Czy wojna na Ukrainie wybuchnie z nową siłą? :)

Liczba rosyjskich wojsk przy granicy z Ukrainą jest „najwyższa od roku 2014” powiedziała niedawno rzeczniczka Białego Domu. „Jeśli Rosja zachowa się nierozważnie i agresywnie, będą tego koszty, będą konsekwencje”, mówił amerykański sekretarz stanu Antony Blinken. Obawy w związku z działaniami Rosji wyraził sekretarz generalny NATO i kraje grupy G-7. W rozmowie telefonicznej z Putinem prezydent Joe Biden zapewnił o „niewzruszonym wsparciu dla ukraińskiej suwerenności i integralności terytorialnej” i zaproponował zorganizowanie specjalnego szczytu Rosja-USA.

„Gazeta Wyborcza” informuje, że rosyjska armia przerzuca sprzęt i żołnierzy nie tylko na Krym i w okolice separatystycznych republik na wschodzie Ukrainy „w pobliże Woroneża, gdzie w odległości 250 km od granicy wojsko założyło ogromny obóz” i skąd można by przeprowadzić atak na inne części terytorium Ukrainy. Jednocześnie rosyjscy propagandyści nawołują do walki z ukraińskim „nazizmem”, a politycy z najbliższego kręgu Putina ostrzegają przed interwencją.

A co w tym czasie robi partia rządząca w Polsce? Chce w Parlamencie Europejskim tworzyć wspólne ugrupowanie z liderem włoskiej partii Liga, Matteo Salvinim. Czyli politykiem, który uznał rosyjską aneksję Krymu za legalną, a proeuropejskie protesty na kijowskim Majdanie, podczas których władze strzelały do demonstrantów za…ustawkę.

„Rosja miała prawo do aneksji Krymu?”, pytała Salviniego w 2018 roku dziennikarka „Washington Post”. „Odbyło się referendum”, usłyszała w odpowiedzi. A na uwagę, że było to sfałszowane referendum zorganizowane pod lufami rosyjskich żołnierzy odpowiedział, że to zależy od punktu widzenia. I dodał, że to lepsze niż „fałszywa rewolucja w Ukrainie” – zdaniem Salviniego, a wbrew faktom – „finansowana przez zagraniczne potęgi”.

Przypomnijmy: nowy partner PiS-u mówi o protestach z przełomu 2013 i 2014, kiedy na głównym placu Kijowa przeciwko skorumpowanym prorosyjskim władzom demonstrowały setki tysięcy ludzi. Wielu zostało rannych, a ponad sto osób zginęło. We wspomnianym wywiadzie dla „Washington Post”, Salvini cieszy się też ze zbliżenia ówczesnego prezydenta USA Donalda Trumpa z Władimirem Putinem i przyznaje do bliskich związków z partią Putina – Jedną Rosją. „Porozumienie obejmowało współpracę między ruchami młodzieżowymi i było podobne do tego, jakie mamy z Frontem Narodowym we Francji i Partią Wolności w Austrii”, mówił. Nie chciał jednak przyznać, że Putin wysyłał mu nie tylko swoją młodzież, ale także pieniądze.

Na początku 2019 roku włoski tygodnik „L’Espresso” pisał o milionach euro, jakie ugrupowanie Salviniego miało otrzymać z Rosji w formie odprysków z transakcji Rosnieftu z włoską firmą energetyczną Eni. Po kilku miesiącach amerykański serwis BuzzFeed opublikował nagranie z rozmów współpracowników Salviniego, które zdawało się potwierdzać oskarżenia włoskich dziennikarzy.

Mniej więcej w tym samym czasie lider austriackiej Partii Wolności został nagrany, jak popijając drinki na Ibizie obiecuje załatwienie państwowych kontraktów w zamian za datki na partię. Jego rozmówczyni miała należeć do rodziny jednego z rosyjskich oligarchów. Partia Wolności to ta sama, z którą Salvini z dumą współpracował. Front Narodowy (obecnie Zjednoczenie Narodowe), kolejny skrajnie prawicowy i eurosceptyczny sojusznik Salviniego przyjął z kolei prawie 9,5 miliona euro pożyczki z tajemniczego czesko-rosyjskiego banku, który niedługo potem stracił licencję. Nie będzie specjalnym zaskoczeniem, że wszystkie te ugrupowania ciepło wypowiadają się o Putinie i krytykują europejskie sankcje nałożone na Rosję za zajęcie Krymu.

I to właśnie w towarzystwie Salviniego oraz premiera Węgier Viktora Orbána – który we współpracy z Rosjanami i za rosyjskie pieniądze rozbudowuje właśnie elektrownię atomową – polski premier ogłaszał w Budapeszcie konieczność „odnawiania” Europy.

„Są siły na kontynencie, które chcą uwieść Europę i porwać ją w nieznane. My chcemy pomóc Europie odbudować jej prawdziwe, chrześcijańskie korzenie”, mówił Morawiecki. A Orbán sugerował, że celem spotkania jest stworzenie wspólnej platformy programowej: „Spotkaliśmy się, aby przedyskutować naszą przyszłość. Czego chcemy? Zgodziliśmy się, że chcemy renesansu, chcemy odrodzenia w całej Europie. Będziemy wspólnie pracować na rzecz tego pomysłu”, mówił.

Nie wiemy, czy do tego dojdzie, ale faktem jest, że polski rząd – rzekomo twardy przeciwnik putinowskiej Rosji – podejmuje współpracę z politykami nie tylko wybielającymi Putina, ale najpewniej także przez niego finansowanymi. Pytany o tę ewidentną sprzeczność poglądów, Jarosław Kaczyński bronił pomysłu na sojusz z Salvinim w rozmowie z „Gazetą Polską”, sugerując, że gdyby w Parlamencie Europejskim powstała „siła polityczna mająca wpływ na całą Unię” to byłoby to „z korzyścią dla Polski”.

Mam dla Kaczyńskiego darmową lekcję: wpływy w polityce zagranicznej buduje się z tymi, z którymi mamy wspólne interesy. A nie z tymi, którzy podkopują spójność i integrację Unii Europejskiej – czyli fundament polskiego bezpieczeństwa.

A co do przyjacielskich relacji Salviniego z Putinem – Kaczyński odpowiada obwiniając… Niemców. „Dzisiejsi niemieccy socjaliści działają wręcz jak partia rosyjska, a ugrupowanie dominujące na niemieckiej scenie politycznej i na europejskiej współpracuje z Moskwą ramię w ramię”, mówi. Po pierwsze, to gruba przesada, bo gdyby nie wsparcie niemieckich władz, trudno byłoby utrzymać sankcje gospodarcze na Moskwę. Włoski kolega PiS jest im zdecydowanie przeciwny i chce ich zniesienia. Po drugie, nawet gdyby to była prawda – czy receptą na rzekomą prorosyjskość Niemiec ma być mariaż z politykiem, który paraduje po Placu Czerwonym z Putinem na koszulce i nazywa go jednym z „najlepszych mężów stanu” na świecie.

Cała ta sprawa pokazuje, jak nieskoordynowana i w jak amatorski sposób prowadzona jest przez PiS polityka zagraniczna. Z Rosją należy utrzymywać kontakty na wysokim szczeblu i rozmawiać. Ale dialog trzeba prowadzić z pozycji silnego państwa członkowskiego Unii Europejskiej. A nie państwa, które z instytucjami UE toczy nieustanne boje, bo łamie własną konstytucję. Obecny polski rząd kontaktów z Rosją właściwie nie utrzymuje. A zatem dla innych partnerów zaniepokojonych tym, co dzieje się na Ukrainie, nasza wartość dodana jest praktycznie żadna. Ale jednocześnie największa partia w koalicji rządzącej żyruje politycznych fanów Putina. Tego samego Putina, którego PiS oskarża o zorganizowanie rzekomego zamachu na polskiego prezydenta. To nie jest przepis na sukces.

Autor zdjęcia: Steve Harvey

Książę Filip – walczący o wolności jednostki i czystą planetę :)

Fenomen rodziny królewskiej – szczególnie w wymiarze kulturowym i społecznym – nie przestaje mnie zadziwiać. Jest to jedyna tak rozpoznawalna monarchia na świecie. Niektórzy uważają ją nawet za swoistą markę Zjednoczonego Królestwa, a ci bardziej złośliwi – za maskotkę. W niestabilnym świecie, świecie zmian i niespodzianek – rodzina królewska pozostaje symbolem ciągłości i ostoją tradycji.

Za czasów panowania królowej Elżbiety przeszła ona wiele przemian, dostosowując się do oczekiwań społecznych. Ta demokratyzacja rodziny królewskiej zdaje się być jedną z najważniejszych transformacji monarchii. O ile dawniej to lud musiał się dostosowywać do wymagań i oczekiwań władcy, tak za czasów obecnej monarchini, to rodzina królewska musi liczyć się ze zdaniem i oczekiwaniami ludu. Warto tutaj wspomnieć o pierwszych, jakże nieudanych, próbach otwarcia się rodziny królewskiej na środowisko zewnętrzne – filmie dokumentalnym wyemitowanym przez BBC w 1969 roku. Dystrybucja i ponowne pokazywanie filmu zostało na rozkaz królowej zabronione. Na początku tego roku, niektóre ze scen wyciekły do internetu –  ich fragmenty można wyszukać na You Tube.  Film ten miał pokazać ludzką twarz rodziny królewskiej, ostatecznie jednak – zdaniem wielu, w tym zapewne samej królowej – okazał się być porażką. Zamiast ‘normalnej’ i naturalnej rodziny królewskiej, mieliśmy drętwych i zmanierowanych przedstawicieli elity społecznej.

Zmarły niedawno książę Filip na pewno nie musiał odgrywać swojej ludzkiej roli. Nie tylko w filmie, ale również podczas  spotkań publicznych, pozostawał naturalny, ludzki i co najważniejsze wolny. We wspomnieniach medialnych, które obecnie się ukazują, najczęściej wskazuje się na jego gafy (powstała nawet lista najlepszych gaf księcia). Znany był z otwartości wobec ludzi, których spotykał na swej drodze, nie obce były mu  ucieczki (dosłowne) od ochroniarzy, by w trakcie biegu rozmawiać z przechodniami.

Jednak moim zdaniem – tak zwane gafy – były przejawem jego wolności i korzystania ze swobody wypowiedzi. Nie dał się podporządkować zarówno rygorystycznym konwenansom przypisanym rodzinie królewskiej i zapisanym w licznych protokołach, ale również zdawał się być nieugięty wobec specjalistów od PR, doradców wizerunkowych i tych, którzy starali się uczłowieczyć członków rodziny królewskiej za pomocą współczesnych mediów. Książę Filip w tych kwestiach wydawał się nieugięty. Wymykając się narzuconym konwenansom – zarówno tym tradycyjnym, jak i nowoczesnym – nie musiał się uczłowieczać, jego ogromne poczucie wolności i umiejętność korzystania z niej, czyniło z niego wyjątkowego człowieka. Dzięki swojemu indywidualizmowi nie był jedynie figurantem ani nie stał się celebrytą (tak jak młodsi członkowie rodziny królewskiej – książę Harry i Meghan mogliby się od niego dużo nauczyć).

Nie zgadzał się  z nadmierną ingerencją władz państwowych w życie jednostek i często publicznie dzielił się swoimi spostrzeżeniami na ten temat, które potem traktowane były jako gafy. W 1976 roku pisał: „państwo opiekuńcze chroni przed zgubą i wyzyskiem, ale naród może się w pełni rozwijać tylko wtedy, gdy innowatorzy i przedsiębiorcy swoją ciężką pracą, będą dobrze prosperować”. W swych wystąpieniach często podkreślał właśnie rolę przedsiębiorców i ludzi, którzy „brali sprawy w swoje ręce”, jednak nie do końca wierzył w absolut wolnego rynku. Sprzeciwiał się również ograniczeniom narzucanym przez władze państwowe, był szczególnie niechętny wobec rosnącej biurokratyzacji.

W 1977 roku brał udział w wywiadzie radiowym, w którym goście proszeni byli o przedstawienie swoich scenariuszy, jak będzie wyglądał świat w 2000 roku. Wówczas książę Filip zauważył „wygląda na to, że możemy spodziewać się rosnącej biurokracji, biurokracja będzie dotyczyła każdego aspektu życia obywateli. Jeśli będziemy brać przykład z innych państw, to będziemy mieli do czynienia ze stopniowym ograniczaniem wolności wyboru i odpowiedzialności jednostkowej, w takich sprawach jak: mieszkalnictwo, edukacja i wychowanie dzieci, opieka zdrowotna, zdolność do nabywania lub dziedziczenia majątku osobistego, przekazywania biznesu, odkładania pieniędzy na starość oraz, i co najważniejsze – ograniczaniu wolności jednostki do wykorzystania swojego potencjału i talentu, w taki sposób, jaki mu odpowiada”.

Rzecz jasna jego wypowiedź wpisywała się w klimat lat siedemdziesiątych, kiedy Wielka Brytania doświadczała stagnacji gospodarczej, określanej również w ekonomii jako „choroba brytyjska”. Jednak przewidywania księcia sprawdziły się, tak jak przewidział obywatele – przynajmniej w Wielkiej Brytanii – rezygnują ze swoich praw lub te prawa są im ograniczane w imię chociażby bezpieczeństwa państwowego, bezpieczeństwa dzieci i młodzieży, bezpieczeństwa zdrowotnego, etc. Intencje państwa, by ograniczać prawa i przywileje obywatelskie, pozornie zawsze są dobre – chodzi przecież o ochronę obywateli. Jednak im bardziej chroni się obywateli, tym więcej wolności im się zabiera. Książę Filip dostrzegał te zakusy państwa i sprzeciwiał się kolejnym ograniczeniom, które mają prowadzić do zwiększenia bezpieczeństwa (chyba najbardziej znana wypowiedź, za którą Pałac Buckingham był zmuszony przepraszać dotyczyła sprzeciwu wobec ograniczenia w dostępie do broni palnej, gdyż jak publicznie zauważył książę Filip: „Pałką od krykieta też można zabić. Zabronicie też kijów do krykieta?”. Niektórzy z komentatorów uważali, że jego poglądy wpisują się w liberalną myśl Adama Smitha.

Mimo tego, że bronił wolności jako podstawowego prawa człowieka, nie był popularny wśród liberałów. Sam chyba też by się do nich nie przyłączył. Jako mąż królowej miał za zadanie pozostać neutralny politycznie i nie angażować się w jakiekolwiek dyskusje, dlatego trudno określić dokładnie jakie miał poglądy. Trzeba jednak pamiętać, iż jego światopogląd kształtowały zarówno doświadczenia z dzieciństwa i wczesnej młodości, jak i te związane z piastowaniem funkcji członka rodziny królewskiej. Niektórzy z komentatorów określali jego poglądy z lat młodości jako socjalistyczne (podobno miał się do nich przyznać swojemu wujowi Lordowi Mountbattenowi), inni z kolei uważali, że wykazywał postawę nacjonalistyczną.

Z całą pewnością był człowiekiem szczerym (czasem aż za bardzo), angażował się w liczne działania związane z młodzieżą, edukacją i ochroną środowiska. Głęboko wierzył w naukę i postęp ludzkości, jednak dostrzegał, że nadmierna produkcja i konsumpcja mogą być zagrożeniem dla środowiska naturalnego (wskazywał na ten problem na długo przed pojawieniem się Grety Thunberg). Już bowiem w latach osiemdziesiątych ostrzegał przed „chciwym i bezsensownym wykorzystywaniem przyrody”. W 1982 roku poruszył ważny – wówczas mało znany – temat o nadmiernym gromadzeniu się dwutlenku węgla w atmosferze na skutek wzrostu produkcji przemysłowej. Co więcej, wykorzystał wtedy niszową teorię efektu cieplarnianego (musiał zapoznać się z mało jeszcze znanymi wówczas pracami o globalnym ociepleniu np. Stephena Schneidera). Mówił o problemach klimatycznych w czasach, kiedy jeszcze spodziewano się kolejnej epoki lodowcowej, a nie ocieplenia klimatu.

Niezależnie od swoich często ukrywanych poglądów, z całą pewnością dobrze wywiązał się ze swej roli – męża królowej. Nie mogła to być łatwa rola dla kogoś, kto wychował się w typowo męskim świecie, ani dla kogoś, kto miał własne pasje i własne zdanie. We wszystkim pozostawał krok za nią.

 

„To jest symbol nadziei po klęsce, po katastrofie” – Włodek Goldkorn w rozmowie z Magdą Melnyk :)

Wszędzie, gdzie się chodzi, młodzi ludzie z tymi żółtymi żonkilami, które Marek Edelman wybrał na symbol. On  potrafił stworzyć symbol, który przeżył jego i mam nadzieję, że przeżyje też moje pokolenie. Że będzie trwał dalej. To jest symbol  mądry, bo to jest wiosenny kwiat, to jest kwiat, który jest tani. Przecież na tym to polegało, żeby był kolorowy, żółty, żeby był tani, dostępny dla wszystkich. Ale to jest szkoła Bundu. Stworzenie tego symbolu. To jest  socjalistyczna szkoła.  Kiedy się mówi dzisiaj o Żydach, to się mówi o Żydach głównie jako o ofiarach, a nie mówi się o zorganizowanej klasie robotniczej żydowskiej.

 

Magda Melnyk: „Osioł Mesjasza” to Pana najnowsza książka, w Polsce ukazały się jeszcze dwie: „Dziecko w śniegu”, którego w pewnym sensie obecna premiera jest kontynuacją, oraz wydany ponad dwadzieścia lat temu „Strażnik”, poświęcony osobie Marka Edelmana. W naszej rozmowie chciałabym poruszyć różne wątki z tych publikacji, zaczynając od najnowszej i jej tytułu …

 Włodek Goldkorn: Chodzi o to, że istnieje pewien nurt w judaizmie, zgodnie z którym syjoniści są osłem Mesjasza. Tradycyjny judaizm był w zasadzie źle nastawiony do syjonistów, ale potem nastąpiło swego rodzaju przesunięcie i część tego nurtu doszła do wniosku, że jednak – bo oczywiście w tradycyjnym judaizmie to Mesjasz odbuduje państwo, odbuduje świątynię – to syjoniści, poprzez stworzenie państwa Izrael, przyspieszają przyjście Mesjasza, ponieważ Jerozolima jest teraz żydowska. To oczywiste szaleństwo, bo chodzi o to, żeby zbudować świątynię tam, gdzie teraz są meczety.

Ze wschodniego zbocza Góry Skopus widać pustynię, o wschodzie słońca ma się wrażenie kompletnej transcendencji – te promienie słońca na czerwonej pustyni. Kiedy przechodzi się na drugą stronę góry i patrzy na zachód – widać Jerozolimę. W tym miejscu miał ponoć stać Tytus i stamtąd patrzeć na miasto i na świątynię, którą potem zburzył, miasto zniszczył. Bardzo często, kiedy tam jestem, odczuwam dziwną identyfikację z Tytusem. Nie bardzo rozumiałem, o co chodzi i to jest perwersyjne, bo przecież Tytus to wróg.  Pisząc książkę zrozumiałem, że Tytus, burząc świątynię, przerwał związek między miejscem a sacrum. Uwolnił słowo, uwolnił sacrum od ciężaru  tej świątyni. I tu chodzi też o postać z książki Davida Grossmana „Patrz pod: Miłość”, gdzie opowiada on o dziadku Anszelu Wassermanie, którego komendant obozu nie może zabić, bo Wasserman opowiada historię, jest niczym Szeherezada. O to mi chodzi – możliwość zbawienia jest w opowieści.

Magda Melnyk: Gdybym mogła poruszyć dwa tematy w tej wypowiedzi. Pierwszy jest bardziej symboliczny. Bardzo ciekawie powiedział Pan, że w momencie, kiedy świątynia została zniszczona, zgładzona, to wtedy rzeczywiście sacrum wyzwoliło się od namacalności, w której się znajdowało. Tymczasem dziś Jerozolima jak Pan to fantastycznie ujął stała się „bożym Disneylandem”. Mnie osobiście to miasto przeraziło, wszędzie, na każdym kroku próba dowiedzenia, że tu, w tym miejscu działo się coś z tego czy innego Testamentu. To było dla mnie tak groteskowe, tak wyzute z sacrum, z całej możliwej świętości. Drugi temat, który chciałam poruszyć w związku z Pana wypowiedzią, który interesuje mnie od politologicznej strony, to syjoniści, którzy, owszem, byli tym osłem Mesjasza, bo nie dość, że realnie doprowadzili do stworzenia Izraela, to oddali władzę właśnie tym religijnym. 

Włodek Goldkorn:  To potwornie skomplikowane. Chodzi o fakt, że syjoniści – mimo że byli laiccy i często uważali się za socjalistów, chcieli zbudować nowego człowieka, nowego Żyda –używali słów z tradycji synagogi i z tradycji religijnej. A słowa  mają swoje istnienie niezależne od nas. Nie jesteśmy władcami słowa, nikt z nas nie jest władcą słowa.  Opowiadamy słowami, a słowa nie mają koniecznie tego znaczenia, jakie myślimy, że im dajemy.  Słowa mają autonomię. Nam się wydaje, że kiedy mówimy o ruchach społecznych czy o polityce, to te słowa nie mają autonomii, bo politycy wiedzą, czego chcą, bo my wszyscy mamy ten paradygmat Webera, racjonalnego, białego mężczyzny, profesjonalnego polityka. Ale tak nie jest. Cały XX wiek jest dowodem na to, że tak wcale nie jest, że bywa zupełnie inaczej. Te pojęcia, które pochodziły z sacrum, stały się rzeczywistością. Oczywiście, pod tym względem ogromną przewagę moralną mają te ruchy polityczne, które przegrały, które poniosły klęskę, których marzenia się nie ziściły, bo gdyby się ziściły ich marzenia, to nie wiemy, co by się stało. Zostały piękne hasła i piękne intencje, których bronię.

Magda Melnyk: Kiedy się Pan zetknął z Bundem?

Włodek Goldkorn: O jego istnieniu wiedziałem zawsze, ale fascynacja nastąpiła  później, w Izraelu, kiedy byłem już dorosłym człowiekiem. To wtedy odkryłem, jak ważny był Bund, z czasem, dzięki Hannie Krall i jej książce, pojawił się w mojej wyobraźni Marek Edelman. No a potem zaistnieli Bundowcy w Izraelu, taka grupa bundowska. Mieli tam swoją siedzibę, do której zacząłem chodzić. To było niesamowite, bo na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, oprócz starszych ludzi, nikt tam nie przychodził. Była tam ogromna biblioteka książek w jidysz, całe ściany, częściowo zniszczone, pełne skarbów. Nagle odkryłem inny świat. Wycyganiłem od nich trochę książek i zacząłem się tym wszystkim gwałtownie interesować, i przepadłem. Dlatego też mnie Marek Edelman – którego poznałem osobiście w ’87 roku, kiedy po raz pierwszy dostałem wizę do Polski – interesował jako człowiek, który, gdyby historia potoczyła się inaczej, byłby pewnie jednym z przywódców tej partii. Ja z Markiem, kiedy go poznałem, chciałem rozmawiać głównie o Bundzie, nie o powstaniu. Edelman, został wychowany, jako działacz partii – i tak zachowywał się do końca życia. Oczywiście za każdym razem mówił, że  Bund nie istnieje. Ale we wszystkim, co robił, to miał w głowie ten bundyzm.  Zdarzyło mi się parę razy słuchać go, jak rozmawiał z innymi bundystami w jidysz – mówił wtedy przepięknym, literackim językiem.

Magda Melnyk: Dla mnie Edelman jest szczególną postacią, bo jestem z Łodzi. Tym, co wydaje mi się, że Edelman podkreślał, był fakt, że powstanie w getcie i powstanie warszawskie stanowiły ciąg tej samej historii – historii Polski, historii Warszawy i tych samych ludzi. To ważne, że ja, będąc jeszcze w liceum kiedy ukazał się „Strażnik”, mogłam tak tego doświadczyć – wspólnej, ciągłej narracji,  szczególnie, że w książce jest też załączone „Getto walczy” jego autorstwa. Mimo że w szkole, w przekazie medialnym ta historia zawsze była w jakiś sposób oddzielana. Później czułam wręcz fizycznie, że getto i powstanie, które w nim wybuchło, to jest zupełnie inny temat.

Włodek Goldkorn: Mogę powiedzieć w ten sposób: to najbardziej problematyczna sprawa, jaka istnieje – ta ciągłość. Myślę, że stworzenie jej było bardzo ważne – bo opowiadanie historii się tworzy. To nie jest dane. Dzisiaj natomiast jest ważne, żeby zrozumieć różnicę. W ’88 roku, podczas obchodów rocznicy wybuchu powstania, na wielkiej manifestacji Solidarności, Wałęsa wygłosił przemówienie, w którym powiedział, że było to najbardziej polskie z polskich powstań. Miałem wtedy ambiwalentne odczucia. Dziś to przepiękne, kiedy widzę całe miasto w żonkilach. Marek chciał być pochowany tam, gdzie są groby jego towarzyszy broni – te symboliczne groby w kwaterze Bundu na cmentarzu żydowskim – to było dla niego bardzo ważne i oczywiście tam został pochowany. To było niezmiernie istotne,  aby na cmentarzu żydowskim odbył się pogrzeb polskiego bohatera, żeby żołnierze wojska polskiego strzelali salwy na cześć bohatera na cmentarzu żydowskim. Warto jednak mówić dziś o tym, że powstanie w getcie nie miało wielkiego odzewu po drugiej stronie muru– powiedzmy to sobie teraz, tak delikatnie…

Magda Melnyk: Widzi Pan, z drugiej strony getto warszawskie postrzegam lepiej niż getto łódzkie pod takim względem, że ten mur zapewniał pewną przepustowość. Tak jak Edelman powtarzał, co siódmy Polak był w jakiś sposób zaangażowany w pomoc i ukrywanie ludzi. Natomiast łódzkie getto należało do jednych z najbardziej odizolowanych – takie totalne odcięcie to jeszcze większy dramat. 

Włodek Goldkorn: Ja się na tym nie znam, naprawdę nie znam się na łódzkim getcie. Wiem tylko, że był Rumkowski i mam o nim zdanie, ale…

Magda Melnyk: Jakie ma pan zdanie na temat Rumkowskiego?

Włodek Goldkorn:  Sformułuję to delikatnie. Po pierwsze, jestem też pisarzem. Główną zasadą literatury jest empatia, czyli postawienie się w sytuacji człowieka, o którym piszesz.  Nie można osądzać nikogo, kto był w obozie śmierci, czy obozie koncentracyjnym, to jest oczywiste. Jeżeli chodzi o ludzi, którzy byli przywódcami w getcie, mimo że byli mianowani przez Niemców, to można… nie mówię, że osądzać, ale można mieć opinię. Kiedy Edelman mówił, że Adam Czerniaków nie powinien był popełnić samobójstwa, a ja mu odpowiedziałem: to co miał zrobić? Przyzwoity człowiek, niczego złego nie uczynił w końcu. Jak to co miał zrobić? Miał powiedzieć mieszkańcom getta, co się dzieje. Przekształcił sprawę polityczną w swoją prywatną, osobistą sprawę. O to [Marek] miał do niego pretensje.

Wracając do Rumkowskiego: przecież istnieje granica. Młodzi ludzie w getcie warszawskim stworzyli ŻOB, młodzi ludzie w getcie wileńskim stworzyli Farajnikte Partizanen Organizacje. Młodzi, więc mieli wizję przyszłości, co więcej, nie bali się – bo młodzi ludzie się nie boją. Prawie wszyscy wywodzili się w jakiś sposób z lewicy. Socjaliści, komuniści, syjoniści lewicowi, bundowcy, którzy rozumieli, że się walczy. Że kiedy jest zło, to trzeba się złu sprzeciwiać; że w takich warunkach, jak druga wojna światowa, walczy się z bronią w ręku.  Oczywiście, można powiedzieć, że Rumkowski chciał, żeby jak najwięcej ludzi przeżyło. Ale brakowało mu wyobraźni, żeby zacytować Hannah Arendt, która oczywiście nie miała racji, kiedy pisała o Judenratach, bo wtedy jeszcze nie było książek o Judenratach. Ale zasadniczo miała rację, że trzeba mieć wyobraźnię, kiedy jesteś przywódcą. Rumkowskiemu tej wyobraźni zabrakło.

Magda Melnyk: Chciałabym z Panem porozmawiać na temat pamięci. Bardzo ciekawie mówił Pan o słowie i o jego mocy sprawczej. Słowo było początkiem Holokaustu. Słowo, które stygmatyzuje, słowo, które dzieli. To przez słowo został stworzony mur, zostało stworzone getto i później doszło do Holokaustu. Ale ważna jest też ocena tych wydarzeń i znów – słów im towarzyszących: „ofiary”, „owce idące na rzeź”… Wydaje mi się, że Pan w swej twórczości przeciwstawia się takiej narracji. Jest to ważne, bo słowo to opowieść, a opowieść buduje naszą pamięć.

Włodek Goldkorn: Powiem to dużo prościej. Jesteśmy tym, o czym sobie opowiadamy w gruncie rzeczy. Jesteśmy po prostu opowieścią. Psychoanaliza też polega na tym, że się cały czas opowiada. Nie na tym, że psychoanalityk coś tłumaczy, tylko że pani opowiada psychoanalitykowi różne historie. Opowieść jest też rodzajem podróży. W podróży ludzie się zmieniają, prawda? Opowiadamy tak, jak sobie wyobrażamy, taka wyobraźnia o przeszłości.

Magda Melnyk: Powrócę jeszcze do tego opowiadania, bo to bardzo ważne, ale chciałabym nawiązać do pamięci i jej budowania. Chciałabym porozmawiać też o milczeniu, o tym, co przemilczamy. O tym, czego nie mówimy i z czego budują się traumy. Tak jak Pan powiedział, terapeutyczne jest mówienie. Terapeutyczne jest opowiadanie. Przemilczenie natomiast prowadzi do pewnego rodzaju choroby. To przemilczenie, które miało miejsce i bardzo często nadal trwa, zarówno w Polsce, jak i w Izraelu. Oczywiście to się zmienia, ale w momencie, gdy zakończyła się wojna, pojawiło się poczucie, żeby nie opowiadać. Żeby opowiadać niewiele, żeby zatajać pewne kwestie. Przecież o Jedwabnem, o tym, co działo się w polskich lasach, dowiedzieliśmy się stosunkowo niedawno, 10-15 lat temu?

Włodek Goldkorn: Książka Jana Grossa wyszła chyba  w roku 2001.

Magda Melnyk: Wydaje mi się, że to moment terapeutyczny dla wielu, bardzo duża część społeczeństwa polskiego zaczęła wtedy swoją drogę do prawdy i wypełnienia tej ciszy. Oczywiście, jeszcze większa część społeczeństwa zaczęła to wypierać, weszła w pewnego rodzaju negację. I tu pytanie, w jaki sposób tę narrację zmieniać? W jaki sposób ją uzdrowić? Bo wiadomo, że sami Żydzi przeszli Holokaust, ale Polacy też w tym byli. Wydaje mi się, że my sami mieszkamy na cmentarzysku i musimy się z tej traumy uleczyć. Musimy znaleźć na to jakieś lekarstwo i wydaje mi się, że tym lekarstwem jest po pierwsze prawda, po drugie właśnie opowieść i zmienianie sposobu, w jaki pamiętamy.

Włodek Goldkorn: Zacytuję Poncjusza Piłata: „A czym jest prawda”? Z punktu widzenia filozoficznego, to jest wspaniałe pytanie w tym momencie.

Magda Melnyk: Tak, czy prawda istnieje?

Włodek Goldkorn: Dla Poncjusza Piłata prawda nie była taka sama, co dla Jezusa, dla Żydów też nie była taka sama. Nie potrafię odpowiedzieć, co trzeba zrobić, co trzeba powiedzieć, szczególnie w kontekście Polski. To, czego mi dzisiaj brakuje w polskiej dyskusji na temat Żydów,  nie tylko Holokaustu, to są Żydzi.  Dzisiaj opowiada się  o Polakach, o tym, co Polacy robili, czy robili dobrze, czy robili źle. Czy było więcej sprawiedliwych, czy było więcej niesprawiedliwych. Mnie interesuje natomiast, jako drugie pokolenie, co ja robię z moją pamięcią Żyda.

Ja się urodziłem i wychowałem w rodzinie – tak à propos tego, że brakuje Żydów – gdzie Żydzi zawsze byli i działali. Mój ojciec czytał gazetę w jidysz w tramwaju. W takim duchu się wychowałem. Wiec ja od kiedy pamiętam, wiedziałem, że w pierwszych latach po wojnie Żydzi bali się  jeździć pociągami, bo zdarzało się, że ich tam zabijano. Pogrom kielecki był tematem  rozmów. Przyjaciółka moich rodziców, która go przeżyła, przychodziła do nas do domu, i wszyscy wiedzieli, że ona, tak się wtedy tego nie nazywało, ale doświadczała syndromu posttraumatycznego po tym pogromie. My o tym wiedzieliśmy. A wracając do Żydów, których brakuje w dyskusji. Lubię Muzeum Polin. To jest muzeum, które pokazuje, jak Żydzi byli zawsze częścią Polski.

Natomiast jeżeli chodzi o sprawę traumy: Żydzi, kiedy wyszli z obozów, opowiadali. To nieprawda, że nie opowiadali. Rachela Auerbach natychmiast zbierała wszystkie możliwe opowieści. I ja się wychowałem w domu, w którym te wszystkie książki były, stały na półkach. Ja je zacząłem czytać, kiedy miałem 9-10 lat.

W Izraelu o tym nie chciano rozmawiać. Był wzór człowieka: żołnierz, bojownik. Poza tym, oni też mieli własne rzeczy, które musieli wyprzeć z pamięci, na przykład: niemieckie i włoskie samoloty bombardowały Tel-Awiw. Pani o tym wiedziała?

Magda Melnyk: Nie.

Włodek Goldkorn: No widzi pani.   O tym się nie rozmawiało, a poza tym  ludzie ocaleni z Szoa   chcieli żyć. Oni chcieli w końcu żyć i myśleć tylko o przyszłości.

Magda Melnyk: Jeszcze jeden temat. Rzeczywiście mówi Pan, że nie lubi się cytować, ale Pana książki są stworzone do cytowania. Wynotowałam sobie przepiękny fragment o kanarku w kopalni jako takim symbolu pamięci – Pan niczym kanarek wyczuwający trujące wyziewy jest wyczulony na rasizm. Ciągnąc ten temat, chciałabym się spytać, jak ocenia Pan obecną sytuację w Polsce, patrząc na rządy PiS-u …

Włodek Goldkorn: Nie chcę się od tego wymigiwać, ale naprawdę nie jestem ekspertem.  Podziwiam w Polsce ruchy feministyczne, to wszystko, co w jakiś sposób dzieje się w Warszawie i we Wrocławiu, podziwiam panią prezydent Gdańska. A co do rocznicy powstania w getcie, rozumiem, że jak co roku o godzinie 12 odbędą się niezależne obchody, które z Markiem Edelmanem zawsze się odbywały, niezależnie od tego, kto był u władzy. Po prostu Marek chciał, żeby te obchody robił on z gronem swoich przyjaciół. Przychodziło na nie też zawsze dużo młodzieży. Dla mnie 19 kwietnia to data zasadnicza, najważniejsza. Jestem, kim jestem, dzięki tym ludziom. Dla mnie jest ważne, kiedy tego dnia nie jestem w Warszawie, by zatrzymać się, przez chwilę pomyśleć.  To, co uważam za bardzo interesujące i za bardzo dobre, to, że 19 kwietnia Warszawa staje się miastem, które pamięta. Wszędzie, gdzie się chodzi, młodzi ludzie z tymi żółtymi żonkilami, które Marek Edelman wybrał na symbol. On  potrafił stworzyć symbol, który przeżył jego i mam nadzieję, że przeżyje też moje pokolenie. Że będzie trwał dalej. To jest symbol  mądry, bo to jest wiosenny kwiat, to jest kwiat, który jest tani. Przecież na tym to polegało, żeby był kolorowy, żółty, żeby był tani, dostępny dla wszystkich. Ale to jest szkoła Bundu. Stworzenie tego symbolu. To jest  socjalistyczna szkoła.  Kiedy się mówi dzisiaj o Żydach, to się mówi o Żydach głównie jako o ofiarach, a nie mówi się o zorganizowanej klasie robotniczej żydowskiej.

Magda Melnyk: Ja myślę, że te żółte żonkile w Warszawie 19 kwietnia są symbolem zwycięstwa. Są symbolem zwycięstwa, ponieważ rozlewają się po całym mieście i świadczą o życiu, tak samo jak Polin mówi o życiu. Koncentruje się na życiu i na współżyciu jednocześnie, prawda? To takie piękne miejsce, w którym nie czuje się muru i nie czuje się jakiejś podwójnej narracji, a jedynie ten jeden główny nurt, który razem tworzymy. To jest właśnie siła tych miejsc.

Włodek Goldkorn: Pozwolę z panią się nie zgodzić. Dla mnie to  nie jest symbol zwycięstwa.  To jest symbol nadziei po klęsce, po katastrofie. To jest symbol nadziei, która przeżyła.  Ale w tym nie ma żadnej konsolacji, żadnego pocieszenia, żadnego zadośćuczynienia. Nie ma zadośćuczynienia. To była katastrofa, klęska. To wszystko przestało istnieć. To co dobre, to fakt, że są  młodzi ludzie i niemłodzi, którzy postanowili, że musi być nadzieja i że pamięć ma mówić o przyszłości, a nie tylko o żałobie, że z żałoby trzeba patrzeć na przyszłość. Mówiła Pani o   jednej narracji. Nie może być jednej narracji. Są różne narracje. Są też różne narracje żydowskie. Jest narracja tuwimowska i jest narracja bundowska, obie są  inne.

Magda Melnyk: Natomiast zarysowuje mi się bardzo ciekawa tendencja, przynajmniej tak zauważam. Jakiś czas temu powstały „Księgi Jakubowe”, ostatnio w moje ręce trafił „Król” Twardocha, nie wiem, czy pan czytał Twardocha?

Włodek Goldkorn: Tak, czytałem.

Magda Melnyk: Oprócz tego, jak ktoś nie czyta, to powstał również serial na podstawie tej książki.

Włodek Goldkorn: Tak.

Magda Melnyk: I to, co dla mnie wydaje się wywrotowe to to, że głównymi bohaterami w tych książkach są Żydzi. Jest to wywrotowe w sposób bardzo pozytywny, ponieważ pokazuje wspólną opowieść. Nie mamy tego przysłowiowego Żyda-Jankiela, który jest gdzieś na piętnastym planie, tylko mamy bohatera, który kształtuje opowieść i jest w centrum zainteresowania. Mam wrażenie, że to bardzo ciekawy proces, który może nam pomóc w połączeniu tych dwóch narracji, w stworzeniu, w zrozumieniu, że Żydzi, Polacy, to wszystko, co działo się, to była jedna wielka całość, a nie oddzielne rozdziały w książce do historii.

Włodek Goldkorn: Z tym się z Panią absolutnie zgadzam. Tak samo, jak myślę, że Bashevis Singer jest częścią polskiej literatury. On się od tego odżegnuje, twierdzi, że nigdy nie czytał polskiej literatury.

Magda Melnyk: Ja uważam, że on jest totalnie częścią polskiej literatury.

Włodek Goldkorn:  Czy też różni poeci w jidysz, prawda, można zrobić cały wykład na temat wpływu polskiej poezji na poezję jidysz. To jest ogromny temat, niesamowicie ciekawy i fascynujący. Natomiast wracając do tego, czy to coś odbuduje. „Księgi Jakubowe” są arcydziełem. Ale tu będę mówił bardziej jako człowiek, który zajmuje się literaturą na co dzień, ja piszę o książkach. „Księgi Jakubowe” są jedną z największych powieści, które zostały napisane na świecie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. To jest wielka powieść nie tylko ze względu na fabułę, ale przede wszystkim ze względu na język. Przecież nikt tak po polsku nie pisze i dawno nie pisał, jak Olga Tokarczuk. Od tego się to zaczyna. To jest wielka powieść, bo jest napisana językiem tak cudownym, tak bogatym, gdzie zmienia się rejestr, każda osoba mówi inaczej, myśli inaczej i używa innych słów. Poza tym oczywiście, to jest powieść bardzo polska, która w jakiś sposób idzie przeciwko tej sienkiewiczowskiej narracji, wywraca do góry nogami Sienkiewicza, a ponieważ Olga Tokarczuk jest wielką pisarką, to potrafiła też wspaniale skonstruować postać Jakuba Franka. Literatura przywraca do życia i stwarza rzeczy.  Ale… nie ma wspólnej narracji polsko-żydowskiej. Oczywiście jest Tuwim, Leśmian, osoby które pisały po polsku i wybrały polskość. Ale, z drugiej strony, dziś się mówi, że ci ludzie byli w jakiś sposób poddani dominującej narracji. To  jest bardzo śliska sprawa. A jeżeli nawet? Pani cytowała Jankiela. Uważam się za jednego z ludzi, którzy bronią pamięci tego wszystkiego, co jest przeciwne stereotypowi Jankiela. Ale kiedy ja czytam koncert Jankiela, to płaczę. Serce ludzkie jest bardzo skomplikowane. Nie mówiąc już o tym, że prawdziwymi polskimi romantykami byli często Żydzi. I do dzisiaj tak jest.

Magda Melnyk: Powiedział Pan o tych romantykach i od razu przed oczami stanęli mi młodzi ludzie, którzy walczyli w getcie warszawskim.

Włodek Goldkorn: Tak.

Magda Melnyk: Dla mnie jest to symbol polskiego romantyzmu: że musimy walczyć i najlepiej właśnie zginąć z bronią w ręku.

Włodek Goldkorn: Ja myślę, że to mogło dotyczyć Anielewicza, na pewno nie dotyczyło Marka Edelmana. Marek Edelman nie był polskim romantykiem, był pozytywistą. Był żydowskim, bundowskim pozytywistą.

Magda Melnyk: Ale chyba Bundowcy w ogóle byli pozytywistami? Można ich tak nazwać?

Włodek Goldkorn: Absolutnie tak. Oni uważali się za marksistów, ale byli radykalnymi pozytywistami, tak.

Magda Melnyk: Myślę, że tego właśnie teraz Polsce potrzeba. Takich pozytywistów, nie romantyków.

Włodek Goldkorn: À propos powstania w getcie, to byli po prostu ludzie, chłopcy i dziewczyny, którzy się wychowali w etosie socjalistycznym, lewicowym, że życie bierze się w rękę i walczy się. I oni zrobili powstanie, dlatego że dla nich było oczywiste, że trzeba walczyć z bronią w ręku. Im po prostu udało się to zrobić, późno, ale udało się. W prawie wszystkich większych gettach istniały organizacje podziemne, które miały walczyć. W Wilnie im się to nie udało, byli bliscy, ale im się to nie udało. W getcie warszawskim byli bardziej zgrani i im się udało to w końcu zrobić.  Dla nich było oczywiste, że walczy się z bronią w ręku. Bo byli socjalistami. Etos socjalistyczny nie był pacyfistyczny.

Magda Melnyk: Wiem coś o tym, jestem z Łodzi. W 1905 roku nie było spokojnie.

Włodek Goldkorn: No dokładnie. Oczywiście, dzisiaj trzeba być pacyfistą.

 

 

Włodek Goldkorn (ur. 1952) – wieloletni redaktor działu kultury tygodnika „L’Espresso”. Z Polski, kraju swojego urodzenia, wyemigrował w 1968 roku. Zajmuje się tematyką żydowską i historią Europy Środkowo-Wschodniej. Współautor książek Strażnik. Marek Edelman opowiada oraz Civiltà dell’Europa Orientale e del Mediterraneo. Jest również autorem La scelta di Abramo. Identità ebraiche e postmodernità. Za książkę Dziecko w śniegu otrzymał Nagrodę Asti d’Appello, był nominowany do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus oraz znalazł się w finale nagrody Premio Sila ’49.

 

Redakcja oraz korekta: Joanna Głodek

Transkrypcja: Aleksandra Krajewska

Autor zdjęcia:Beth Jnr

Organizacje społeczne: Wrogie przejęcie urzędu RPO – oświadczenie :)

Oświadczenie organizacji społecznych w sprawie przejęcia urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich przez większość sejmową

Jako przedstawiciele organizacji społecznych sprzeciwiamy się wrogiemu przejęciu urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich przez rządzącą większość parlamentarną. Nie akceptujemy de facto rozstrzygania o naszych prawach i wolnościach przez politycznie zależny trybunał Julii Przyłębskiej, lekceważenia w jego pracach podstawowych zasad rzetelnego procesu, w tym kwestii niezależności i bezstronności sędziów.

Przyjęty przez trybunał pogląd stanowi kolejny przykład zawłaszczania państwa przez partię władzy, podkopywania fundamentów demokracji i obchodzenia przepisów Konstytucji w myśl zasady: po nas choćby potop.

Przepisy Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej nie sprzeciwiają się kontynuowaniu misji Rzecznika Praw Obywatelskich do czasu wyboru jego następcy. Wartości ujęte w preambule Konstytucji i jej zasadach ustrojowych, takie jak ciągłość funkcjonowania władz publicznych, zaufanie obywateli do państwa, a także troska o to, by podstawowe prawa i wolności obywatela nie były łamane, wymagają wręcz, aby urząd ten do czasu wyboru następcy pełniony był w niezależny sposób przez osobę, która uprzednio uzyskała demokratyczny mandat.

Przyjęty przez trybunał Julii Przyłębskiej standard przeciwny powoduje, że wszyscy tracimy obrońcę. Najbardziej zmiana ta dotknie osoby, dla których w ostatnich latach urząd RPO był główną ostoją i orędownikiem ich praw. Najmocniej odczują ją więc osoby z różnych względów narażone na wykluczenie: osoby z mniejszych miejscowości, starsze, z niepełnosprawnościami, w kryzysie bezdomności, należące do mniejszości, w tym szczególnie mniejszości seksualnych, osoby przebywające w ośrodkach odosobnienia. Tylko w 2020 roku o ochronę w sprawach indywidualnych do Biura Rzecznika zwrócono się ponad 72 tysiące razy. W świetle ostatnich wydarzeń Polska utraci także ważny ośrodek upominania się o prawa kobiet.

Jako społeczeństwo obywatelskie tracimy również istotny ośrodek debaty społecznej, miejsce poruszania zapomnianych lub lekceważonych problemów, wykuwania nowych pomysłów i rozwiązań. Jedną z ostatnich płaszczyzn, na których mogły spotkać się osoby o odmiennych poglądach, z szacunkiem szukające wspólnych rozwiązań dostrzeżonych przez siebie problemów.

Decyzja trybunału to także bezpośrednie zagrożenie dla kilkuset osób pracujących w Biurze RPO. Ryzyko czystek, zamachu na ich niezależność i zachowań znanych z innych instytucji przejmowanych w podobny sposób. W tych trudnych chwilach solidaryzujemy się ze wszystkimi pracującymi w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Chcemy im wszystkim, a także odchodzącemu Rzecznikowi podziękować za trud pracy na rzecz przestrzegania praw człowieka w Polsce.

Jednocześnie domagamy się, aby wybory nowego Rzecznika Praw Obywatelskich odbyły się w zgodzie z przepisami Konstytucji. Wszelkie próby mianowania osoby pełniącej obowiązki rzecznika z pominięciem Sejmu i Senatu uznamy za obejście przepisów ustawy zasadniczej.

Zwracamy się do społeczności międzynarodowej o monitorowanie działań rządzącej większości parlamentarnej podejmowanych w tym względzie.

[OŚWIADCZENIE W WERSJI PDF]

Lista podpisów organizacji:

Akcja Demokracja

Archiwum Osiatyńskiego

Fundacja Ośrodek Kontroli Obywatelskiej OKO

Centrum Inicjatyw Społecznych w Gliwicach

Centrum Rozwoju Inicjatyw Społecznych CRIS

Edukacyjna Fundacja im. Romana Czerneckiego

Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny

Forum Darczyńców w Polsce

Forum Unia Młodych

Fundacja “Przestrzeń dla Edukacji”

Fundacja 360!

Fundacja Aktywności Lokalnej

Fundacja Autonomia

Fundacja Bęc Zmiana

Fundacja Centrum im. prof. Bronisława Geremka

Fundacja Centrum Przedsiębiorczości i Innowacji 50+

Fundacja Chustka

Fundacja Cicha Tęcza

Fundacja ClientEarth Prawnicy dla Ziemi

Fundacja dla Polski

Fundacja Dobra Wola

Fundacja Domu Baudouina

Fundacja Edukacji Prawnej “Iustitia”

Fundacja Ekologiczna “Zielona Akcja”

Fundacja Forum Obywatelskiego Rozwoju

Fundacja Forum Odpowiedzialnego Biznesu

Fundacja Frank Bold

Fundacja Głuchych Zacisze

Fundacja im. Stefana Batorego

Fundacja Jagoda im. Jagody Pachota

Fundacja Kultura Liberalna

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Fundacja Liberte!

Fundacja Machina Zmian

Fundacja Miasto Obywatelskie Lubartów

Fundacja Mundus Cantat

Fundacja MY Pacjenci

Fundacja na Rzecz Praw Ucznia

Fundacja na rzecz Równości i Emancypacji STER

Fundacja na rzecz Wolnomyślicieli

Fundacja Najpierw Mieszkanie Polska

Fundacja Nowe Centrum

Fundacja Ośrodka KARTA

Fundacja Panoptykon

Fundacja Parent Project Muscular Dystrophy

Fundacja Patria

Fundacja Pełna Życia

Fundacja Pole Dialogu

Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym oraz Dzieciom i Młodzieży Auxilium

Fundacja Pomorskie Centrum Psychotraumatologii

Fundacja Przemijanie

Fundacja Res Publica

Fundacja Rodzić po Ludzku

Fundacja Rokoko

Fundacja Samodzielność od Kuchni

Fundacja Serce Miasta

Fundacja Stocznia

Fundacja Szkoła z Klasą

Fundacja trzeci.org

Fundacja w Stronę Dialogu

Fundacja Wiara i Tęcza

Fundacja Wolność od Religii

Fundacja WWF Polska

Fundusz Lokalny Masywu Śnieżnika

Greenpeace Polska

Grupa Ponton

Helsińska Fundacja Praw Człowieka

Inicjatywa obywatelska “Chcemy całego życia!”

Instytut Spraw Publicznych

Janowskie Stowarzyszenie Niesienia Pomocy Humanus

Kaliska Inicjatywa Miejska

Kampania Przeciw Homofobii

Komitet Obrony Demokracji

Krakowski Instytut Prawa Karnego Fundacja

Krytyka Polityczna (Stowarzyszenie im. Stanisława Brzozowskiego)

Międzynarodowy Instytut Społeczeństwa Obywatelskiego

Mussszelka

Obywatele Kultury

Oddział Wielkopolski Stowarzyszenia Zastępczego Rodzicielstwa

Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych

Ogólnopolski Strajk Kobiet

„Otwarta Rzeczpospolita” Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii

Polska Fundacja im. Roberta Schumana

Polski Instytut Praw Człowieka i Biznesu

Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze, Oddział w Żyrardowie

Rada Konsultacyjna przy Ogólnopolskim Strajku Kobiet

Sieć Obywatelska Watchdog Polska

Siedleckie Stowarzyszenie Pomocy Osobom z Chorobą Alzheimera

Stowarzyszenie Amnesty International

Stowarzyszenia Wiosna bez Barier

Stowarzyszenie Cała Naprzód

Stowarzyszenie Dialog Społeczny

Stowarzyszenie Homo Faber

Stowarzyszenie im. prof. Zbigniewa Hołdy

Stowarzyszenie Interwencji Prawnej

Stowarzyszenie Klon/Jawor

Stowarzyszenie Kobiety Filmu

Stowarzyszenie Lepszy Świat

Stowarzyszenie Młodych Naukowców

Stowarzyszenie na Rzecz Osób LGBT Tolerado

Stowarzyszenie Nasze Imaginarium

Stowarzyszenie NOMADA

Stowarzyszenie Oświata Polska

Stowarzyszenie Plac Solidarności

Stowarzyszenie RAZEM DLA KONARZEWA

Stowarzyszenie Rozwoju Gminy Kaliska

Stowarzyszenie Rozwoju Wsi Śmiałowice

Stowarzyszenie SZERSZE HORYZONTY

Stowarzyszenie TAK Trójmiejska Akcja Kobieca

Stowarzyszenie Tarnowska Rospuda

Stowarzyszenie Wielokulturowy Kraków

Stowarzyszenie Wspólne Wójtowo

Stowarzyszenie Zachodniopomorskie Smaki

Stowarzyszenie Zielone Dzieci

Świętokrzyskie Centrum Inicjatyw Społeczno-Kulturalnych

Towarzystwo Dziennikarskie

Towarzystwo Miłośników Ziemi Zalewskiej

Towarzystwo Muzyczne Ziemi Proszowickiej

Wielka Koalicja za Równością i Wyborem

Wolne Sądy

Żydowskie Stowarzyszenie Czulent

Stowarzyszenie Kuźnica


Zdjęcie główne: Adam Bodnar, Fot. Adrian Grycuk, licencja Creative Commons

Etyka noża :)

Lubię gotować i tworzyć niecodzienne, inspirowane kuchniami świata potrawy. Do ich przygotowywania potrzebne są rozmaite narzędzia i urządzenia. Dzisiejszy świat oferuje ich mnóstwo, ale wciąż najważniejszym i podstawowym jest… nóż. Przez dziesięciolecia moich kulinarnych doświadczeń używałem już zapewne kilkunastu rozmaitych noży. Niektóre mam do dziś, jednak większości już się pozbyłem, czyli zużyłem, wyrzuciłem, oddałem komuś, zgubiłem itp. Niedawno uświadomiłem sobie, że musiałem wydać na nie sporą sumę, za którą mógłbym wejść w posiadanie wspaniałego uniwersalnego noża na całe życie. Mało tego, mógłbym kupić taki, który po mnie mógłby przejąć mój syn, a po nim któreś z jego dzieci. Gdybym zrobił to u zarania dorosłego życia, nie zanieczyściłbym świata kilkunastoma zbędnymi przedmiotami zawierającym nierozkładalne w naturalnym środowisku tworzywa sztuczne, z których robi się rękojeści tanich noży. Na dodatek oszczędziłbym światu wielu zanieczyszczeń, do których doszło w procesie ich wyprodukowania. Są one niezaprzeczalnym faktem, nawet jeśli trudno oszacować ich skalę.

Od dnia, w którym przyszedłem na świat w Polsce urodziło się około 25 milionów ludzi. Każdy z nich zamiast jednego dobrego noża używał kilku albo kilkunastu słabych albo przeciętnych. Większość z nich wylądowała gdzieś na wysypisku albo wśród nieużywanych, niepotrzebnych rupieci. Jeśli przyjmiemy, że każdy Polak „zużył” w tym czasie pięć noży – to musimy się zgodzić, że wyrzuciliśmy ich w tym czasie około stu milionów. Nikt nie wie, jak wygląda zebrane w jednym miejscu sto milionów kiepskich noży z rękojeściami z tanich materiałów. Trudno sobie to nawet wyobrazić. Nie można sobie również wyobrazić ilości trujących substancji wyemitowanych w czasie ich produkcji do atmosfery oraz fabrycznych odpadów, które wylądowały z tego powodu na wysypiskach. Patrząc na ekonomiczno-społeczny aspekt wytwarzania noży – my, ludzie, nie wiemy, bo nie policzyliśmy tego, ile rodzin utrzymało się z produkcji tanich, wytwarzanych seryjnie noży, a ile utrzymałoby się z rzemieślniczej sztuki kucia mistrzowskich egzemplarzy? Górę nad efektem ekologicznym i społecznym wziął zysk właścicieli fabryk noży, które zalewają nasz świat swoją „tanią”, choć suma summarum wcale nie tańszą niż rzemieślnicza, produkcją.

W naszym świecie większego dochodu można się spodziewać ze śmieciowej produkcji noży niż z mistrzowskiej sztuki kowalskiej. Tymczasem intuicja mówi mi, że ten dochód jest dzielony bardzo niesprawiedliwie i jest obarczony kosztami społecznymi i ekologicznymi, które są rozkładane na wszystkich. Właściciel fabryki noży, czerpiący z tej produkcji największy zysk, ponosi takie same indywidualne koszty zanieczyszczeń, jak zwykli pracownicy jego zakładu i użytkownicy jego produktów. Czy to jest etyczne, żeby wszyscy ponosili równy koszt, a zysk kumulował jeden? Dobre pytanie! Czy gdyby zamiast kilku fabryk ich produkcją zajmowało się tysiące mistrzów kowalstwa, ekologiczne i społeczne koszty byłyby niższe i sprawiedliwiej rozłożone? Nie ma nauki, która zajmowałaby się liczeniem tego typu kwestii. Żaden człowiek czy przedsiębiorca nie ma bowiem bezpośredniego interesu, żeby to liczyć. Jednak ludzkość powinna tego typu rachunki prowadzić, bo skutki obecnych zasad gospodarowania i bezwzględnej pogoni za zyskiem, doprowadziły nas wszystkich na skraj globalnej katastrofy. Tymczasem pogoń za zyskiem trwa w najlepsze, bo pieniądz jest silniejszy niż etyka, a ludzkość dzieli się nierówno zyskami i kosztami.

W Polsce nie ma już nikogo, ani fabryki, ani kowala, którzy byliby w stanie wytworzyć nóż o parametrach, których potrzebuję. To znaczy o twardości większej niż 60 HRC. Mało tego, takiej twardości nie jest w stanie wytworzyć dziś żadna europejska fabryka. Klingi o twardości większej niż 59 HRC Europejczycy zamawiają na ogół w Japonii, gdzie przetrwało tradycyjne kowalskie rękodzieło na mistrzowskim poziomie oraz hutnictwo, będące w stanie wytwarzać stal o pożądanych cechach i parametrach. Będąc osobą wrażliwą społecznie i patriotyczną, wolałbym kupić wspaniały polski nóż na pokolenia, ale niestety nie mam takiej możliwości. Mogę kupić nasze wytwarzane fabrycznie noże z niezłej stali, ale nie spełniają one moich wymagań i daleko im do parametrów wymaganych przez dobrych kucharzy. Mój patriotyzm więc w tej dziedzinie nie ma szans na realizację…

Czy postąpię nieetycznie kupując japoński kuty nóż lub wyrób europejskiej marki wytworzony w Japonii? Nikt nie myśli dziś w tych kategoriach. Wszyscy uznaliśmy, że nie ma dziś żadnych urządzeń ani narzędzi wytworzonych przez jedną tylko tradycję czy konkretnych ludzi. Nawet tak prosty przedmiot jak nóż, może być składową materiałów i technologii pochodzących z wielu różnych źródeł. W czasie marketingowej obróbki jego sprzedaży – ten produkt zostaje pozbawiony swoich korzeni i zupełnie odczłowieczony, tak jakby nie był dziełem człowieka, lecz anonimowych urządzeń.

A ja szukam noża, który jest dziełem konkretnego człowieka, którego można zobaczyć, odwiedzić w jego zakładzie, poczytać o jego losach, tradycji jego rzemiosła, jego słynnych konkurentach, pochodzeniu i składzie stali na brzeszczoty jego noży; powodów dla których wybrał taki a nie inny materiał na rękojeść oraz dla których nadał swojemu dziełu taki a nie inny kształt. Szukam noża, który będzie miał kształt zbliżony do wypracowanego przez mistrza ideału, ale będzie jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny. Będzie miał unikatowe ślady kucia inne niż każdy inny tego typu nóż tego samego wytwórcy.

Oczywiście dziś trudno znaleźć prawdziwy wykuty własnoręcznie przez japońskiego mistrza nóż ze stali, której skład i sposób wytwarzania jest rodzinną tajemnicą. Kosztowałby zapewne majątek. Każdy nawet sygnowany przez jednego ze słynnych japońskich mistrzów – nóż jest dziś w mniejszym lub większym stopniu wytworem nowoczesnej – z natury anonimowej – technologii. Byłoby więc nieetyczne przedstawiać taki przedmiot jako ręcznie wykonane dzieło. Jednak Japończycy uważają, że byłoby nieetyczne odbierać autorstwo i zasługi wielkim mistrzom. Budują marketingowe instrumenty wspierające ich legendę, bo wiedzą, jak bardzo szkodliwe są góry wytwarzanych fabrycznie anonimowych śmieci. W ich pragmatyzmie jest etyka, szacunek dla tradycji i osiągnięć ich ludzi. To się może udzielać…

Wiara w zwycięstwo dobra zaklętego w mistrzowskich dziełach jest widoczna w mitach samurajskich mieczy. W komercyjnej superprodukcji „Kill Bill”, bohaterka pokonuje zło, bo ma do dyspozycji miecz wykuty przez słynnego prawego mistrza. Etyka w służbie dobra jest niezwyciężona, choć wydaje się być skazana na porażkę w konfrontacji z przeważającymi siłami zła. Widzimy na tym przykładzie, że nawet coś tak nieetycznego, jak komercyjne kino, którego głównym celem jest zysk, zawiera etyczne przesłanie. Czy równoważy ono szkody, które powoduje w postaci odmóżdżenia widzów – to kolejny dobry temat do rozważań… A może etycznym wkładem komercyjnego kina akcji jest zaspokojenie krwiożerczych potrzeb ludzi? Może dzięki temu, że się napatrzą w filmie na setki obciętych głów i kończyn, sami nie będą już mieli ochoty, żeby zadawać innym śmierć i ich okaleczać? Więc może brutalne, ociekające krwią sceny mają swój etyczny ładunek, bo zamieniają groźbę prawdziwej masakry w chęć oglądania absurdalnych scen tylko na ekranie? Może to skuteczny sposób na rozładowywanie kumulowanych w ludziach złych emocji?

Z drugiej strony jednak, to może być również rozniecanie morderczych instynktów. Zwłaszcza wśród ludzi o niskiej świadomości, ograniczonych horyzontach i niedostatecznym poziomie dojrzałości emocjonalnej. Czy jesteśmy w stanie, posługując się instrumentarium etyki, sensownie rozstrzygać tego typu dylematy? Czy to etyka powoduje, że noży, których używamy do krojenia żywności, nie bylibyśmy w stanie używać dalej, gdyby międzyczasie posłużyły w do popełnienia zbrodni? Co powoduje, że patrząc na ostry jak brzytwa nóż myślimy o tym, jak precyzyjnie można nim kroić miękkie pomidory, a nie o tym, jak wchodzi w czyjeś ciało?

Schadenfreude-19 :)

Pod cienką powłoką lekko zmodyfikowanej osobowości tkwi ten sam, stary, „dobry” człowiek, który jednego dnia oburza się na „absurdalne obostrzenia”, a drugiego panikuje, gdy słyszy, że ktoś kichnął, który specjalizuje się w krytyce z pozycji własnej kanapy, kręci nosem na układ kolejki do szczepień, oburza się na szczepiących się poza kolejką, równocześnie anonsując swój zamiar nieszczepienia się, postrzega się jako czołowego eksperta od chorób zakaźnych, metod testowania, dróg zakażeń i fal pandemii, uważa, że wielu ludzi przesadza z tą pandemią, no i oczywiście odczuwa od czasu do czasu, choćby podskórnie, podświadomie i mimochodem, schadenfreude w związku z pandemicznymi „perypetiami” bliźnich.

Trudny rok za nami.

Polska ustanowiła rekord europejski w kategorii (to zresztą dość ciekawe sformułowanie) „nadprogramowych zgonów” spowodowanych koronawirusem. Siedzimy w domach bez możliwości pójścia do pubu, kina, teatru czy restauracji, a niekiedy nie chodzimy nawet do pracy i na zakupy, bo lockdown wiele ma twarzy i niełatwo prognozować, co będzie nam wolno za tydzień. Formalnie nie wolno uprawiać sportu, a ponieważ większość z nas szuka wymówek, aby go nie uprawiać, nawet gdy jest to dozwolone, to teraz sprawa jest jasna jak słońce. Rosną brzuchy. Golenie się stanowi spory wysiłek, gdy na Zoomie tygodniowy zarost wygląda całkiem nieźle w przypadku zajęcia odpowiedniego miejsca w relacji do okna. Rzadkie wizyty na dawniej codziennie odwiedzanych ulicach miasta pozwalają odkryć, że kolejne szyldy restauracji zostały zdemontowane. Media donoszą o rozpaczliwej sytuacji w służbie zdrowia, pękających w szwach szpitalach zwykłych, covidowych i tymczasowych. Co rusz te dramatyczne wieści zostają upstrzone materiałami o upadających firmach, ludziach w poważnych tarapatach finansowych, młodzieży pogrążającej się w coraz głębszym kryzysie emocjonalnym wskutek odcięcia od rówieśników i posiadającej coraz większe deficyty wiedzy wskutek nieadekwatnego charakteru zdalnego nauczania. Co kilka minut w telewizji i na stronach internetowych widzimy, jak kogoś szczepią, ale równocześnie prosta arytmetyka skłania do podejrzeń, że szczepiący się dziś stracą odporność i będą potrzebować drugiego szczepienia sezonowego, zanim my podejdziemy do pierwszej dawki. Do tego dochodzą wieści o nowych szczepach wirusa, odporniejszych na szczepionki, szybciej się rozprzestrzeniających, powodujących cięższy przebieg choroby, silniej atakujących młodych i nawet dzieci, których nikt dotąd nie planował szczepić. No i te doniesienia o „długim covidzie” – o późnych powikłaniach dla układu krążenia i oddychania, ale też dla układu nerwowego, o utratach pamięci, zapominanych językach obcych, niezdolności do nauki i pracy. Oto środowisko naszego życia od całego już roku.

Stary, dobry człowiek

Nakazem czasów jest więc solidarność międzyludzka. Taką atmosferę usiłują stworzyć odpowiedzialne media, przykłady takiej postawy są pokazywane jak najczęściej. Gdy jest tak ciężko, nadzieję musimy czerpać choćby z tego, że gotowość niesienia pomocy w narodzie jest wielka. To niczym Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy na okrągło. Politycy co prawda nadal okładają się po głowach w zwyczajnym stylu (co jest o tyle zrozumiałe, że lista błędów rządu w toku walki z pandemią robi stosunkowo piorunujące wrażenie), ale „zwykli ludzie” tryskają empatią. Taka jest oficjalna narracja i w naszej desperacji bardzo chcemy wierzyć w to nasze powszechne zdanie egzaminu z człowieczeństwa.

Prawda jest jednak naturalnie bardziej złożona i – w sumie – zwyczajna. Wyjątkowe okoliczności wyjątkowymi okolicznościami, ale najbardziej uderzającym wnioskiem z roku panowania pandemii w Polsce (i nie tylko w Polsce) jest ten, że ludzie się pod wpływem tych doświadczeń w zasadzie nie zmieniają. Pod cienką powłoką lekko zmodyfikowanej osobowości tkwi ten sam, stary, „dobry” człowiek, który jednego dnia oburza się na „absurdalne obostrzenia”, a drugiego panikuje gdy słyszy, że ktoś kichnął, który specjalizuje się w krytyce z pozycji własnej kanapy, kręci nosem na układ kolejki do szczepień, oburza się na szczepiących się poza kolejką równocześnie anonsując swój zamiar nieszczepienia się, postrzega się jako czołowego eksperta od chorób zakaźnych, metod testowania, dróg zakażeń i fal pandemii, uważa, że wielu ludzi przesadza z tą pandemią, no i oczywiście odczuwa od czasu do czasu, choćby podskórnie, podświadomie i mimochodem, schadenfreude w związku z pandemicznymi „perypetiami” bliźnich.

Schadenfreude to – obok Zeitgeist – jedno z najbardziej udanych i globalnie stosowanych słów niemieckich. Oznacza dosłownie „radość z [cudzej] szkody”, brutalnie mówiąc (acz jest to niekiedy przesadne i nieadekwatne) z cudzego nieszczęścia. Wydawać by się mogło (naiwnemu optymiście), że schadenfreude będzie pierwszym ze zjawisk ludzkiej konstrukcji psychicznej, które zaniknie lub przynajmniej ulegnie stępieniu w dobie klęski pandemicznej. Nic z tych rzeczy. Ma się świetnie, a realia ostatniego roku stworzyły dlań całą feerię warunków do istnego rozkwitu. W istocie, pandemiczny rok 2020-21 w warstwie deklaratywnej może przejdzie do historii jako rok solidarności i empatii, lecz w warstwie realnej raczej jako rok schadenfreude.

He he he

Sporo było też oburzenia, ale gdy młody warszawski przedsiębiorca, parający się najmem krótkotrwałym wynajmowanych przez samego siebie długotrwale luksusowych apartamentów w Warszawie, otrzymał zakaz prowadzenia działalności w związku z reżimem obostrzeń, a nie został objęty (co nader często się zdarza) „wsparciem” z żadnej z rządowych „tarcz”, wobec czego z kolei wystąpił z apelem o udzielenie jego biznesowi pomocy przez zwykłych ludzi w ramach zbiórki publicznej, reakcją była eksplozja schadenfreude. Najem krótkotrwały ma swoje ciemne strony i bywa przedmiotem zasadnej krytyki, ale na razie prowadzi się go całkowicie legalnie. Pomimo tego, najczęstszą reakcją w tym przypadku była radość, że nielubiany przedsiębiorca dostanie w kość, a nawet że pandemia oczyści rynek z takich firm jak jego. W tym ujęciu pandemia została więc ustawiona w roli pozytywnego zjawiska, które choć jakąś jedną dobrą rzecz przyniesie.

Ogólnie przedsiębiorcy i pracodawcy od lat nie należą w Polsce do lubianych kategorii osób. Zjawisko wypłacania im dofinansowań różnego rodzaju przez rządy staje się dla lewicowego komentariatu rzekomym potwierdzeniem przewagi opieki rządu nad wolnym rynkiem. Dopłaty są nazywane (jest to zresztą także nomenklatura używana przez sam rząd) „pomocą” i „wsparciem”, chociaż przecież są odszkodowaniami za straty spowodowane przez rząd i jego decyzje o obostrzeniach (często zresztą nadmiernych, zbędnych, nielogicznych i nietrafnych). Internet pełen jest jednak komentarzy-heheszków, że oto owa nienawistna kasta oferujących niskie wynagrodzenia i oczekujących zaangażowania w miejscu pracy pracodawców sama została przez pandemię zmuszona do przyjęcia uniżonej postawy potrzebujących „pomocy”.

To tylko jeden z aspektów. Schadenfreude jest oczywiście obecna w komentarzach na tematy polityczne. Jedni jak na zbawienie czekali na informację o zarażeniu Tuska, drudzy wiązali pewne nadzieje z ewentualną infekcją Kaczyńskiego. Brzydkie komentarze pociągnęła za sobą wieść o ciężkim przebiegu choroby u konserwatywnego publicysty Piotra Semki, nie brakowało radości w związku z trafieniem prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego do szpitala. Korespondent TVP Cezary Gmyz wpadł niemal w orgazm schadenfreude, gdy pojawiły się doniesienia o kiepskich postępach akcji szczepień w Niemczech, uznał że tweet na ten temat warto opublikować „na pocieszenie” dla Polaków. W końcu, schadenfreude pojawia się także w bardziej, hmm, uzasadnionych kontekstach – gdy wirus dosięga osoby głośno kwestionujące zagrożenia pandemiczne, lekceważące obowiązek noszenia masek czy inne regulacje, sugerujące słuchającym ich ludziom, aby nie brali tego wszystkiego zbytnio na poważnie i żyli „dalej normalnie”. To kazus niektórych księży zupełnie nieodpowiedzialnie zachowujących się w wielu parafialnych kościołach, no i oczywiście byłego prezydenta USA Donalda Trumpa. W dniu, w którym upubliczniono informację o jego zarażeniu koronawirusem, internetowy słownik języka angielskiego Merriam-Webster stwierdził wzrost zainteresowania hasłem „schadenfreude” na poziomie ok. 30.500%.

To normalne

Pierwszą reakcją na wszystkie te doniesienia o radości jednego człowieka z choroby lub materialnej klęski drugiego człowieka jest oczywiście złość i chęć potępienia. Ale to znów podobna świętoszkowatość, jak ta cienka warstwa lukru z demonstrowanej empatii na tych głębokich pokładach zwyczajnej natury ludzkiej, której pandemia nie unieważniła. Tymczasem schadenfreude jest – jasno sprawę stawiając – normalnym i naturalnym zachowaniem człowieka. Może to nawet wręcz dobrze, że nie pozwalamy się pandemii dopaść gdzieś tam głęboko, wewnątrz ludzkiej natury?

Schopenhauer powiedział kiedyś, że podczas gdy zazdrość (której również nie znosił) można tolerować jako cechę typowo ludzką, tak radość z cudzego nieszczęścia jest „cechą iście szatańską”. Psychologia współczesna ma jednak inne zdanie. Charakteryzuje ona schadenfreude jako mechanizm radzenia sobie z trudnościami życiowymi, w tym zwłaszcza z niepewnością jutra. Już samo to zdanie ujawnia szerokość jej zastosowania i jej głęboką potrzebę w realiach pandemii. Stanowi ona bowiem rodzaj strategii przetrwania na płaszczyźnie psychologicznej. Gdy jest trudno, informacja o problemach innych przynosi kojącą ulgę, że nie tylko ja mam ciężko i przegrywam ze złowrogim światem. Daje siłę, by dalej walczyć i wierzyć, że będzie lepiej. Jest wyrazem konkurencyjnej natury człowieka, który pragnie być lepszym (a w wersji dla komunitarystów: nie gorszym) od innych. Porażka drugiego instynktownie rodzi więc te pozytywne emocje, ze względu na wzmocnienie własnej perspektywy osiągnięcia komparatywnego sukcesu. Ma oczywiście także aspekt grupowy (to dlatego Gmyza ucieszyło niepowodzenie Niemców, a lewicowców postrzegających społeczeństwo w kategoriach stałej walki pracowników z pracodawcami, cieszą problemy właścicieli firm). Zazdrość, gniew i poczucie niższości są czynnikami ją wywołującymi, zaś poczucie winy i wstydu niekiedy jej następstwami. Jednak gdy trwa, uruchamia ośrodek nagrody i dopływ dopaminy w naszych mózgach. Nic więc dziwnego, że nie potrafimy tak po prostu przestać po nią sięgać.

Często mawia się, że „wszystko jest dla ludzi”, o ile używane z umiarem i roztropnie. Mawia się tak i o niezdrowym jedzeniu, i o kawie, i o alkoholu, i o rzucaniu mięsem, i o grach losowych, i o chodzeniu do kościoła, a nawet o „miękkich narkotykach” i seksie. Wydaje się, że i schadenfreude jest dla ludzi. Badania przestrzegają jednak przed pozwalaniem sobie na takie uczucie zbyt często. Po pierwsze, okazuje się ono bywać nawykiem uzależniającym (nic dziwnego, w końcu w grę wchodzi dopamina). Po drugie, jest „prymitywną” strategią radzenia sobie z trudnościami, najłatwiej dostępną. Z niepewnością jutra oraz realiami konkurencyjnego środowiska relacji międzyludzkich lepiej oczywiście radzić sobie stawiając na (i inwestując wysiłek we) własny sukces, zamiast wygrywać dzięki porażce bliźniego/konkurenta (albo nawet i nie wygrywać, a tylko radować podobnym nieudacznictwem drugiego). W końcu, nadużywanie schadenfreude eroduje naszą zdolność do generowania u siebie empatii.

I to ostatnie jest jednak w sytuacji pandemii – „wyścigu” i ścierania się naszych karetek o łóżka covidowe dla nas; międzypokoleniowych różnic interesów wbudowanych w logikę tego wirusa (obostrzenia mające chronić życie i zdrowie seniorów uderzające przede wszystkim w zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży); podskórnego dotąd, ale nabierającego już tempa konkurowania państw o szczepionki; nierównego i nielogicznego traktowania branż przez rząd – dość niebezpieczne z punktu widzenia trwania czegoś na kształt wspólnoty. Schadenfreude jest „fajna”, gdy konsekwencje „nieszczęścia” są błahe (na przykład gdy Bayern Monachium albo Manchester United przegrywają mecz), albo naprawdę zasłużone i sprawiedliwe (gdy Bernie Madoff czy Harvey Weinstein idą do pierdla). Gdy w grę wchodzi jednak egzystencjalny strach, to warto silić się na więcej samokontroli przy spontanicznych wybuchach emocji. Może warto zawiesić na kilkanaście miesięcy nasze „tradycyjne” antypatie i nie cieszyć się z zarazy ani u „kapitalisty”, ani u „klechy”, ani u „pisowca/platformersa”, ani u „celebrytki”, ani nawet u „foliarzy”?

Jak pandemia minie, z tym większą ochotą i werwą weźmiemy się znów za łby.

Pandemia: ucieczka z wielkich miast. Czy klasa średnia zmieni oblicze polskich wsi i miasteczek? :)

To miasta stanowią swoisty rodzaj magnesu, jawią się jako centra gospodarcze, społeczne i kulturalne, które przyciągają ludzi, a nie państwa. Ludzie chcą żyć w Londynie czy Paryżu, a nie we Francji czy w Wielkiej Brytanii. Rację miał więc nieżyjący amerykański politolog Benjamin Barber, który powtarzał, jeżdżąc z wykładami po świecie, że to miasta są naszym przeznaczeniem.

1.

Doskonale przypominam sobie te rozmowy. Rozmowy o miastach, w których chcieliśmy mieszkać, pracować, bawić się, spędzać wolny czas. Szczególnie z młodymi ludźmi. Gdy jeszcze dwa lata temu pytałem młodych ludzi, gdzie chcieliby mieszkać, najczęściej pada odpowiedź: „Londyn, Barcelona, Amsterdam”. W sumie nic w tym dziwnego! Któż z nas nie chciałby mieszkać w Barcelonie? Jednak daje do myślenia, że gdy tylko głębiej dopytywałem moich rozmówców, okazywało się, że Barcelona równie dobrze mogłaby znajdować się w Wielkiej Brytanii lub Polsce. Nie miał znaczenia bowiem fakt, że miasto to znajduje się w Hiszpanii. To zaś, co istotne, to to, że stolica Katalonii jest ekscytującym i przyjaznym dla swych mieszkańców miastem. To miasta stanowią swoisty rodzaj magnesu, jawią się jako centra gospodarcze, społeczne i kulturalne, które przyciągają ludzi, a nie państwa. Ludzie chcą żyć w Londynie czy Paryżu, a nie we Francji czy w Wielkiej Brytanii. Rację miał więc nieżyjący amerykański politolog Benjamin Barber, który powtarzał, jeżdżąc z wykładami po świecie, że to miasta są naszym przeznaczeniem. Byliśmy więc przez chwilę świadkami miejskiej rewolucji: zmniejsza się rola kraju, a rośnie rola miasta. I eksplozji emigracji ludzi do miast: socjologowie przewidywali, że w ciągu najbliższych czterdziestu lat liczba mieszkańców Ziemi wzrośnie z 6,5 do 9 miliardów. Największy przyrost ludności przypadnie na miasta, w których będzie wówczas żyło aż dwie trzecie mieszkańców globu (obecnie połowa).

 

2.

Ta miejska rewolta zagościła także w Polsce. Przede wszystkim pod hasłem, jakie forsowały skutecznie ruchy miejskie, krzycząc: „Mamy prawo do miasta”. My, obywatele. My, mieszkańcy. Zarazem odsłoniły się dwie perspektywy rozwoju miejskiej rewolucji. Bo na miasto można spojrzeć z dwóch perspektyw – z perspektywy ptaka (z góry) i z perspektywy żaby (z dołu). Gdy przyglądamy się miastu z tej pierwszej, widzimy najbardziej spektakularne budowle. Przykładowo: w Katowicach widzielibyśmy Spodek, budynek NOSPRu, Muzeum Śląskie czy Międzynarodowe Centrum Kongresowe. Taka perspektywa zapiera dech w piersiach. Przywołane tu obiekty dominują nad miastem. Budzą podziw i zachwyt. Miasto widziane z tej perspektywy wygląda, co tu dużo kryć, monumentalnie: każdy z nas wie, jakie wrażenie robią na nas zdjęcia przywołanych obiektów robione z drona. Budzą następujące myśli: chcę do tego miasta pojechać, muszę te cuda architektury zobaczyć.

Ale czy to jest perspektywa, która oddaje nam prawdę o mieście? Mieście, które – jak przecież wciąż powtarzamy, bo nauczyliśmy się już tego od duńskiego urbanisty Jana Ghela – ma „być dla ludzi” i na „ludzką miarę”? Aby ocenić jakość życia w mieście, należy, jak sądzę, porzucić tę kuszącą perspektywę ptaka. I trzeba przyjąć – co tu dużo kryć – mało spektakularną perspektywę żaby. Trzeba zobaczyć, ba, doświadczyć miasta z perspektywy oddolnej, gdzie nie będzie widoków zapierających dech w piersi budynków. Nie zobaczymy tak dokładnie tych rozwiązań urbanistów/architektów, których celem (szkoda, że czasami jedynym), jest wprawienie nas w zachwyt i podziw. Przyjmując perspektywę żaby, doświadczasz miasta w jego codziennym życiu, jego całodobowym pędzie, jego otwartości na ciebie, jako mieszkańca, jego użyteczności, która ma sprawiać, że tobie, jako podmiotowi miejskiej urbanistyki i miejskiej polityki władz miasta, żyje się po prostu dobrze i komfortowo.

Czegóż więc doświadczamy, przyjmując perspektywę żaby? Otóż przyjmując tą oddolną perspektywę przekonujemy się po kilku godzinach, czy „używane miasto”, jest krojone na ludzką skalę. A więc wychodząc z domu, przekonujemy się, czy chodniki są równo położone. Jadąc do pracy przekonujemy się, czy transport publiczny jest przyjazny: tu w grę wchodzi nie tylko punktualność autobusu czy tramwaju, ale także, czy przystanki są dobrze zlokalizowane, czy jakość transportu jest komfortowa – zimą jest w autobusie ciepło, a latem działa klimatyzacja. Gdy po pracy z dzieckiem wybieramy się na spacer, chcemy nie tylko mieć w pobliżu plac zabaw, ale także tereny zielone. I to w odległości kilku minut spacerem. Gdy chcemy zrobić zakupy, powinniśmy mieć pod ręką sklep, który oferuje podstawowe produkty. Albo, gdy wieczorem zechce nam się spotkać innych/obcych ludzi, powinniśmy wiedzieć, że istnieją miejsca – kawiarnie czy restauracje – w których spotkamy naszych sąsiadów, by móc z nimi podyskutować o sprawach boskich i ludzkich.

Patrząc na miasto z tej właśnie perspektywy, dopiero możesz odpowiedzialnie powiedzieć, czy żyjesz w przyjaznym mieście, czy też miasto jest krojone pod „chwilowych oglądaczy”, którzy nawiedzają je, aby zobaczyć jeden czy drugi budynek, a potem szybko się pakują i wracają do domu. Zgoda: perspektywa żaby nie jest spektakularna. Ale jest użyteczna. Jest kryterium, które – ostatecznie – stosujemy, gdy decydujemy się, gdzie chcemy zamieszkać. Założyć firmę. Odpoczywać. Perspektywa żaby to punkt widzenia codziennych użytkowników miasta, którzy mają nie tylko prawo do miasta, ale mają prawo do miasta przyjaznego. Powiem otwarcie: nie ufam miastu, które chełpi się jedynie spektakularnym muzeum czy filharmonią. Jeśli są publiczne pieniądze, to nie jest problemem wybudować taki jeden czy drugi obiekt. W Polsce jest dość zdolnych architektów, których prace budzą powszechny – nie tylko lokalny – zachwyt. Pokażcie mi jednak w Polsce miasto, które budowałoby swój wizerunek nie przez pryzmat tej „architektury spektaklu”, ale przez pryzmat codziennej użyteczności. Czy nie chcielibyście, aby śląskie miasta były znane w Polsce i Europie z tego, że mamy najlepszy zintegrowany transport publiczny? Aby nasze miasta nie królowały wśród tych, które mają najgorszej jakości powietrze w Europie?

Oczywiście mógłbym tak jeszcze długo stawiać retoryczne pytania. Nie o to idzie. Chodzi mi o to, aby teraz, gdy miasta stają twarzą w twarz z pandemią, tym bardziej przyjąć punkt widzenia żaby. Perspektywę, która sprawia, że w centrum tego ważnego i spektakularnego procesu, któremu będzie się przyglądać cała Polska, jest człowiek. I jego egzystencjalne bezpieczeństwo.

 

Powiedz mi, jak miasto dba o bezpieczeństwo i zdrowie mieszkańców, a powiem ci, czy chciałbym w takim mieście zamieszkać. Czy polskie miasta już wiedzą, że to będzie podstawowe kryterium decydujące o ich atrakcyjności? I czy nadejście pandemii koronawirusa zburzy ten rosnący potencjał miast? Czy też przeciwnie: kryzys pokaże, że to właśnie miasta są tymi ośrodkami, które lepiej radzą sobie z sytuacjami niepewności i ryzyka?

Aby odpowiedzieć na te pytania, skupię się na mieście, w którym mieszkam i które znam najlepiej – także z racji tego, że jestem radnym – czyli na Katowicach. Oczywiście wychodząc od analizy lokalnej, postaram się jednak przedstawić wnioski, które będą miały już charakter bardziej ogólny. Jeśli bowiem coś może działać w Katowicach w ramach miejskich innowacji, to sprawdzi się również w Hamburgu czy Nowym Jorku. I odwrotnie. Zacznijmy jednak od prostego faktu, który wiąże się z pojawieniem koronawirusa w naszych miastach, a który dało się odnotować w czasie tych 12 miesięcy trwania pandemii.

Zatem, po pierwsze, wobec zagrożenia zewnętrznego (i mało istotne, czy to jest powódź, huragan, czy wirus) rośnie poczucie lokalnych więzi i solidarności. To w takich sytuacjach rodzi się świadomość wspólnego losu. Do ludzi, mieszkańców miasta, dociera ta prosta prawda, że miasta to ich większy – wspólny – dom. Dom, którego muszą przed zagrożeniem bronić, w którym muszą się urządzić tak, by czuć się bezpiecznie, w którym muszą przestrzegać nowych reguł, by zwalczyć zagrożenie. Innymi słowy: sytuacja krytyczna buduje więź i solidarność, która jest niezbędna, aby tworzyć miejską wspólnotę i kapitał zaufania ludzi do władz, jak i mieszkańców między sobą.

Tę nową miejską solidarność widzimy także w Katowicach (ale i w innych polskich miastach), gdzie ludzie pomagają sobie wzajemnie, gdzie mieliśmy społeczne szycie maseczek dla seniorów, gdzie – jak w Katowicach – Związek Górnośląski organizuje akcję Jedzenie dla Medyka, a fundacja Wolne Miejsce rozwozi obiady dla samotnych i potrzebujących – lub też osób, które zostały poddane kwarantannie. Ta nowa więź, jaka się tworzy, nie może być przez miasto zmarnowana, ale musi być wzmocniona.

Po drugie, władze miast musiały odpowiedzieć na naturalną w czasie kryzysu potrzebę bezpieczeństwa. I znów: nie jest tajemnicą, że wielu Polaków z nieufnością patrzy, jak państwo wykorzystuje lęk przed wirusem, by przemycać przepisy i zakazy ograniczające naszą wolność. Przepisy, które pomagają podejmować władzy decyzje bez żadnych konsekwencji czy inwigilować ludzi. Najbardziej kuriozalnym przepisem był zakaz wchodzenia do lasu, który po kilku dniach został uchylony. Takie działania nie budują zaufania do państwa. Inaczej w miastach: codzienne raporty z podejmowanych działań, które publikowali prezydenci wielkich miast sprawiły, że mieszkańcy poddawali się nowemu reżimowi organizacyjnemu (mniej ludzi w pojazdach transportu publicznego), czy sanitarnemu (dezynfekcja przestrzeni miejskiej, od ławek poczynając, a na przystankach kończąc). Mieszkańcy w działaniach podejmowanych przez miasto dostrzegli troskę o ich bezpieczeństwo, w działaniach podejmowanych przez państwo próbę zamachu na swoją wolność. Dlatego nie zdziwię się, jeśli rola samorządności po doświadczeniu koronawirusa zdobędzie nowych zwolenników.

Po trzecie, szybkość reakcji: państwo reaguje wolniej, miasto szybciej. Państwo potrzebuje decyzji politycznych, co jest czasami trudne przy głębokich antagonizmach, jakie mamy choćby w Polsce. W mieście ludzie mając poczucie, że to ich dom, szybciej znajdują kompromis. Kiedy w sejmie trwały przepychanki w sprawie tzw. tarcz antykryzysowych, w Katowicach jako radni zgłaszaliśmy pomysł powołania 3xP: pakiet dla przedsiębiorców, pakiet dla organizacji pozarządowych i pakiet dla kultury. To mechanizmy pozwalające, w różnych obszarach, pomóc miejskim podmiotom – od przedsiębiorców, poprzez aktywistów, po artystów – przejść łagodniej trudny czas.

Gdy zaczął się kryzys, zachęcałem na swoich mediach społecznościowych do kupowania na wynos u lokalnych restauratorów. To samo robili mieszkańcy, wspierają swoje lokalne bistra, zamknięte w ramach narodowego lockdownu. Miasto potem zrobiło listę takich miejsc w Katowicach, przyłączając się do promocji. A więc: miasto także, podglądając, jak samoorganizują się mieszkańcy i podchwytując ich pomysły, reaguje szybciej niż państwo. To wszystko sprawia, że dziś miasta lepiej dają sobie radę z niwelowaniem skutków koronawirusa. Ale ważne jest też to, jak będzie wyglądać sytuacja, kiedy wirus nie będzie już w takim stopniu wpływał na nasze życie, a zarazem jego konsekwencje wciąż będą odczuwalne. Dlatego kluczowe pytanie, przed jakim stoimy, brzmi: jak planować miasta po COVID-19?

Jedno jest pewne: koronawirus to pierwszy z globalnych wstrząsów, a nie ostatni. Za chwilę, jak wszystko na to wskazuje, będziemy musieli stawić czoła suszy. Dlatego miasta muszą być tak zarządzane, by były przygotowane na rozmaitego rodzaju kryzysy. Na pierwszy plan w tym kontekście wysuwa się kwestia bezpieczeństwa – miasta nie mogą już oszczędzać na służbach publicznych: od służb medycznych poczynając, a na bezpieczeństwie kończąc. To dziś musi stać się jednym z głównych priorytetów miejskiej polityki.

Dalej, czystość i higiena. Jeżeli, jak pisałem, miasto to większy dom, to musimy, jak w domu, dbać o czystość. Koniec z zaśmieconymi ulicami. Koniec z nieregularnym odbiorem śmieci, które zalegają na ulicach. Koniec z dzikimi wysypiskami śmieci. To zadanie nie tylko dla miejskich służb, ale także dla nas, mieszkańców. Bo często sami zaśmiecamy miejską przestrzeń. Krótko: miasto, które będzie miało opinie brudnego, zaśmieconego, będzie szerokim łukiem omijane przez potencjalnych nie tylko turystów czy inwestorów, ale także porzucane przez obecnych mieszkańców.

I rzecz ostatnia: nowa miejska przestrzeń. Będziemy potrzebowali jej więcej, by zachować odpowiedni dystans. Dlatego, jak świat długi i szeroki, centra miast przyjmują nową formę: kosztem parkingów i dróg dla aut, wydzielane są pasy i przestrzenie dla pieszych i rowerzystów. Do zabetonowanych przestrzeni musi wrócić zieleń. Paradoksalnie coś, o co już dawno apelowaliśmy jako miejscy aktywiści, dziś musimy wprowadzać ze względu na nasze bezpieczeństwo. Ta przestrzeń jest też potrzebna dla ogródków kawiarnianych, które muszą zacząć funkcjonować w nowym reżimie sanitarnym. Nowa polityka przestrzenna to szansa na uspokojenie życia w centrum miasta, zgodnego z naturalną potrzebą człowieka. To więcej zieleni, więcej łąk kwiatowych, więcej drzew. Zamiast więc szukać terenów zielonych poza miastem, musimy je stworzyć w centrum naszych miast. I znów: dla naszego bezpieczeństwa i zdrowia.

 

4.

Choć wielkie miasta robią wiele, żeby dać nam poczucie bezpieczeństwa, to trend dla nich – po roku życia z COVID – nie rysuje się jasny. Trwa ucieczka. Ludzie się boją. Żyją w strachu. Pandemia sprawiła, że miasta przestały być dla ludzi – szczególnie z małych miasteczek i wsi – „ziemią obiecaną”. Miasta stały się niebezpieczne. Choć dane tego nie potwierdzają, to panuje przekonanie, że tu – w mieście, w wielkiej metropolii – łatwiej się zarazić. Zresztą – strach zawsze towarzyszył życiu w mieście, choć dopiero pandemia COVID-19 w XXI wieku nam to uświadomiła z całą mocą. „Miasto jest dwuznaczne – pisze włoski filozof Marco Filoni. – Nie jest tylko miejscem harmonii, schronienia. Jest również miejscem strachu. I jakkolwiek staralibyśmy się formułować myśli mające nas pocieszyć, rozbroić strach, a więc odpędzić najdalej jak to możliwe, odnajdujemy go za każdym razem, nie przestaje nas dręczyć. Żywimy nadzieję, że zostawiamy go za bramą miasta, za drzwiami naszego domu. Następnie jednak odkrywamy, że znajdzie on jednak sposób, by przeniknąć do wnętrza”. Dziś strach w mieście ma postać koronawirusa. Karetek stojących przed szpitalami, niemożności dostania się do lekarza, braku wolnych łóżek, rekordowych ilości zgonów: w 2020 r. zmarło nas 485 tys., w 2019 r.  409 tys., a w 1946 r. 242 tys. To najwięcej Polaków od czasów II wojny światowej. Miasto w czasie pandemii nie jest więc bezpiecznym domem, ale niebezpieczną pułapką.

Cóż więc robią mieszkańcy wielkich miast – ci sami, którzy jeszcze wczoraj pakowali cały swój dobytek, by ruszyć w drogę i zamieszkać w wielkiej metropolii? Trwa odwrót. Swoisty exodus z wielkich metropolii. Dobrze opisał go Jakub Dymek, który przytacza kilka ciekawych danych: miasta, które straciły najwięcej obywateli, to Nowy Jork, Los Angeles, Chicago. W pierwszym lockdownie, wiosną 2020 roku, ponad 150 tysięcy osób wymeldowało się z nowojorskich kodów pocztowych. Zyskały zaś małe i oddalone od wielkich centrów populacyjnych miejsca o przyjaźniejszym klimacie: takie w rodzaju Katy w stanie Teksas i Meridan w Idaho. Skoro wielkie firmy obiecują już swoim pracownikom telepracę do woli, to oczywista jest pokusa, by nie przepłacać za mikroapartament w Dolinie Krzemowej czy na Brooklynie, a inkasować tej samej wielkości czek co miesiąc w miejscu tańszym i przyjaźniejszym.

Dymek przyjrzał się także migracji w Polsce. Trend jest podobny: centra miast pustoszeją na rzecz pęczniejących ponad miarę obwarzanków. BIG Data GW wylicza, że „rekordzistą w przyroście ludności w latach 2010–2019 jest powiat wrocławski okalający stolicę Dolnego Śląska. W ciągu dekady przybyło tam aż ok. 27 proc. mieszkańców. Na kolejnych szczeblach rankingu są powiaty poznański (21 proc.) i gdański (20 proc.)”.

Pomimo kryzysu gospodarczego i niepewności, w 2020 roku wydano w Polsce najwięcej pozwoleń na budowę domów rodzinnych od dekady i prawie udało się pobić rekord z 2008 roku. Należy rozumieć, że znaczna część z tych 100 tys. nowych domów powstanie poza miastami i coraz więcej na wsi. W górę poszły ceny działek i nieruchomości, spadły ceny najmu w miastach. Dodatkowo jeszcze zaczął się u nas istny boom na mikrodomy, które można stawiać praktycznie bez zezwoleń: wystarczy działka, media i projekt.

Podany kierunek migracji z wielkich miast na wieś widzimy także w krajach Europy Zachodniej – Włochy, Hiszpania, Portugalia. Dziś dla mieszczuchów, jak Europa długa i szeroka, wyjazd na wieś to nie tylko sposób na ucieczkę od zbyt szybkiego życia, ale przede wszystkim poszukiwanie bezpiecznej przestrzeni. Dziś, w dobie COVID-19, wieś to synonim bezpieczeństwa. Wolności od zarazy. A co ze stylem życia, który oferują wielkie miasta? Co z dobrze płatną pracą dla klasy kreatywnej?

 

5.

Po roku obecności pandemii w naszym życiu widać, że miejski styl życia, pracy, spędzania czasu wolnego, które były magnesem przyciągającym ludzi do wielkich metropolii, został zredefiniowany. To, co wydawało nam się niemożliwe, dziś jest chlebem powszednim. Oto sześć trendów, które zebrał Tomasz Kulas, a które budują „Normalność 2.0” – dodajmy, normalność pozamiejską.

Po pierwsze: wiemy już, że jedną z głównych ofiar lockdownu są miasta. Pozamykane sklepy, galerie handlowe, muzea, kina, restauracje i knajpy odbierają miastu życie. Tętniące wcześniej centra metropolii zaczynają przypominać cmentarze. Ludzie w oczywisty  sposób szukają wydostania się z tej swoistej pułapki – nie tylko zamknięcia, ale i depresyjnego otoczenia, którego symbolem są pozamykane centra życia rozrywkowego i kulturalnego. Moi znajomi, szczególnie ci, którzy posiadają małe dzieci, podczas lockdownu uciekają więc za miasto: albo do swoich rodziców na wieś, albo do domów, które – na wsi, wśród ciszy i natury – jawią się jako najlepsze miejsce do życia w czasie pandemii.

Po drugie, jednym z efektów pandemii jest powszechność pracy zdalnej. Już nie siedzenie w biurze, ale dostępność za pomocą łączy się liczy. Wystarczy zatem dobry internet. Badania pokazują, że ponad połowa (54 proc.) osób, które zaczęły pracować zdalnie ze względu na COVID‑19, deklaruje, że chce wykonywać swoje obowiązki w ten sposób również po wygaśnięciu pandemii. Aż 75 proc. badanych stwierdziło natomiast, że chce pracować z domu przynajmniej częściowo. Korzyści płynące z pracy zdalnej: większa efektywność, lepsze skupienie, mniejszy stres czy brak problemów z dojazdem. Pracodawcy, którzy liczą dziś każdy grosz, wskazują też, że praca zdalna, to niższe koszty pracy, zwłaszcza w wyniku obniżenia kosztów lokalowych. Nic nie wskazuje, byśmy mieli wrócić do pracy stacjonarnej w takim stopniu, w jakim było to przed pandemią.

Po trzecie, nie potrzebujesz galerii handlowej, bo handel przeniósł się do sieci. W pierwszym tygodniu po ponownym otwarciu galerii handlowych (w maju 2020 roku) ruch klientów wynosił jedynie ok. 40 proc. stanu sprzed pandemii, natomiast w czerwcu – według danych Polskiej Rady Centrów Handlowych – ustabilizował się na poziomie ok. 77 proc. Większość sprzedawców postawiła jednak w ostatnim czasie na rozwój sprzedaży w kanale cyfrowym, co m.in. spowodowało, że część sieci (np. Empik, LPP) zdecydowała o ostatecznym zamknięciu niektórych sklepów.

Po czwarte, formalności prawne i finansowe załatwiamy online. Wizyty w urzędzie skarbowym, ZUS-ie, spotkania wspólników czy nawet zwykłe kontakty z biurem księgowym były dla wielu przedsiębiorców argumentem uzasadniającym prowadzenie biznesu w wielkim mieście. Obecnie nie ma to już aż tak dużego znaczenia, choć nadal pojawiają się sytuacje, w których załatwienie pewnych spraw poprzez internet lub telefon jest niemożliwe. Jednak te podstawowe załatwiamy online.

Po piąte, edukacja przenosi się do sieci. Dla klasy średniej to był główny argument – mieszkamy w wielkim mieście, by stworzyć dobre warunki rozwoju naszych dzieciaków. Żłobek, dobre przedszkole czy szkoła, łatwiejszy dojazd komunikacją miejską to zdecydowane „przywileje” uczniów korzystających z edukacji na terenie metropolii. Znaczenie tego czynnika w ostatnich miesiącach zdecydowanie spadło. Nawet jeśli dzieci wrócą do przedszkoli, szkół podstawowych i średnich, nauczanie online (zwłaszcza w przypadku najlepszych placówek) stało się realną i powszechnie dostępną alternatywą. Jeszcze mocniej to zjawisko dotyczyć będzie uczelni, więc wybieranie przez pracowników mieszkań w dużym mieście ze względu na edukację dzieci nie jest już tak istotne.

I rzecz ostatnia: rozrywka i integracja online. Jedne z ostatnich bastionów miejskiej rozrywki, które nie wiążą się z internetem – teatry, kina, muzea i koncerty – stanęły w ostatnim czasie przed krytycznymi wyzwaniami. Ale i one potrafiły przenieść swoje wydarzenia do sieci. W czasach powszechnego użytkowania Netflixa i YouTube’a ciężko mówić o tym, że to dopiero dzięki pandemii ludzie „odkryli rozrywkę w internecie”. Zmieniło się jednak coś bardzo istotnego – wiele spotkań, zwłaszcza firmowych, o charakterze integracyjnym rzeczywiście przeniosło się do sieci. Coraz więcej firm stawia na tę formę budowania więzi i współpracy między osobami z jednej organizacji, wzmacniania poczucia zaangażowania i identyfikacji. Miejskie ośrodki wspólnej rozrywki i spotkań nie są już więc tak potrzebne jak przed pandemią.

 

6.

I wreszcie dotarliśmy do punktu, w którym trzeba zadać ostatnie pytanie: jakie konsekwencje dla życia społecznego i politycznego będzie miała ucieczka klasy średniej i nowych mieszczan z wielkich metropolii na wieś i do małych miasteczek? To jest być możne najciekawszy element, który nie został do tej pory w ogóle zauważony.

Jak pisałem na początku, wielkie miasta w pewnym sensie dokonywały drenażu talentów z małych wsi i miasteczek, gdy przyciągały najbardziej kreatywne jednostki. Kumulacja ludzi kreatywnych, przebojowych w metropoliach była więc duża. Pandemia zahamowała ten trend. Nie tylko, że klasa średnia zaczęła uciekać z miast na wieś, szukając bezpieczeństwa, ale – co również ciekawe – studenci w czasie pandemii zostali w swoich rodzinnych miejscowościach, gdyż nauczanie odbywało i odbywa się zdalnie. A zostali, bo nie było sensu porzucać rodzinnego domu, gdzie „wikt i opierunek” jest zapewniony i jechać do – dajmy na to – stolicy, aby tam w wynajmowanej kawalerce uczestniczyć w zajęciach uniwersyteckich. Jaki zatem wpływ ma „rozproszenie” klasy średniej w małych miastach i wsiach na dynamikę życia społecznego i politycznego?

Otóż stawiam następującą tezę: w tym samym czasie, w którym młodzi ludzie, klasa kreatywna i klasa średnia, prowadzili swoją życie w małych miastach i wsiach, wybuchł Strajk Kobiet. Media rozpisywały się o zasięgu protestu, jaki jesienią 2020 roku osiągał bunt kobiet. Uwagę przykuwał także fakt, że do protestów dochodziło w małych miastach, jak Sochaczew, Limanowa czy Wadowice, co do tej pory było niespotykane i nieobecne. Presja społeczna w małych miejscowościach i wsiach była raczej taka, żeby nie sprzeciwiać się władzy. To oczywiście efekty tego, że wszyscy się znają, a udział w manifestacji, to – w tak małych środowiskach – akt polityczny. Dodatkowo, co nie jest tajemnicą poliszynela, w tych miejscowościach wciąż dużą władzę symboliczną ma ksiądz. Uczestnictwo więc w Strajku Kobiet, to narażenie się na wytykanie palcami, czy bycie przywołanym do porządku podczas niedzielnej mszy przez miejscowego wielebnego. A jednak podczas Strajku Kobiet dochodziło tam do protestów i manifestacji!

W dużym stopniu, choć nie ma na to żadnych badań, odwagą protestowania wykazywali się ludzie młodzi, studenci, a także migrująca z metropolii na wieś klasa średnia. To pokazuje, że czasami tyranię przymusu siedzenia cicho może przełamać kilka osób, które mają odwagę wyjścia na ulicę dla zademonstrowania niezadowolenia. To pokazało kobietom z mniejszych miejscowości i wsi, że nie są same, że oto są inne kobiety i mężczyźni, którzy nie boją się protestować, a jednocześnie zmieniać świadomość w miejscach, w których zaczęli nowe życie, czy choćby przez ostatnie miesiące – z racji pandemii – mieszkają. Albo, jako studenci, czekają na koniec pandemii.

Jaki z tego płynie wniosek? Pandemia może przyczynić się do zakwestionowania podziału na liberalne miasta i konserwatywne miasteczka czy wsie. Jeśli klasa średnia zdecyduje, że – w ramach szukania bezpieczeństwa i bliskości natury –zamieszka poza wielkimi metropoliami, kto zmieni się także struktura społeczna i ideologiczna wsi i miasteczek. Być może jednym z nieoczekiwanych efektów pandemii będzie nie tylko ucieczka klasy średniej z metropolii na wieś, ale także jej ideologiczne oddziaływanie, które może przełożyć się także w niedalekiej przyszłości na postawy wyborcze.


Tekst jest równolegle publikowany na stronie Instytutu Obywatelskiego.

Pomiędzy etyką biznesu a kulturą korporacyjną :)

Etyka w biznesie: dla jednych oksymoron, dla innych chwyt reklamowy, dla trzecich faktyczne działanie. W rzeczywistości zaś problem znacznie bardziej skomplikowany niż mogłoby się wydawać.

Nie budzi większych kontrowersji proste stwierdzenie, że powinniśmy zachowywać się etycznie. Co to dokładnie znaczy, to już sprawa zupełnie inna i bardzo skomplikowana. Od starożytności filozofowie zastanawiają się, co to znaczy „żyć dobrze”. My tą zagadkę pozostawimy do rozwiązania komu innemu i zdamy się na naszą intuicję w ocenie tego, co dobre, a co złe, pozostawiając popularny „dylemat wagonika” na inną okazję.

To, o czym jednak warto wspomnieć, to społeczne uwarunkowanie etyki jako takiej. To, co jest uznawane za złe czy za dobre, wynika z tego, co społeczeństwo za takie uważa. To konstatacja dość niepokojąca, bo niezwykle relatywistyczna: ta sama rzecz może być raz zła, a raz dobra – w zależności od poglądów społecznych. Z drugiej strony, każda refleksja upewnia nas, że tak właśnie jest, na bieżąco obserwujemy zmianę oceny moralnej: aktywności zawodowej matek, homoseksualizmu, seksu przedmałżeńskiego i wielu innych zjawisk. Ten relatywizm często nie podoba się konserwatystom postulującym transcendentne zakotwiczenie systemu moralnego. Ci bardziej religijni odnoszą się do bóstwa – pomijając fakt, że jego autorytet też jest kapryśny. Abraham składający w ofierze swego syna czyni dobrze – bo dobre jest wszystko, czego chce bóstwo, i to z definicji. Wszystkie ludobójstwa Starego Testamentu są dobre, łącznie z zabijaniem dzieci – bo tak chce bóg. Zatem i tu zmienność i relatywizm pozostają dużymi problemami. Mniej religijni konserwatyści (lub tą religijność ukrywający) odwołują się do „prawa naturalnego” – przy czym do tych podobno niezmiennych praw każdy konserwatysta dopisuje co chce i wracamy do punktu wyjścia. Jedyne prawa naturalne, jakie znamy, to prawa fizyki, a ich przełożenie na etykę jest bardzo słabe.

Najlepsze znane wytłumaczenie istnienia norm etycznych wynika z socjologii ewolucyjnej. Analizuje ona, jakie normy społeczne dają najlepsze wyniki w postaci stabilności oraz ekspansywności danej społeczności. Społeczności adaptujące najbardziej sprzyjające rozwojowi normy, a co za tym idzie etykę, uzyskują przewagę nad innymi grupami i je dominują. W efekcie większość społeczności na świecie uzyskuje dość zbliżony zestaw norm – co może dawać złudzenie istnienia jakiejś obiektywnej transcendentnej etyki.

Tak czy inaczej, normy etyczne to poszukiwanie optymalnego poziomu równowagi pomiędzy egoistycznym interesem jednostki a kolektywnym interesem grupy jako całości. To, w jakim punkcie ta równowaga zostanie osiągnięta, zależy od wielu uwarunkowań. Co do zasady, im cięższe warunki zewnętrzne, tym większy nacisk na interes grupy – bo grupa tylko ściśle współpracując jest w stanie przetrwać. Skazanie na wygnanie to wyrok śmierci. Łagodniejsze warunki to więcej miejsca dla indywidualizmu, który dla odmiany zwykle nadaje grupom więcej dynamiki. Rozwój technologiczny ostatniego wieku poprawił poziom życia właściwie wszędzie na świecie, co doprowadziło do triumfu indywidualizmu i liberalizmu. Jednak rosnące skomplikowanie zglobalizowanego świata zaczyna wymagać coraz lepszej koordynacji i w przekonaniu wielu poziom indywidualizmu będzie musiał zostać ograniczony. Zmaganie Zachodu z Chinami to jeden z testów tej hipotezy, innym, dużo mniej drastycznym, jest dynamika relacji między USA i UE.

Kluczowym elementem faktu społecznego charakteru etyki jest sankcjonowanie jej norm. Oczywiście istnieje pewna grupa ludzi, którzy zachowują się etycznie, gdyż normy etyczne zinternalizowali. Zachowują się etycznie, bo uważają, że tak należy. Nie ukrywajmy jednak – to mniejszość. Większość zachowuje się etycznie ze strachu przed społecznymi konsekwencjami przyłapania na łamaniu tych norm (czy to prawnych czy pozaprawnych). Brak takich sankcji działa na normy etyczne niszcząco: w ostatnich latach zniknęły sankcje społeczne za kłamstwo w sferze publicznej, co zaowocowało politykami, którzy nie tylko kłamią (bo kłamali zawsze), ale są otwarcie dumni z tego, że kłamią. Zaś politycy mający w tym zakresie opory znajdują się w pozycji dość trudnej. To samo zaczyna powoli dotyczyć także kwestii korupcyjnych. Najwyraźniej obecnie sankcje społeczne działają jeszcze w zakresie kwot stosunkowo małych (jak nagrody dla ministrów), ale kiedy te wchodzą w miliony, stają się abstrakcją.

Kontekst sankcji społecznej jest właśnie kluczowy z punktu widzenia etyki w biznesie. Bowiem biznes nie istnieje w oderwaniu od społeczności. Działalność gospodarcza bazuje u swego źródła na wymianie między członkami społeczności. Zatem zachowanie nieetyczne podkopuje samą możliwość prowadzenia biznesu, gdy interesariusze, w ramach sankcji, od takiej firmy się odsuwają. Może mieć to wymiar indywidualny, kiedy rezygnujemy z zakupu w jakimś sklepie, który potraktował nas (lub kogoś innego) niewłaściwie. Jeden klient może nie wydawać się wielkim problemem, ale zła opinia ma tendencję do szybkiego rozchodzenia się, jako że mamy zwyczaj dzielenia się raczej złymi doświadczeniami niż tymi dobrymi. Może to mieć też wymiar kolektywny, kiedy to duże grupy decydują się w szerokim bojkocie zrezygnować z produktów czy usług jakiejś firmy w odpowiedzi na jej poczynania.

Jednak kwestia oceny etyczności biznesu jest bardzo nieoczywista. Bynajmniej nie dla tego, że to jakieś wyjątkowa przestrzeń, ale dlatego, że roi się tam od osób niebędących ludźmi (to chyba jedyne takie miejsce poza teologią). Bo o ile ma sens mówienie o tym, że ktoś zachowuje się etycznie – to na ile ma sens zastanawianie się czy etycznie zachowuje się firma? No bo jeśli oszuka mnie kasjer w hipermarkecie, to jak się to ma do etyki w biznesie?

Nie jest to wbrew pozorom pytanie trywialne. Mogłoby się wydawać, że mamy tu do czynienia w sposób oczywisty z nieuczciwością pojedynczego człowieka, który na niej skorzystał – więc to on jest nieetyczny. Co innego, gdyby skorzystała na tym firma… Tylko że de facto każda decyzja podejmowana przez człowieka w imieniu firmy ma komponent korzyści własnej podejmującego tą decyzję. Kierownik fabryki decydujący o spuście ścieków do rzeki nie robi tego w imię ‘dobra firmy’ tylko w nadziei na utrzymanie posady/premię/awans (niepotrzebne skreślić).

Czy zatem da się w ogóle mówić o etyce biznesu? Liberalizm wyraźnie mówi, że odpowiedzialność etyczna spoczywa na jednostce dokonującej wybory. Firma zwykle nie jest jednostką tylko konglomeratem. Mimo to wydaje się, że ta dyskusja ma sens – nawet z liberalnego punktu widzenia. Najprościej da się to zrobić, kiedy rozpatrujemy niewielkie firmy, w których zarządzający są jednocześnie właścicielami. W tej sytuacji rozróżnienie na firmę i człowieka staje się mniej istotne. Działania tak ocenione jako społecznie korzystne, jak i te ocenione jako społecznie szkodliwe świadczą o poziomie moralności tego konkretnego przedsiębiorcy. I choć sytuacja jest tu prosta, to sama ocena etyczna konkretnych działań wcale taka prosta nie jest. Jak ocenić moralnie akcję #otwieraMy, podejmowaną przez drobnych przedsiębiorców chcących wznowić działalność mimo pandemii? Z jednej stromy mamy głód zaglądający w oczy tym ludziom, połączony z codziennym obserwowaniem jak ginie dorobek ich życia. Z drugiej mamy życie osób, którzy zapadną na COVID z powodu nieprzestrzegania obostrzeń.

Sytuacja poważnie komplikuje się w przypadku większych organizmów, w których właściciel odseparowany jest od zarządzania. Wielkie korporacje mają tysiące, jeśli nie miliony drobnych właścicieli nie mających właściwie żadnego wpływu na to, co firma robi. Z drugiej strony zarząd dysponuje cudzymi pieniędzmi. Jeśli prezes wielkiej firmy decyduje o przekazaniu jakiejś kwoty na przykład na cele charytatywne, to jak należy ocenić takie działanie z etycznego punktu widzenia? Pomoc jest realna – ale w końcu prezes wyciągnął te pieniądze z cudzego portfela – właściciele zostali do tego działania przymuszeni. Komu więc przypada moralna zasługa? Okradzionym, a często nieświadomym właścicielom? Zarządowi dysponującemu cudzymi pieniędzmi wbrew interesom posiadacza? Nikomu? Wszystkim? Z tego problemu wyrasta częste uzasadnianie CSR (Corporate Social Responsibility – Odpowiedzialność Społeczna Biznesu) tym, że tego typu akcje zachęcają społeczność do nagrodzenia tego zachowania i w efekcie przełożą się na korzyści dla właścicieli. Przy czym i takie stwierdzenie jest problematyczne. Po pierwsze, tego typu stwierdzenie jest właściwie nieweryfikowalne. Po drugie, jeśli czyn jest motywowany wyłącznie własną korzyścią – jaka jest jego wartość moralna? Z tych powodów działalność dobroczynna firm pozostaje moralnie dwuznaczna. Jeżeli właściciele firmy chcą pomagać, niech robią to samodzielnie w zakresie i kierunku jaki uznają za stosowny, a nie za pośrednictwem autonomicznego agenta, który może działać wbrew ich życzeniom i priorytetom. A jeśli działanie dobroczynne ma mieć efekt marketingowy, niech się nim zajmie dział marketingu.

Ciekawsza jednak wydaje się kwestia negatywnie ocenianych działań i odpowiedzialności, jaka spada na firmę. Oczywiście żadna organizacja nie ma możliwości kontrolowania wszystkich swych członków i co jakiś czas pojawia się zgniłe jabłko – jak wspomniany wcześniej nieuczciwy kasjer. Jednak od kultury organizacyjnej zależy, czy takie jabłka będą wyjątkami – szybko znajdowanymi i odrzucanymi, czy wręcz przeciwnie – organizacja sama takie jabłka będzie przyciągać czy wręcz tworzyć. Znane są toksyczne kultury korporacyjne, stawiające patologicznie duży nacisk na normy sprzedażowe – co skutkuje sprzedawcami wciskającymi produkty na siłę, a nieraz za pomocą oszustwa. Dotyczy to zwykle branży finansowej i pseudomedycznej (czyli sprzedającej za grube pieniądze różne specyfiki i urządzenia o wątpliwym działaniu prozdrowotnym), ale zdarzają się i inne produkty, choćby tak przyziemne jak garnki. Oferta często jest kierowana zaś do ludzi łatwych do zmanipulowania, na przykład starszych.

Innym grzechem kultury organizacyjnej bywa zasada źle rozumianej lojalności – czyli ochrona własnych członków za wszelką cenę, pomimo błędów i nieetycznych działań jakich się dopuścili. Firmom często trudno jest odciąć się od wpływowych insiderów, choć nierzadko, koniec końców, opinia publiczna zmusza ich do odejścia. Jak niszczące w oczach społecznych jest to zachowanie, widać na przykładzie Kościoła katolickiego, która kultura korporacyjna zakładała ochronę swoich członków w każdym przypadku – nawet molestowania dzieci. Spadek autorytetu, jak i liczby wiernych wynika w dużej mierze z ujawnienia tejże kultury korporacyjnej (a nie samych przypadków molestowania).

Zatem odpowiedzialność społeczna biznesu nie polega na dobroczynności – tym mogą zająć się właściciele na własną rękę i zgodnie z własnym sumieniem. Kluczową odpowiedzialnością biznesu jest wprowadzenie takich zasad wewnętrznych by rugować ze swych szeregów jednostki nieetyczne. Etyczną jest firma, która promuje etyczne zachowania swoich członków. Nieetyczna to ta, która na nieetyczne zachowania pracowników przymyka oczy lub co gorsza je promuje i wyzwala. I ta ocena nijak nie kłóci się z zasadą indywidualnej odpowiedzialności.

N-etyka :)

Indywidualnie definiowana etyka oraz indywidualnie definiowanie działania etyczne, stają się orężem w walce ideologicznej, której jesteśmy świadkami a nierzadko – także uczestnikami. Główne miejsce starcia – Internet.

 W najprostszym i najbardziej podstawowym wymiarze, etykę definiujemy jako całość norm moralnych, które w danym okresie czasu, przez daną grupę społeczną, traktowane są jako punkt odniesienia, umożliwiający dokonanie oceny i wpływanie na zachowanie i postępowanie, w celu jak najbliższej integracji wspominanej grupy wokół pewnych wartości. W wymiarze akademickim, etyka jest nauką o moralności.

W roku 1993, w czasie, kiedy Internet dopiero zaczynał zdobywać popularność, w amerykańskim tygodniku The New Yorker pojawił się obrazek autorstwa Petera Steinera, przedstawiający dwa psy. Jeden z nich siedzi przed ekranem komputera i zwraca się do czworonożnego kolegi, który słucha go z uwagą, mówiąc: W Internecie nikt nie wie, że jesteś psem. Prawie trzydzieści lat temu wydźwięk komiksu był inny niż dzisiaj. Wtedy mówił: to nowe, wspaniałe miejsce – Internet – daje nam prywatność i możliwość przyjęcia każdej roli społecznej, na jaką mamy ochotę, bez konsekwencji, bez sprawdzenia, bez kary.

Dzisiaj, po trzech dekadach ekspansji Internetu oraz przeniesienia dużej części naszego codziennego życia do rzeczywistości wirtualnej – masowo korzystamy z bankowości elektronicznej, zakupów online, czy wykorzystujemy każdą możliwość, by chwalić się naszym życiem w mediach społecznościowych – wiemy już, że całkowita prywatność w sieci nie istnieje, a każda nasza aktywność pozostawia ślad, choćby najmniejszy.

Nie zmienia to jednak faktu, że – podobnie jak piesek ze starej ilustracji – chętnie decydujemy się na wejście w inne role społeczne niż te wypełnianie każdego dnia. Najczęściej wchodzimy w rolę eksperta. W jakim obszarze? Tutaj ogranicza nas już tylko nasza fantazja. A będąc już internetowym ekspertem w danej dziedzinie, tylko krok dzieli nas od wyższego stopnia wtajemniczenia – pouczania innych. Przecież inni nie wiedzą, kto siedzi przed ekranem, a skoro przedstawił się bądź uzurpuje sobie rolę eksperta, należy wysłuchać co ma do powiedzenia. A następnie – wejść z owym ekspertem w merytoryczny spór, bo kimże jesteśmy my, użytkownicy Internetu, jeśli nie również specjalistami?

Internet jest wymarzonym miejscem na wylewanie żalów, niezadowolenia, frustracji czy stawianie diagnoz społeczno-politycznych, wszystko pod przykrywką oceniania innych z perspektywy etyczności czy moralności ich postępowania.

Uniwersyteckie katedry filozofii bledną w porównaniu do sekcji komentarzy na portalach społecznościowych czy plotkarskich. To tam internetowi eksperci od zagadnień etycznych uczą społeczeństwo odróżniać, które zachowanie jest etyczne, a które nie, które działanie jest moralne, a które nie. Cóż z tego, że owi eksperci zazwyczaj mają fundamentalnie odmienne zdania? Czyni to dyskusję jeszcze bardziej interesującą, zupełnie inną niż na nudnych, uniwersyteckich wykładach.

Zapraszam więc na wykłady „Etyka w praktyce – wersja internetowa. Tematy wybrane”. W roli wykładowców: internetowi eksperci od spraw wszelakich, bez potwierdzonych kwalifikacji w żadnej z dziedzin, w której zaraz wygłoszą wykład.

 

Wykład 1: Koronawirus a sprawa polska

Od ponad roku żyjemy w innym, pandemicznym świecie, który odebrał nam swobodę planowania, a sprezentował ciągłe poczucie strachu przed zakażeniem, narastającą frustrację oraz długotrwałe zamknięcie w zasadzie wszystkich miejsc, do których uczęszczaliśmy. Nie wiadomo, jak długo potrwa ten przedziwny stan, wiadomo jednak, że grono internetowych ekspertów-wirusologów powiększa się każdego dnia. Ilość teorii spiskowych stworzonych przez ostatni rok jest bezprecedensowa, liczba oskarżonych o ten stan rośnie w siłę – winni są, jak zwykle, Żydzi, rząd światowy, przemysły farmaceutyczne, czasem także Iluminaci. Prawdę o pandemii serwują nam „obudzeni” (ang. woken), czyli osoby „świadome”, którym udało się przejrzeć te globalne kłamstwa i wiedzą, że wszystko zostało zmyślone, a w szpitalach leżą statyści. Poglądy głoszone przez trzecioligowych celebrytów znajdują podatny grunt wśród wielbicieli teorii spiskowych, dla których domem jest Internet. W efekcie mamy do czynienia z wtargnięciami do szpitali owych „obudzonych”, którzy bez maseczek próbują filmować szpitalne łóżka i leżących na nich rzekomych aktorów. Podobnie szeroką wiedzę prezentują w temacie szczepionek – na COVID i nie tylko.

Nie pomagają apele lekarzy, ozdrowieńców czy osób, które w wyniku koronawirusa straciły najbliższych – internetowi eksperci wiedzą lepiej. Wchodząc z nimi w spór, należy spodziewać się, że kiedy zabraknie argumentów, dyskutant dowie się, że jest finansowany przez Sorosa, Kreml bądź wywiad amerykański (niepotrzebne skreślić). Pomijając fakt, że głoszenie bzdur powinno być karalne, w jak bardzo dziwny sposób należy pojmować moralność, by wmawiać innym osobom, że wirusa nie ma, a najbliżsi, złożeni chorobą, najpewniej robią sobie żarty?

Fascynująca, pod kątem etyki, jest również dynamika komentarzy internetowych, w momencie, gdy osoba publiczna zapada na koronawirusa. W zależności kim jest osoba chora oraz jakie reprezentuje poglądy polityczne, internetowi eksperci bądź życzą szybkiego powrotu do zdrowia bądź szybkiej śmierci, okraszając swoją wypowiedź obowiązkowym „karma wraca”.

 

Wykład 2: Aborcja i prawo kobiety do decydowania o własnym ciele

Temat radykalnego zaostrzenia prawa aborcyjnego rozgrzewa społeczeństwo od października zeszłego roku. Spotykaliśmy się na ulicach, protestując, wyrażając swoje racje i próbując zmienić podjęte decyzje, obecnie – spór trwa w większości w rzeczywistości wirtualnej.

Od niezawodnych ekspertów dowiedzieć się możemy, że kobiety, które protestują, to rozwiązłe kurwy, które nie mogą utrzymać złożonych nóg, że w momencie zajścia w ciążę ciało nie należy do kobiety, ale staje się dobrem ogólnym, do którego prawo ma państwo, kościół, że dziecko (rozumiane jako zapłodniona zygota) jest dobrem najważniejszym, oczywiście, do momentu wydania na świat. Ewentualnie internetowe grono profesorskie dokona oceny atrakcyjności fizycznej uczestniczek marszów, by orzec, że ich zaangażowanie w protesty wynika, tak naprawdę, z kompleksów i brzydoty, bo gdyby były ładne, to z radością oddawałyby się obsługiwaniu męża i rodzeniu dzieci.

Tutaj w rolach eksperckich najlepiej spełniają się mężczyźni, w szczególności stanu duchownego bądź zaawansowani wiekowo, którzy przekonani są o swojej społecznej roli moralnego kompasu i nauczycieli życia rodzinnego, które najczęściej znają z teorii.

Wykład 3: Jesteś brzydka

Pomimo prób zmiany zwyczaju postrzegania innych przez jeden obowiązujący kanon urody oraz ruchów społecznych skupionych na budowaniu pewności siebie bez względu na wygląd, nadal pozostajemy ekspertami w ocenie powierzchowności innych.

Internetowi eksperci, bezpiecznie schowani za laptopem, z kont, gdzie brakuje choćby jednego ich zdjęcia, z radością oceniają aparycję drugiego człowieka. Jakikolwiek artykuł na portalu plotkarskim jest festiwalem haseł „ale gruba”, „ale chuda”, „ale brzydka”, „ale zrobiona”, „przydałoby się ten ryj przerobić”, „ale blachara”, „ale cellulit”, „ale grube nogi”, „ale małe usta”, „ale karpi dziób”, „ale głupia”, „ale musiała dawać, skoro ma tyle pieniędzy”.

Dając upust swojej frustracji, wyżywając się na innych za swoje rzeczywiste / rzekome braki, internetowi nauczyciele dają przykład N-etyki: najważniejsze, żebym ja czuł się dobrze, a pozostali – niech czytają moje mądrości i wyciągają wnioski. W końcu i tak nie wiedzą, kim jestem.

Pomimo że nie każdy jest predestynowany do roli nauczyciela, ba!, nawet ucznia, zgodnie ze słowami poetki:

Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata[1].

A i tematów na odczyty nie zabraknie: jest przecież polityka, walka z PiS, jest krytyka totalnej opozycji, ale i oferty programowej Telewizji Polskiej, kreacje celebrytek, czy zarobki lekarzy.

Zapraszamy więc na kolejne wykłady naszych ekspertów!

[1] W. Szymborska, Nic dwa razy, Wybór wierszy, Wydawnictwo Literackie, 1997

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję