Obywatelska edukacja podstawowa :)

Potrzebujemy zmiany formuły nauczania i zarządzania szkołami. W całej edukacji podstawowej nauczyciel nie powinien być specjalistą branżowym, a pedagogiem – tak jak jest w pierwszych trzech klasach. Powinniśmy zrezygnować z obecnego modelu nadzoru pedagogicznego.

Edukacja zdalna wprowadzona w okresie izolacji uwypukliła słabości polskiej szkoły. W połączeniu z chaosem ostatniej reformy wydaje się, że osiągnęliśmy masę krytyczną frustracji społecznych, która może dać zgodę na wprowadzenie polskiej edukacji na nowe tory. Zwiększone uczestnictwo rodzica w przerabianiu materiału musiało rodzić wiele pytań, po co jego dziecko ma zapamiętywać setki informacji, które, jak sam wie, nie są adekwatne dla jego życia. Czas przestać udawać, że w roku 2020 należy uczyć tego samego co 40 albo więcej lat wcześniej.

Nie ma jednej szkoły

Pomimo jednolitego systemu szkolnictwa, rzeczywiste doświadczenie uczniów jest bardzo różnorodne W roku szkolnym 2019/20 działa ok. 14,5 tysiąca szkół podstawowych. Ok. 256 tysięcy nauczycieli uczy ponad 3 miliony uczniów, mających ok. 6 milionów rodziców. Gdy zapytamy się każdego z nich o ocenę systemu edukacji, będziemy mieć miliony ocen. Każdy doświadcza innej szkoły, ma inne potrzeby i oczekiwania. Zbyt często popełniamy błąd nadmiernej generalizacji – na bazie jednostkowego doświadczenia wnioskujemy o problemach doświadczanych przez wszystkich. Nie mamy w Polsce do czynienia z jedna wersją szkoły. W ramach jednego systemu, mamy zarówno bardzo dobre jak i bardzo słabe szkoły, a w ich ramach różnych nauczycieli. Okres edukacji zdalnej uwydatnił różnice. Mówiąc o kierunkach zmian, musimy o tej praktycznej różnorodności pamiętać i wziąć pod uwagę.

Słabości, co do których jest zgoda

Trudno zatem o jedną, wspólną odpowiedz, jakie są bolączki polskiej szkoły. Możemy jednak mówić o dominującym podejściu. Większość uczniów odbiera szkołę jako nudną i nieadekwatną do ich potrzeb. Nie ma wątpliwości, że w podstawie programowej i podręcznikach mamy nadmiar wiedzy akademickiej, która dodatkowo jest wyraźnie rozczłonkowana na dyscypliny naukowe, tj. przedmioty. Brakuje jednocześnie rozwoju praktycznych umiejętności. System oceniania w większości szkół promuje indywidualne osiągnięcia w zapamiętaniu informacji ponad umiejętności współpracy. Najczęściej mamy rozmyte poczucie odpowiedzialności za jakość lekcji – z MEN określającym podstawę programową, odległym kuratorium z funkcją sporadycznego kontrolera, gminą jako instytucją dbająca tylko o infrastrukturę, dyrekcją, która nic nie może i pozostawionym de facto samemu sobie nauczycielem.

Do tego edukacja cierpi, z tym samych powodów, co inne usługi publiczne. Po pierwsze, ograniczane wydatki i nieefektywna ich alokacja prowadzi do ograniczania jakości. Jako, że większość kosztów to koszty osobowe a sytuacja trwa długo, to doszliśmy do sytuacji niedoboru nauczycieli i negatywnej selekcji. Negatywne skutki przynosi oczekiwanie, że dla pracujących w sektorze publicznym ważniejsza ma być względna stabilizacja, a nie konkurencyjne zarobki. Po drugie, mamy większą wiarę w zapis prawny niż koncentrację na sprawnej egzekucji. Stąd też niektóre regulacje są zbyt szczegółowe, ograniczając miejsce na pomysłowość nauczycieli. Po trzecie, brakuje ciągłości w działaniach i zamiast stopniowo poprawiać, to decydenci wprowadzają duże zmiany. Nie przypisuje się wartości w zachowaniu ciągłości.

Cel

Różnorodność spojrzeń na szkołę podstawową zaczyna się od różnorodności celów stawianych szkole, czyli inaczej – po co dzieci mają do szkoły chodzić. Nie mamy jednej odpowiedzi w społeczeństwie. A gdy już jakaś odpowiedź pada, to często jest niespójna i niekonsekwentna. Także w programach partii politycznych. Jednocześnie, choć mieliśmy do czynienia z reformami o radykalnie odmiennych podłożach ideologicznych, to niezmiennie oczekuje się, że uczeń piątej klasy potrafi przedstawić cechy morfologiczne roślin nago- i okrytonasiennych (i zna wiele innych nieprzydatnych informacji), a cała edukacja podstawowa zawiera tysiące informacji, o których dorosły, nawet aktywny intelektualnie i zawodowo człowiek nie ma pojęcia. Jakbyśmy chcieli przygotować wszystkich do kariery naukowej.

Bez ustalenia celu, nawet jako minimalnego wspólnego mianownika, nie uda się nam osiągnąć zgody co do sposobu funkcjonowania szkoły. Poza indywidualną korzyścią edukacji, istnieje jednak dodatkowo interes państwa. Jeśli nadajemy publiczny charakter edukacji, to nie tylko dlatego, że będzie taki system bardziej efektywny kosztowo, ale przede wszystkim, że chcemy osiągnąć korzyści grupowe.

Zasadnicze dwa cele edukacji podstawowej sformułowałbym następująco:

  1. kształtowanie postaw obywatelskich,
  2. przekazanie podstaw użytecznej wiedzy o świecie i nauczenie stosowania narzędzi rozwoju swoich umiejętności.

 

Wdrożenie celu pierwszego oznacza cały zestaw aktywności, który promuje właściwe podejście do grupy – poczucia wspólnoty z innymi, umiejętności współdziałania i wiary, że można wspólnie osiągać coś dobrego z korzyścią dla wszystkich. Ale także posiada wiedzę, jak działa państwo i jak się w nim obracać. Cel drugi oznacza konieczność weryfikacji zakresu przekazywanej wiedzy przez pryzmat użyteczności w życiu dorosłego człowieka.

Z tak postawionych oczekiwań wobec systemu wiele wynika. Z pewnością nie potrzebujemy systemu oceniania i rywalizacji między uczniami. Każdy nauczyciel powinien być w stanie wyjaśnić materiał, gdyż materiał obejmuje podstawowe zagadnienia, które każdy dorosły musi znać. Omawiana tematyka w szkole podstawowej musi obejmować aspekty psychologii, socjologii, ale także dawać przestrzeń na dyskusje o sprawach bieżących. Dużo więcej powinno być praktycznych zajęć.

Przestalibyśmy także udawać, że szkoła może zastępować braki wyniesione z domu rodzinnego – systemy wsparcia i wyrównywania szans mogą działać równolegle, ale nie mogą definiować sposobu działania szkoły. Czyli, jeśli rodzice sobie nie radzą i nie chcą współpracować nad ogarnianiem krnąbrnego dziecka to nie musi dziecko chodzić do szkoły. Dziś kończy się to na barkach nauczyciela i z negatywnymi konsekwencjami dla całej klasy.

Najważniejszy jest nauczyciel

Z perspektywy systemu edukacji najważniejszym elementem jest nauczyciel. Edukacja, którą można zarządzać odbywa się przede wszystkim w relacji nauczyciel-uczeń. Relacje rodzic-uczeń zostawiamy sprawom rodzinnym. Relacją uczeń-uczeń trudno zarządzać systemowo.

Dobry nauczyciel zniweluje słabości systemu czy programu. Słaby nauczyciel nie osiągnie sukcesu z najlepszym materiałem edukacyjnym. Ale co najważniejsze, to na tym najniższym poziomie możliwe są bieżące korekty i dopasowanie do potrzeb uczniów i ich lokalnej specyfiki. Dlatego powinniśmy jak najwięcej decyzji zostawić w rękach nauczyciela, a w regulacjach określać najważniejsze jedyne elementy. Zgodnie z zasadą pomocniczości stosowaną w zarządzaniu państwem.

Stawiając nauczyciela w centrum, wszystkie inne instytucje mają go przede wszystkim wspierać. Dziś rola kuratorium sprowadza się przede wszystkim do kontroli i jest to kolejne źródło braku efektywności.

Konieczna zmiana formuły nauczania

Tak wzmocniony decyzyjnie nauczyciel w edukacji podstawowej mniej powinien być ekspertem przedmiotowym, a więcej pedagogiem-trenerem. Cała edukacja podstawowa powinna być realizowana w modelu edukacji wczesnoszkolnej – by zajęcia w starszych klasach nie były prowadzone przez jednego nauczyciela przedmiotowego, ale wspólnotę pedagogów i trenerów. Wspólne prowadzenie zajęć (w duecie) zwiększyłoby ich interdyscyplinarność.

Powinniśmy odejść do przedmiotów zgodnych z dyscyplinami naukowymi a podejść od potrzeb człowieka. Ani historia literatury ani teoria gramatyki nie jest koniecznym elementem edukacji podstawowej. Za to potrzebujemy zajęć z komunikacji. Gdy przykładowo tak podejdziemy do tematu, to i przekazywana wiedza będzie praktyczna oraz większe zainteresowanie uczniów. Zaczniemy mówić o tym, jak poprawnie się wypowiadać i pisać i z tego punktu sięgać do zasad gramatycznych. Tak samo szóstoklasista nie musi znać klasyfikacji roślin i zwierząt – ale zajęcia ze zdrowia oraz ekologii byłyby już bardzo potrzebne. Wiem, że część zagadnień jest już w polskich szkołach omawiana – ale chodzi o to, by zmienić systemowo perspektywę. Innymi słowy, nie potrzebujemy zajęć z biologii – ale potrzebujemy zajęć z profilaktyki zdrowia. Nie potrzebujemy tysięcy dat historycznych – ale pogadanek o władzy jednych nad innymi.

Wówczas będziemy mogli wyrzucić spory zakres wiedzy encyklopedycznej. Przykłady można mnożyć dla każdego przedmiotu – selekcja treści następowałaby pod kątem ustalonego celu edukacji. Centralne minimum programowe przechodziłoby weryfikacje przez liderów z różnych obszarów życia. Nie na zasadzie ich życzenia, co dzieci powinny wiedzieć, ale przede wszystkim na bazie testów, którym by sami by byli poddani. Jeśli osoby osiągające sukcesy w różnych dziedzinach nie znaliby odpowiedzi, oznaczałoby to, że wiedza nie należy do wiedzy podstawowej.

Docelowo materiał przekazywany podczas zajęć powinien ramowo rozkładać się: max 50% czasu centralnie ustalone minimum, 30% ustalone przez nauczyciela w dopasowaniu do potrzeb uczniów, a pozostały czas na tematy bieżące i ustalone wspólnie z rodzicami. Nauczyciel miałby dostęp do bazy materiałów edukacyjnych, z których mógłby wybierać wedle lokalnej specyfiki, tak by treści były adekwatne dla dzieci. Modułowość materiału pozwoli na sprawną weryfikację zakresów co najmniej raz w roku.

Każdy uczeń miałby nauczyciela prowadzącego. Takie rozwiązanie dawałoby szanse, by uczniów z rocznika nie dzielić na klasy, ale elastycznie tworzyć grupy zajęciowe lub osobowościowe w ramach zajęć obowiązkowych. Nauczyciele mogliby omawiać materiał wedle preferencji sposobu uczenia się przez uczniów, ich stylów uczenia się. A uczniowie mogliby doświadczać różnych stylów nauczania.

W toku całej edukacji podstawowej powinniśmy odejść od oceniania. Jeśli przyjmujemy, że uczymy tylko wiedzy podstawowej to jedynym efektem sprawdzianów, powinna być informacja o tym, jakiego materiału uczeń jeszcze nie opanował. A następnie, by pomóc mu materiał opanować, a nie spieszyć z kolejną dawką informacji. Innymi słowy – po klasówce uczeń wiedziałby „czy już, czy jeszcze nie”. Zadaniem szkoły ma bowiem być nauczenie, a nie wystawienie oceny. Brak ocen zmieniłby też percepcję, że celem chodzenia do szkoły jest uzyskanie indywidualnie wiedzy.

Praktyczność przekazywanej wiedzy oznaczałoby rozszerzenie tematyki zajęć o elementy psychologii, metod uczenia się po praktyczne aspekty – jakie są metody trzymania porządku w domu czy gotowanie. Oczywiście nie chodzi, by mieli wykład z psychologii, ale by była przykładowo rozmowa, dlaczego ludzie się od siebie różnią w sposobie reakcji na takie samem bodźce. Możliwość zastosowania wiedzy zwiększy zaangażowanie uczniów.

Realizacja pierwszego celu edukacji powinna być dokonana swoje dedykowane zajęcia z wiedzy obywatelskiej, ale także być codziennym elementem życia szkoły. Uczniowie realizowaliby wspólnie projekty zmiany swojego otoczenia i poznawaliby, jak władze miasta zmieniają ich okolice. Odeszlibyśmy od pseudopatriotycznych, nudnych zgromadzeń do zdarzeń, w których uczniowie widzieliby dla siebie sens. Codziennością powinna być zmiana ustawienia ławek – choć decyzja należałaby do nauczyciela, to warto promować ustawienie ławek w okręgu, by promować dyskusję.

Oczywiście realna zmiana nie nastąpi, jeśli nie zmienimy zakresu egzaminu końcowego. Przy ograniczeniu minimum programowego, byłoby więcej miejsca na testowanie kwalifikacji, a nie ilości zapamiętanego materiału z lekcji. Wynik powinien pokazywać, jakie umiejętności uczeń opanował w większym, a jakie w mniejszym stopniu – nie powinien prowadzić do rankingów.

Zmiana systemu zarządzania i nadzoru

System zarządzania edukacją powinien odejść od wiary w centralne zarządzanie i nadzór, w kierunku zaufania do nauczyciela. Wielokrotnie wdrażałem takie zmiany w organizacjach i wiem, że tylko takie podejście rozbudzi potencjał nauczycieli. Obecnie za mało jest poczucia odpowiedzialności i sprawczości na poziomie szkoły.

Dzisiaj nauczyciel jest najczęściej samotny. W radzeniu sobie z uczniami oczekuje się, że sam to ogarnie. To prowadzi do wypalenia zawodowego i ograniczonego rozwoju kompetencji.

Dlatego powinna być ściślejsza współpraca między nauczycielami – każda grupa uczniów miałaby nauczyciela prowadzącego jak dziś wychowawcę, ale konieczność wspólnego prowadzenia zajęć i planowania treści pozwoliłaby na większą poziomą wymianę doświadczeń i pomysłów.

Jednocześnie rozszerzeniu uległyby kompetencji dyrekcji szkoły. Powinna ona przyjąć rzeczywistą rolę szefa zespołu nauczycieli, a nie tylko administracyjną. Zadaniem dyrekcji byłoby to co w firmach jest zadaniem dobrego menedżera – budowa poczucia zespołowości i dbanie o rozwój kompetencji pracowników. Na poziomie szkoły odbywałyby się decyzje jak organizować lekcje i przerwy. Na poziomie szkoły powinny być zdecydowanie więcej kompetencji decyzyjnych co do przebiegu nauki i zasad pracy nauczycieli. Dyrekcja odpowiadałaby za budowę wspólnoty uczniów i rodziców i miałaby ku temu wszystkie narzędzia – połączono by na jej poziomie nadzór pedagogiczny i służbowy.

To właśnie decentralizacja pozwoliła także na identyfikację słabości i szybkie wdrażanie programów poprawy. W przypadku sygnału od ucznia lub jego rodziców, bądź definicji problemu przez nauczyciela, wspólnota nauczycieli i dyrekcji mogłaby reagować. I musiałaby, bo by nie było opcji przerzucania odpowiedzialności na inne organy.

Za decentralizacją powinno iść zróżnicowanie zarobków nauczycieli, adekwatne do różnych kosztów życia w różnych regionach. Subwencja z budżetu centralnego powinna to uwzględniać. Specjalne regulacje, takie jak Karta nauczyciela powinny ograniczać się do prawnego ustalenia statusu nauczyciela, ale pozwalać na poziomie szkoły na pewną elastyczność.

Kuratoria w obecnej formie zostałyby zlikwidowane. Na poziomie gminy powstałaby centra wsparcia szkół i nauczycieli. MEN odpowiadałby ze minimum programowe, prowadzenie bazy materiałów szkoleniowych i koordynację działań gmin w zakresie rozwoju kompetencji nauczycieli i dyrektorów szkół.

Długość edukacji podstawowej powinien zależeć od ilości ustalonego podstawowego zakresu wiedzy
i umiejętności. I zgody co do okresu dojrzałości uczniów, by przejść w inną formułę nauczania. Szkoła kolejnego stopnia nie byłaby bardziej szczegółową powtórką materiału z szkoły podstawowej. Ona sama również powinna przeformułować swoją podstawę programową.

Zmiana jest możliwa

Historia polskich zmian wyraźnie pokazuje, że można poprawić efektywność obszarów publicznych. Zmiana nie powinna być centralnie opisana ze wszystkimi szczegółami – wiele rozwiązań będzie oczywistych na poziomie szkoły i szkoła powinna je swobodnie móc stosować.

Wdrażanie zmian powinno się odbywać we współdziałaniu z samorządami i organizacjami nauczycieli. W pierwszych krokach nastąpić powinno wykreślenie nieużytecznych zakresów z podstawy programowej, uruchomienie bazy materiałów edukacyjnych w nowych obszarach, wprowadzenie zróżnicowania zarobków nauczycieli w zależności od kosztów życia w gminie oraz przekazania kompetencji kuratoriów na dyrektora szkoły. To działania nie wymagające dużych nakładów, a właściwie by alokowały uprawnienia decyzyjne na niższy szczebel.

Dojście do punktu docelowego byłoby rozłożone na etapy, wraz ze stopniowym rozwojem kompetencji nauczycieli w kierunku wieloprzedmiotowości.

Powinniśmy ponieść ten wysiłek. Alternatywnie pozostaje nam zamknąć szkolnictwo publiczne i oddać sprawy w ręce podmiotów niepublicznych.

 

Zajęcia dodatkowe redukują nauczyciela przedszkolnego do opiekunki :)

Zajęcia dodatkowe redukują nauczyciela przedszkolnego do opiekunki, a już na tym etapie powinien służyć jako wzór człowieka wszechstronnego

Nie wiem, czy Wy też to obserwujecie, ale zauważam, że przedszkola coraz częściej poprzez ofertę edukacyjną skierowaną do rodziców zapośredniczają między rodzicami a instruktorami rozmaitych zajęć, które są oczywiście dodatkowe i oczywiście płatne. Natychmiast nasuwa się pytanie: To co umieją nauczycielki przedszkolne i po co one tam są? Oczywiście jakaś część z nich potrafi nauczyć wielu rzeczy, m.in. tańczyć w rytmie, śpiewać, malować, rysować, grać w piłkę, a nie tylko zapewnić opiekę z pakietem higienicznym włącznie. Jednak coraz częściej dzieje się tak, że albo sami nauczyciele przedszkolni nie są wszechstronnie uzdolnieni – co jest w ogóle jakimś ogólnym trendem – albo przedszkola same redukują rolę przedszkolanki do kogoś, kto pełni funkcję głównie opiekunki. Owa redukcja odbywa się także przez samych rodziców, którzy chętnie wyślą swoje dziecko na dodatkowe zajęcia i chętnie też za to zapłacą.

Tymczasem jest taki kierunek, jak pedagogika wczesnoszkolna, np. na Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Pedagogicznym przy ul. Mokotowskiej w Warszawie, przy Pl. Zbawiciela. Oprócz zajęć m.in. z filozofii, propedeutyki, andragogiki, antropologii, socjologii, etyki, psychologii, w tym klinicznej, teorii i historii wychowania, biomedycyny, pedagogiki międzykulturowej i dydaktyki, są także zajęcia z edukacji sportowej, matematycznej, przyrodniczej, muzycznej, plastycznej czy językowej. Zajęć od groma i ciut ciut. Ktoś po takich studiach ma duże pojęcie o tym, czym jest ideał, czym jest wychowanie i edukacja, i ma rozwinięte kompetencje m.in. w kierunku nauczyciela przedszkolnego i wczesnoszkolnego. Ktoś, kto nie skończył takich studiów aż takiego pojęcia i kompetencji nie ma. Chyba że jest bardzo refleksyjny i ma ogromne doświadczenie w pracy z małymi dziećmi i jakąś z tego mądrość posiadł/a. Lecz coraz częściej jest tak, że nie ma ani wykształcenia kierunkowego, ani doświadczenia. A bywa, że i pasji, i namysłu brak.

Od jakiegoś momentu gubimy ideał człowieka wszechstronnego. Nie wiem, czy stało się to wtedy, gdy specjalizacja zaczęła królować, a nie wszechstronność, gdy zaczęły królować punkty, a nie wrażliwość, faktyczna wiedza i umiejętności; czy może wynika to ze zmian technologicznych i w sposobie, w jaki nabywa się wiedzę; a może wynika to z orientacji na zysku, mającej przecież miejsce na masową skalę? A może dlatego, że przez to wszystko razem – i coś jeszcze – tracimy z horyzontu ideał wszechstronności, czyli taki wzorzec, do którego warto dążyć. A straciliśmy ten ideał, bo straciliśmy wiarę w ideały dotyczące człowieka. Mówimy wiele o ekologii i o tolerancji, o konstytucji i sprawiedliwości, ale czy w tym wszystkim mówimy o człowieku i czy patrzymy przez człowieka? Czy mówimy o ideale człowieka i człowieczeństwa, czy dziś jest nam to wszystko jedno?

Wracając do oferty edukacyjnej przedszkoli i szkół życzyłabym sobie, by nauczyciele przedszkolni umieli nauczyć dzieci malować, rysować, gimnastykować się, grać w piłkę, tańczyć w rytmie i śpiewać. By nie trzeba było angażować jakichś dodatkowych instruktorów do tych zajęć i płacić za nie. By prestiż przedszkola nie opierał się na tym, ile zajęć dodatkowych i płatnych placówka oferuje, tylko na kadrze wspaniałych nauczycieli.

Którzy są dobrze opłacani. I tu – ktoś powie – leży pies pogrzebany. Niska płaca, słaba praca. Ale moim zdaniem to jest sprzężenie zwrotne. Wspaniali, wszechstronni nauczyciele powinni domagać się większych pensji, a społeczeństwo powinno ich w tym wspierać. Należy tez wymagać większego poziomu nauczycieli, ale jednocześnie należy ich wspierać w dążeniach do lepszych zarobków, np. podczas strajków czy debat politycznych. Gdy słyszę, że ktoś wklepuje dane do Excela i do tego jest bez żadnego wykształcenia, a zarabia 3-4 tysiące miesięcznie, to myślę sobie, że chyba coś tu jest głęboko nie tak. Gdy słyszę, że kolejny programista, który wytwarza kolejne ułatwienia dla wytworzenia kolejnego człowieka jednowymiarowego, zarabia 20 tysi na miesiąc, to myślę sobie, że coś tu się chyba spierdoliło. Że to jest po prostu niemoralne, by w tej sytuacji zarobki nauczycieli były tak żenująco niskie.

Ok, szkoła wymaga zmian – to nie ulega wątpliwościom. Jeśli chcemy wspierać nauczycieli, to warto też wiedzieć jaką chcemy wspierać szkołę. Ale szkoła wymaga zmian dokonanych przez ludzi, którzy się na tym znają (np. skończyli wymienione przeze mnie wyżej studia kierunkowe), a nie przez całe społeczeństwo. Gdy pomyślę o tym, że kolejni wyprodukowani przez system administratorzy, programiści, bankierzy czy marketingowcy mieliby wpływać na kształt szkoły, to aż się wzdrygam. Choć w jakimś sensie to już się dzieje. Choćby poprzez społeczną akceptację diametralnych różnic w płacach między zawodami skrojonymi pod produkt, a tymi zawodami, które są naprawdę skoncentrowane na człowieku.

Mam głębokie przekonanie, że warto wrócić do namysłu nad tym, czym jest ideał człowieka, a także skierować nasze wspólne i indywidualne działania w stronę wykształcenia człowieka wszechstronnego. Szczególnie dziś – w dobie zajeżdzającej nas technologii i polaryzacji w społeczeństwach – potrzebujemy tego jeszcze bardziej.

Państwo świeckie i jego wrogowie :)

Różnica między państwem świeckim a wyznaniowym nie jest tak łatwa do określenia, jakby się wydawało na pierwszy rzut oka. Państwem świeckim nazywa się zwykle państwo, w którym zasady religii nie przekładają się na struktury państwowe. W państwie wyznaniowym zaś cechy struktur państwowych wynikają wprost z zasad danej religii. Sprawa nie jest jednak tak prosta, bo we współczesnym świecie tylko nieliczne państwa można uznać za w pełni świeckie lub w pełni wyznaniowe. Co na przykład można powiedzieć o Wielkiej Brytanii, która oficjalnie jest państwem wyznaniowym, ponieważ głową Kościoła anglikańskiego jest monarcha, ale nie oznacza to jakiegokolwiek wpływu religii na struktury państwa i sposób życia obywateli. Podobnie jest w państwach skandynawskich, gdzie religia protestancka ma status religii państwowej. Z kolei Stany Zjednoczone są państwem oficjalnie świeckim, w którym konstytucja gwarantuje obywatelom wolność wyznania, ale jednocześnie prezydent i inni wysocy urzędnicy państwowi składają przysięgę na Biblię, w niektórych szkołach z woli rodziców zamiast naukowej teorii ewolucji Darwina, wykładany jest kreacjonizm, czyli biblijna koncepcja stworzenia świata przez Boga, a ludzie, którzy otwarcie deklarują ateizm mają zamkniętą drogę do wysokich funkcji państwowych.

Te niejasności dotyczące charakteru państwa są przedmiotem licznych sporów między środowiskami ludzi wierzących i niewierzących. Zwykle ci pierwsi skłonni są sądzić, że rozmaite przejawy inspiracji religijnej w funkcjonowaniu państwa nie podważają jego świeckości. Ci drudzy w inspiracjach tych dostrzegają typowe cechy państwa wyznaniowego. Charakterystyczny jest argument wysuwany często przez przedstawicieli Kościoła katolickiego w Polsce. Otóż państwem wyznaniowym jest dla nich sytuacja, gdy główne funkcje we władzach państwa sprawują duchowni, jak na przykład w Iranie. Iran jest jednak przypadkiem szczególnym państwa wyznaniowego, zwanym teokracją. Sprowadzanie państwa wyznaniowego do teokracji oznaczałoby, że nawet daleko idące ingerencje władz kościelnych w funkcjonowanie państwa nie naruszałyby jego statusu państwa świeckiego.

Czy takie definicyjne przeciąganie liny cokolwiek daje zarówno teistom, jak i ateistom, jeśli pominie się oczywisty interes Kościoła instytucjonalnego? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zastanowić się na czym polega istota państwa świeckiego i jakie racje moralne za nim stoją. Przede wszystkim należy uspokoić tych, którzy obawiają się, że państwo świeckie walczy z religią. Takie obawy mogą mieć ci, którzy posługują się przykładem Związku Radzieckiego i wielu innych państw komunistycznych, gdzie ogłoszenie świeckości państwa zostało połączone z polityką oficjalnej ateizacji. Należy jednak mieć wątpliwość czy państwo zwalczające religię jest państwem świeckim, czy raczej wyznaniowym a rebours. Państwo świeckie nie walczy z religią, tylko eliminuje ją ze sfery publicznej. Religia, związana z nią wiara i uczucia należą bowiem do sfery prywatnej i tylko w niej powinny pozostać. Światopogląd jest prywatną sprawą poszczególnych ludzi. Może on mieć wpływ na system ich wartości, życiowe wybory i priorytety, sposób i styl życia. Państwo demokratyczne nie może w żaden sposób narzucać obywatelom określonego światopoglądu. Organizacja życia społecznego, sposób funkcjonowania państwa i przyjęte reguły współżycia ludzi muszą być z jednej strony wolne od jakiejkolwiek inspiracji światopoglądowej, a zarazem nie mogą nikomu zabraniać żyć według wyznawanego światopoglądu. Istotą państwa świeckiego jest konsekwentny i absolutny rozdział sfery prywatnej od sfery publicznej. Ten rozdział służyć ma pogodzeniu dwóch rodzajów wolności obywateli, a mianowicie wolności do religii i wolności od religii. Dlatego w przeciwieństwie do sfery wolności osobistej sfera publiczna musi być całkowicie neutralna. Na gruncie sfery publicznej osobiste wartości i przekonania są równoprawne, a wynikające z nich postawy i działania podlegają ocenie według kryteriów pozbawionych ideologicznych podstaw. W ocenach tych decydować powinien pragmatyzm i wzgląd na prawa człowieka.

Jedynie brak przenikania się sfery prywatnej i publicznej gwarantuje pokój społeczny, brak konfliktów na tle światopoglądowym. Każdy ma prawo wierzyć w cokolwiek i nie wierzyć w nic, i nie czuć się z tego powodu kimś lepszym lub gorszym. Również Kościół instytucjonalny ma w państwie świeckim pełną możliwość realizowania swojej misji. Czy ludziom wierzącym potrzebne jest to, aby ich zasady religijne obowiązywały także niewierzących? Czy Kościół instytucjonalny jest tak niepewny swojego autorytetu, że musi liczyć na państwowe rygory? Czy katolikowi nie wystarcza, że może mieć krzyż przy sobie, ale musi go koniecznie widzieć w miejscach publicznych? Dlaczego więc państwo świeckie budzi taki sprzeciw wśród większości kleru i w środowisku fundamentalistów religijnych?

Powód, dla którego mamy do czynienia z presją, aby państwu formalnie świeckiemu nadawać cechy państwa wyznaniowego może być tylko jeden. W dążeniach tych chodzi o dominację i triumfalizm. Nie o to, by pokojowo współżyć z niewierzącymi, ale o to, by ich zdominować i upokorzyć. Krzyż i inne symbole religijne mają zawłaszczyć przestrzeń publiczną, a nie prywatną, mają być znakiem zwycięstwa teistycznego światopoglądu. Wolność do religii jest w tym wypadku rozumiana jako zniewolenie niewierzących i zepchnięcie ich do drugiej kategorii obywateli. Żadnym usprawiedliwieniem nie może być często podnoszony argument, że w Polsce ludzie wierzący stanowią przytłaczającą większość. W demokracji liberalnej nie może być dyktatu większości nad mniejszością, jeśli chodzi o prawa podstawowe.

Są trzy obszary wrażliwe, w których państwo, oficjalnie świeckie, ulega presji instytucjonalnego Kościoła i fundamentalistów religijnych. Są to: edukacja, prawo i kultura społeczna. Skutki tej presji są bardzo widoczne w Polsce po uzyskaniu niepodległości w 1989 roku. Ta presja stawia pod znakiem zapytania konstytucyjny zapis o świeckości państwa. Sytuacja ta jest z jednej strony spowodowana silną pozycją Kościoła katolickiego w polskim społeczeństwie, którą on zawdzięcza swojej roli opozycyjnej w czasach władzy komunistycznej oraz – oczywiście – pontyfikatowi Jana Pawła II. Natomiast z drugiej strony jest to skutek braku zrozumienia istoty zmian kulturowych w krajach zachodnich, których celem jest społeczny egalitaryzm i obrona praw człowieka, a nie dążenie do wykorzenienia religii w społeczeństwie. Prawo do jej wyznawania jest bowiem jednym z podstawowych praw człowieka, na równi z prawem do jej niewyznawania. Ten brak zrozumienia dla procesów sekularyzacji, potęgowany uporczywą propagandą polskiego Kościoła na temat tragicznych skutków społecznych owych procesów, sprawia że od początku transformacji ustrojowej kolejne rządy, zarówno prawicowe, jak i lewicowe czy liberalne były nastawione na daleko idące ustępstwa wobec żądań Kościoła i przejawiały uległość, a nawet lęk przed kościelnymi dostojnikami.

W obszarze edukacji zasadniczym wyłomem od zasad państwa świeckiego było wprowadzenie lekcji religii do szkół publicznych. Zrównanie religii z innymi przedmiotami oznaczało zrównanie prawd wiary z prawdami naukowymi, co we współczesnej szkole nie powinno mieć miejsca. To na skutek tego ktoś może szukać w Biblii odpowiedzi na dręczące problemy współczesności i – jak ten pracownik Ikei – uznać, że ludzi LGBT należy wykluczyć ze społeczeństwa, zamiast wspierać ich dążenia emancypacyjne. Za swoje stanowisko wyrażone publicznie, a będące oczywistym wyrazem mowy nienawiści, został usunięty z pracy. Prokuratura Ziobry postawiła jednak w stan oskarżenia nie jego, a jego przełożoną. Jaką wiedzę uzyskują uczniowie, karmieni na lekcjach religii baśniami i podaniami o stworzeniu świata, o dzielnym Noe, który uratował ludzi i kilka gatunków zwierząt przed zagładą, o licznych cudach i znakach z Nieba, o życiu wiecznym wreszcie?

Lekcje religii nie są obowiązkowe, bo można zamiast nich wybrać etykę. Tyle tylko, że nauczycieli etyki brakuje, a katechetów jest pod dostatkiem. W dodatku szkoły, zachęcane przez kuratoria, robią wszystko żeby utrudnić życie uczniom rezygnującym z lekcji religii. Lekcje te, które początkowo miały być na początku lub na końcu dziennych zajęć, umieszcza się w planach w ich środku. Przedmiot religii został ponadto nobilitowany do rangi przedmiotu maturalnego.

Tak bardzo zalecana przez psychologów rozwojowych edukacja seksualne została szybko spacyfikowana. Edukatorów seksualnych w szkołach wyparli bowiem aktywiści Ordo Iuris i Pro Life, wspomagani przez państwową władzę. Przedmiot „wychowanie w rodzinie” nie realizuje celów edukacji seksualnej, ale jest za to akceptowany przez Kościół. Ostateczny cios edukacji seksualnej został zadany przez rząd Zjednoczonej Prawicy, który w całości odrzucił instrukcję WHO, jako zmierzającą do seksualizacji dzieci. Ciemnota ma okazać się lepszym zabezpieczeniem dzieci przed pedofilami i niepożądanymi ciążami niż oświata. Dodać jeszcze należy zdecydowany sprzeciw rządu Zjednoczonej Prawicy wobec obchodów święta Halloween czy „tęczowym piątkom” , urządzanym w niektórych szkołach w akcie poparcia dla koleżanek i kolegów LGBT, jako sprzecznych z katolicką tradycją. W przeciwieństwie do tego, notorycznie naruszana jest zasada oddzielania w szkołach publicznych świeckiej inauguracji roku od mszy inauguracyjnej. Szkoły idą także na rękę Kościołowi, zwalniając uczniów z zajęć na czas rekolekcji.

Obszar stanowienia prawa jest przedmiotem szczególnej aktywności przeciwników państwa świeckiego. Podstawowy argument, którym się posługują, jest taki, że prawo naturalne, co w ich przekonaniu oznacza prawo wynikające z zasad i przykazań religijnych, jest ważniejsze od prawa stanowionego. To ostatnie powinno zatem wynikać z tego pierwszego. Na tej podstawie Kościół katolicki domaga się prawnego zakazu aborcji. Ustawa antyaborcyjna z 1993 roku w znacznym stopniu wychodzi naprzeciw temu żądaniu, bo uznaje, że płód jest człowiekiem. Zarazem jednak dopuszcza przerwanie ciąży w przypadku zagrożenia zdrowia i życia kobiety, ciężkiego uszkodzenia płodu oraz pochodzenia ciąży z przestępstwa. Właśnie te wyjątki są powodem uporczywego atakowania tej ustawy przez katolickich fundamentalistów. Ataki te sprawiają, że w obawie przed kłopotliwymi reakcjami przeciwników aborcji w wielu szpitalach odmawia się kobietom przerwania ciąży również wtedy, gdy istnieją prawne podstawy dla takiego zabiegu. Pod naciskiem Kościoła rząd wstrzymał finansowanie zabiegów in vitro oraz znakomicie utrudnił kobietom korzystanie z środków wczesnoporonnych.

Z powodu stanowiska Kościoła pozostaje nieuregulowana sprawa związków partnerskich, nie wspominając już o małżeństwach homoseksualnych. Zjednoczona Prawica i Kościół katolicki idą ręka w rękę w zwalczaniu dążeń środowiska LGBT, domagającego się równych praw z osobami heteroseksualnymi. Oczywista dyskryminacja kamuflowana jest bzdurnym wyjaśnieniem, że nie chodzi o walkę z ludźmi, tylko z ideologią LGBT cokolwiek miałoby to znaczyć. Ostatnio fundamentalistyczna organizacja „Życie i Rodzina”, przy współpracy Kościoła, zbiera podpisy wśród wiernych na parafiach za poparciem ustawy „Stop LGBT”. Konwencja stambulska o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie nie spodobała się Ministrowi Sprawiedliwości tylko dlatego, że wśród przyczyn przemocy wymieniono tam również wpływy religijne.

Trzeba wreszcie zwrócić uwagę na dezorganizujące życie społeczne skutki tzw. klauzuli sumienia. Jest to wyraźne wprowadzenie do sfery publicznej elementu światopoglądowego, który utrudnia obywatelom korzystanie z prawa do określonej usługi. Lekarz, który z powodów światopoglądowych odmawia pacjentowi wykonania zabiegu, do którego ów pacjent ma prawo, przestaje być profesjonalistą. Sytuacja jest tym groźniejsza, że również przedstawiciele innych zawodów zaczynają rościć sobie prawo do wybiórczej obsługi klientów z powodów światopoglądowych. Powszechnie znana jest sprawa łódzkiego drukarza, który zasłaniając się klauzulą sumienia odmówił druku plakatu  organizacji LGBT. Sąd uznał jego winę, ale zaprzyjaźniony z Ordo Iuris minister Ziobro konsekwentnie odwoływał się od tego wyroku, aż do jego kasacji.

Wreszcie w obszarze kultury społecznej tendencje do państwa wyznaniowego wynikają z głęboko zakorzenionego szacunku do instytucji Kościoła. W szerokich kręgach społecznych panuje bezkrytyczny stosunek do księży i opinii władz kościelnych. Przekonanie, że Kościół i jego funkcjonariusze reprezentują wyłącznie dobro, utrudniał i nadal utrudnia dostrzeganie rozmaitych skandali i nadużyć. Nagłośnienie afer pedofilskich często bywa odbierane jako przejaw walki z Kościołem. W tej atmosferze szacunku i uległości, wzmocnionej kultem papieża Polaka, upamiętnionego tysiącami pomników i gigantomanią świątyń, nie dziwi zwyczaj nadawania akcentów religijnych rozmaitym uroczystościom czy ważnym wydarzeniom, związanym na przykład z otwieraniem nowych obiektów. Dopóki ludzie robią to prywatnie, jak na przykład właściciel firmy, który prosi księdza o poświęcenie jej budynków i zamawia mszę w intencji jej powodzenia, nie ma to nic wspólnego z państwem wyznaniowym. Jeśli jednak mamy do czynienia z religijną oprawą świąt państwowych, kiedy dowódcy wojskowi lub szefowie policji wymagają od podwładnych udziału w ceremoniach religijnych, pielgrzymkach i mszach, kiedy przedstawiciele władz państwowych uczestniczą w uroczystościach religijnych służbowo, a nie jako osoby prywatne, wówczas bez wątpienia mamy do czynienia z elementami państwa wyznaniowego, które swoim obywatelom wyraźnie wskazuje pożądany światopogląd. Niestety, wszystkie te zjawiska występują aktualnie w Polsce. Zdjęcie krzyża w swoim gabinecie przez komendanta policji w Radomiu czy zdjęcie krzyża w pokoju nauczycielskim przez jedną z nauczycielek, to zdarzenia, które były szeroko komentowane w całym kraju, a ich sprawcy stali się przedmiotem brutalnej nagonki.

Jako rzecz oczywistą przyjmuje się w Polsce zawarty w kodeksie karnym zakaz obrazy uczuć religijnych. Nikogo natomiast nie dziwi brak zakazu obrazy uczuć ludzi niewierzących. Wiara religijna znajduje się zatem pod szczególną ochroną, której nie mają inne ludzkie pasje. Z zakazem tym można byłoby się zgodzić pod warunkiem wyraźnego, enumeratywnego określenia, kiedy do obrazy uczuć religijnych dochodzi. Brak tego uściślenia sprawia, że fanatycy religijni czują się urażeni wszystkim, co choćby w najmniejszym stopniu odbiega od ich wynaturzonej percepcji rzeczywistości. Papież Franciszek próbuje tłumaczyć, że Bóg nie potrzebuje obrony, na co pada argument, że nie o Boga tu chodzi, tylko o krzywdę jego wyznawców. Mamy więc tu do czynienia z emocjonalnym szantażem. Policja i prokuratura są obecnie w Polsce szczególnie gorliwe w ściganiu przestępstw obrazy uczuć religijnych. Wyłączenie religii z prawa do krytyki i wolności słowa jest główną cechą państwa wyznaniowego. Oznacza ona przekreślenie zasady równego traktowania obywateli. Wyznawcy religii zostają bowiem uprzywilejowani: ich nieprzychylne opinie na temat ateizmu nie podlegają sankcji karnej, ale tego samego rodzaju opinie na temat przedmiotu ich wiary, jej symboli i świętych podlegają tej sankcji jak najbardziej.

Polska pod rządami Zjednoczonej Prawicy ma coraz więcej cech państwa wyznaniowego. W środowiskach liberalnych można niekiedy usłyszeć opinie, że są to sprawy drugorzędne, na które można machnąć ręką i nie wszczynać wojny z Kościołem. To bardzo niebezpieczna opinia, bo oznacza zgodę na pozbawienie ludzi (nieważne, że mogą być oni w mniejszości) części ich osobistej wolności – wolności od religii.

Klimat Forum Ekonomicznego w Karpaczu – debaty o środowisku i energii z przyszłością ludzkości w tle :)

Analizując tematy środowiskowo-klimatyczne pojawiające się na odbywającym się niedawno Forum Ekonomicznym w Karpaczu (z tradycji i nazwy – w Krynicy) należałoby w pierwszej kolejności poddać refleksji samą istotę organizacji wydarzenia tej skali. Czy w środku pandemii i przy ogólnej dostępności internetowych środków przekazu, mając możliwość ograniczenia emisji i wpływu na środowisko transportu, produkcji materiałów konferencyjnych, zakupu i przygotowania w pewnej części zmarnowanego jedzenia, wyprodukowanej i zużytej energii czy aprowizacji w postaci tysięcy butelek plastikowych w XXI w. przy wszelkich dostępnych technologiach nie należałoby się zastanowić nad faktycznym sensem przeniesienia debat, paneli i dyskusji do strefy wirtualnej? Odpowiedź jednak nasuwa się sama i jest wyznaczana przez oś odwiecznej polaryzacji gospodarka – środowisko, wzmacniana przez potrzebę czy chęć spotkań bezpośrednich, sprzyjających szeroko pojętemu networkingowi i rozmowom kuluarowym. Nie wydaje się jednak do końca usprawiedliwione czepianie się organizacji Forum Ekonomicznego w chwili, w której coroczne Szczyty Klimatyczne pozostawiają ślad węglowy o równowartości 55 tys. ton CO2 (jak choćby COP24 w Katowicach), a w stołówkach przygotowanych na przyjęcie ponad 12 tysięcy delegacji przylatujących samolotami z całego świata serwowane są głównie potrawy mięsne.

Tematy energetyczne, mogące być traktowane jako tożsame z zagadnieniami dotyczącymi przyszłości życia ludzi na ziemi, zdrowia miliardów osób, kryzysu klimatycznego czy migracyjnego, oczywiście były na Forum obecne. Zrealizowano kilkanaście paneli dyskusyjnych poświęconych bezpieczeństwu energetycznemu, innowacyjnym technologiom energetycznym (zarówno w zakresie wytwarzania, przetwarzania, jak i magazynowania energii), czystemu powietrzu czy polityce klimatycznej Unii Europejskiej.

O ile z punktu widzenia osoby zajmującej się zawodowo środowiskiem mogłabym w pierwszej kolejności oczekiwać szerokiej analizy i aktualizacji wiedzy dot. wpływu zmiany klimatu na gospodarkę plus pewnego rodzaju diagnozy utwierdzającej nas w przekonaniu co do priorytetów i motywacji do działania, o tyle z drugiej strony uzasadnionym się wydaje niepoświęcanie zbyt dużej ilości czasu na rozdrabnianie kontekstu i – zakładając imperatyw ograniczania emisji, głównie w nawiązaniu do celów klimatycznych UE – rozmowę o nieuniknionych, szybkich rozwiązaniach. Pozwala to na przerzucenie centrum dyskusji do etapu konieczności dotrzymania umów międzynarodowych i okazji do rozwoju pozwalającego Polsce stać się liderem konkretnych branż czy technologii.

Dlatego skupiono się na rozwiązaniach – już pierwszego dnia Forum Ekonomicznego, Minister Klimatu Michał Kurtyka poinformował o zakończeniu etapu konsultacji projektu Polityki Energetycznej Polski do 2040 r., w tym konsultacji transgranicznych, co stanowiło ważny punkt odniesienia do wszelkich dyskusji okołoklimatycznych. Wedle zapewnień Ministra, podstawy nowej PEP2040 mają stanowić: dobra jakość powietrza, sprawiedliwa transformacja (z kompleksowym wsparciem wszystkich sektorów i grup interesariuszy) oraz budowa równoległego, zeroemisyjnego systemu energetycznego. Program zakłada, że jedna na trzy MWh wyprodukowanej energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych, a w 2040 r. połowa źródeł energii będzie bezemisyjna. W projekcie dokumentu (który zostanie oficjalnie opublikowany po uzyskaniu pozytywnej opinii KKPR i MFiPR) podkreślono wagę rozwoju systemu elektroenergetycznego morskiej energetyki wiatrowej (offshore wind power) o łącznej mocy 8 GW do 2030 r. i zaplanowano budowę 6 bloków elektrowni jądrowej do 2043 r. o mocy do 9 GW, co łącznie ma zapewnić nowe miejsca pracy dla 300 tys. osób. Brzmi imponująco, choć wedle naukowców by uchronić się przed katastrofą klimatyczną powinniśmy jako UE zredukować emisje o 65% względem roku 2030, co z pewnością wymaga bardziej ambitnych działań i szybszej rezygnacji z energetyki węglowej.

Jednak tu właśnie zauważyć można było dwutorowość rozmów i odmienność koncepcji środowisk rządowych od tych, których perspektywa bliższa jest prywatnym przedsiębiorcom, samorządom, kooperatywom lokalnym, klastrom energii czy środowiskom rolniczym. Chwaląc jednocześnie program Mój Prąd czy rozwój prosumeryzmu w Polsce, reprezentanci rządu (choć nie wszyscy, podając tu przykład Ministra Jana Krzysztofa Ardanowskiego) podkreślali wagę offshore i energetyki jądrowej, co w oczywisty sposób prowadzi do dalszej centralizacji źródeł produkcji energii i de facto przyhamowania rozwoju prosumentów czy małoskalowych odnawialnych źródeł energii. W dyskusjach pojawiał się także nierozwiany argument artykułu 10H (tzw. „ustawy odległościowej” czy „antywiatrakowej”), jednak podkreślano jednocześnie, że Ministra Jadwiga Emilewicz planuje aktualizację artykułu celem jego liberalizacji i określenia stałej odległości 500m do zabudowań. Byłoby to nieznacznym krokiem naprzód, jednak wciąż wydającym się ochłapem dla prosumeryzmu.

Częstym tematem, niejako ciekawostką energetyczną i „energią przyszłości” omawianą na  Forum było stosowanie wodoru w energetyce i sektorze motoryzacyjnym, w głównej mierze w związku z nowym, flagowym programem wodorowym PGNiG. Wedle planów programu za 2 do 3 lat ma powstać spójny łańcuch kompetencji wodorowych, możliwość magazynowania i transportu wodoru przy udziale sieci gazu ziemnego, a także sieć wykorzystująca tzw. „zielony wodór”, bazującą na energii elektrycznej wytwarzanej przez panele fotowoltaiczne. Czy tak się stanie – zobaczymy, konkurencja i apetyt na wprowadzanie nowych patentów i innowacyjnych rozwiązań na rynek energetyczny stale rośnie.

W panelach dyskusyjnych incydentalnie pojawiały się niestety także wycieczki pozamerytoryczne do (o, zgrozo!) „ideologii polityki klimatycznej”, „religii klimatycznej”, „ekopurytanizmu” czy „genderyzmu”, co jedynie pozostawiało niesmak i świadomość braku wiedzy czy zrozumienia tematu u debatujących. Skomentuję to jedynie smutnym milczeniem.

Wybierając się na Forum miałam świadomość charakteru tego wydarzenia i jego profilu. Nie zaskoczyła mnie – niestety – przewaga homopaneli składających się z mężczyzn-prelegentów i mężczyzn-moderatorów oraz młode dziewczyny w charakterze obsługi. Zdawałam sobie sprawę z partnerów wydarzenia jakim były m.in. PKN Orlen S.A. (prezes Obajtek z dumą odbierający nagrodę Człowieka Roku, jednocześnie przemalowujący logo Orlenu na zielono, co przez działaczy organizacji ekologicznych zostało niezwłocznie określone ekstremalnym greenwashingiem) czy PGNiG, w części przewidując tok narracyjny i pojawiające się argumenty. Wyraźnie było widać, że debaty i spotkania zostały ułożone w taki sposób, żeby nie sprzyjały żadnym konfliktom, spolaryzowanym poglądom i burzliwym dyskusjom. Przykładowo – organizacja panelu o zatrzymaniu katastrofy klimatycznej w Polsce z gronem prelegentów ograniczających się do przedstawicieli Lewicy, w pozostałych zaś panelach obecność głównie przedstawicieli rządu i biznesu, z nielicznymi wyjątkami np. reprezentanta organizacji pozarządowej. Nie muszę chyba dodawać, że poruszanie tematu koncepcji degrowth byłoby czerwoną płachtą rozpostartą na korytarzach Forum. Przygotowałam w sobie dużą dozę dystansu i akceptacji obserwatorki – jednak muszę jednocześnie przyznać, że rozmowy w znaczącej mierze prowadzone były merytorycznie i z dużym zapałem do nowych inwestycji. Kwestia zmiany klimatu i konieczności podejmowania działań – czy to w wyniku zrozumienia problemu czy (zapewne bardziej) obowiązujących regulacji i wyścigu na rynku nowych technologii, a także nadchodzących środków UE w ramach Funduszy Odbudowy była obecna i w zdecydowanej większości niekwestionowana. Oczywiście z punktu widzenia klimatu potrzeba znacznie więcej i szybciej – zaledwie w ubiegłym tygodniu Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen podniosła cele klimatyczne do 2030 roku do (wciąż niewystarczających) 55%, co jest chociaż małym krokiem naprzód. Lecz widać, że biznes, przedsiębiorcy, przedstawiciele samorządów i obywatele są gotowi na zmianę, demokratyzację i decentralizację energetyki. Ważne, by tej zmiany nie zahamował rząd, próbując – jak już tego dokonano wcześniej ze wspomnianym artykułem 10H – wszelkimi siłami utrzymać centralizujące energetyczne status quo. Można odnieść wrażenie, że w tej chwili o właśnie o tę stawkę toczy się gra, na szczęście na argumenty niskoemisyjne – jednak wciąż gra to zbyt powolna i narażająca nas wszystkich na nieprzewidywalne konsekwencje dotarcia do klimatycznych „punktów krytycznych”, z których nie wrócimy już do żadnej rozgrywki czy choćby namiastki normalności, którą znamy.

10x dlaczego podwójne opodatkowanie spółek komandytowych to szkodliwy pomysł :)

16 września 2020 roku na stronie rządowej pojawił się projekt ustawy przewidujący dodatkowe opodatkowanie spółek komandytowych CITem. Zmiana ma obowiązywać według uzasadnienia projektu już od 1 stycznia 2021 roku. Dzięki niej każdy właściciel spółki komandytowej  będzie płacił podwójny podatek dochodowy. Najpierw CIT 19% (lub 9% w przypadku przychodu brutto przedsiębiorstwa poniżej 2mln euro w 2020 roku), a potem drugi raz PIT dzięki czemu łącznie zapłacony podatek dochodowy w spółce komandytowej wyniesie realnie powyżej 34-35%. Zmiany będą dotyczyć nie tylko spółek komandytowych, ale również spółek jawnych. Warto też od razu na wstępie wspomnieć, że pomysł nie jest nowy, bo w 2013 roku koalicja PO-PSL też chciała to przeforsować, ale wtedy na szczęście skończyło się to tylko na podwójnym opodatkowaniu spółek komandytowo-akcyjnych.

W Polsce mamy zarejestrowanych według danych za 2019 rok ponad 40 tysięcy takich spółek komandytowych, których będzie dotyczyła ta zmiana. Dlaczego pomysł podwójnego opodatkowania tych spółek to niesprawiedliwa, szkodliwa idea postaram się opisać w 10 punktach, ale tych punktów mogłoby być znacznie więcej.

1.) W uzasadnieniu projektu Ministerstwo Finansów twierdzi, że chęć objęcia spółek komandytowych podatkiem dochodowym wynika z ich wykorzystywania do optymalizacji podatkowych i wyprowadzania zysków do państw stosujących szkodliwą konkurencję podatkową. Jest to kłamliwa interpretacja, bo gdyby intencją ustawodawcy byłoby  ograniczenie transferowania zysków do rajów podatkowych, to obowiązek zapłaty CIT powinien być obowiązkowy jedynie dla niektórych spółek komandytowych, czyli tych gdzie występują podmioty zagraniczne. Co przy dzisiejszych narzędziach typu JPK nie byłoby żadnym problemem wyegzekwować. Naprawdę trzeba nas społeczeństwo/przedsiębiorców traktować jak idiotów, by wciskać nam taki kit. Opodatkowanie spółek komandytowych służy jedynie zwiększeniu obciążeń podatkowych przedsiębiorców i pokryciu dziury budżetowej wygenerowanej przez polityków obozu rządzącego, którzy w odróżnieniu od sąsiadów zza Odry środki z prosperity gospodarczej ostatnich lat przeznaczyli nie na wygenerowanie nadwyżki budżetowej, a na kupowanie głosów wyborczych społeczeństwa różnymi plusami. Teraz muszą podnosić podatki, co oczywiście nie wygeneruje żadnych dodatkowych przychodów do budżetu, a wręcz przeciwnie, ale o tym za chwilę.

2.) Spółki komandytowe powstają od paru lat jak grzyby po deszczu, bo przedsiębiorcy CHCĄ w końcu płacić PROSTE podatki dochodowe. Wskazuje na te dane zresztą samo ministerstwo w uzasadnieniu projektu. Otóż czytamy tam, że według danych MF w 2019 roku istniało w Polsce ponad 419 tysięcy ,,klasycznych” spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Tymczasem tylko 114 tysięcy z tych spółek zapłaciło podatek CIT, czyli 75% tych spółek wykazało stratę. Nikt mi nie powie, że 300 tysięcy spółek istnieje po to by nie przynosić żadnego dochodu w skali roku. Te dane pokazują czarno na białym jaki jest efekt podwójnego opodatkowywania dochodów spółki, bo właśnie w spółkach zoo właściciel by wypłacić sobie zysk musi najpierw zapłacić CIT jako spółka, a potem drugi raz PIT od dywidendy. W efekcie robi sztuczne koszty i fiskusowi zostaje figa z makiem. W spółkach komandytowych zdecydowana większość podatników wykazuje zaś zysk i odprowadza podatek od dochodu do budżetu. Dlaczego? Tylko wyjątkowo nierozgarnięty by się nie domyślił, że jest to związane z tym, że nikt nie ma zamiaru 2x być opodatkowany za to samo i zrobi wszystko by tego podatku 2x nie płacić.

3.) Jak szkodliwa jest podatkowa polityka prowadzona konsekwentnie przez nasze kolejne rządy każdej politycznej  opcji od 1989 roku pisałem już wielokrotnie. Jednak trzeba tu do tego znowu wrócić. Gospodarka większości państw starej Unii opiera się na sukcesie małych i średnich, często rodzinnych przedsiębiorstw. Wbrew powszechnemu przekonaniu polski sektor małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP), czyli zatrudniających więcej niż 9 pracowników, a mniej niż 250 pracowników, lub mających obrót w skali roku ponad 2 mln euro, a nie większy niż 50mln euro (wystarczy jeden z tych dwóch parametrów spełniać, by przestać być mikro, a stać się mały, lub średni) jest drastycznie mniejszy niż w innych krajach Unii. Liczba MŚP w przeliczeniu na mieszkańca jest najniższa wśród państw członkowskich – na 1000 Polaków przypada zaledwie 1,9 przedsiębiorstwa, podczas gdy na Węgrzech jest to 2,8, a w Niemczech 4,6. Wyprzedzają nas wszyscy. Nie tylko Europa zachodnia, ale i Rumuni, Łotysze, Litwini. Każdy. Na dodatek te dane to nie wszystko. Na MŚP w Polsce przypada ledwie 36 procent łącznych przychodów, czyli o jedną piątą mniej niż w przypadku dużych firm, podczas gdy w większości krajów Unii to właśnie sektor MŚP jest większy. Co więcej, firmy zatrudniające mniej niż 10 osób rozwijają się dwa razy wolniej od konkurencji wtedy gdy stają się małymi. W Polsce tylko co druga mała, co trzecia średnia i co piąta duża firma wyrosła z najmniejszych przedsiębiorstw. Nic więc dziwnego, że w Polsce co druga firma założona nie przeżywa okresu pięciu lat. Widać więc, że droga do bogactwa, którą przeszedł przedsiębiorca na zachodzie od pucybuta do milionera naszym przedsiębiorcom bardzo rzadko jest dana. Założenie najpierw mikrofirmy, która potem staje się mała, następnie średnia, a na końcu duża to historia, która w III Rzeczpospolitej jest raczej ewenementem niż regułą, a tak przecież jak pokazywała historia państw zachodnich rodził się w Europie dobrobyt. Polską anomalię zawdzięczamy niezmiennej od 30 lat polityce rządowej, która skupia się na pomocy przedsiębiorcy na starcie, przy założeniu firmy, lub pomocy nierozwijającym się mikrofirmom marnotrawiąc miliardy złotych co rok i w dłuższej perspektywie krzywdząc tych wszystkich, których albo niepotrzebnie na drogę przedsiębiorczości skierowało, lub przedłużając sztucznie życie tym którzy nie mają szans w gospodarce rynkowej bez tej kroplówki przetrwać. Czterech fryzjerów w jednej wiosce to nie efekt schizofrenii polskiego przedsiębiorcy, a schizofrenii polskiego urzędu pracy, który bezrobotnemu daje 20 tysięcy złotych na założenie pierwszej działalności gospodarczej, by znikł z jej rejestru. Na dwa lata znika, bo tyle potrzeba prowadzić działalność, by tych 20 tysięcy nie zwracać. Potem kończy działalność, a na fikcyjne bezrobocie trafia jego żona i zakłada tą działalność od nowa mając znowu 20 tysięcy na start i zakładając trzeci salon kosmetyczny w okolicy, który bez tej pomocy państwa nie ma racji bytu. Tak samo wspieranie startupów z których 99% po skonsumowaniu publicznej pomocy upada, czy estoński CIT proponowany dziś przez premiera Morawieckiego to bardzo szkodliwe pomysły ugruntowujące polskich przedsiębiorców w mniemaniu, że rozwijanie swojej firmy się nie opłaca, bo tylko sprawia, że wysokość podatków i związane z tym dodatkowe obowiązki wzrastają. Spółka komandytowa była lekiem na te bolączki, ale widać rządowi to nie od dziś przeszkadza.

4.) Zmiany mają wejść od 1 stycznia 2021 roku, czyli za trzy miesiące. Projekt pojawił się na stronach rządowych 16 września a organizacje przedsiębiorców mają czas by się to tego ustosunkować do poniedziałku 21 września. Tak wyglądają konsultacje społeczne w czasach rządów PIS. To kpina i bezprawie. Tak samo jak danie przedsiębiorcy trzech miesięcy na dostosowanie się do tak istotnej zmiany. Przecież w tej chwili część budżetów na 2021 rok już jest zamknięta. Ja sam mam podpisane umowy z niektórymi kontrahentami na dostawy do września 2021 roku gdzie uwzględniałem licząc opłacalność tych kontraktów, że zapłacę 19% podatek dochodowy, a nie 35 procentowy. Żadnego vacatio legis w tak istotnej sprawie pokazuje gdzie rząd ma polskich przedsiębiorców. Chcecie podwyższać podatki, bo nie umieliście zabezpieczyć budżetu na trudne czasy? – Proszę bardzo, ale zróbcie to od 2022 roku, a nie w środku pandemii gdzie wiele firm walczy o przeżycie.

5.)  Podwójne opodatkowanie spółek komandytowych jeszcze bardziej skomplikuje nasz system podatkowy zamiast go upraszczać. Znowu zacznie się szukanie lewych kosztów tak jak to dzieje się obecnie w spółkach zoo. Zacznie się znowu handel długami. Znowu właściciele firm zaczną swój czas poświęcać nie na to jak rozwijać swój biznes, a na to jak nie przekroczyć 2mln euro i nie dać się zrobić przez fiskusa na szaro. Jak przypadkiem urosnąć tak żeby nas nikt w skarbówce nie zauważył. W efekcie będę teraz stawał do przetargów z firmami z których jedna zapłaci 9% dochodowego, inna zapłaci 5,5% ryczałtu, bo jest rolnikiem, a następna efektywnie nic, bo jej spółka matka płaci ostateczny podatek na Malcie. W handlu gdzie dobra rentowność zaczyna się od 2% to naprawdę ma znaczenie jaki podatek dochodowy zapłacę. Ten kto zapłaci mniej będzie rozwijał swoją firmę. Ten kto zapłaci 35% będzie się zwijał z rynku.

6.) Większość obecnych spółek komandytowych (ponad 95%) to polskie podmioty. Raczej większe niż mniejsze. Ma to znaczenie, bo duża część tych przedsiębiorstw wyrosła na tyle, że walczy skutecznie o miejsce na naszym rynku z zagranicznymi podmiotami, które mają lepszy dostęp do tanich kredytów, mają już zakumulowany przez lata kapitał na rozwój. Mają też zoptymalizowane podatki na poziomach zdecydowanie niższych niż te nasze 19%. Zamiast walczyć z tymi podmiotami nasze ministerstwo konsekwentnie walczy z naszymi rodzimymi firmami, które próbują w tej nierównej walce utrzymać się na ringu. Jeżeli niemiecki podmiot odpowiadający naszemu polskiemu komandytowi płaci raz podatek dochodowy, a my mamy płacić dwa razy to można tylko zakrzyknąć znowu za pewnym prawicowym politykiem z Krakowa- Niemcy nas biją! Nawet jeśli ten podatek dochodowy niemiecka spółka komandytowa  zapłaci w wysokości 25% to i tak jest to o 10% mniej niż jej polski odpowiednik. A przecież Niemcy to nasz główny partner, ale również i rywal na polskim i unijnym rynku. W taki sposób nigdy nie dogonimy Europy. Nigdy nie będziemy konkurencyjni.

7.)  Te rozwiązanie jest ułomne prawnie i logicznie, bo przecież spółka komandytowa nie ma osobowości prawnej i do tej pory taka była interpretacja przepisów, że dla tego nie płaci CIT, bo to podatek od osoby prawnej. W definicji spółki komandytowej jest jasno zapisane, że ,,Spółka komandytowa nie posiada osobowości prawnej, a więc nie należy do kategorii osób prawnych, do której zaliczamy m.in. spółkę z o.o. Wprawdzie spółka komandytowa nie posiada osobowości prawnej, to Kodeks spółek handlowych przyznaje jej zdolność prawną, czyli zdolność do bycia podmiotem praw i obowiązków prawnych. Jednak nie jest to jasne i będzie na pewno przedmiotem sporów sądowych. Jest mi znany przynajmniej jeden wyrok prawomocny TSUE w tej sprawie na niekorzyść polskiego fiskusa. Oczywiście Polska jest znana z tego, że bardzo niechętnie te wyroki wdraża, ale otwieramy kolejną puszkę Pandory. Prawnicy znowu zacierają ręce kosztem przedsiębiorców.

8.) Rząd szacuje, że dzięki tym zmianom pozyska około 17mld złotych w 10 lat. Jednak to wróżenie z fusów. Widać po ostatnich pozytywnych zmianach od 2015 roku w ściągalności przez budżet PIT-u i CIT-u, że jest lepiej. Ściągalność CIT wzrosła z 32,9mld w 2015 roku do 50,9mld w 2019 roku. Dzięki między innymi spółkom komandytowym. Jednak nie od dziś wiadomo, że istnieje coś takiego jak krzywa Laffera. To jest jasne, że wyeliminowanie spółek komandytowych uniemożliwiających podwójne opodatkowanie sprawi, że ten trend się znowu odwróci.

9.) Spółka komandytowa jest spółką na trudne czasy. Takie jakie mamy właśnie dziś. Gdzie w dobie pandemii ryzykowanie całym własnym majątkiem nie jest wskazane i rządowi powinno zależeć na tym by takie rozwiązania prawne wspierać. Sam chciał przecież przed chwilą zwolnić z odpowiedzialności swoich urzędników. Tymczasem odwrót od spółek zoo, czy komandytowych, który niewątpliwie nastąpi w związku z wprowadzanymi zmianami pogorszy jeszcze nieciekawą sytuację polskich przedsiębiorców i kryzys gospodarczy. Banki wolą dawać kredyty osobom fizycznym niż spółkom z ułomną osobowością prawną. Kolejny raz niby przypadkiem rząd pod kierownictwem byłego bankowca kreuje rozwiązanie dla tej branży korzystne, a niekorzystne dla przedsiębiorców. Może w końcu czas by na czele rządu, Ministerstwa Finansów staną ktoś kto jest, lub chociaż był kiedyś przedsiębiorcą, a nie bankowcem, lub pracownikiem naukowym renomowanej uczelni?

10.) Zmiana ta wpisuje się w szerszy obraz całości. Z tego obrazu bije po oczach polityczna korupcja. Wiadomo, że spółka komandytowa jest kosztowna w prowadzeniu, bo choćby księgowo trzeba podliczać dwa podmioty wchodzące w jej skład. To oczywiście generuje dodatkowe comiesięczne nakłady, co powoduje, że raczej większe podmioty decydują się na takie rozwiązanie. Tymczasem w matematyce wyborczej liczy się ilość głosów, a nie ich jakość. Dlatego utrzymanie przygnębiającego obrazu polskich przedsiębiorstw, gdzie ponad 95% ich to mikrofirmy, jest bardzo na rękę kolejnym rządzącym. To dla nich kolejne rządy przygotowują kolejne ułatwienia i zwolnienia podatkowe często przy aplauzie związków pracodawców, które też umieją liczyć. Czym więcej firm, tym większy dla nich rynek na którym łowią swoich członków. Czym mniejsza firma, tym więcej mają im do zaoferowania. Większe podmioty ich wsparcia, doradztwa w sumie nie potrzebują. Przecięcie tego węzła gordyjskiego to wyzwanie dla partii, organizacji, która jeszcze nie powstała. Bez tego nigdy nie dogonimy Zachodu, bo dobrobyt tam budują małe i średnie rodzinne firmy, którym u nas nie odpowiednią polityką podatkową uniemożliwiamy rozwój.

Koniec początku :)

Jarosław Kaczyński zdecydował się na konfrontację z narowistym koalicjantem. Jeśli czystki w spółkach nie zmuszą Solidarnej Polski do zmiany kursu zapowiada się ostra walka między niedawnymi sojusznikami, nieustająca seria kryzysów i manewrów na pograniczu obowiązującego prawa i stopniowe wykrwawianie się rządu PiS, który będzie obarczony odpowiedzialnością za stan chaosu. To może jeszcze nie jest początek końca, ale na pewno koniec początku. 

Jeśli potwierdzą się doniesienia onetu oznacza to, że Zjednoczona Prawica przestaje istnieć, a rząd traci większość w sejmie. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Sezon łowiecki na posłów – koniunkturalistów można uznać za otwarty. Przy niepewnej przyszłości rządów prawicy skłonność innych formacji (PSL, Konfederacja) do poparcia rządu PiS może być w tej sytuacji niewielka. Każdy miesiąc bez sejmowej większości oznacza dla partii rządzącej straty. 

Wiele niewygodnych tematów można opóźniać – dopóki ma się swojego marszałka sejmu. Ale jeśli starcie między niedawnymi sojusznikami nabierze cech wojny totalnej (walki sekciarskie są zwykle najbardziej bezwzględne) wówczas PiS może zacząć tracić kontrolę nad sytuacją. A sejm nabierze wreszcie znaczenia jako arena tworzenia polityki. To także wymarzona sytuacja dla prezydenta, który może nabrać ochoty do odgrywania roli już nie tylko dekoracyjnej. 

Bardzo wiele zależy w tym momencie od spoistości środowiska Solidarnej Polski. Jeśli zrozumieją, że gra idzie o wszystko i przetrzymają oblężenie wówczas to Kaczyński będzie musiał się cofnąć lub rozpisać wybory. Pytanie czy SP wierzy w sukces samodzielnego startu? Ich twarda postawa w sprawie ustawy o bezkarności i ochronie zwierząt pokazuje, że zdecydowali się  przyjąć na kurs na samodzielność polityczną. Skoro Kaczyński odmówił im możliwości stania się częścią PiS skazani są na budowanie własnej podmiotowości. 

Porozumienie Gowina ewidentnie nie jest gotowe na taki wariant – przy świadomości braku elektoratu dla tak sformatowanej partii – stąd ich koncyliacyjność i zerwanie taktycznego „sojuszu przystawek”. Oznacza to, że rząd może w wielu sprawach liczyć na doraźną większość. Ale w sprawach zasadniczych, takich jak wotum nieufności wobec ministrów, wybór Rzecznika Praw Obywatelskich czy szczególnie ustawy budżetowej już niekoniecznie. 

Można również zapomnieć o ustawach istotnie zmieniających ustrój państwa – chyba, że będą miały szerokie poparcie (to może być np. niestety idiotyczna walka z zagranicznym kapitałem w mediach). Przy radykalizującej się Solidarnej Polsce i Konfederacji PiS-owi trudno będzie wygrać z nimi licytację na tożsamościowe projekty. Jednocześnie nie może liczyć na wsparcie ze strony partii opozycyjnych, dla których tylko całkowita klęska rządu PiS oznacza możliwość dojścia w przyszłości do władzy. 

Przyszłość rządów prawicy rozstrzyga się właśnie w tym momencie. Albo wygra wariant mniej lub bardziej spójnej koalicji interesu – który pozwoli na stabilne rządzenie, przynajmniej do następnego przesilenia. Albo w perspektywie półrocza,  roku czekają nas wybory parlamentarne (prezydent może, ale nie musi rozwiązywać parlamentu, jeśli ten nie przedstawi budżetu), z których PiS wciąż może wyjść zwycięsko, ale raczej nie w wariancie rządów samodzielnych (natomiast z szansami na polityczne „zamordowanie” Ziobry). 

Jest też wariant trzeci – trwanie w nieustającym gabinetowym kryzysie dłużej – może nawet do końca kadencji. To paradoksalnie bardzo wygodny dla opozycji scenariusz, oznaczający kompromitację rządów PiS na lata, z daleko idącą erozją poparcia. W środku pandemii, niestabilnej sytuacji za naszą wschodnią granicą, fatalnych relacjach z krajami UE i niepewnością dotyczącą przyszłości najważniejszego sojusznika wojskowego, czyli USA, skoncentrowana na frakcyjnych wojenkach władza, to wariant, na który Polski po prostu nie stać. 

Człowiek – to brzmi durnie :)

Człowiek człowiekowi:

  • śmieciem
  • czarną wdową
  • pułapką offsajdową
  • żywnością niezdrową
  • śniegiem w lecie

 

  • przeszkodą
  • zagrodą
  • RODO
  • trującym kwieciem

 

  • zarazą morową
  • kłopotami z głową
  • szaloną krową
  • włosami w kotlecie

 

  • zagładą atomową
  • poziomem pionowo
  • na wyższych szczeblach zmową
  • sami zresztą wiecie…

 

Prawa zwierząt to sprawa cywilizacyjna  :)

Rzadko w ostatnich latach nadarzała się okazja, aby pochwalić posłów za podejmowane przez nich rozwiązania legislacyjne. Szczególnie w okresie epidemii można było mieć mnóstwo uzasadnionych wątpliwości co do jakości tworzonego w Polsce prawa. Jednakże uchwalona ostatniej nocy nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt autorstwa Prawa i Sprawiedliwości zasługuje na jednoznaczną pochwałę, gdyż w istocie ustawa ta ma wymiar cywilizacyjny. Tak, bo prawa zwierząt nie są kwestią pragmatyczną czy ekonomiczną, prawa zwierząt to sprawa cywilizacyjna.

Tworzenie regulacji zabezpieczających prawa zwierząt i zarazem ograniczających prawa ludzi do bezwzględnej eksploatacji świata zwierząt to spełnienie się marzenia Jeremy’ego Benthama, które w 1789 r. sformułował w swoim Wprowadzeniu do zasad moralności i prawodawstwa. Ten wybitny przedstawiciel klasycznego liberalizmu i jednocześnie protoplasta idei państwa prawa pisał: „Oby nadszedł dzień, gdy reszta żywych stworzeń otrzyma prawa, których mogła pozbawić ich tylko ręka tyranii”. W pewnym więc sensie również w Polsce dokonał się kolejny krok w kierunku świata ludzi wolnych, ale świata ludzi wolnych i rozumnych.

Rozszerzanie sfery praw zwierząt i tworzenie skutecznych ich gwarancji stanowi bowiem przejaw zwycięstwa rozumu nad gatunkowym egoizmem i szowinizmem człowieka. Rozum – zgodnie z wyobrażeniami twórców liberalizmu – miał być hamulcem dla ludzkiej samowoli i zarazem narzędziem kontroli nad despotycznymi skłonnościami człowieka. Bentham, wierząc w stały postęp człowieka, był przekonany, że musi nadejść dzień, „gdy wszyscy uznają, że liczba nóg, włochatość skóry lub to, jakie zakończenie ma os sacrum, nie są również argumentami przekonywającymi, aby wolno było doznającą uczuć istotę wydać na męczarnie”. Rozumność człowieka powinna sprawiać, że będzie on potrafił okiełznać swoją wszechwładzę nad światem i jednocześnie powściągnąć swój pęd do krzywdzenia oraz wykorzystywania innych istot.

Sprawą cywilizacyjną jest uznanie, iż zwierzęta jako istoty żywe mają status podmiotu prawa i choć polskie przepisy prawa – nawet po uchwaleniu rzeczonej nowelizacji przez senat i podpisaniu przez prezydenta – nadal pozostawiać będą w tym zakresie dużo do życzenia, to jednak przyjęte regulacje stanowią znaczny krok w zabezpieczeniu interesów innych stworzeń żywych. A przecież Peter Singer już w 1975 r. w swoim Wyzwoleniu zwierząt przekonywał, że „zdolność doznawania cierpienia i przyjemności jest wstępnym warunkiem posiadania interesów, który musi być spełniony, abyśmy mogli sensownie o nich mówić”. Zwierzęta mają więc swoje interesy, bo odczuwają cierpienie. Skoro zaś odczuwają cierpienie, powinny mieć swoje prawa.

Groteskowe próby ośmieszenia przez niektórych polskich posłów samej idei ochrony praw człowieka nie zasługują w ogóle na komentowanie. Podobne wypowiedzi płynęły z parlamentarnych mównic również, kiedy przed wiekiem wprowadzano równouprawnienie kobiet. Także wówczas wielu smutnych ludzi – ludzi, którym przyzwyczajenie najwidoczniej zaślepiało władze rozumu – opowiadało niestworzone historyjki o rzekomej „nienaturalności” równouprawnienia kobiet. Jak wskazują Andrzej Elżanowski i Tomasz Pietrzykowski w swoim artykule Zwierzęta jako nieosobowe podmioty prawa („Forum Prawnicze”, Luty 2013), „status podmiotu prawa może mieć każdy byt, któremu prawo zarachowuje określone uprawnienia. Przesłanki takiego zachowania mogą mieć charakter moralny (…) bądź pragmatyczny (…). Na ogół zresztą w rachubę wchodzą zarówno względu moralne, jak i pragmatyczne”.

W nowelizacji ustawy ograniczono zakres tzw. uboju rytualnego, wykluczono cyrki za listy podmiotów posiadających prawo do sprowadzania zwierząt z zagranicy, przewidziano utworzenie rady ds. zwierząt (w jej skład mają wchodzić przedstawiciele m.in. organizacji pozarządowych, zajmujących się dobrostanem zwierząt), wprowadzono zakaz chowu zwierząt na futra oraz trzymania zwierząt domowych na uwięzi w sposób trwały. Dzięki tak brzmiącym przepisom podnosimy w Polsce dobrostan zwierząt i ograniczamy zakres samowoli człowieka w okrucieństwie, jakim się względem nich wykazywał. Karolina Kuszlewicz w Prawach zwierząt. Praktycznym przewodniku podkreśla, że „zwierzęta jako żywe, czujące istoty pozostają w ogromnym stopniu zależne od kształtu obowiązującego prawa”. Każda postępowa zmiana tych przepisów prawa musi być wprost nazywana sukcesem obrońców postępu i rozumu.

Wielu wsteczników usiłuje obśmiać postulat humanitarnego traktowania zwierząt jako absurdalną formę domagania się, aby zwierzęta były traktowane jak ludzie. Nic bardziej mylnego! Humanitarne traktowanie to jedynie przejaw budowania relacji człowieka z innymi istotami żywymi w duchu humanitaryzmu. Krzywdzenie zwierząt to w pierwszej kolejności samohumanizacja tych, którzy zwierzęta krzywdzą, szczególnie zaś, kiedy krzywda ta dokonuje się z powodu nieszczególnie mądrego – i przyznać muszę, że również kompletnie niezrozumiałego w swej istocie – pragnienia, aby swój status społeczny podbudowywać ubieraniem się w stroje będące efektem czystego okrucieństwa wobec zwierząt. Dariusz Gzyra w Dziękuję za świńskie oczy przekonuje, że „niewyobrażalnie wiele zwierząt potrzebuje pomocy. Przegrywa z człowiekiem – silniejszym, gdy chce krzywdzić, i zbyt słabym, kiedy nie potrafi pomóc”. Uchwalone przez sejm przepisy prawa to drobne zwycięstwo i przejaw pomocy niektórym zwierzętom, to jednocześnie forma zmniejszenia – acz oczywiście nie zlikwidowania – ilości okrucieństwa, jakiego doznają w Polsce niektóre zwierzęta.

Niektórzy politycy i publicyści zawzięcie utrzymują, że ochrona praw zwierząt poprzez ograniczenie niektórych form działalności człowieka, w tym prowadzenia przez niego działalności gospodarczej, to przejaw zagrażającego wolności interwencjonizmu państwowego. Czyżby jednak ci rzekomi obrońcy wolności zapomnieli o ideach klasyków liberalizmu, którzy wielokrotnie przypominali, iż wolności nie należy utożsamiać z samowolą? Czyżby przegapili w swoich lekturach te fragmenty tekstów Johna Locke’a, Davida Hume’a, Johna Stuarta Milla czy Friedricha Augusta von Hayeka, w których myśliciele ci podkreślali, iż wolność wymaga ograniczeń rozumu? Przyjęte nowe regulacje są w pewnym stopniu odpowiedzią na główny cel takich postaw jak weganizm czy wegetarianizm, który w książce Jak stworzyć wegański świat charakteryzował Tobias Leenaert, jakim powinno być „zmniejszenie cierpienia, śmierci i niesprawiedliwości ponoszonej przez zwierzęta”.

Jestem przekonany, że tak jak insynuowanie w dzisiejszych czasach, że prawa kobiet to lewacki wymysł, każdy rozumny człowiek zinterpretuje jedynie jako formę błazeńskiego kretynizmu, tak też ochrona zwierząt przed okrucieństwem będzie kiedyś standardem praw człowieka. Tak, standardem praw człowieka, bo to my, ludzie, mamy się samoograniczać, a zachowaniem własnym dawać dowód, iż w istocie jesteśmy wyrazicielami przyrodzonej godności osoby ludzkiej. To my, ludzie, mamy dawać wyraz swego człowieczeństwa w tym, jak zapanowujemy nad swoimi instynktami i samym sobie stawiamy granice. To my ludzie, podobno istoty rozumne, podejmujemy finalnie decyzje, czy zachowamy się względem innej istoty żywej w sposób okrutny, czy też w sposób empatyczny i humanitarny.

NAUKA OBYWATELA – nowa platforma dla nauczycieli szkół średnich! :)

Nauka Obywatela to projekt skierowany do nauczycieli wiedzy o społeczeństwie, przedsiębiorczości i etyki w szkołach średnich. Za pośrednictwem niniejszej platformy uzyskujesz dostęp do darmowej bazy materiałów dydaktycznych, które stanowią uzupełnienie podstawy programowej w postaci treści dodatkowych.

Dedykowana platforma online stanowi kompleksowy e-podręcznik, w którym znajdują się gotowe scenariusze lekcji, tematy do dyskusji w klasie, materiały interaktywne, kluczowe zagadnienia i pojęcia oraz ćwiczenia do realizacji w ramach lekcji. Nauczycielowi pozostawiona jest pełna dowolność w zakresie tego, które materiały wykorzystać.

Po zalogowaniu, każdy nauczyciel uzyskuje dostęp do 11 działów, które obejmują obszary tematyczne kluczowe dla zrozumienia przez młodzież sposobów funkcjonowania współczesnego świata. Są wśród nich: ubóstwo, konsumpcja, praca, zanieczyszczenie środowiska, nierówności, migracja, zdrowie, sieci społeczne, wybory, media i propaganda.

Każdy z rozdziałów zawiera indywidualne lekcje opracowane pod kątem zagadnień związanych z ekonomią, etyką i obywatelstwem. Podejmowane zagadnienia uwzględniają trzy podejścia: na poziomie jednostki, społeczeństwa i w perspektywie globalnej.

Wszystkie tematy zostały opracowane w oparciu o podstawę programową, stanowiąc jednocześnie jej naturalne uzupełnienie i rozszerzenie. Zaproponowane lekcje przedstawiają omawiane zagadnienia w zgodzie z ideą zintegrowanego nauczania złożonych zagadnień w sposób innowacyjny i angażujący ucznia. Niemniej jednak, w zależności od nauczanego przedmiotu, nauczyciel może dowolnie manipulować dostępnymi materiałami tak, by dostosować je do potrzeb własnych i uczniów.

Nadrzędnym celem projektu jest ułatwienie pracy nauczycielom zaangażowanym w kształtowanie umysłów oraz poszerzanie horyzontów młodych obywateli na drodze ku świadomemu rozwojowi.

Zapraszamy do darmowej rejestracji na portalu: www.naukaobywatela.pl

Korzystanie z wszystkich dostępnych materiałów jest bezpłatne

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję