład.

Tu wchodzi do gry prezydent Rzeczypospolitej. Polską politykę klimatyczną kształtuje rząd, jak dotąd uparcie idąc w poprzek realiów i potrzeb. Co gorsza, rząd gra przeciwko Unii, autodestrukcyjnie kierując się fałszywie ujętymi „narodowymi” przesłankami. Dlatego potrzebny jest w państwie ośrodek władzy stanowiący konieczną przeciwwagę i oferujący realistyczną perspektywę.

Stawka jest wyższa, niż tylko możliwość wetowania antyklimatycznych ustaw. Polski prezydent wywodzący się z prounijnej opozycji byłby widomym znakiem, że populistom daleko jeszcze do przejęcia sterów w Unii. Mógłby aktywnie włączyć się w rozmowy i działania twarzą w twarz i ramię w ramię z ważnymi graczami. Zajmując na arenie europejskiej stanowisko w kluczowych kwestiach, wzmacniałby spójność Unii i jej ideową siłę. W ten sposób przyczyniłby się do powodzenia wysiłków na rzecz wdrażania koniecznych reform – klimatycznych i wszelkich innych – jednocześnie kontrując i neutralizując szkodliwe działania obecnego polskiego rządu.

Tak, to scenariusz optymistyczny. Ale wykonalny i na wyciągnięcie ręki.

 

Książka Dawida Juraszka „Antropocen dla początkujących. Klimat, środowisko, pandemie w epoce człowieka” jest dostępna w sprzedaży w SKLEPIE LIBERTE!

Wiersz wolny: Kacper Płusa – czerwone majtki na monte cassino :)

Kacper Płusa – czerwone majtki na monte cassino

latem odwiedzasz kurort i korci cię, żeby coś nabroić. jakby tak dla sportu rozpierdolić sopot?

leż na plaży z książką, wygrzewajcie grzbiety. zapalisz? w tle najlepszy polish jazz w historii.

susza. gdzieś na sznurze suszą się czerwone majtki na monte cassino i czujesz pełne znużenie.

 

prułeś tu całą noc, a teraz szukasz sztuki pastiszu w zbiorowym negliżu, na zgliszczach ciepła.

wolisz zadłużyć się w czyichś falbankach, niż we frankach. a frak leży na tobie jak się patrzy.

tańcz z nieznajomą dance macabre, bosą bossanovę na pluszu plaży i nie oddawaj czczej czci 

 

tym, którzy przelali krew a konto. lepszy jest seans w kinie plaza i nie jesteś bez szans. każdy

powód jest dobry, by opuścić łódź razem z powodzią głupoty. interakcja zgodnie z instrukcją. 

frakcja polska przegrywa z kretesem – frajerzy! i marzy ci się dziewczyna, którą weźmiesz ze 

sobą we franczyzę.    

———————————

Kacper Płusa (ur. 1992) jest poetą. Debiutował zbiorem wierszy Ze skraju i ze światła (Kwadratura, Łódź 2012), uhonorowanym Nagrodą im. Kazimiery Iłłakowiczówny i nominowanym do Nagrody Literackiej Gdynia. Następnie wydał Wiersze na żółtym papierze (MBP, Świdnica 2015) i Brzydki charakter pisma (Kwadratura, Łódź 2019). Był stypendystą Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego za lata 2014 i 2016. Mieszka w Łodzi.

———————————

Wiersz wolny to przestrzeń Liberté!, uwzględniająca istotne, najbardziej progresywne i dynamiczne przemiany w polskiej poezji ostatnich lat. Wiersze będą reagować na bieżące wydarzenia, ale i stronić od nich, kiedy czasy wymagają politycznego wyciszenia, a afekty nie są dobrym doradcą w interpretacji rzeczywistości. 

Redaguje Rafał Gawin.

W uścisku konserwatyzmów, czyli od konserwatyzmu Kaczyńskiego do konserwatyzmu Tuska :)

Od piętnastu lat Polska rządzona jest przez partie konserwatywne, które od werbalizowania swojej konserwatywnej tożsamości nie uciekają, które również w swoich programach i praktyce politycznej tym konserwatyzmem się kierują.

Kiedy w roku 2005 wybory parlamentarne wygrało Prawo i Sprawiedliwość, a prezydentem Polski został dotychczasowy prezydent Warszawy Lech Kaczyński, nikt nie miał świadomości, że ukształtowany wówczas układ polityczny utrzyma się kolejne piętnaście lat. Gorący spór między Prawem i Sprawiedliwością a Platformą Obywatelską, którego pierwszą odsłonę ujrzeliśmy w kampaniach wyborczych 2005 roku, sztabowcy PiS-u zgrabnie dookreślili retorycznie jako konflikt między Polską solidarną a Polską liberalną. Już wówczas dało się dostrzec, że w istocie jest to spór między dwiema wersjami konserwatyzmu: narodowym konserwatyzmem socjalnym a konserwatyzmem liberalno-modernizacyjnym. 

Czy rządzą nami konserwatyści?

Od piętnastu lat Polska rządzona jest przez partie konserwatywne, które od werbalizowania swojej konserwatywnej tożsamości nie uciekają, które również w swoich programach i praktyce politycznej tym konserwatyzmem się kierują. Również przed 2005 r., czyli zanim jeszcze sformułował się drugi system partyjny III Rzeczypospolitej, to właśnie konserwatyści dominowali w politycznym uniwersum, choć część z nich – mam na myśli czołówkę Sojuszu Lewicy Demokratycznej – ów konserwatyzm zawzięcie skrywała, a jego ewentualne przejawy uzasadniała konserwatywnymi postawami polskiego społeczeństwa. Także pierwszy system partyjny III RP zdominowany był przez wartości i programy konserwatywne. Partia postkomunistyczna, stanowiąca centralny element tego systemu, oficjalnie deklarowała się jako ugrupowanie lewicowe i zdarzało jej się podejmować – choć z rzadka – inicjatywy typowe dla klasycznej lewicy. Zwykle jednak SLD podporządkowywał się konserwatywnemu mainstreamowi programowo-politycznemu, a także godził się na symboliczny prymat typowych dla myślenia konserwatywnego wartości.

Drugi system partyjny – tzw. duopol Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości – stanowi jakość samą w sobie. Oba ugrupowania ukształtowały się na bazie dominujących w ruchu „Solidarności” środowisk bliskich konserwatyzmowi i chrześcijańskiej demokracji, w pewnym zaś stopniu nawiązujących do ideologii liberalnej. Na poziomie tożsamościowym obie partie deklarowały swoje przywiązanie do prawicowej identyfikacji, choć z biegiem lat Platforma Obywatelska w coraz większym stopniu rozbudowywała frakcję centro-lewicową. Jednakże równolegle w partii tej dokonywał się proces ideowo-programowego zubożenia. Uzasadniano to niekiedy przekonaniem o potrzebie politycznego pragmatyzmu, wiarą w moc wyzbytej wątków aksjologicznych centrowości, a także postawą euroentuzjastyczną, stanowiącą bodajże jedyny doktrynalny element spajający wszystkie frakcję na tę partię się składające. Tymczasem na poziomie decyzyjnym Platforma Obywatelska pozostała ugrupowaniem konserwatywnym, zarówno w kwestiach społecznych, jak też gospodarczych. Swoboda przepływu personalnego między PiS-em a Platformą stanowi namacalny dowód spoistości tożsamościowo-ideologicznej obu ugrupowań.

Platforma Obywatelska w momencie jej powstania zdefiniowana została jako partia konserwatywno-liberalna. Tzw. trzej tenorzy – Andrzej Olechowski, Donald Tusk i Maciej Płażyński, czyli ojcowie założyciele PO – deklarowali się jako liberałowie gospodarczy (to deklarowano expressis verbis) i zarazem konserwatyści światopoglądowi (w tym wymiarze deklaracje oficjalne były albo niespójne, albo formułowane z pewną li tylko nieśmiałością). Konserwatyzm Platformy od początku był jednakże konserwatyzmem europejskim i nadawano mu wymiar nowoczesny. Powoływano się na europejskie tradycje liberalnej demokracji czy też takie wartości, jak idea praw człowieka z szerokim katalogiem wolności jednostki czy tolerancji na czele. Tymczasem w wymiarze pragmatycznym stroniono od kontrowersyjnych zmian o charakterze społeczno-światopoglądowym, sferę obyczajową uznając deklaratywnie za „kwestię prywatną”. Tym samym wszelkie dyskusje w ramach Platformy Obywatelskiej na temat aborcji, stosunków państwa z Kościołem katolickim, związków partnerskich czy edukacji seksualnej gaszone były w zarodku bądź finalizowano je teatralnym wzruszeniem rękoma. Najodważniejsze liberalne projekty – od pomysłu finansowania in vitro czy regulacji związanych z dostępem do tzw. tabletki „dzień po” – w samej Platformie wywoływały daleko idący sprzeciw i należy je uznać za awangardę liberalizmu obyczajowego. Podejrzewam, że niejeden ideowy liberał integralny posiada na swoim twardym dysku wykazy głosowań posłów Platformy Obywatelskiej nad projektami wprowadzającymi rejestrowane związki partnerskie, które są kwintesencją jej konserwatyzmu postaw.

Prawo i Sprawiedliwość przyjęło odmienną wersję konserwatyzmu. Można go określić mianem konserwatyzmu narodowego czy wręcz narodowo-katolickiego, któremu nadano wymiar socjalny czy solidarystyczny. Bynajmniej ten ostatni wątek nie jest rzadki w środowiskach konserwatywnych czy narodowo-katolickich, a typowa dla prawicy wiara w kapitalizm i „niewidzialną rękę rynku” w ostatnim trzydziestoleciu przestała być elementem niewzruszonym. Niezależnie od socjalno-solidarystycznych predylekcji Prawa i Sprawiedliwości w kwestiach gospodarczych, tożsamość ideowo-symboliczna tego ugrupowania zakorzeniona jest głęboko w tradycjonalizmie społecznym oraz nacjonalizmie, przejawiającym się nie tylko na poziomie symboliczno-językowym, ale również w polityce zagranicznej. Czynnikom tym nadano tak istotną rangę, że porównywanie PiS-u do przedwojennego PPS-u, jakiego dokonywali niektórzy znani i aktywni w social mediach publicyści, należy włożyć między bajki. Kontrowersyjne czy wręcz żenujące wypowiedzi niektórych działaczy Prawa i Sprawiedliwości – w tym również prezydenta Andrzeja Dudy – w sprawach osób nieheteronormatywnych wskazują również na ludowy czy też populistyczny charakter przyjętego modelu konserwatyzmu. Pewnie w odniesieniu do tych konkretnych nienawistnych wypowiedzi, których nie warto nawet w tym miejscu przytaczać, trzeba by wręcz mówić o prymitywnej czy nawet ksenofobicznej wersji tego konserwatyzmu. Pewien jego wymiar wyszedł na jaw w trakcie dyskusji wokół kryzysu uchodźczego i planowanego kilka lat temu mechanizmu relokacji uchodźców.

Zdaję sobie sprawę, że postawiona teza o duopolu dwóch konserwatyzmów, na których opiera się drugi system partyjny III RP, może się niektórym wydawać kontrowersyjna. Zachęcam jednak niedowiarków, aby przeanalizować dorobek legislacyjny obu partii politycznych właśnie w kontekście idei i wartości typowych dla konserwatyzmu, a także tych, które utożsamiamy z liberalizmem czy socjaldemokracją. Warto również zwrócić uwagę na fakt, iż konserwatyzm przejawiać się musi niewyłącznie w wymiarze polityczno-programowym, ale również w sferze szeroko rozumianych postaw politycznych, ze szczególnym uwzględnieniem stosunku do zmiany społecznej. Ów wymiar metapolityczny skłoniłby nas wręcz do innej konkluzji – niewątpliwie obrazoburczej dla niektórych „obrońców demokracji” czy też „publicystów walczących z dyktaturą Kaczyńskiego” – a mianowicie takiej, że to Platforma Obywatelska była jednakże bardziej skłonna od Prawa i Sprawiedliwości do przyjmowania postaw zachowawczych względem ustroju, systemu politycznego czy instytucji państwa. To Prawo i Sprawiedliwość – od początku swojego istnienia – opowiadało się za radykalną przebudową instytucjonalną czy wręcz za „obaleniem ładu pookrągłostołowego”. Tak, trudno taki metapolityczny rewolucjonizm utożsamiać z ideologią konserwatywną. Pamiętać jednak trzeba, że punktem odniesienia dla polskich partii politycznych tworzących się po roku 1989 była Polska Rzeczpospolita Ludowa, autorytarny czy wręcz totalitarny reżim oraz gospodarka centralnie planowana. 

Dlaczego dwa konserwatyzmy?

Jak to zatem możliwe, że od piętnastu lat rządzą Polską wymieniające się u sterów rządów dwie partie konserwatywne? Jak to możliwe, że w uprzednich piętnastu latach nawet zadeklarowani socjaldemokraci niemalże pod rękę spacerowali z biskupami a zwlekanie z ratyfikacją konkordatu stanowiło wyżyny socjaldemokratycznej identyfikacji? Jak wytłumaczyć to, że Polacy przez trzydzieści lat demokracji głosowali za ugrupowaniami bądź jednoznacznie konserwatywnymi, bądź za takimi, które swoją lewicowość czy liberalizm chowały do plecaka nie tylko na czas kampanii wyborczej? Co musiałoby się wydarzyć, aby progresywne partie polityczne – lewicowe bądź integralnie liberalne – zdobywały znaczące poparcie społeczne właśnie ze względu na swoją lewicowo-liberalną agendę, nie zaś dzięki unikaniu tematów kontrowersyjnych i jednoznacznych deklaracji ideowych?

Oczywiście odpowiedź narzucająca się wręcz – jak już wspominano powyżej – skłania nas do powrotu do tego, co przed 1989 rokiem, a zatem do poprzedniego systemu politycznego. Polska Ludowa była krajem zinstytucjonalizowanego ateizmu państwowego, a zatem Kościół katolicki stanowił podmiot jednoznacznie uznawany za wrogi państwu i ustrojowi. Wszelkie formy krytyki Kościoła katolickiego i religijności jako takiej przez pierwsze dekady III RP przywoływały wspomnienia antykościelnych działań aparatu państwa komunistycznego. Takim sposobem Kościół katolicki – religia i religijność również – znalazł się pod swoistym parasolem ochronnym, a wszelkie przejawy „kościołosceptycyzmu” czy wręcz zdeklarowanego antyklerykalizmu porównywano do represji czasów PRL. Ochrona Kościoła katolickiego i nauczania religii w szkołach stały się jednym z fundamentów światopoglądu konserwatywnego nie tylko większości Polaków, ale przede wszystkim polskich elit politycznych, szczególnie tych nowych, pookrągłostołowych. Paradoksem jest to, iż ów parasol ochronny, jaki uzyskał w III RP Kościół katolicki, stał się niestety główną przyczyną braku transparentności działań kościoła zinstytucjonalizowanego w sprawach społecznie istotnych, jak chociażby rozwiązywanie skandali pedofilskich czy też zarządzanie i rozporządzanie nieruchomościami odzyskanymi przez Kościół katolicki bądź uzyskanymi w ramach rekompensaty. 

Konserwatyzmy mają się w Polsce nieźle także dlatego, że zdecydowaną większość obywateli pierwszych dekad III RP stanowili ludzie wychowani jednakże w komunistycznych czasach. Pomimo deklaracji komunistycznych ideologów aparat państwa, jakim była Polska Ludowa, kształcił i wychowywał w duchu swoiście pojmowanego nacjonalizmu, ksenofobii przejawiającej się w wielu różnorodnych wymiarach, zamkniętości ideologicznej i światopoglądowej. Liberalne prawo aborcyjne w czasach PRL nie szło w parze z tolerancją względem różnych stylów życia. Państwo formowało społeczeństwo zuniformizowane, bierne, uległe i zastraszone. Polska po 1989 r. stała się areną gwałtownej, ale jednak późnej – niewątpliwie spóźnionej – modernizacji. Przemiany świadomości społecznej spowalniała także monolityczność etniczna i religijna społeczeństwa polskiego, sprawiająca, że tolerancja dla odmienności – przynajmniej przez pierwsze piętnastolecie, czyli do momentu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej – była raczej abstrakcyjnym celem niż codzienną postawą prospołeczną. Nie dziwi zatem, że szermowanie przez narodowych konserwatystów hasłami pobudzającymi i legitymizującymi niechęć do cudzoziemców – uchodźców, Niemców czy „ruskich” – bądź osób nieheteronormatywnych niejednokrotnie okazywało i wciąż okazuje się skuteczne. Seksualizujący dzieci potwór dżender, krwiożercza ideologia elgiebetyzmu czy też zarażający nas tropikalnymi chorobami uchodźcy-islamiści stały się figurami, które wrosły w ten lokalny ludowo-populistyczny konserwatyzm, głoszony przez kreujących się na wytrwałych pielgrzymów do Jasnej Góry czy też rzekomych kontynuatorów nauczania Jana Pawła II. 

Wreszcie po półwieczu rządów lewicy – przynajmniej nominalnie Polska Zjednoczona Partia Robotnicza stanowiła ucieleśnienie lewicowości (ten temat jednak w tym miejscu pozostawimy) i kontynuatorkę tradycji Polskiej Partii Komunistycznej oraz Polskiej Partii Socjalistycznej – lewicowość stała się czymś podejrzanym. Lewica kojarzyła się z PZPR i będącym jej prawnym kontynuatorem Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Lewica kojarzyła się z komunizmem, nie tylko w jego wymiarze ideologiczno-doktrynalnym, ale przede wszystkim w odniesieniu do wszelkich atrybutów totalitaryzmu komunistycznego. Dziś jeszcze wystarczy otworzyć Twittera i przejrzeć wpisy rzekomo liberalnych publicystów, z których wylewają się nieposkromione siłami rozumu konkluzje, w których socjaldemokracja czy też interwencjonizm państwowy utożsamia się z komunizmem, totalitaryzmem czy wręcz monopartyjnością. Trudno prowadzić jakiekolwiek merytoryczne dyskusje również z wieloma obrońcami państwa minimalnego, którzy zupełnie zapominają o tym etapie rozwoju państw zachodnioeuropejskich czy nawet Stanów Zjednoczonych po II wojnie światowej, kiedy to etatyzm i aktywność państwa w szeregu polityk publicznych stanowiły codzienność, a tym samym narzędzie wypracowywania dobrobytu społecznego. Tego typu narracja obecna jest dziś zarówno wśród konserwatystów narodowych – niezależnie od tego, że oficjalnie deklarują oni budowę polskiego modelu państwa dobrobytu (sic!) – jak również w jeszcze większym stopniu wśród tych rzekomo „fajniejszych”: nowoczesnych, europejskich, praworządnych. Paradoksalnie to ci drudzy właśnie straszyli lewicowych posłów koalicją z nacjonalistami z Konfederacji. 

Czy jesteśmy skazani na Polskę konserwatystów?

Obserwacja polskiej sceny politycznej w całej erze III RP pewnie wielu liberałów integralnych, a tym bardziej przedstawicieli lewicy kulturowej, skłaniać może do nastrojów kapitulanckich. Nie powinno nas zatem dziwić, że część lewicowych elit politycznych szuka bezpiecznej przystani w okręcie dowodzonym przez tych „fajniejszych” konserwatystów. Nie powinno nas także dziwić, że lewicowo-liberalny elektorat od lat daje się uwieść tej proeuropejskiej części polskich elit konserwatywnych. Co dziwne, elektorat ten nie oczekuje od naszych eurokonserwatystów niczego ponad to, żeby zagwarantować sobie mniejsze stężenie tych „gorszych” konserwatystów, nacjonalistycznych, eurosceptycznych i populistycznych. Nie dziwi także fakt, iż elektorat ten zdaje się być usatysfakcjonowany biegłą angielszczyzną czy francuszczyzną kandydata, a nie oczekuje od niego jasnych deklaracji w zakresie postępowych reform społecznych. Niestety ów konserwatywny duopol – wspierany notabene przez ludowo-konserwatywną partię zawiasową, jaką jest Polskie Stronnictwo Ludowe, a w ostatnich miesiącach uzupełniony przez systematycznie wzrastającą nacjonalistyczno-libertariańską Konfederację – wciąż zdaje się być mocny i jeszcze nic nie zwiastuje, że zamieni się w kruszywo. 

Nie należy mieć jednak szczególnych złudzeń co do kierunku przemian społecznych, jakie zachodzą we współczesnej Europie, a także we współczesnej Polsce. Badania opinii społecznej wskazują, że Polacy stają się coraz bardziej liberalni w kwestiach obyczajowych. Polki coraz odważniej i dobitniej domagają się liberalizacji prawa do aborcji. Mniejszości seksualne wreszcie będą miały możliwość formalizowania swoich relacji poprzez zawarcie związków partnerskich. Proces społecznej liberalizacji obyczajowej idzie w parzę z laicyzacją społeczeństwa. Myślę, że najwięcej w tym temacie mają do powiedzenia księża katoliccy, jeśli tylko instytucjonalna presja pozwoliłaby im rozmawiać o problemach współczesnego Kościoła. Wszystko wskazuje na to, że czas liberalnej rewolucji obyczajowej zbliża się nieuchronnie. Konserwatywna dominacja na polskiej scenie politycznej zdaje się być jednak zapowiedzią liberalno-lewicowej rewolucji społeczno-obyczajowej, która nastąpi nagle i niespodziewanie, która mieć będzie twarz zapaterowską i której obce będą wszelkie formy poszukiwania „trzeciej drogi”. Nie uda nam się wyrwać z dialektycznego uścisku konieczności, choć nikt rozsądny nie będzie w stanie przewidzieć, kiedy ów rewolucyjny moment nadejdzie. Można siąść w kawiarni i sącząc sojowe latte przyglądać się „byciu ku dekonstrukcji” polskiego porządku ideologiczno-partyjnego. Można też zakasać rękawy i przegrupowywać siły, będąc w ciągłej gotowości. 

Co w TTrawie piszczy #6 :)

Od czego tu zacząć? Lepiej, po chwili wahania, zacząć od naszych ukochanych reżimowych mediów, bo jeszcze zrobią z nas cel kolejnej kampanii zmasowanego hejtu, co zakłóci nam spokojne sączenie ginu z tonikiem na tarasie tego upalnego lata. My oczywiście nie oglądamy i nie słuchamy nigdy reżimowych mediów, ale ich tweety docierają do nas na polskim politycznym TT. W minionym miesiącu, z okazji wyborów prezydenckich, TVP zorganizowała „debatę” kandydatów. Nie oglądaliśmy oczywiście, ale z doniesień TT wynika, że każde pytanie brzmiało plus minus tak: „Rafał Trzaskowski to ********* ****. Jeśli zostanie pan prezydentem, co pan mu za to zrobi?” Andrzej Duda recytował odpowiedzi, jak uczeń podstawówki inwokację z Pana Tadeusza. Pięknie wypadł. Zatem już w trakcie debaty, pełni nadziei funkcjonariusze TVP zrobili na koncie @tvp_info tę oto sondę:

Ojojojoj. Nad głowami funkcjonariuszy zawisła groźba o rozmiarach „2 miliardy minus” w 2021 r. Musieli więc działać natychmiast. Tak oto, 27 minut później:

 Ufff! Unieważnili sondę, niczym „Sąd Najwyższy” Kamila Zaradkiewicza unieważni wybory, gdyby nie wygrał Duda. Ale pretekst do „kłamliwych zarzutów” i tak dali, z czego korzystamy, ciesząc się jak dzieci. 

 Boty utrudniają korzystanie z nowoczesnych technologii nawet, jak masz budżet 2 miliardów złotych pieniędzy podatnika rocznie. A co dopiero, jak masz miliardy długu? Wtedy sam zachowujesz się jak bot w nadziei, że pomyślą, że cię nie ma…

Kiedyś wielka światowa polityka miała w zwyczaju zagościć w Polsce i na polskim TT głównie przy okazji wizyty prezydenta w USA (lub vice versa). W minionym miesiącu był to ten przypadek. Jak zauważył @MSzuldrzynski, Andrzej Duda wrócił z Waszyngtonu z beczką miodu i łyżką dziegciu. 

Nic to, Jacek Sasin już zadba o to, aby szczepionkę wynaleziono. 

Ale na arenę globalną Polska wychodzi już nie tylko raz na parę lat przy styczności prezesa naszego grajdołu z „wielkimi”. O, nie. Kiedyś baliśmy się tego, że u nas dzieje się światowa polityka, bo to oznaczało, że wielkie mocarstwa robiły sobie nad Wisłą pole konwencjonalnej lub zimnowojennej bitwy, zwyczajowo zamieniając nasze miasta w pogorzelisko, a rozwój naszej kolei zatrzymując na poziomie sieci torów kaisera Wilhelma. Ale dziś, na polskim TT (po polsku! – tak, że i Andrzej Duda rozumie) ambasadorowie największych mocarstw ścierają się na argumenty. Zastygnijmy w zachwycie!

I teraz: trzymajcie, trzymajcie ten zachwyt, tą dumę, tą radość z życia w Polsce, czytając następującą myśl politologiczną, uchwyconą przez @patrykmichalski:

Bierut, Ochab, Gomułka, Gierek i Jaruzelski – dusze ich wszystkich, w chwili wygłoszenia tych słów, spłynęły ku Jarosławowi Kaczyńskiemu, aby na wyścigi zaproponować mu „żółwika”. Komu nasze Słońce Narodu dało „żółwika”? Stawiamy na Gomułkę. 

Trudny dylemat ten Andrzej Duda. Głosować na niego czy nie głosować? Strasznie boimy się demokracji niewolnościowej, bo kojarzy się jakoś tam z lampą biurkową uzbrojoną w żarówkę 100 W starego typu skierowaną nam w oczy, ale jednak bardziej boimy się starości. A przecież młodzież jest za Dudą, jak potwierdza z autopsji europosłanka PiS @j_wisniewska:

 Nas najbardziej przekonuje właśnie jej świadectwo, bo pani poseł ma 56 wiosen. Skoro ona jest młoda popierająca PAD, to i my – mając 41 wiosen – mamy szansę być młodzi, jeśli poprzemy Andrzeja Dudę. Trudny, trudny dylemat.

Dylemat musi mieć młoda aktywistka SLD Justyna Klimasara, która zrobiła przerwę w występowaniu przed obiektywem własnego telefonu w niekompletnym stroju, aby wyznać, że chciałaby wytatuować sobie czerwoną gwiazdę na plecach z miłości wobec komunizmu. Dylematem nie jest lokalizacja tatuaża (pani Justyna wybrała plecy, nie potylicę, która nam kojarzy się najmocniej z czerwonymi gwiazdami). Dylematem jest, komu z duchów olanych przez Kaczyńskiego dać „żółwika”? Do wyboru zostali Bierut, Ochab, Gierek i Jaruzelski. Stawiamy na Jaruzelskiego. 

Na szczęście motywy pani Justyny wyklarował nam @kryztiandk, dzięki czemu nie wydaje się nam już taką kosmitką. Też lubimy zimne piwko. 

Na sam koniec tweet pani @MarzenaPaczuska. Zablokowała ona nas kilka lat temu na TT, ale od czego drugie, trzecie i czwarte konto? Postanowiliśmy nie pisać komentarza, który sam się nasuwa. Jesteśmy zbyt pruderyjni.

Kompletował w poczuciu grozy: @piotr_beniuszys

Praliberał miesiąca: Adolphe Thiers :)

„Praliberał miesiąca” jest rubryką biograficzną. Co miesiąc będziemy na łamach „Liberté!” przywoływać w krótkich notkach postaci aktywnych polityków liberalnych dawnych lat, którzy w swoich czasach i krajach wywarli wpływ na tok debaty publicznej, a dzisiaj już rzadko bywają przywoływani.

Gdy przez niemal cały XIX wiek Francja miotała się od jednego modelu ustrojowego do drugiego, Adolphe Thiers, niczym twarda skała liberalizmu na wzburzonym morzu reakcjonizmu, konserwatyzmu, socjalizmu i komunizmu, trwał niewzruszony. Bronił pryncypiów konstytucjonalizmu i państwa prawa, wolności obywatelskich i swobód gospodarczych. Gdy morze zalewało z prawa w dobie ultramontańskiej restauracji Burbonów (1815-30) czy plebiscytarnego reakcjonizmu Drugiego Cesarstwa pod przywództwem Napoleona III (1851-70), Thiers bronił praw jednostki przed autorytarną władzą i nawoływał do postępu w imię wolności. Gdy fale uderzały z lewa w dobie protosocjalistycznej II Republiki (1848-49) lub pod naporem Komuny Paryskiej (1870), opowiadał się za utrzymaniem porządku i stabilności państwa oraz systemu społecznego opartego na prywatnej własności. Gdy istniał ustrój liberalny, który sam współtworzył, jak w czasach Monarchii Lipcowej (1830-48) i III Republiki (od 1871 roku), nie ustawał w przestrzeganiu przed ich tendencją do samounicestwienia, wskazywał na źródła degeneracji, przestrzegał. W 1848 roku na próżno, ale w latach 1873-76 skutecznie. 

Okrągła twarz, niemały nos, bystre spojrzenie ukryte za okrągłymi okularkami, bujna, siwa czupryna. Thiers robił wrażenie doświadczonego intelektualisty, który nie tylko dogłębnie przemyślał swoje poglądy, ale także miał okazję wielokrotnie przetestować ich przewagę nad innymi w praktyce politycznych bojów. 

Urodził się w Marsylii w 1797 roku, zmarł jako człowiek wygrany i spełniony w momencie ustabilizowania się liberalnej III Republiki, w roku 1877. Ten Prowansalczyk jest w zasadzie, na skalę globalną (jeśli nie liczyć eklektycznych prób w polskiej I RP), „sprawcą” wdrożenia teorii o ograniczonym władztwie monarchy konstytucyjnego w praktykę. Co prawda równolegle, też od roku 1830, ustrój ten zaczął funkcjonować w Londynie, ale tam był on jednak wynikiem presji parlamentu na niezbyt ochoczego monarchę. W Paryżu linia orleańska w osobie Ludwika Filipa była zachwycona zastąpieniem korony cylindrem, a berła laską, nazywaniem się „obywatelem królem” i ogólnie przyjęciem zasady, że „król panuje, ale nie rządzi”, że jest sługą narodu, a nie jego władcą. 

Thiers był adwokatem, historykiem i dziennikarzem o ostrym, liberalnym piórze. Od lat licealnych zapamiętale wrogi restauracji burbońskiej, porzucił swoje wczesne sympatie napoleońskie pod wpływem m.in. dzieł Monteskiusza. Zaczynał też pisać: m.in. mowę pochwalną na cześć Tadeusza Kościuszki, ale także Historię Rewolucji, która stała się „biblią” liberalnego stanowiska wobec przebiegu Rewolucji Francuskiej. Choć katolik, Thiers oscyluje w kierunku jasno postawionego antyklerykalizmu, dostrzegając, że Francja „jest nie tyle liberalna, co niewierząca” i że nic nie budzi takiego obrzydzenia Francuzów, co nadużycia kleru na styku z władzą. W roku 1830 powołuje magazyn „Le National” i jest gotów wejść na polityczną scenę.

W okresie Monarchii Lipcowej dwukrotnie, acz krótko, premier, parokrotnie minister spraw to wewnętrznych, to zagranicznych. Ewoluuje z frakcji „partii oporu” ku „partii ruchu” – bardziej sceptycznej wobec Ludwika Filipa (i filozofii „Bogaćcie się!” Guizota i innych „doktrynerów”) tzw. opozycji dynastycznej. Pomimo narastających animozji, na tym etapie pozostaje przeciwnikiem republikanizmu i wszelkich tendencji lewicowych, odrzucając między innymi uchwalenie prawa pracy czy legalizację robotniczych związków zawodowych, neguje możliwość włączenia reprezentacji politycznej mas ludowych i robotniczych w procesy wyborcze.

Jednak w miarę, jak rządy Ludwika Filipa zmierzają ku nieuniknionemu zderzeniu z rzeczywistością w postaci Wiosny Ludów, narasta sceptycyzm i zdumienie Thiersa wobec tego braku elastyczności. Zaczyna kwestionować własne antyrepublikańskie przekonania – to w końcu okres zdawania przez Tocqueville’a relacji z USA. W ostateczności uzna, że nawet ktoś taki jak on, bez kropli królewskiej krwi w żyłach, może stanąć na czele egzekutywy liberalnego państwa konstytucyjnego, gdy w latach 1871-73 będzie prezydentem III Republiki. 

Wcześniej były jednak rozczarowania: radykalizmem niektórych rewolucjonistów 1848 roku, wobec którego na krótko związał się z prawicową „partią porządku”, a następnie przede wszystkim degeneracją Ludwika Bonaparte w kierunku prostackiego dyktatora i ludowego trybuna, Napoleona III. Thiers zostaje więźniem politycznym, uchodzi na emigrację, w końcu wraca i angażuje się w działalność opozycyjnej „partii trzeciej”, a potem Unii Liberalnej, w której liberalni monarchiści i republikanie umiarkowani po raz pierwszy tworzą wspólny front, przeciwko cesarzowi. W tym czasie pisze swój manifest o pięciu „wolnościach niezbędnych”, które – jeśli respektowane, mogą uszlachetnić każdy ustrój, nawet imperialny – i do których zalicza: wolność indywidualną (od arbitralnego rządu i ustaw o tzw. bezpieczeństwie publicznym), wolność wymiany idei i publikacji prasowych, wolność głosu wyborczego (zniesienie ułatwień dla kandydatów popieranych przez władzę), wolność interpelacji legislatywy wobec ministrów i ich odpowiedzialność konstytucyjna przed przedstawicielami narodu, przywrócenie systemu parlamentarnego z uzależnieniem składu rządu od większości parlamentarnej. 

Thiers przestrzegał przed nieprzygotowaniem Francji na atak Prus, więc gdy jego kasandryczne wołania się ziściły, zyskał popularność, która wyniosła go na szczyt nowej republiki. Wówczas już przekonany republikanin, lider partii „umiarkowanych republikanów” poświęcił ostatnie lata życia finalnej walce na dwa fronty. Zdusił Komunę Paryską nie dlatego, że jako marsylczyk nienawidził paryżan, ale dlatego, że pamiętał, czym skończyły się takie działania w roku 1850. Zwłaszcza, że życie polityczne III Republiki nie było wolne od reakcjonistów szukających pretekstu do kolejnej restauracji Burbonów, klerykałów walczących o nowy sojusz z ołtarzem. Udało im się nawet wypchnąć Thiersa z urzędu i majstrować przy konstytucji. Jednak ostatnimi siłami, w wyborach 1876 roku, Thiers poprowadził „umiarkowanych” do wyborczego zwycięstwa, które pozwoliło republice okrzepnąć przez te prawie 20 lat do afery Dreyfusa.

Centryście trudno postawić na swoim w niespokojnych czasach, a Francja w XIX wieku była beczką prochu. Thiers raz wygrywał, raz przegrywał, ale mógł umrzeć z poczuciem postawienia na swoim. Po swojej śmierci wstydziłby się reżimu Vichy i mlaskał z dezaprobatą na przewrót de Gaulle’a ku prezydenckiej V Republice, bólu głowy przysporzyłaby mu niestabilność rządów III i IV Republiki. Ale generalnie uznałby, że zatrzymał rozbujane, francuskie wahadło polityczne w okolicach środka.

Herstoria Agaty :)

Drogie Siostry,

Piszę do Was z magicznego Sopatowca. 

Praktykujemy tu jogę. Jogę Kobiet.

Dziś najdłuższy dzień w roku. I pierwszy dzień lata.

Dużo czytamy.
Oddychamy.
Jest bardzo kobieco.
Zarazem feministycznie.

Nie jestem buddystką. (W ogóle chyba jestem tutaj tylko na chwilkę, bez nazywania tego kim jestem, tak sobie jestem.)

Ale w mojej ulubionej książce o yin jodze napisano:

„Pierwszą z dwóch strzał Buddy jest dukkha: będą momenty w życiu, kiedy pojawi się ból. Druga strzała, którą nazwał cierpieniem, spowodowana jest tym, co zrobimy z pierwszą strzałą, i dlatego jest opcjonalna. Możemy wybrać, by po prostu być z bólem, który pojawi się w naszym życiu, ale tego nie robimy: dokładamy do niego. Uwielbiamy tworzyć dramaty. Pewien komik powiedział kiedyś, że Boże Narodzenie to czas, gdy dysfunkcyjne rodziny spotykają się i ponownie wywołują u siebie traumy. To jest opcjonalne!”*

(A Mądra Kobieta Stąd miesiąc temu, podczas rozmowy telefonicznej, powiedziała mi, że Koronawirus jest pierwszym komornikiem, który zapukał do drzwi ludzkości.
Żyć jednak trzeba dalej – obie zgodnie stwierdziłyśmy.)

„Jeśli chcesz być nieszczęśliwy, myśl o nieszczęśliwych rzeczach. Jeśli chcesz być zadowolony, myśl o wszystkich tych rzeczach, które już masz”.

Ślę siłę i radość z Sopatowca,

Katarzyna Szota-Eksner

*Yin Joga, Bernie Clark

….

W noc po rozmowie z Agatą – doulą – przyśnił mi się mój poród. 

Ja rodziłam, ale też mnie rodzono. To był ciężki poród. Odarty z intymności. Byłam bardzo daleko od swojego ciała. Wczesna lata siedemdziesiąte. Migające światło jarzeniówki i blade lamperie na ścianach. Ból. Zimne i ostre narzędzia. Obudziłam się nagle cała zlana potem. (Bo jest we mnie mała dziewczynka urodzona w taki właśnie sposób. Dla kobiet w mojej rodzinie poród był traumą. Takie to były czasy.)

Wiele lat później urodziłam dwoje dzieci i noszę w sobie obraz tego czasu jako najszczęśliwszego w moim życiu.

Kiedyś wydawało mi się, że poród dotyczy tylko dzieci, które przychodzą wtedy na świat, ale po latach zrozumiałam, że dotyczy też nas, kobiet. I może być źródłem naszej siły.   

– Bycie mamą pochłonęło mnie bez reszty. Macierzyństwo pokazało mi drogę, której wcześniej nie widziałam i nie miałam pojęcia, że chcę się na nią wspinać. To mój życiowy projekt – mówi Agata na samym początku naszej rozmowy. 

Agata-doula. Mama Janka i Jagienki. Doula z zamiłowania i z zawodu. 

Zaczynamy więc tę nasza rozmowę od początku. Czyli od porodu. 

– Początek mojego macierzyństwa był bardzo trudny. Nie od razu zakochałam się w swoim synu. Nie było porywającej fali miłości. Teraz, gdy na to patrzę to widzę, że ten mój pierwszy poród nie poszedł tak jak chciałam. Hmm… a może nie do końca się do niego przygotowałam? Owszem, przeczytałam kilka książek, ale czy to wystarczy? (Zastanawiamy się obie)

– Same złe wspomnienia w głowie, tak? – dopytuję.

– No wiesz, bo zaczęło się od tego, że lekarz anastezjolog prychał, że jestem za gruba (Rzeczywiście niezły początek – myślę sobie). Ale najgorsze było to, że nie miałam przy sobie Janka przez te pierwsze, bardzo ważne kilkanaście godzin. Ciało nie miało okazji zadziałać tak, jak powinno. Nie wytworzyła się od razu więź, bo na to trzeba więcej czasu. Dotyku. Bycia razem. A kiedy w końcu mi tego Janka przywieźli – kontynuuje Agata – to zobaczyłam jego krzywe nogi (Janek urodził się z chorobą Stopy Końsko-Szpotawe), wpadłam w panikę. Bo skąd niby miałam wiedzieć co robić?  

Agata opowiada o tym czasie spokojnym i mocnym głosem. Nie słychać w nim żalu i roztkliwiania się nad sytuacją. 

– Przyjechała do mnie moja przyjaciółka. Pełna euforii. Patrzy na Janka, który leży obok w tym szpitalnym łóżeczku-mydelniczce, potem zerka na mnie i pyta: Co Ty nie bierzesz go na ręce? A ja sobie myślę – no przewijam, próbuję karmić, ale nie czuję tego, co wszyscy nazywali szumnie miłością od pierwszego wejrzenia. 

(A ja myślę sobie po cichutku, że wiele kobiet pewnie na początku czuje się podobnie…) 

– A co z tą magiczną więzią? Działa? – pytam przekornie.

Wtedy Agata spokojnie wyjaśnia mi czym jest więź. I jak bardzo ważny jest pierwszy kontakt. I że wszyscy jesteśmy noszakami (Uśmiecham się do tego słowa). Bo jesteśmy stworzeni tak, żeby przez pierwsze miesiące życia nie rozstawać się z ciałem matki. Pierwszy kontakt nie ze szpitalną wagą czy narzędziami, ale z ciepłym i znajomym ciałem matki!

Więź. Ludziom wydaje się, że w tym słowie tkwi jakaś magia. A to przecież czysta biologia.

A potem przyszły zmagania z choroba Janka… 

Od początku widać było, że z nóżkami Janka jest jakiś problem.  

Agata opowiada o jeżdżeniu z małym Jankiem po całej Polsce. O bezradności lekarzy.  Złych diagnozach. Zbieraniu pieniędzy na leczenie we Wiedniu, żmudnych operacjach i bolesnych zabiegach. 

 – Kiedyś myślałam, że można pewne rzeczy zrozumieć nie mając doświadczenia, ale dopiero kiedy zachorowało moje dziecko dotarło do mnie, że to jest szczególna sytuacja. Wyobraź sobie, że musisz swojemu dziecko codziennie założyć cholernie niewygodne ortopedyczne obuwie lecznicze. Jesteś matką, zakładasz mu te buty, on ma już trzy i pół roku i  prosi Cię – „Mamusiu nie zakładaj mi tych butów” (Agata ma łzy w oczach). On tego nie ogarnia, że jak będzie miał 16 lat, to będzie miał proste stopy. Ty wiesz po co to robisz. Ale on przecież nie wie…– dodaje Agata. 

Agata opowiada mi jak Janek zapytał kiedyś  dlaczego oni, rodzice, nie kochają jego krzywych nóżek. Jak odpowiedzieć na tak postawione pytanie? 

Kocham Cię synku najbardziej na świecie i każdy milimetr Twojego ciała kocham równie mocno!

Bycie mamą otworzyło mi głowę…

– Kiedy w końcu ogarnęłam się w tym swoim trudnym macierzyństwie , to pierwsza myśl była taka, żeby inne kobiety nie musiały przeżywać tego co ja – mówi stanowczym głosem Agata. Pomyślałam też o młodych mamach pozamykanych z malutkimi dziećmi w tych M3 albo nawet w wypasionych willach, ale spędzających całe dnie samotnie. I że tak bardzo brakuje kobietom bycia razem. Towarzyszenia. Nie oceniania. Dawania wsparcia sobie wzajemnie. A może poszłabym na jakieś szkolenie albo kurs żeby dowiedzieć  się czegoś więcej i móc się tym dzielić?  Tak wtedy pomyślałam – opowiada Agata. – Bo doulowanie to właśnie takie towarzyszenie jest, wiedziałaś o tym? – pyta mnie Agata (Tak naprawdę to mało  do tej pory wiedziałam o doulowaniu…) – Położna puszcza w końcu rękę rodzącej kobiety ale doula cały czas jest obok. Dyskretnie, ale jest. To głos, który pokazuje różne drogi, ale nie ocenia wyborów – wyjaśnia Agata.

– Ale zdarza się że para klientka-doula się nie uda? – dopytuję. 

– Pewnie, że tak! Dlatego trzeba się najpierw poznać. Być blisko. Bo to jest przecież szczególna relacja – odpowiada Agata. 

A mnie interesują początki. Bo w moich czasach,  kiedy staraliśmy się o dziecko nikt nie słyszał o doulowaniu. Agata opowiada więc jak dawno temu, jeszcze w czasach licealnych przeczytała w „Wysokich Obcasach” artykuł o douli.  

– Wow! Jaka ciekawa rzecz, pomyślałam sobie – mówi Agata.  

Na świecie to wcale nie był nowy temat. Bo jak się ogląda stare ryciny, widać dwie kobiety przy rodzącej. Położna i ktoś jeszcze, kto daje bezwarunkowe wsparcie. Ach, bo poród to przecież mocna kobieca energia, której mężczyźni nie powinni zaburzać (Teraz już trochę wiem na temat doulowania).

– Czy wiesz Kasiu, że kiedyś mężczyźni-lekarze czekali za drzwiami podczas porodów? – pyta mnie z uśmiechem Agata.

 – Agato, Ty masz wielką robotę do zrobienia. Uświadamiać i iść z tym w świat  – wyrywa mi się.

– Ale ja tego tak nie traktuję. Myślę o tym bardziej jednostkowo. Dam wsparcie kobietom, które będą go potrzebowały – spokojnie tłumaczy mi Agata.

Ten spokój w połączeniu z mocnym i stanowczym głosem sprawia, że ufam w to, co mówi. I autentyczność Agaty wynikająca z tego, że szczerze opowiada o swoich przeżyciach.

– Bo wiesz, wszystko po kolei mi nie wychodziło. Tak wtedy myślałam. Poród. Dziecko. A później jeszcze karmienie piersią. Karmienie, bo mam duży biust i płaskie brodawki. W szpitalu nie dostałam żadnego wsparcia, ale pomogła mi przyjaciółka, która była certyfikowanym doradcą laktacyjnym. Kiedy wyszłam ze szpitala od razu do mnie przyjechała.  A ja zaparłam się, choć bliska mi osoba powiedziała, że nie wierzyła, że mi się uda – opowiada Agata. – Miałam świadomość co daje mleko mamy i jakim cudem jest karmienie piersią – kontynuuje. – Kasia, a czy Ty wiesz, że karmienie piersią jest też zdrowe dla matki, bo na przykład zmniejsza ryzyko raka sutka?  (Nie widziałam)

Agata po urodzeniu Janka skończyła kurs promotorki karmienia piersią.  

Moja siła jest w moich słabościach…

I kiedy wydawało się, że wszystko w życiu Agaty zaczyna się powoli normować, okazało się, że jest w kolejnej ciąży. 

– To było dla mnie koszmarnie trudne – mówi szczerze Agata. – Poczułam się jakby ktoś zabrał odrobinę mnie (Ach, te stereotypy… drugi pasek na teście ciążowym, a my powinnyśmy od razu  czuć wielką i niczym niezmąconą radość – myślę sobie). – Byłam potwornie zmęczona. Trudny początek macierzyństwa z Jankiem. Walka o karmienie piersią. Leczenie Janka. Zbliżał się jego roczek, a tu nowa ciąża.  

Ale  to właśnie  narodziny córki, Jagienki, uświadomiły Agacie, że siła jest w jej słabościach. I że pomimo koszmarnego zmęczenia fizycznego, nawrotu choroby Janka, cotygodniowych wyjazdów do Wiednia na leczenie, walki o utrzymanie w tych trudnych warunkach karmienia piersią… daje radę. 

– Dlaczego tak rzadko my, kobiety, mówimy sobie: Jesteś zajebista, dałaś radę? 

– Bo ja teraz to mówię sobie – śmieje się Agata – i Tobie to mówię, napisz o tym (O tak! Teraz śmiejemy się już obie).

– Siłę dają mi też moje klientki doulowe – kontynuuje Agata. – Wzmacniają mnie, to jest energia w dwie strony, taka energia przepływająca.  Pomyśl tylko, byłaś przy tym kiedy ona stawała się mamą. To jest niesamowicie ważne!

Agata opowiada o swojej pierwszej klientce, Gosi i o tym jak jechały razem do szpitala. 

– Byłam spokojna i czułam, że jestem odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. 

A potem przy porodzie, jak rodziła się Gaja, to razem z Agatą płakała też położna (Położna Kasia zapewnia, że to normalne – matki nie płaczą, ale położne i osoby towarzyszące często).

Siła kobiet i feminizm 

Wysłuchiwanie  i obserwowanie kobiecych historii uświadomiło Agacie, że kobiety nie czują się umocowane w swoim ciele i w swojej cielesności. Kobiety po różnych przejściach, które chciałyby urodzić kolejne dziecko naturalnie mówią: Lekarz mi pozwolił albo lekarz mi nie pozwolił.  (Agata jest mocno zaangażowana w projekt Naturalnie po Cesarce).

 – To jest tarcie na płaszczyźnie natury i zaufania sobie – tłumaczy Agata. – Mogę rodzić. Lekarz mi pozwolił. Jak to Ci pozwolił? – denerwuje się Agata – To nie Ty decydujesz o tym jak chcesz urodzić swoje dziecko? W domu? W wannie? Ze swoim partnerem czy bez?

Jak to się dzieje, że większość kobiet decyzjęw tak ważnej sprawie oddaje w ręce mężczyzn– lekarzy? – zastanawiamy się obie. 

A poród to jest przecież kobieca energia. Od tego zaczęłyśmy naszą rozmowę, a teraz zastanawiamy się skąd taka dominacja mężczyzn w świecie okołoporodowym. Agata opowiada mi, o tym jak usłyszała historię o rozwarciu: położna po badaniu stwierdziła, że pacjentka ma 7 cm rozwarcia, ale kiedy przyszedł lekarz to okazało się, że rozwarcie jest na 4 cm i ten ostatni pomiar został  wpisywany do karty. 

– A może ta różnica w rozwarciu u kobiety była kwestią stresu związanego z badaniem przez osobę, której nie ufała i której się bała? – zastanawiamy się obie.  

Agata wspominając drugi poród ze świetną położną Katarzyną opowiada o tym, że też nie obeszło się bez zgrzytów:

– Bo wiesz, wyobraź sobie: jestem w swoim świecie, akcja porodowa w pełni, 7-8 cm rozwarcia i nagle przychodzi lekarz, który żąda ode mnie odpowiedzi na różne, ważne (ale dla niego) pytania. A ja nie chciałam teraz odpowiadać więc zachowałam się bardzo niemerytorycznie i pokazałam mu fucka. Niewerbalnie, ale stanowczo zadecydowałam o sobie. 

(Cała Agata – myślę sobie.)

Siła bliskich mi kobiet

Agata doświadczyła życia w wielopokoleniowym domu. Domu kobiet. Mama, babcia i prababcia, która zmarła niedawno w wieku 104 lat. 

– Wychowywaliśmy się wszyscy w jednym domu. Dlatego mam wpojony szacunek do starszych osób i to żeby się trzymać się zawsze razem.

Agata wspomina zloty czarownic czyli spontaniczne posiadówki u babci. I opowiada o niezwykłej  siostrzanej więzi pomiędzy jej mamą a ciocią.  

– Jak myślę o sile kobiet, to myślę też o sile wynikającej z bycia razem. Tak jak moja mama i jej siostra czyli moja ciocia. Mają siebie i chociaż są tak różne, to jednak zawsze sobie pomagają. 

Bo to jest rodzaj rodzinnego kręgu kobiet, z którego czasem się wychodzi, ale zawsze się do niego wraca.

Agata opowiada, że mama i ciotka bardzo silnie związane są ze swoją matką. Babcia Agaty była księgową, po wojnie robiła maturę, uczyła się po nocach w łazience (mieszkały w pokoju z kuchnią wiec nie chciała przeszkadzać reszcie rodziny). Wszystko oczywiście ogarniała. Ich dzieciństwo było bardzo wesołe, pełne wybryków. Agata opowiada jak mama i ciocia zaprosiły do siebie do domu kilkanaście dzieciaków z podwórka  i urządziły konkurs skoków z szafy na łóżko. A ja widzę w uśmiechu Agaty zawadiackość i sama się uśmiecham do tych jej rodzinnych kobiecych opowieści. 

…. 

Siła Agaty tkwi jest w jej słabościach więc cały czas trzeba coś z tymi słabościami robić. Działać. Nie podawać się. Rodzice Agaty byli taternikami jaskiniowymi. Jej mąż też jest związany z górami, jest wspinaczem i górskim biegaczem. Agata w młodości również się wspinała i na pewno do tego wróci. Ale teraz jest mamą, która chce pomagać innym kobietom. Bo bycie mamą to mozolna wspinaczka a właśnie z potknięć i kryzysów rodzi się siła do zmiany. Agata dobrze to rozumie. 

„Bycie w naturze, wyjazdy w skałki, proste biwakowe życie wspinaczy nauczyło mnie czerpać radość taką zwyczajna, codzienną. Z dobrej kawy pitej w zimny poranek na plecaku pod skałami, z promieni słońca, które ogrzewają zmarznięte po nocy w namiocie ciało. Góry dają mi poczucie spokoju, wolności, harmonię i odpoczynek. Tam czerpię, żeby potem rozdawać J Kiedy tylko możemy całą rodziną uciekamy do naszego górskiego domu wybudowanego przez tatę. Kiedy to piszę siedzę właśnie w jego salonie i zerkam na zaśnieżony horyzont. Czasem chciałabym stąd nie wracać, bo tu nie dosięgają mnie żadne życiowe zakręty, ale po kilku dniach ładowania baterii przypominam sobie gdzie prowadzi moja droga i wracam do kobiet, które czekają na wsparcie. Istotne wydaje mi się jednak być to, że moja siła płynie właśnie stąd. I z miłości. 

Jestem doulą, właśnie dlatego, że ciągle mam w sercu tą wolność i siłę górskich kobiet”.

Peter Gizzi – DODAJ TO DO DOMU/GNIEW HOMERA (FRAGMENT 5)/OKO WIERSZA/„ZIMĄ SŁOŃCE MÓWI WALCZ”/ZDANIA W POLU SYNAPTYCZNYM :)

Dodaj to do domu*

Nie martwą naturę podatną na sztuczki,

lecz robotę pod opis zaworów

i kabli, co opasują ten pokój;

napięcie tu takie, że może zabić.

Któż w stęchłej szarzyźnie poranka 

pojmie tępą przypowieść pobudki,

łóżko, flaszkę, segregowaną przestrzeń,

w której się poruszamy. Pięknie byłoby powiedzieć,

parkiet pozuje w refleksach ognia,

węgle dogasają, a pokój

pomału się wyłania. A tu już dzień

napoczęty, mrok bielony przez zegar, 

obietnicę pracy, clorox,

telefon. Widzę cię w tej metaforze,

obok domu, w drzwiach, w samochodzie, kiedy ruszasz

na spotkanie słońca i po wielu godzinach

wracasz, plecami zwrócona do niego.

 

Gniew Homera (fragment 5)

Nasłuchuję życia, którego nie da się przeżyć

w żaden inny sposób.

Pomyśl tylko. Dźwięki trwają,

gdy wróble przechodzą zmianę

od ziemi po jajo. Od wiosny

po wiosnę. Może o to chodzi.

Molekularny świat

opada i wznosi się

wewnątrz jednej melodii.

Więc czemuż nie wolność?

Dzisiaj będziemy rozmawiać

o rządzie. 

Ważne, żeby pamiętać.

Wszystkie te rozsiane operacje

na odwrocie strony. Straty w ludziach.

Lud pracujący i prawo

do życia, ich dążenia,

ale nie samo szczęście,

nie zwycięstwa –

zwycięstwo w jego nieskończonej serii.

 

Oko wiersza

Idę ku niemu po krawędzi

odmieniony i okulały 

w ciągłej odmianie. Jest też

palnik gramatyki,

jej niepodległy płomień.

Być może zabrzmi to śmiesznie,

ale trzeba nam zebrać siły.

Trzeba nam będzie giętkości wierzby,

łopotu wiatrowskazów.

Będziemy potrzebować każdej cząstki

słonecznego wiatru, mocnych gogli.

Ten kanał jest śniegowy

i śnieży. Hej tam,

chciałeś gaz do dechy,

chciałeś pełnej mocy.

Bądź otwarty na przygodę.

Nareszcie przebudzenie

sprawia kompletną radość.

Bądź otwarty na ten nimb

wokół podwórkowej wizji,

na każdą segmentację aury

wśród aut na lewo i prawo od ciebie.

Wstępuję rdzeniem

i odurza mnie przejrzystość.

Z powietrza się biorę, a

pstrokate przypory

lśnią w tej próżni.

Odmieniam swoje życie.

Jakież parcie gna ten żwawy zwój.

Rwetes jakiż, wszystek

rurek i nakrętek dzwoni na ciebie.

Jasna plama nad dachem

śpiewa siebie na robocie.

„zimą słońce mówi walcz”

Zimą słońce mówi walcz.

Arktyczne erupcje mówią walcz.

Ten polarny świat jest płaski,

nawet jeśli głowa mówi mi,

że okrągły. Że niby

to coś dla mnie

znaczy, niby nic.

Przyrastałem raczej

w tych dniach

do płaszczyzn. Cóż zatem

o poranku

dla otuchy?

Raz widziałem miasto

Boga odbite

w dziwacznym cieniu rzuconym 

przez słońce. Obmyślałem

życie kompletne,

mocne, w szczęściu.

Teraz słońce mówi papieros

i w to mi graj. Kiedyś

promień rozdzwonił mi

izbę i na kolanach

szukałem okruchów.

Pamiętam dni i

noce i dni i

noce, dni, noce,

brudne, zawrotne.

Teraz mgła mówi kawa,

to cię przywróci.

Dokąd? Gdzie

tak naprawdę mieszkam z dala

od głowy, głęboko

w chemicznej zupie

genetycznej.

Walczę o miłość,

ale potrzebuję nowego boga.

Ten tu, porzucony,

już nie pasuje. Ja, chory

na gada w sobie,

obelżywość czasu,

jego pogiętą agonię.

Już kiedyś tak miałem.

Zdania w polu synaptycznym

Bo chciałem dźwięku / żeby

wbić się w dźwięk

Bo śnieg i krew / bo

wino i lustra / bo

elektrony / i elektryczność

Bo gruz / Bo strzaskana sztuka / nasze

szczęście powszechne / przyszłe

Bo póki są żołnierze / są

też poeci / bo dopóty poeci

dopóki most

Bo jakiś pokój chciałem zatrzymać w ciszy

Bo gruz rzednie w falę

Bo póki cząstki / ładunek / bo

niedowierzaniem / powinniśmy żyć

Bo te rzeczy które da się powiedzieć / aż

tajemnica przejdzie w elegię

Bo marzec przechodził w kwiecień / bo

dzień był / wymowny jak dzień

Bo co myślałeś / bo

co pogrzebałeś / bo

to kim jesteś

 

* Wiersze pochodzą z tomu Pieśni progowe opublikowanego przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu. Tłumaczenie Kacper Bartczak

Peter Gizzi (ur. 1959) – autor ośmiu tomów poetyckich, ostatnio: Archeophonics (finalista The National Book Award), In Defense of Nothing: Selected Poems 1987-2011, a także Treshold Songs. Dwie nowe książki ukażą się w 2020 roku: Now It’s Dark oraz Sky Burial: New & Selected Poems. Zdobywca Lavan Younger Poet Award, stypendysta The Rex Foundation, The Howard Foundation, The Foundation for Contemporary Arts, The John Simon Guggenheim Memorial Foundation. Dwukrotny stypendysta The Judith E. Wilson Visiting Fellowship. Pracuje na Uniwersytecie w Massachusetts, w Amherst.

 

Przekaz podprogowy :)

Peter Gizzi Dodaj to do domu. Z tomu Pieśni progowe

Przełożył Kacper Bartczak

 

Widzę cię w tej metaforze,

obok domu, w drzwiach,

w samochodzie, kiedy ruszasz

na spotkanie słońca

\ i po wielu godzinach

wracasz, plecami zwrócona do niego.

 

W jednym z wierszy tomu Pieśni progowe Peter Gizzi pisze: „Bo marzec przechodzi w kwiecień / bo dzień był  wymowny / jak dzień // Bo co myślałeś / bo co pogrzebałeś / bo to kim jesteś”. Przełożony przez Kacpra Bartczaka wiersz amerykańskiego poety, który miał odwiedzić tegoroczny Festiwalu Miłosza, tylko na pozór wydaje się wyliczanką stanu ducha, pozbawioną wyrazistego dopełnienia. Ten „nowy stan skupienia” – stan wyczekiwania w pandemicznym kolapsie – okazuje się właściwą kondycją indywidualnej percepcji świata. Rzeczywistość jawi się rozciągliwym oczekiwaniem na powrót tego, co o niej myśleliśmy, kim byliśmy. Tymczasem grzebiemy dawne przyzwyczajenia i życiowe rytuały, pogrążeni w chaotycznych próbach reorganizacji egzystencjalnych porządków. Mościmy się w globalnym bałaganie, w którym trwa pamięć czasu „sprzed” pandemii. „Nowa normalność” okazuje się liczmanem, który „odmraża” wielką studnię lęków, z jakiej dochodzą nas echa dobrze znanych, apokaliptycznych przepowiedni. Wydaje się, że jako ludzkość jesteśmy zawezwani do poważnej refleksji światopoglądowej. Świat i pogląd, dzięki wirusowi, dziwnie się ze sobą uzgadniają we wspólnym mianowniku lęku. O rzeczywistości coraz częściej opowiadamy w języku dużych kwantyfikatorów. W języku tym pojawia się, najpewniej nieunikniony, patos. Perspektywa globalna, ogólnoludzka zdaje się zasłaniać istnienie indywidualne. Śmiem jednak twierdzić, że jedynie perspektywa indywidualna stanowi właściwe źródło etyczności rozumianej jako odpowiedzialna i empatyczna  postawa wobec rzeczywistości. 

Poezja – ten uprzywilejowany i czuły język empatii – pozwala w sposób możliwie złożony opowiadać o realności doświadczenia. Wbrew szkolnym i społecznym kazuistykom, jest ona detektorem wewnętrznych poruszeń, jakie wzmaga w nas zmienna postać świata. Ta zmienność w wierszu Gizziego, okazuje się heraklitejskim przepływem czasu, odkształcającym wszelkie nasze, stabilne sądy i przekonania. Najściślej sugerowane w poincie wiersza pytanie o tożsamość tego, kto doświadcza ciągłego przepływu i zmienności świata, wybrzmiewa dziś w dwójnasób mocno. Rzucone w czeluść pandemicznego znieruchomienia istotnie uruchamia nowy stan skupienia zmysłów i – co ważniejsze – słów. Już dawno językowi komunikacji nie nadarzyła się podobna okazja na odświeżenie kodu wzajemnego porozumienia. Odnoszę wrażenie, że pewne słowa i konkretne pojęcia mogą wkrótce okazać się owymi portami zakotwiczeń dla naszych zwątpień. Tych słów i pojęć jeszcze nie znamy, ale niekoniecznie muszą to być słowa i znaczenia pochodzące ze słownika metafizycznego sceptycyzmu. Od bardzo dawna żyjemy w czasach „po Bogach”. Jesteśmy przyzwyczajeni do ontologicznych suchot, leczonych objawowo przez wirtualne obrazki pełne szczęśliwości, wyrażanej w różnych modelach udanego, sytego życia. A przecież prawdziwie udane może być życie rozumiane jako wyrzeczenie. Z paru znaczeń, które brzmią w słowie „wyrzeczenie”, dziś sens najgłębszy lokuje się w zrzeczeniu się egoizmu na rzecz empatii. Nowy stan egzystencjalnego skupienia w wierszu wyrzeka się narcystycznej maniery głoszenia jedyności cierpienia. To nie ja cierpię. Jestem tylko uczestnikiem cierpienia natury, istnień ode mnie odrębnych i niepodległych. Cierpienie jest mi darowane. Jest darem uważności na Innego – to pseudonim wszystkich istnień ożywionych. Ożywia mnie ponoszenie winy za cierpienia, które zadaję nie wyrzekając się ślepego instynktu podboju. Podbój chciałbym traktować jako każdą próbę ekspansji liczby pojedynczej w wierszu. Owszem, liczba pojedyncza powinna być w nim obecna, ale na prawach empatycznego prześwitu, kiedy chcę mówić „my” – wspólnota cierpienia. Tak rozumiem nowy stan skupienia etyki tego, jedynego, darowanego mi życia, o którym, jak sądzę, również traktuje początek wiersza „Zdania w polu synaptycznym” Petera Gizziego, z którego wzięły początek moje uwagi: „Bo chciałem dźwięku / żeby // wbić się w dźwięk // Bo śnieg i krew / bo / wino i lustro / bo / elektrony / i elektryczność // Bo gruz / Bo strzaskana sztuka / nasze // szczęście powszechne / przyszłe // Bo póki są żołnierze / są  / też poeci / bo dopóty poeci / dopóki most // Bo jakiś pokój chciałem zatrzymać w ciszy / Bo gruz rzednie w falę // Bo póki cząstki / ładunek / bo / niedowierzaniem / powinniśmy żyć // Bo te rzeczy które da się powiedzieć /aż // tajemnica przejdzie w elegię”. 

Przekaz tego wiersza jest podprogowy. Chociaż stoi na progu, czeka na gest gościnnej lektury tych, którzy pozostając w nowym stanie skupienia nie wyrzekają się jednak nadziei powszechnej, przyszłej, najlepiej czującej się w domu, który nigdy nie zamieni się w izolatorium. Jest otwarty jak wersy poezji Petera Gizziego i innych znakomitych gości tegorocznej, sieciowej edycji Festiwalu Miłosza. 

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję