Gotujmy się na przyszłość :)

Morze Śródziemne. Przyjemne 39 stopni. I tak jest dużo chłodniej niż u nas. Siedzimy w jakieś 40 osób w niewielkiej łodzi. Wczoraj, zaraz na początku podróży, jeszcze u północnoafrykańskich wybrzeży dwie osoby wypadły za burtę i zwyczajnie się utopiły.

My płyniemy dalej. Obok nas dziesiątki łodzi, jak okiem sięgnąć. Wszyscy płyniemy na północ. Tam jest chłód – ludzie nie umierają z gorąca i głodu na ulicach. Płyniemy na północ, gdzie jest świat, w którym można jakoś żyć. Nie chcą nas tam, ale ja zrobię wszystko by żyć. Moja najmłodsza córeczka umarła dwa lata temu podczas pierwszej wielkiej fali upałów. Mój najstarszy syn zginął w starciu przy studni. Tamci przyjechali ciężarówką uzbrojeni po zęby i zaczęli strzelać. Raczej chcieli nas tylko postraszyć, ale jego akurat trafili. Zabrali tyle wody, ile się dało i pojechali dalej. Nigdy o nich więcej nie słyszałem.

Ostatnie lato było nie do zniesienia. Niewyobrażalne upały, które zabijały ludzi na otwartym powietrzu. Gigantyczna burza, która zmiotła połowę naszej dzielnicy. Kilku sąsiadów potonęło. Ironia – utonąć w środku upałów. Nie mam pracy, na polu nic nie urośnie, a praca w pobliskiej kopalni boksytów jest zastrzeżona dla kilku szczęściarzy. Najcięższe prace i tak wykonują automatyczne roboty. Wagony z urobkiem wyjeżdżają potem w wojskowych konwojach do wybrzeża, a potem statkami do innego świata. Nie mamy nadziei, z rodziną postanowiliśmy ruszyć na północ, z dala od tego horroru. I jesteśmy teraz na nieznanym morzu, już niedaleko naszego nowego domu.

Nagle słychać przeciągły gwizd. „Lecą drony!” – ktoś krzyczy. Wybucha panika, zaczynamy gwałtownie wiosłować, ktoś skacze do wody, flotylla łodzi rozprasza się na wszystkie strony. Z góry leci na nas ogień. Słychać tylko huk i wrzaski mordowanych ludzi. Nad sąsiednią łodzią powoli zawisł jeden z dronów, kamera lekko przekręciła się w bok, jakby maszyna przez chwilę zdumiała się na ten widok. Ludzie w łodzi zamarli. W tej samej chwili wielolufowe działko rozdarło ich wszystkich krótką serią. Wszystko to trwa kilka sekund. Drony odlatują, zostawiają za sobą morze pełne krwi i potrzaskanych łodzi. Panika mija, przeżyliśmy – tym razem. Porządkujemy swoją łódź. Jest kilku rannych, których trzeba opatrzyć, ale łódź jest cała. Niedługo pewnie znowu przylecą. Nie ma czasu.

Płyniemy na północ, jest nas dziesiątki. Chcemy żyć.

 

To powyżej to tylko króciutki scenariusz, jak może wyglądać morska granica UE za kilkanaście lat. Strzelanie do rzesz imigrantów i wielkie mury, byle przetrwać. Jest to oczywiście czysta fantazja i tylko jedna z możliwych wersji naszej przyszłości. Jednak coraz bardziej takiego scenariusza się obawiam. Tak, wiem, to kolejny (długi!) tekst o tym, że być może coś dzieje się z klimatem i ze światem, jaki znamy. Nie znam się na tym i nie rozumiem tego, ale coraz bardziej się tego boję.

Obawiam się, że kolejne głosy o zmianach klimatu znikają w kakofonii codziennych zwyczajnych doniesień medialnych.

Obawiam się, że to, co robimy, jest daleko niewystarczające, a sam nie wiem, co robić, by miało to sens.

Obawiam się, że politycy tradycyjnie zawiodą na całej linii, zajmując się pobocznymi kwestiami „tu i teraz”.

Obawiam się o naszą przyszłość – nie tyle gatunku, co po prostu mojego dziecka. Coraz częściej mam poczucie, że może być jednym z ostatnich pokoleń na ziemi, któremu przyjdzie żyć w cywilizacji, jaką my znamy. A boję się tego, co nieznane.

Co mamy robić? To pytanie do was, elito dzisiejszego świata? Czy opracowaliście już plan własnego przeżycia w supertajnych bunkrach albo izolowanych osiedlach? Czy może rozkminiacie jak nas wszystkich uratować z tego dołka, w który tak dziarsko maszerujemy?

Mam zmienić swój styl życia? Co to znaczy? Torba zamiast foliówki w sklepie wystarczy by „odfajkować” ratowanie świata czy trzeba czegoś więcej? Segregacja śmieci na 4 frakcje styknie? Pytam, bo w codziennym biegu trudno mi robić wiele więcej. Jak już popakuję te śmieci w osobne kubły, zbiorę zapas płóciennych toreb i różnych pudełek wielorazowych na żywność (i naprawdę urobię się po pachy by to wszystko ogarnąć), to nie będę miał za wiele czasu i „wolnej głowy” na wiele więcej. Nie chciałbym mieć poczucia po tym wszystkim, że to na darmo. Byłbym bardzo, ale to bardzo… zdenerwowany.

A może możecie wpłynąć na te wszystkie wielkie firmy, by po prostu nie produkowały tych wszystkich foliówek, plastikowych opakowań i tony innego badziewia? By problem ogarnąć, że tak powiem, od góry? I to dziś, nie za dziesięć albo dwadzieścia lat, ale dziś?

40 lat temu pojawiały się pierwsze raporty, że sposób naszego życia niemiłosiernie eksploatuje planetę i styl życia oparty na wzroście ma swój kres. Nie da się wiecznie rosnąć na ograniczonej planecie. 40 lat temu mówili nam, że mamy kilkanaście lat na w miarę bezbolesne zmiany, bo za te 40 lat będzie dużo trudniej. Paliwa kopalne i tak się kończą, zanim jednak się skończą, zdążą nas zabić.

Dziś jest tak, jak nam mówili, a my nic nie zrobiliśmy. Przychodzi czas zapłaty, bo jest już za późno na niewielkie zmiany.

Niby to rozumiemy, ale i tak robimy swoje. Zgłoszone do wydobycia zasoby kopalne (ropa, gaz, węgiel) kilkukrotnie przewyższają wszelkie limity spalania i wypuszczania CO2 do atmosfery, przez co są marne szanse, by temperatura nie wzrosła powyżej tych magicznych 2 st.

Czasem myślę, te 2 stopnie to przecież tak niewiele. Ale ostatnio, gdy temperatura była niższa o raptem 4 stopni (epoka lodowcowa), na Bałtyku był kilometr śniegu, a lądolód kończył się w Warszawie. Raptem 4 stopni chłodniej. Zmiana (do dzisiejszego klimatu) potem następowała w przeciągu tysięcy lat. Teraz temperatura w ciągu 150 lat urosła już o ponad 1 st. I dalej idzie w górę.

Dlaczego te dwa stopnie są magiczne? Bo dalej zaczyna się magia, a my przestajemy mieć wpływ na otaczającą nas rzeczywistość. Nawet wyłączenie wszystkich fabryk i elektrowni może już nic nie zmienić, topnienie lądolodów może już następować niezależnie, wieczna zmarzlina może przestać być wieczna, a na Śląsku zamieszkają hipopotamy. Świat ustabilizuje się w końcu na nowym optimum. Świat przetrwa – z nami lub bez nas. A po wojnach klimatycznych, wykorzystaniu zasobów i bez przemysłowego rolnictwa – będzie nas o 50% albo 90% mniej.

Nie będzie jednak wielkich znaków na niebie, nie przeleci kometa na horyzoncie. Nie będzie jednego dnia sądu i apokalipsy. Być może nawet nie dożyjemy prawdziwego „gorąca”. Po prostu życie będzie nieco trudniejsze, zaczniemy częściej walczyć o wodę i żywność, a ulice będą płonąć. W 2015 r. do Europy przybyło jakiś milion uchodźców – jaka była nasza reakcja? Ataki na obozy imigrantów, zamieszki, budowy murów i chętniejsze wybieranie partii skrajnych. Kogo wybierzemy, jeśli przybędzie tu w kilka lat 100 milionów ludzi? Albo 200 milionów? Partię Zielonych czy raczej jakąś „imigrancko-sceptyczną”?

A przybędą, bo Afryka i duże połacie Bliskiego Wschodu zamienią się w strefy śmierci (w Indiach i Pakistanie kilka dni temu już było blisko 50 stopni), gdzie przez kilkadziesiąt dni w roku fale gorąca będą po prostu zabijać życie. A tam żyje kilka miliardów ludzi. Drogi przez Saharę i Morze Śródziemne są już mniej więcej rozpoznane, a każdy chce żyć. To mamy w DNA, wykute przez tysiące lat ewolucji na sawannie. Jak gdzieś jest źle, trzeba się przenieść.

Na marginesie, na świecie jest już dziś, w tym momencie, ponad 60 milionów uchodźców, do nas (jako do Europy) trafia ciągle niewielki procent, a w jednym roku był to raptem milion (i on już nas przerósł jako społeczeństwo). Wielkie napięcia się kumulują. Czy zdążymy wtedy myśleć o klimacie w zupełnie zmienionej społecznej atmosferze pełnej walki?

Boję się, że zanim klimat naprawdę zacznie się zmieniać, zaczniemy się zabijać w walce o kurczące się zasoby, a świat stanie się bardzo nieprzyjemny. Zdesperowani ludzie zrobią wiele. Co jeśli jeden sąsiad będzie miał dostęp do broni atomowej, a drugi jeszcze trochę wody? Nawet nie zauważymy, że to przez klimat. Po prostu nie zdążymy zauważyć. Będziemy za to pisać kolejne artykuły o systemach gospodarczych, o konieczności szukania pracy „u siebie” albo o nierównościach społecznych.

Niby to wszystko wiem. Boję się tego i nie boję jednocześnie. Jeśli uświadomię sobie to tak naprawdę – NAPRAWDĘ – to jaki mam wybór?

Większość z nas umrze, jeśli nie ograniczamy spalania paliw kopalnych.

Większość z nas umrze, jeśli nie ograniczymy spalania paliw kopalnych.

Czy potrafię NAPRAWDĘ uświadomić sobie znaczenie tych słów?

Co mam robić? Łapać się za jakiekolwiek działanie z wiarą, że małe czyny robią wielkie zmiany? Pewnie coś pomogą, ale jeśli poszedłbym dziś na budowę i zaczął robić cokolwiek – i tak samo wszyscy moi znajomi – to myślę, że na końcu bylibyśmy bardzo zmęczeni, domu byśmy nie postawili, za to zrobili mnóstwo zamieszania.

Elito, politycy, Unio, ONZ-ecie czy wszystkie rynki świata. Zróbcie coś, zajmijcie się tym, zamknijcie wszystkie mądre głowy w jednym miejscu i – na Boga i Einsteina – działajcie.

Jestem bardzo, ale to bardzo przerażony tym wszystkim. A przerażeni ludzie w wielkiej masie to nie jest najlepsza grupa do kreatywnych rozwiązań problemów z klimatem.

Działajcie, bo nasze niezorganizowane wysiłki nie na wiele się zdadzą.

Działajcie w imię swoich i naszych dzieci, jakkolwiek to patetycznie brzmi.

Działajcie, a będziemy działać z wami!

W pułapce populizmu :)

W ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego próg wyborczy przekroczyły wyłącznie komitety licytujące się na socjalne obietnice. Można by wysnuć tezę, iż Polacy pokochali opiekuńcze superpaństwo, a liberalizm nad Wisłą można pochować. Tymczasem ostatni sondaż IBRiS dla Rzeczypospolitej ukazuje zaskakującą prawdę; większość Polaków wcale nie chce ani zwiększania budżetu państwa, ani kolejnych świadczeń socjalnychi

III zasada dynamiki Newtona głosi wzajemność oddziaływania ciał. Dlatego jeśli mocno uderzymy pięścią w stół najpewniej rozboli nas dłoń. Podobne reakcje, choć zdecydowanie nie tak proste w schemacie możemy zaobserwować we współczesnych społeczeństwach. Zdaje się, że fascynacja rozdawnictwem nie tylko szybko mija, ale także generuje sprzężenia zwrotne w postaci rosnącej frustracji wszystkich tych, którzy wobec życia przyjmują postawę aktywną i do swoich celów dążą kreatywnością i pracą. Celowo nie piszę o klasie średniej. Wbrew dziwnej odmianie chłopomanii (równie bezmyślnej co jej pierwowzór wyśmiewany przez Wyspiańskiego) to właśnie w małych miasteczkach szewcy, właściciele drobnych sklepów, czy fryzjerki najwyraźniej mogą dostrzec absurdalną skalę pomocy socjalnej i nadużycia z niej wynikające. Oczywiście, skala dezaprobaty dla nowych wydatków rośnie wraz z wielkością miasta – nie znaczy to jednak, iż należy zjawisko dostrzegać wyłącznie jako efekt niezadowolenia pracowników korporacji.

Trudno się dziwić postom Krystyny Jandy o 500+. I nie chodzi tu o implikowaną przez lewicowych publicystów „pogardę dla ludu”, a frustrację wywołaną konkretną logiką coraz bardziej rosnącego państwa i autentyczną pogardą dla pracy. Przedsiębiorczy biznesmeni, prawnicy i lekarze od tego roku karani są za swoją pracę trzecim progiem podatku dochodowego w postaci daniny solidarnościowej, działacze trzeciego sektora zdobywający pieniądze na ambitne projekty kulturalne nazywani są zdrajcami sponsorowanymi przez Sorosa, pracujący na stażach studenci dobrych uczelni wyśmiewani jako oderwane od prawdziwego narodu korposzczury. Partie opozycyjne tymczasem nie tylko nie proponują kontroferty wobec programów z plusem na końcu, ale same aktywnie je popierają i głosują za nimi ręka w rękę z posłami PiSu.

Sytuacja opozycji pod wieloma względami przypomina sytuację Republikanów po II Wojnie Światowej. Wobec popularności reform New Deal Roosevelta i Great Society Johnsona Partia Republikańska zdawała się być bezradna; nawet gdy dochodziła do władzy, nie miała innego wyjścia, niż kontynuować w łagodniejszej formie kurs wyznaczony w latach 30 przez Roosevelta. Jednak już w roku 1966 przekaz o ograniczeniu roli rządu, odpowiedzialności fiskalnej i niższych podatkach był w stanie zapewnić Ronaldowi Reaganowi urząd gubernatora Kaliforni Reagan jako gubernator znacząco zaostrzył kryteria przyznawania pomocy społecznej i w 1972 r. wygrał po raz kolejny. Wyraźna kontra wobec polityki rosnącej roli państwa nie tylko nie szkodziła, ale wręcz działała na korzyść popularności gubernatora. Jako późniejszy prezydent Reagan miał doprowadzić do zmiany paradygmatu w polityce gospodarczej, którego istoty nie naruszyli nawet jego demokratyczni następny. Oczywiście powyższa analogia (jak większość analogii) nie powinna być traktowana jako dokładne przełożenie – pomijałoby to całą złożoność amerykańskich zmian społecznych w latach 60, jednak w pewnym stopniu obrazuje uniwersalny mechanizm zmiany nastrojów.

Obecnie pytanie brzmi: Jak szybko następuje zmęczenie programami socjalnymi PiSu? Niestety trudno znaleźć miernik w wynikach wyborczych: ostatnie miesiące przyniosły upadek zarówno Nowoczesnej, wchłoniętej przez PO, jak i Polski Fair Play, która to nawet nie zdążyła sprawdzić się w ogólnopolskich wyborach. Nie skontruje populistycznego trendu również Platforma, która na skutek swoich działań wpadła w pułapkę wiarygodności: nie przekona wyborców popierających wzrost socjalnych prezentów, gdyż jej rządy nie były populistyczne i jeszcze w 2015 partia ta pozostawała krytyczna wobec propozycji 500 zł na dziecko, czy niższego wieku emerytalnego, będzie jednak również tracić na wiarygodności w oczach zwolenników liberalnej koncepcji państwa, gdyż po wielokrotnym zadeklarowaniu utrzymania wszystkich złych zmian w gospodarce nie może się ze swoich obietnic po prostu wycofać.

Patrząc na wyniki sejmowych głosowań i zestawiając je z sondażami opinii (niemal 2/3 wyborców PO było przeciwne zwiększeniu wydatków państwa w ramach tzw. piątki Kaczyńskiego, którą partia ostatecznie poparłaii) można śmiało postawić tezę, iż Polska liberalna cierpi na wyraźny brak parlamentarnej reprezentacji (tylko 3 posłów przeciwko 13 emeryturze). Co więcej, naturalne zmęczenie rosnącym rozdawnictwem w połączeniu z jego absurdami i poczuciem niesprawiedliwości wśród osób aktywnych zawodowo będzie sprzyjać wzrostowi znaczenia tej grupy. Póki co jednak trend nie znajdzie swojego odbicia w bieżącej polityce.

Dobra wiadomość jest więc taka, że polskie społeczeństwo najwyraźniej jest dużo bardziej liberalne i zdroworozsądkowe od polskiej klasy politycznej. Zła, że może minąć jeszcze sporo czasu pod rządami populistów, nim opozycyjne elity sobie ten fakt uświadomią.

Mamy stawiać niewygodne pytania – z Basilem Kerskim, dyrektorem ECS w Gdańsku, rozmawia Piotr Beniuszys :)

Piotr Beniuszys: W pierwszej kolejności chciałbym zapytać o toczącą się od początku roku dyskusję polityczną wokół ECS. Ministrowie rządu mówią, że w ich ocenie Centrum nie prezentuje pełnego obrazu dziejów pierwszej Solidarności. Jak pan odczytuje tą krytykę? Czy kryje się za tym wyłącznie polityka, czy może jednak coś merytorycznego? Czego w narracji ECS-u jest być może za mało, a czego za dużo?

Basil Kerski: To pytania na cały wywiad! Zacznę od tego, że debaty po 2015 roku wokół ECS, ale i Muzeum Drugiej Wojny Światowej w Gdańsku stały się testem dla jakości debat publicznych, niezależności mediów i publicystów oraz wiarygodności polityków. Powstało wiele pomówień i negatywnych mitów na temat obydwu gdańskich instytucji, które nic nie mają z rzeczywistością do czynienia, tylko służą krótkowzrocznej walce partyjno-politycznej. Czytałem, że Muzeum Wojny przedstawia antypolską perspektywę, że brakuje ważnych wątków losów wojennych Polaków i że powstało pod wpływem niemieckiej polityki historycznej. ECS zaś na wystawie wyciął podobno z historii ważnych bohaterów Solidarności i prowadzi jednostronną działalność partyjno-polityczną. Pozytywnym efektem tej propagandy jest bardzo duże zainteresowanie obywateli instytucjami kultury, które stają w centrum sporu politycznego. Ludzie chcą sami sobie wyrobić zdanie. I to służy polskiej kulturze i wzmacnia postawy obywatelskie.

Aby odpowiedzieć na negatywne mity na temat ECS czy Muzeum Wojny, warto przypomnieć genezę obydwu instytucji. Wielką ambicją założycieli tych instytucji było wspólne opowiedzenie XXI wiekowi kluczowych wątków wieku XX, historii, która zbudowała wartości ważne nie tylko dla Polski, ale i Europy. Obydwa zespoły podeszły do tych projektów bardzo odpowiedzialnie. I ECS, i MIIWŚ od początku dzieliły się swoimi koncepcjami publicznie, organizowały też wiele spotkań, debat na ich temat. Słowem, robiły dokładnie to, co każda odpowiedzialna instytucja publiczna, która chce dotrzeć do różnych generacji, różnych odbiorców i na podstawie tej metodologii buduje swoją narrację. Zarzuty, iż obydwie instytucje powstały na zamówienie pewnych sił politycznych, może i nawet zagranicznych, i że pracowały pod dyktandem jednej opcji politycznej to absurdalne fantazje.

My jako zespół ECS działaliśmy dwutorowo. Z jednej strony budowaliśmy od 2007 roku instytucję kultury (bo nie jesteśmy muzeum, a instytucją kultury), która realizowała swój program już przed otwarciem siedziby w 2014 roku. W ramach wielkiego laboratorium formatów poszukiwaliśmy odbiorców dla naszego programu na terenie całej Polski i Europy. Także w samym Gdańsku,  nie tylko wśród elit czy w centrum miasta, ale w dzielnicach peryferyjnych, gdzie żywa jest pamięć Solidarności, ale mieszkańców wykluczano dotąd z procesu budowania miejskich instytucji kultury. Równolegle powstawała wystawa stała, część muzealna, narracja historyczna. Budując wystawę prowadziliśmy szerokie konsultacje. Pierwszy dyrektor ECS, o. Maciej Zięba, rozesłał nawet ankiety do polskich elit politycznych wszystkich ugrupowań posolidarnościowych z pytaniami o kształt wystawy. Mało kto odpowiedział. Ja zaś zleciłem wywiady z protagonistami życia publicznego na temat oczekiwań wobec naszej instytucji. Odpowiedzi świadczyły o bezradności i braku wiary w sukces przedsięwzięcia, ponieważ projekt ECS był innowacyjny: połączenie muzeum Solidarności z instytucją kultury wspierającą współczesny rozwój obywatelski. Traktowano to jako niepoważne marzenia ekscentrycznego prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza. Niestety, nie było u nas dotychczas zwyczaju poważnego traktowania takich inicjatyw konsultacji przy budowaniu instytucji kultury. Podobnie przecież dyrektor MIIWŚ Paweł Machcewicz publikował swoje dokumenty programowe, a nikt wówczas poważnie się do nich odniósł. A zespół muzeum robił wszystko, żeby otworzyć spór o najlepsze pomysły. Nikt się sprawą nie interesował aż do wybuchu wielkiego konfliktu, kiedy to politycy obozu rządzącego coś „palnęli”.

Powracając do naszej wystawy: w gremiach decyzyjnych ECS-u intensywnie dyskutowano jej główne założenia. Co więcej, na koniec procesu budowania jej wizji zaprosiłem przedstawicieli trzech bardzo różnych perspektyw, aby ocenili ostatecznie jej kształt: prof. Wojciecha Polaka, który reprezentuje tradycję Porozumienia Centrum, prof. Aleksandra Halla, którego wybrałem jako świadka Sierpnia i protagonistę 1989 roku, ale też jako kogoś, kto dzisiaj jest poza polityką, a cieszy się autorytetem, i prof. Andrzeja Friszke. Ich dialog z nami miały raczej charakter metodologiczny, a nie polityczny: o naturę wystawy, jak pewne rzeczy zręczniej pokazać. W ciągu lat udało się stworzyć konsensus narracyjny, który okazał się być atrakcyjny dla odbiorców różnych nacji i generacji.

Gdy otworzyliśmy wystawę stałą 30 sierpnia 2014 roku, żaden poważny historyk w Polsce czy za granicą nie zakwestionował jej narracji. Momentem przełomu stało się przejęcie w Polsce władzy przez Prawo i Sprawiedliwość jesienią 2015 roku. Rozpoczęło się krytykowanie i recenzowanie obu gdańskich instytucji bez związku z faktami. Profesorowi Machcewiczowi i jego zespołowi zarzucono, że ich muzeum przekazuje niepolską narrację i to pomimo że goście z zagranicy jednoznacznie podkreślają uwypuklenie tych wątków środkowoeuropejskich, które w globalnej debacie były dotąd słabiej obecne.

W naszym wypadku, o dziwo, nie pojawiły się zastrzeżenia merytoryczne. Nawet dało się słyszeć zaskoczenie zachowaniem proporcji przekazu, szczególnie przy wątku Sierpnia 1980 roku, że mimo pokazania szczególnej roli Lecha Wałęsy wystawa pozwala odczuć, iż Sierpień był wydarzeniem masowym, w którym uczestniczyło wiele niezwykłych indywidualności. Naszych krytyków zaskoczyła obecność przeciwników Wałęsy, dla mnie zawsze oczywista. Chwalono nas za spójność narracji. Udało się nam zatem zbudować opowieść, która łączy ludzi i budzi emocje.

Po 2015 PiS postawiło sobie za cel przejąć polityczną kontrolę nad kluczowymi instytucjami kultury w Polsce. To trudne w wypadku ECS-u, ponieważ jesteśmy współprowadzoną instytucją: budynek należy do miasta Gdańska, a Ministerstwo Kultury, choć jest naszym ważnym partnerem, nie ma bezpośredniego, samodzielnego wpływu na działanie instytucji jako takiej. Musi się liczyć z miastem i marszałkiem województwa pomorskiego. Po zwycięstwie PiS wyraziłem w rozmowie z premierem prof. Piotrem Glińskim gotowość do merytorycznej oceny naszej wystawy stałej. Powiedziałem mu, że jest już otwarta, a to był czas przed otwarciem Muzeum Wojny, i że każdy obywatel, świadek czy historyk może sobie na miejscu wyrobić o niej zdanie. Zaproponowałem ministrowi, że przyjmę każdego wysłanego przez niego eksperta strony rządowej.  Przyszedł tylko jeden. Jego recenzja, napisana po niezwykle drobiazgowej analizie każdego elementu wystawy, nie nadawała się do politycznego ataku.

Zaproponowaliśmy debatę w naszych gremiach, w radzie i kolegium historyczno-programowym. Ostry spór toczył się zwłaszcza wokół Lecha Wałęsy. Zamknęliśmy go w fundamentalny sposób pytaniem: Czy rzeczywiście ktoś poważny w Polsce uważa, że w Sierpniu 1980 roku lub w stanie wojennym Lech Wałęsa stał po niewłaściwej stronie? Jeden z naszych partnerów, więziony w NRD świadek czasu, przekazał mi z archiwów niemieckich protokół ze spotkania wiceszefa KGB, generała Kriuczkowa z szefem Stasi ministrem Mielke z 23 czerwca 1981 roku. Spotkanie odbyło się w Berlinie. Jednoznacznie KGB i Stasi określały w nim Wałęsę jako wroga numer 1 komunizmu, niebezpiecznego robotnika-katolika. Ten bardzo ciekawy dokument dowodzi także paniki uczestników rozmowy z powodu skutków rewolucji Solidarności. W wersji rosyjskiej jest niedostępny, ale z wersją niemiecką bez problemu można się zapoznać. Dlaczego takiego łatwo dostępnego dokumentu się nie czyta i nie ocenia? Dlaczego nie przytacza się w obronie Lecha Wałęsy? Czy on na to nie zasługuje?

Jesienią 2018 zaczął się w Polsce cykl kampanii wyborczych. Potwierdzoną wcześniej dotację ECS ministerstwo cofnęło po wyborach samorządowych w Gdańsku, co bezdyskusyjnie było policzkiem wymierzonym Pawłowi Adamowiczowi i gestem politycznym wobec Gdańska. Kierowana wobec nas krytyka zupełnie pomijała naszą od lat otwartą na nią postawę i brak jakichkolwiek merytorycznych uwag wobec nas.

Warto mieć świadomość, że powstające w ostatnich latach instytucje kulturalne i muzealne w Polsce są owocem niesłychanego profesjonalizmu. Standardem jest uwzględnianie w pracach nad nimi pluralizmu spojrzeń. Polityczna krytyka, która na nie spada, jest odległa od rzeczywistości, a zarzuty absurdalne. Niestety, niektóre media rzadko weryfikują je od strony faktów, powielają natomiast największe bzdury, żądając ich skomentowania. To nie jest profesjonalne dziennikarstwo, tylko otwieranie przestrzeni dla politycznych manipulacji.

Nagłe ucięcie dotacji było wielkim rozczarowaniem dla nas wszystkich w ECS-ie, dla pracowników i członków Rady. Do śmierci Pawła Adamowicza Rada ECS usiłowała nawiązać dialog za kulisami z ministerstwem, aby rozwiązać konflikt, a mimo tylu wzniosłych słów o patriotyzmie ministerstwo na pisma Rady, złożonej z niekwestionowanych bohaterów Sierpnia nie reagowało. Śmierć prezydenta, wbrew nadziei, nie przyniosła resetu. Nie pojawiła się propozycja przedyskutowania decyzji i zastanowienia, co dalej. Zamiast tego wylądowaliśmy w następnych kampaniach wyborczych.

Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na okoliczność, z którą jest niełatwo się pogodzić wszystkim naszym organizatorom. ECS powstał dla dwóch celów. Jeden to pamięć, wystawa, narracja historyczna. Ale ECS, i to było novum, od początku miało wspierać nowe inicjatywy społeczno-polityczne i jako instytucja obywatelska bronić pewnych wartości: integracji europejskiej, uniwersalnych praw człowieka i dziedzictwa sierpniowej Solidarności. Jego założyciele, a działo się to za czasów rządu Jarosława Kaczyńskiego w 2007 roku, wśród nich Adamowicz, marszałek pomorski Jan Kozłowski oraz minister kultury Michał Ujazdowski, wychodzili bowiem z założenia, że demokracja – aby żyć – potrzebuje aktywnych, niewygodnych i krytycznych wobec władzy obywateli. ECS-owi zarzuca się, że stało się instytucją polityczną, że pojawiają się tutaj ludzie, którzy się ministrowi kultury nie podobają. Ale przecież to jest zapisane w statutach. Nie wpuszczamy tylko tych, którzy tak zasadniczych wartości, jak uniwersalne prawa człowieka nie uznają. Na przykład nie wejdzie tutaj człowiek, który nawołuje do przemocy, głosi poglądy rasistowskie, kseonofobiczne, antysemickie czy homofobiczne, czy też ludzie, którzy wypowiadają się niegodnie o politycznych przeciwnikach. Gdy w prowadzonej wspólnie z nami przez Solidarność Sali BHP pojawił się ONR, nie zgodziłem się na jego wejście do instytucji kultury publicznej. Komisja Krajowa się wówczas na nas obraziła, zawiesiła współpracę, ponieważ nie widzi problemu w obecności organizacji faszystowskiej w kolebce Solidarności. To jest poważny konflikt.

Interesującym punktem tego sporu jest chyba tylko ten, że jako instytucja publiczna jesteśmy instytucją polityczną w sensie arystotelesowskim, choć nie polityczno-partyjną. Stawiamy pytania o jakość społeczeństwa obywatelskiego, o rozwój demokracji… Czasami niewygodne, także dla prezydenta Gdańska. Ale Adamowicz nie miał z tym nigdy problemu, dopóki ludzie przekraczający nasze progi akceptowali ten sam zestaw podstawowych wartości. Każda szanująca się instytucja chce dotrzeć do jak największej liczby Polaków, więc wie, że nie może oddać się jednej perspektywie. Dla swojej wystawy stara się o bardzo solidny fundament naukowy, a specyfiką ECS jest dodatkowo, że my właśnie mamy stawiać niewygodne pytania na temat współczesnego świata, wspierać nowe inicjatywy społeczne.

Istnieje spór o zasadniczą naturę ruchu pierwszej Solidarności. On jest ściśle powiązany z oceną bilansu III RP. Z jednej strony mamy szeroko pojęte liberalne spojrzenie, a z drugiej spojrzenie np. współczesnych związków zawodowych, w tym Solidarności. Sporne pytanie brzmi: czym była pierwsza Solidarność w większym stopniu – prodemokratycznym ruchem wolnościowym, którego celem było obalenie realnego socjalizmu pokojowymi metodami i zbudowanie niepodległej Polski na wzór Zachodu, wraz z akceptacją społecznej gospodarki rynkowej i kapitalizmu? Czy była raczej ruchem postulatów socjalnych, owszem wrogim dominacji sowieckiej, ale zorientowanym przede wszystkim na poprawę materialnego położenia społeczeństwa, ruchem walki o godność pracowniczą, chcącym zbudować inny, ale jednak nadal socjalizm?

Aby na to odpowiedzieć, warto rozgraniczyć pewne wątki. Trzeba przede wszystkim odróżnić pamięć od historii. Pamięć jest dynamiczna, zmienna u jednostek, w tym nawet u świadków. W naturalny sposób zmienia się także pamięć zbiorowa. Spór wokół Solidarności dlatego właśnie jest ciekawy, że pokazuje dynamikę oceny i interpretacji przez samych świadków, w czym nie ma w zasadzie nic złego. Tyle że my w Polsce mylimy pamięć z historią. Dekadę temu ECS, przygotowując się do swojej misji w nowym budynku, razem z prof. Ireneuszem Krzemińskim przeprowadziło bardzo obszerne badania pamięci na temat Solidarności. Wykazały one różnicę pokoleniową, dla której granicą były roczniki połowy lat 60. Założono, że osoby urodzone gdzieś do 1964 r. to są ci aktywni uczestnicy, a urodzeni później byli na to za młodzi. Starszych interesowała w tematyce Solidarności historia, w tym także ich rola. Młodszych zamiast historii interesowały wartości, np. znaczenie idei solidarności społecznej w dzisiejszym świecie. Ich wielka polityka mniej interesowała. Późniejsze badania zespołu prof. Krzemińskiego dodatkowo pokazały, że wydarzył się dramat – mianowicie w pokoleniu uczestników zmieniła się ocena pokojowej rewolucji. W komforcie suwerennej Polski i jeszcze dość stabilnej Europy ludzie coraz krytyczniej się odnosili do przemian 1989 r.. Wśród dużej liczby świadków zrodził się żal za brakiem krwawych rozwiązań. Co ciekawe, u świadków tamtych dni zniknął międzynarodowy kontekst polityki tamtych czasów, a u tych spośród nich, którzy krytycznie oceniali rzeczywistość po 1989 r., pojawiła się myśl, że być może błędem była pokojowa forma przemian, oraz przeświadczenie o zbyt powolnej, zbyt kompromisowej rewolucji. Ten ważny głos wszedł w dodatku w symboliczny sojusz z pamięcią o żołnierzach wyklętych, z militarystycznym kultem walki zbrojnej w czasach komunizmu. Mamy więc problem ze zmieniającą się pamięcią w Polsce, z coraz silniejszym akcentowaniem czynów militarnych, osłabieniem tradycji walki bez użycia przemocy.

Drugim ciekawym wnioskiem z badań sprzed dekady było, że wielu uczestników nie interesowały pytania o współczesne znaczenie wartości, które niosła Solidarność, ale zachowanie opisu przeszłości i udokumentowanie swojej roli dla przyszłych pokoleń. To się dzisiaj zmieniło, gdyż w ostatnich latach wielu świadków było – niczym Lech Wałęsa chodzący w koszulce z hasłem „Konstytucja” – zaskoczonych zmasowanym atakiem chociażby na trójpodział władzy. Obserwuję, że w reakcji na siłę narracji kwestionującej III Rzeczpospolitą i na próbę zbudowania metodami mało demokratycznymi nowej politycznej rzeczywistości starszą generację znowu zaczęły angażować bardziej sprawy XXI wieku. Pamięć i współczesna interpretacja solidarnościowych wartości znów się połączyły.

Ale to grupa młodych jest szczególnie ciekawa. To oni zadali pytania o wartości, które zrodziły różne środowiska, w różny sposób interpretujące i akcentujące Solidarność. Podejmują na przykład próbę, nieobecną w latach 90. i na początku stulecia, zbudowania nowej tradycji socjaldemokratycznej, szukają demokratycznego, lewicowego nurtu. Liberalny nurt solidarnościowy wśród młodych jest słabszy, związkowy nie istnieje. Silny jest jeszcze kierunek konserwatywno-chrześcijański. Ale wszystkie te trzy środowiska, czyli radykalizujący się świadkowie, świadkowie powracający do uniwersalnych wartości oraz nowe głosy, które szukają źródła ideowego do budowania nowych tradycji politycznych – nie dają jednak, wydaje mi się, pełnego i kompleksowego obrazu historii lat 70. i 80. Specjalnie nie ograniczam tego tylko do Solidarności. Te lata to bardzo dynamiczny czas, a jeśli mówimy o Solidarności, to o której, na jakim etapie, o jakim uczestniku? Patrząc na Sierpień 1980, powiedziałbym, że Solidarność jest absolutnie pluralistycznym, demokratycznym ruchem. Wynika z myślenia i działania bardzo różnych środowisk, które łączył brak akceptacji dla sytuacji w Polsce, i które próbowały tworzyć w niej przestrzeń życia dla siebie. To był ten pierwszy krok. Nie wydaje mi się, aby w 1980 r. ktoś myślał, że dożyje upadku komunizmu. W ocenie zjawisk tamtych czasów trzeba zachować zatem ostrożność. Ruch miał absolutnie pokojowy charakter z bardzo różnych przyczyn, o których dzisiaj się chyba też nieszczerze mówi. Pokojowe nastawienie charakteryzowało właśnie generację starszą, która przeżyła II wojnę światową oraz powstanie warszawskie i widziała, jaką cenę się płaci za walkę z bronią. To się spotkało z doświadczeniem młodszych, którzy z kolei – na mniejszą skalę – zetknęli się z przelaniem krwi w Grudniu ’70. A biorąc pod uwagę, że ktoś, kto żył w bloku sowieckim, odnosił się do niego jako całości, do rzeczywistości imperium, które dokonało inwazji w Czechosłowacji w 1968 r. i stłumiło rewolucję węgierską w 1956, uderzyć w komunizm oznaczało wywołać konflikt destabilizujący Europę. Kluczowym więc pytaniem lat 70. był charakter oporu. Musiała być to strategia inteligentnych przemian, które nie pociągają za sobą rozlania krwi, ewolucyjnych, ale gruntownych, prowadzących dialog, ale zasadniczo kwestionujących autorytarny charakter komunizmu. Solidarność była ruchem odwołującym się do pewnych uniwersalnych wartości, nieuznającym monopolu komunistów. Był to też ruch, który musiał podważać monopol robotniczy komunistów. Stąd pomysł związku zawodowego, co dawało polityczną szansę odebrania komunistom monopolu władzy i jednocześnie polepszenia warunków pracy, które były w zakładach przemysłowych katastrofalne. Będąc zatem w opozycji wobec komunizmu, trudno było nie dostrzec socjalnych, robotniczych problemów.

Jak pan zatem widzi, wiele perspektyw, dzisiaj niekoniecznie obecnych w potocznej wyobraźni, wówczas naturalnie się łączyło. Wśród nich spotkanie się uniwersalizmu liberalnego, nie w sensie liberalizmu gospodarczego, bardziej intelektualnego z realnymi potrzebami budowania demokratycznej reprezentacji robotników. Postawy demokratyczno-lewicowe Kuronia i Modzelewskiego z chrześcijańsko-społecznymi Mazowieckiego czy Stommy. Za czasów rewolucji Solidarności potrzebna była fundamentalna przemiana państwa Polskiego i Europy. Aby ją zrealizować, trzeba było jednocześnie sięgnąć po wiele źródeł ideowych, połączyć różne kompetencje.

Historycznie bardzo ważny jest także następujący element. Duża część pokolenia urodzonych po wojnie Polaków nie chciała iść konwencjonalną drogą poprzez partie polityczne, nie tylko PZPR, ale i jej przybudówki, lecz budowała własną przestrzeń do wyrażania swoich poglądów i wrażliwości. Solidarność powstała w czasie, gdy w Polsce był bogaty pejzaż niezwykle pluralistycznych środowisk opozycyjnych. Jedne były socjaldemokratyczne, inne endecko-chrześcijańskie… Strajk w Stoczni Gdańskiej, narodziny Solidarności dały tym wszystkim inicjatywom parasol, wchłonęły je. Opowiadając o Solidarności, trzeba mówić o bardzo różnorodnym ruchu, dzięki czemu skutecznie mógł odnieść się do komunizmu. Rzadko zwraca się uwagę, że związek, nadając dużą rolę strukturom regionalnym, zanegował centralizm… Ten zmysł decentralizacyjny był mocno obecny jeszcze w rządzie AWS po 1997 roku, który przecież wtedy wydawał się silnie narodowy, katolicki. Stąd dziwi dzisiejsza bliskość Solidarności do partii, która stawia na osłabienie samorządów, na centralizację Polski.

W ocenie dekady lat 80. i samego 1989 roku często zapomina się także o kontekście międzynarodowym, który miał ogromny wpływ na postawy polityczne, na strategię działania. Strajki Solidarności 1988 roku, które otworzyły drogę do Okrągłego Stołu, wybuchły w trzecim roku pierestrojki Gorbaczowa, w chwili gdy ZSRR szykował się do wyjścia z Afganistanu, ponosząc wielką klęskę militarną i moralną. Imperium było osłabione, Moskwa szukała drogi deeskalacji. Wspomniana narada z 1981 roku odbyła się natomiast, kiedy żył jeszcze Breżniew, a ZSRR wkroczył w 1979 roku do Afganistanu przekonany, że wszystkie swoje problemy rozwiąże militarnie. Było jasne, że Moskwa nie zaakceptuje, że w państwie komunistycznym Solidarność stała się najważniejszą legalną organizacją masową. Pytanie dotyczyło tylko metod, jakimi władza ją zatrzyma.

W 1981 roku ten pokojowy, samoograniczający się charakter rewolucji musiał być i był bardzo zdecydowany. Zresztą Solidarność prawie wszystkich Polaków przyjmowała, aby symbolicznie pokazać swoją siłę – wstąpił do niej dobry milion członków PZPR. W tej sytuacji trudno, by ktokolwiek miał wyłączność na uznawanie się za główny nurt ruchu. Należy też pamiętać o dynamice biograficznej: zarzuca się na przykład Geremkowi, że był członkiem PZPR, albo Michnikowi, że w latach 60. wychodził ze środowisk bliskich władzy. Nie mówi się zaś, że oni potem odeszli od komunizmu, czy – jak Kuroń – od marksizmu, albo od partii i stali się ich przeciwnikami.

Łatwo po listopadzie 1989 roku prowadzić spór o wybrany model transformacji, o zasadność polityki kompromisu. Jak podkreślałem, nie uwzględnia się przy tym absolutnie także ówczesnej dynamiki międzynarodowej. Gdy w październiku 1989 roku w NRD nie wyszły na ulice wojska sowieckie, można się było domyślać, że nie włączą się one aktywnie w stłumienie demonstracji, co jednak nie oznaczało, że te rewolucje nie wywołają jakiejś reakcji w postaci konfliktu międzynarodowego. Ostatecznie Układ Warszawski do lata 1991 roku funkcjonował. Za absurdalne uważam kwestionowanie w tym kontekście międzynarodowym roli Okrągłego Stołu. Przy nim w imieniu całego świata antykomunistycznego Wałęsa i jego drużyna sprawdzali możliwości pokojowego wyjścia z komunizmu. Absolutnie nie fair są zarzuty wobec polityki zagranicznej rządu Mazowieckiego, zarzucające jej bark radykalizmu. Mazowiecki  próbował wyprowadzić Polskę z imperium sowieckiego w nową, tworzącą się rzeczywistość polityki międzynarodowej, gdy ZSRR jeszcze funkcjonował. Jak silna była negatywna percepcja tych demokratycznych przemian przez komunistów, pokazał pucz Janajewa w 1991 roku. Przyszedł za późno. Nie wiem, czy nie odniósłby sukcesu lub nie spowodował wielkiego konfliktu zbrojnego w czasach transformacji, gdyby się wydarzył rok wcześniej. Ale uważam także, że już dyskusja, czy w grudniu 1989 Jaruzelski jest właściwą twarzą Polski jako prezydent państwa, miała uzasadnienie. Wtedy Czesi wybrali Havla na prezydenta i ten Jaruzelski nie pasował już do oblicza solidarnościowej rewolucji. Presja społeczna skróciła jego kadencję, co zresztą sam umożliwił.

Oprócz kilku naukowych debat mało pojawia się dyskusji zakorzeniających te kwestie zarówno w szerszym kontekście, jak i dynamicznej perspektywie. Dzieje się tak również dlatego, że każdy chce z tego solidarnościowego źródła czerpać legitymację dla swoich działań politycznych. W pluralistycznym ruchu jednak każdy może znaleźć swój element. Nie wolno natomiast zapominać o najważniejszych fundamentach rewolucji Solidarności: uniwersalnych prawach człowieka, prawach pracowniczych, polepszeniu warunków materialnych Polaków, demokratyzacji kraju, w tym ważnym elementem jest trójpodział władzy, i decentralizacji. Solidarność opierała się na kulturze kompromisu, na pokojowych – aż do bólu – rozwiązaniach bez przemocy. Ważnym elementem była też idea pojednania z sąsiadami. Bez niej nie byłoby powrotu do Europy. Pojednaniu z sąsiadami miało służyć krytyczne spojrzenie na własną przeszłość, ponieważ dostrzegano, jak bardzo propaganda PRL kaleczyła Polaków swoją wizją historii, ile zawierała nacjonalizmu, ksenofobii, antysemityzmu.

 

A jak w tym wszystkim odnajduje się plan Balcerowicza? Czy stanowił on zdradę wartości Solidarności, jak twierdzi dzisiaj bardzo wielu?

Nie dziwię się pytaniom wielu młodych ludzi o to, co się stało z socjaldemokratycznym etosem Solidarności po roku 1989. Skąd wziął się nagły liberalny zwrot? Tu też warto rozróżnić dwie kwestie: fakty obiektywne i przestrzeń dla prawdziwego, twórczego sporu. Generalnie krytykowanie kompromisowej politycznej strategii Wałęsy do jesieni 1989 roku uważam za ahistoryczne. Równie ahistoryczne bywa myślenie o kwestiach ekonomicznych. Często nie pamięta się o społeczno-socjalnej słabości PRL-u i podobnych mu systemów. Jeszcze zanim drużyna Wałęsy spotkała się z Kiszczakiem przy Okrągłym Stole, panowała w PRL hiperinflacja, a Polacy funkcjonowali w niby socjalistycznym, a faktycznie asocjalnym systemie, w którym tylko ten, kto miał dolary lub inną zachodnią, twardą walutę, mógł egzystować godnie. W Peweksach można było przecież kupić wszystko, od papieru toaletowego po samochody. W wymiarze socjalnym był to zatem wyjątkowo cyniczny system, a hiperinflacja sprawiała, że każda wypłacana w złotówkach pensja była za chwilę prawie nic niewarta. To jest zatem punkt wyjściowy dla strategii stabilizacji ekonomiczno-społecznej Balcerowicza, stąd uważam za uzasadniony jego element monetarystyczny. Najważniejszym zadaniem socjalnym rządu Mazowieckiego było dać ludziom twardy pieniądz do ręki. Realizować równość społeczną poprzez stabilną politykę finansową. W krytyce tamtych czasów brakuje mi często tak fundamentalnego stwierdzenia.

Osobne jest jednak pytanie o decyzje związane z transformacją gospodarczą. O nich powinniśmy dzisiaj już bez ideologii dyskutować. Ze strony środowisk liberalnych w ostatnim czasie niejednokrotnie słyszałem, że zabrakło po 1989 roku pomysłu na sposób restrukturyzacji PGR-ów i całych obszarów postpegeerowskich. To pytanie uważam za bardzo ważne, to jest prawdziwy deficyt polityczny transformacji, środowiska liberalne nie interesowały się obszarami wiejskimi, rolnictwem. To pięta achillesowa liberalnego modelu transformacji. Bardzo mnie zajmuje temat wykluczonych, osób starszych, niepełnosprawnych. Polska transformacja to w dużej mierze walka różnych, silnych grup lobbystycznych o wpływ na przemiany. O tych politycznie słabszych niestety zapomniano, co widać chociażby w brakach systemu opieki zdrowotnej. Dramatyczne zmiany demograficzne ostatnich lat spowodowały, iż coraz bardziej wpływowi politycznie stają się starsi obywatele. Ich głos jest teraz politycznie decydujący. Niestety, nie polska polityka nie liczy się z niepełnosprawnymi, mam także wrażenie, że częściowo też z młodymi ludźmi. Lekcważone są wyzwania klimatyczne, cenę za to zapłacą młodzi.

Innym ważnym motywem sporu wokół transformacji jest przemysł cieżki. Znajdujemy się w tej chwili w budnyku ECS na obszarze dawnej stoczni. Akurat przełom lat 80. i 90. to czas kryzysu ciężkiego przemysłu stoczniowego także na Zachodzie. Nasz przemysł stoczniowy nie miał w latach 90. łatwych warunków rozwoju. Z jednej strony kryzys na Zachodzie, z drugiej – rozpad obszaru RWPG, dla którego przeważnie produkowano. Na dodatek współpraca państw socjalistycznych nie wzmacniała kompetencji potrzebnych, aby zaistnieć z dnia na dzień na kapitalistycznym rynku światowym. Efekt tej transformacji jest bardzo złożony, mamy zakłady pracy, które świetnie się odnalazły w nowej rzeczywistości, jak np. Stocznia Remontowa w Gdańsku, jeden z europejskich liderów branży, a inne upadają, tak jak firma Stocznia Gdańska.

Pytanie, z jakich powodów dzisiaj dyskutujemy o transformacji i o jakim jej okresie? Nie lubię nadmiernie ideologicznych debat, które na przykład dążą do tego, aby wykazać, że wszystko było złe po ’89 roku i pragną – cóż – uzasadnić nową rewolucję? Niemniej rzeczowa debata jest nam potrzebna: Na jakim etapie nie uwzględniliśmy pewnych wyzwań? Co ciągnie się za nami do dzisiaj?

Polska III RP odniosła realny sukces, który w 2015 roku skonsumowało PiS. Jego wyborcze zwycięstwo wynikło nie tylko z rozdawnictwa społecznego czy zmęczenia ośmioma laty rządów PO, ale z postawienia pytania o sprawiedliwość społeczną. O sprawiedliwość w obliczu tego sukcesu gospodarczego i dobrobytu, który nastał dopiero na początku trzeciej dekady transformacji. To pytanie o socjalny wymiar Polski będzie kluczowe przez następne lata. To nie kwestia kolejnej kampanii, w której się liczy, komu i ile tym razem rozdać, ale tego, jak użyć posiadanych już środków materialnych, aby wzmocnić tych, którym się w pierwszych dekadach przemian nie udało, i to dla dobra całego społeczeństwa. Sam jako ojciec niepełnosprawnego syna jestem zbulwersowany, jak słabe mamy rozwiązania systemowe w tym obszarze. I nie chodzi o pieniądze, tylko o zauważenie tej grupy obywateli. Przeraża mnie płytkie w Polsce myślenie o rozwiązywaniu problemów narastających w związku z rzeczywistością demograficzną. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego mamy nadal lukę w postaci braku ubezpieczenia od rosnących wymagań opieki w wieku starczym. W Niemczech wprowadzono jako reakcję na wiele rosnące przypadki takich chorób jak demencja czy Alzheimer dodatkowe ubezpieczenie, finansujące opiekę seniorów. Dlaczego w Polsce takiego systemu nie ma? O tym teraz należy dyskutować, a nie ideologicznie polemizować na temat Okrągłego Stołu. To już historia.

Bez rozbudowanej sfery usług publicznych nie mamy czego szukać w lidze państw konkurujących o zagraniczne inwestycje, o rekrutację wysoko wykwalifikowanej, międzynarodowej siły roboczej. Konkurencyjność to dzisiaj nie tylko poziom zarobków i jakość edukacji. To także otwartość kulturowa, bezpieczeństwo i całe systemy infrastruktury publicznej, takie jak ochrona zdrowia, decydujące o jakości życia. Jeden z działających na Pomorzu pracodawców mówił mi o istnieniu swoistej mentalnej checklisty dla potencjalnych zagranicznych inwestorów. Ważne na niej są nie tylko kwestie bezpośrednio związane z inwestycją. Wybór miejsca ulokowania kapitału i własnych pracowników wiąże się mocno z tak zwanymi tematami miękkimi: dostępem do kultury i jakością oferty instytucji kultury, oczywiście bezpieczeństwem, ale także tolerancją społeczeństwa, by bezpiecznie się czuł na przykład ekspert ściągnięty do Polski z Azji.

Na całym świecie gorącym tematem staje się stopniowy upadek państwa prawa i demokracji, narodzin „nowego autorytaryzmu”. Polska i tym razem postrzegana jest jako kraj w awangardzie, tylko że tym razem w związku z zupełnie innymi zjawiskami niż w 1989 r. Ktoś złośliwy powiedziałby, że są to wręcz zjawiska odwrotne. Pan ma liczne kontakty z zachodnimi intelektualistami. Jak nasze obecne polityczne perypetie zmieniają postrzeganie Polski wśród nich? Jak poważne straty wizerunkowe następują? Czy „mit” kraju, który obalił komunę i dał Europie jedność i wolność teraz bezpowrotnie umiera?

Aby odpowiedzieć na pytanie, warto wyjść od cyklu historycznego, w którym Polska się pojawiła i odegrała w nim z własnego wyboru ważną rolę i z którym była odtąd kojarzona. Dwa lata temu mieliśmy w ECS-ie konferencję o stosunku solidarnościowej emigracji lat 80. do kraju i udzielanej mu pomocy. Przy tej okazji spotkaliśmy się z emigrantami. Jeden z nich, Paolo Morawski z Rzymu, powiedział coś, co wydaje mi się niezwykle mądre: otóż do percepcji zachodnich intelektualnych elit Polska wkroczyła około 1978 roku wraz z Janem Pawłem II. Ten Polak, przybysz z dalekiej krainy stał się częścią Zachodu i punktem odniesienia dla ludzi Zachodu. Jego fenomen sprawił, że dokonała się absolutna rewolucja w postrzeganiu Europy Środkowej, powstała nowa więź i bliskość. Często cytuję Bronisława Geremka, który w 2007 roku, za czasów rządów PiS i wielu problemów polsko-europejskich, w wygłoszonym w Berlinie przemówieniu powiedział, że relacje pomiędzy państwami nie są tylko czymś chłodnym, jakąś grą interesów i ich dogadywaniem. Ważnym elementem budowania w polityce międzynarodowej trwałych sojuszy jest także poczucie więzi i kulturowej bliskości. Muszą one powstać pomiędzy politykami i elitami, ale także pomiędzy społeczeństwami. Dzisiaj brakuje takiego pojmowania polityki sąsiedzkiej w strategii naszego rządu. Wręcz akceptuje i akcentuje się deficyty, dystans, aby wzmocnić nacjonalistyczną retorykę. To nie służy międzynarodowemu autorytetowi Polski, to nas izoluje i w efekcie nie wzmacnia naszej suwerenności.

Wracając jednak do Morawskiego. Mówił, że po papieżu z Polski przyszła Solidarność, a z jej wartościami i z twarzami jej liderów ludzie na Zachodzie się utożsamiali. Nie wynikała tylko z kryzysu komunizmu, ale pokazywała także pokojową drogę wyjścia z niego. I ten jej pokojowy charakter wzmacniał sympatię i więź. Potem był Okrągły Stół, po nim – mimo wszystkich trudności – sukces społeczno-gospodarczy, historyczny wysiłek Polaków zorientowany na nawiązanie dialogu z sąsiadami, pojednanie z Ukrainą, Niemcami, Litwą. Kiedy Polska weszła w 2004 roku do UE, nadal budowała kapitał więzi i zaufania, acz pojawiały się pierwsze spory. Wojna w Iraku, wyrażony we francuskim i holenderskim referendum strach przed polską siłą roboczą, z nich udało się jeszcze łatwo wybronić.

Rząd Donalda Tuska po 2007 roku te tendencje pozytywnych relacji z sąsiadami bardzo wzmocnił. Bardzo ważny okazał się gest wobec Rosji, zaproszenie Putina na obchody 70-lecia wybuchu II wojny światowej  oraz powołanie grupy dialogu do spraw trudnych. Putin jest mi obcy i nie reprezentuje bliskich mi wartości. Ale krok w stronę Rosji pomógł, aby na Zachodzie przestano interpretować każdą polską krytykę Putina jako wyraz naszego przewrażliwienia i kierowania się stereotypem antyrosyjskim. Wykonano zatem wysiłek, aby wpłynąć na postrzeganie nas i naszych interesów, zrobiono to takim językiem, żeby nas inni rozumieli i aby więzi z Polską wzmocnić. Polska proponowała swój partnerski udział w rozwiązywaniu wielu problemów Unii i jej wzmacnianiu. Krytykę formułowano nie zawsze publicznie i głośno, a symbolicznie podkreślano, jak ważna jest UE dla zachowania naszej suwerenności. Ta retoryka i symbolika pogłębiały więzi. To rodzaj polityki, gdzie spotyka się z innymi ludźmi i szanuje perspektywę drugiego. Gdzie nie formułuje się wypowiedzi na użytek propagandy skierowanej do własnych wyborców.

Załamanie naszych dobrych relacji w Europie rzeczywiście przyszło w 2015 roku. Usłyszeliśmy wtedy nagle język, metafory i odniesienia do symboli całkowicie sprzeczne z tym, na co powoływali się Jan Paweł II i Solidarność, z ideami, które Polskę wniosły w nowy ład europejski i go zasadniczo zmieniły. Przykładowo wypowiedzi na temat uchodźców bardzo nas dyskredytowały.

Przez długie lata uczyliśmy Europejczyków, że Polska musi wejść do Europy, gdyż ona jako naród, leżąc w tej jej części, może tylko przetrwać przy większej idei, opowiadaliśmy o decentralizacji i wzmacnianiu lokalnej wspólnoty. To się w ciągu trzech ostatnich lat radykalnie zmieniło. Polskę bardzo osłabia, że w świecie demokratycznym ludzie nie rozumieją języka i wartości, do których odnosi się ten rząd. Niszcząc ideę integracji europejskiej, uznając wychodzących z UE Brytyjczyków za głównego i strategicznego partnera, burząc strategiczną relację z Niemcami i Francuzami, Polska osłabia solidarność państw Europy, która jest pewnym novum historycznym i która powstała m.in. jako przeciwwaga dla neoimperialnych tradycji Rosji, ale także jako pomysł na wyrównanie sił wewnątrz demokratycznej Europy.

 

Gdyby okazało się, że obecna sytuacja polityczna będzie w dziejach Polski tylko 4-, może 8-letnim epizodem, to czy Polska będzie mogła potem w prosty sposób wrócić do europejskiego liberalno-demokratycznego mainstreamu, czy jednak będzie potrzeba określenia na nowo jej tożsamości i narracji symbolicznej? A jeśli tak, to jaką rolę będzie miał do odegrania „mit” Solidarności?

Trudno przewidzieć, co będzie się działo w Polsce, ponieważ nie zależy to tylko od wyboru Polaków, ale także od dalszego rozwoju Europy. Sytuacja w Polsce ma swoje dwa równoważne źródła, europejskie i lokalne, polskie, na przykład rola Kościoła katolickiego. Dzisiaj stanowi on raczej obciążenie dla pluralizmu i ciągle nie zdefiniował swojego miejsca w niej. Kościół odegrał bardzo ważną rolę, aby demokrację zdobyć, ale nie zaakceptował, że ma ona charakter pluralistyczny, a jej fundamentem jest społeczeństwo otwarte. W demokracji nie chodzi o to, aby postawić na jedną, bliską grupę polityczną i defensywnie bronić swoich przekonań, ale by świadomie reagować na potrzeby całego społeczeństwa. Kościół powinien być mediatorem w społeczeństwie pluralistycznym. Był tym mediatorem na pewno przed 1989 rokiem, odegrał też pozytywną rolę stabilizującą w procesie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Dziś niestety większość biskupów ma problem z Unią i nie chce pełnić roli mediatora społecznego.

Ważny jest wpływ Europy na rozwój polskiej demokracji. PiS nie może sobie pozwolić na głęboki konflikt z UE ze względu na pieniądze z funduszy unijnych, nadal bardzo Polsce potrzebne. Oczywiście na zachowanie polskich partii politycznych duży wpływ będzie miało dalsze kształtowanie się Unii. Czy po brexicie dojdzie do supremacji zachodniej i powstanie tak zwany twardy trzon unijny w celu ochrony przed nacjonalizmami Europy Środkowej? W którą stronę potoczy się polityka USA? To zdeterminuje zachowanie Polski.

Polska jest dzisiaj ciekawym krajem, w którym wewnętrzne czynniki decydują o charakterze jej demokracji, ale równocześnie jest krajem zbyt zależnym od kontekstu międzynarodowego, aby od niego uciec. Suwerenność Polski wynika z siły i kondycji polskiej demokracji i gospodarki, ale także z jej integracji z sojuszami demokracji zachodnich.

Jeśli chodzi o dziedzictwo Solidarności, na pewno będziemy świadkami procesów, w których generacja 20- czy 30-latków, nie mając za sobą doświadczenia historycznego Solidarności pierwszej i drugiej fali (1988 roku), na nowo określi ideowo ważne wątki w jej dziedzictwie i będzie kształtowała politykę symboliczną. Doświadczymy wtedy bogatego pluralizmu, który odzwierciedli różnorodność Solidarności. Dla nowej, demokratycznej lewicy Solidarność jest interesująca, bo wywodzi się z konkretnych problemów świata pracy. Dla konserwatystów pozostanie ważna, gdyż czerpie z doświadczeń i wartości chrześcijańskich, dla narodowców z kolei jako próba odzyskania suwerenności państwa polskiego, a Polaków czujących odpowiedzialność za świat zainspiruje, bo była ruchem społecznym, który głęboko i bezpośrednio zmieniał otoczenie ludzi, ale myślał globalnie, gdyż tylko tak można było zmienić status quo Polski.

Jako obserwator zatem, nie tylko jako szef ECS, przewiduję, że będziemy świadkami nowej, bardzo żywej, interpretacji Solidarności przez nowe pokolenia. Trochę przeszkadza w tym cień autorytetów, którzy na szczęście jeszcze żyją i są nadal dość młodzi. Czy ta generacja 20-, 30-latków w następnej dekadzie będzie potrafiła wyjść z własnej perspektywy i budować na fundamentach dziedzictwa Solidarności nowe, wspólne fundamenty politycznej kultury demokratycznej dla Polski? Być może osobiste emocje będą zdrowsze u tych młodych Polaków, którzy dzisiaj nie dali się wciągnąć w konflikt partyjny i być może polska demokracja doświadczy za 10 lat właśnie w kwestii dziedzictwa Solidarności bardzo ciekawego, pokojowego i twórczego sporu pomiędzy nową lewicą a nową prawicą i nowym politycznym liberalnym centrum?

Wierzę w jego aktualność, ponieważ Solidarność jest ciekawym punktem odniesienia, bo jako rewolucyjny ruch społeczny starała się dokonać bilansu nie tylko najważniejszych doświadczeń polskich ostatnich 200 lat. Jej pokojowy charakter wynikał z doświadczeń 1939, 1944 i 1970 roku. A ochrona życia ludzkiego była dla niej ważnym tematem. Solidarność zastanawiała się, jak wzmocnić polską podmiotowość, nie rozlewając krwi. Chciała być kontynuatorką rewolucji oświeceniowych, ale bez ich totalitarnego etapu. Odkryje to każdy, kto będzie się nią zajmował. Następna generacja, już w połowie XXI wieku, dokona oceny czasów po 1989 roku: dekad przełomu XX i XXI wieku, okresu już nie tylko politycznych, ale i cywilizacyjnych rewolucji: Internetu, nowej formy globalizacji, rewolucji pracy i w przestrzeni publicznej. W naturalny sposób więc, z powodu jego pluralizmu, następne generacje będą się interesowały dziedzictwem Solidarności i będą musiały wrócić szczególnie do 1989 roku jako podwójnego punktu zwrotnego, zamknięcia epoki 200 lat, doświadczenia Oświecenia, industrializacji i budowy liberalnej demokracji. Odbudowa liberalnej demokracji po 1989 roku była przecież już budową demokracji w kompletnie nowej cywilizacyjnej rzeczywistości, czasach globalizacji i cyfryzacji. Dla Polaków także w zupełnie nowej rzeczywistości geopolitycznej, ponieważ tak naprawdę wtedy, po raz pierwszy od 200 lat, byliśmy podmiotem, a nie przedmiotem polityki międzynarodowej.

 

Pomówmy o Gdańsku. Określa się on jako „miasto wolności i solidarności”. Jest miastem o niezwykle powikłanych dziejach. Jak w te dzieje wpisuje się doświadczenie Solidarności?

To bardzo trudne pytanie. Mam niezwykle krytyczny stosunek do Gdańska sprzed 1945 roku. Dotychczas nie mieliśmy możliwości i być może kompetencji, aby przeprowadzić publiczną debatę na temat wszystkich rozdziałów historii naszego miasta. W XIX wieku i na początku XX rodzi się w Gdańsku bardzo silny nacjonalizm niemiecki, a po traktacie wersalskim agresywny rewizjonizm. Siła uwodzenia ideologii NSDAP przed 1939 rokiem była tutaj gigantyczna. Cała ta radykalizacja polityczna wiązała się między innymi z przemianami przemysłowymi od połowy XIX wieku. Niedługo w ECS-ie opublikujemy monografię historii tutejszej stoczni. W połowie XIX wieku w wyniku politycznej decyzji powstała tu pierwsza państwowa stocznia Królestwa Prus. Dopiero później pojawiły się w Kilonii i Wilhelmshaven duże stocznie państwowe na terenie Niemiec. To oznacza, że wydano sporo pieniędzy, aby przywiązać Gdańsk, niegdyś dumne protestanckie miasto kupieckie w polskim królestwie, do Prus. Inwestycje w Gdańsku były elementem strategii  budowania pruskiego, potem niemieckiego mocarstwa na morzach. Zmienił się więc charakter miasta, przybyli wojskowi, urzędnicy, robotnicy. Na skutek rozbiorów Polski i polityki Prus Gdańsk stracił w XIX wieku swoją orientację na Europę Środkowo-Wschodnią.

Mam też krytyczny stosunek do patrycjuszowskiego Gdańska, do mitu gdańskiej res publiki. Trzeba bardzo uważać, aby tej tradycji kupieckiej res publiki nie mylić z nowoczesnym republikanizmem. Gdańscy patrycjusze bardzo dbali, aby nie każdy miał do miasta dostęp. Owszem, ci uprzywilejowani korzystali z wolności – jak na owe czasy system republikański osiągnął tu imponujący stopień. Niemniej nie można go mylić z nowoczesną demokracją.

To moje miasto rodzinne, do którego jestem bardzo emocjonalnie przywiązany, dlatego krytyczny jestem wobec mitów, które w ostatnich dekadach się narodziły. Zależy mi, abyśmy wyciągnęli wnioski z historii miasta. Gdańsk od XVI do XVIII wieku to miasto bardzo zamożne, metropolia, które konsumowało kulturę i sztukę, ale nie inwestowało w innowacje, nie zbudowało na przykład uniwersytetu. Nie widziało takiej potrzeby. Można było posłać swoje dzieci do europejskich uczelni. Dla mnie taki symboliczny dziejowy moment nastąpił wtedy, gdy Gdańsk nie zaakceptował propozycji Jana Sebastiana Bacha, który zamarzył, aby w tym bogatym grodzie pracować. Mniejszości, np. Żydów, długo lokowano poza murami miasta. Nieprzypadkowo cmentarz żydowski znajduje się na Chełmie. Dopiero w XIX wieku następuje pruska, narodowo-liberalna emancypacja i Żydzi zostają włączeni do Gdańska, jako zasymilowani obywatele stają się jego integralną częścią. Krótko mówiąc, ta bogata historia sprzed 1945 roku to pasjonująca przestrzeń, w której każdy może jakiś jasny punkt znaleźć, trzeba ją jednak odpowiednio kontekstualizować. Ostrzegam przed idealizowaniem i przed prostymi odniesieniami do starej rzeczywistości. Czym innym oczywiście jest odpowiedzialność za dziedzictwo architektoniczne, materialne i kulturowe – musimy je przyjąć jako całość. Patriotyzm lokalny, który z szacunkiem odnosi się do dziedzictwa materialnego tamtych czasów, jest pozytywny.

Ale nowoczesna, powojenna gdańska tożsamość dopiero teraz się kształtuje. Dopiero teraz pewne dynamiki się spotykają i tworzą po raz pierwszy po wojennym zniszczeniu miasta w 1945 systematyczną całość. Dzieje się to na kilku płaszczyznach. Najpierw oczywiście odbudowa Gdańska, ona nie jest sztucznym mitem. Dała ludziom godność, przestrzeń do życia. Ciekawym pomostem pomiędzy przeszłością a przyszłością jest też sama koncepcja architektury i odbudowy. Zachowanie struktury miasta, odbudowa najważniejszych kościołów, budynków i pomników to ukłon wobec przeszłości. Myślano jednak także o nowoczesnym mieście, nie zrekonstruowano układu gdańskich kamienic, powstały inne, otwarte podwórka, stworzono przestrzeń socjalną, przedszkola i szkoły. Po prostu przestrzeń dla ludzi, którzy nie byli patrycjuszami. Wspaniałe połączenie tradycji i nowoczesności!

Koncepcja odbudowy Gdańska dała gdańszczanom jego mieszkańcom poczucie, że żyją we właściwym, swoim mieście. Stalinizm go nie zgwałcił tak jak inne europejskie miasta na wschód od Łaby. Charakter odbudowy dał przestrzeń też tym, którzy się nie identyfikowali z ówczesnym systemem.

Z kolei do stoczni i wielkich zakładów pracy przyszli ludzie z bardzo różnych miejsc i stali się wielką wspólnotą pracującą, częściowo autonomiczną, niezależną. To niesłychanie niebezpieczny mechanizm dla władzy, która chce wszystko kontrolować i centralizować. Warto też podkreślić położenie stoczni w sercu miasta, nie na peryferiach. To centrum starego, hanzeatyckiego miasta. To, co się w nim dzieje, ma wpływ na stocznię i vice versa.

Dla tożsamości Gdańska ważne są protesty 1970 i przede wszystkim 1980 roku, kiedy gdańszczanie poczuli, że pozytywnie odróżniają się od innych, że budują wspólnotę. Po 1990 roku ważny się stał element materialny. Dobry rozwój ekonomiczny całego regionu przyczynił się do jeszcze głębszego poczucia zakorzenienia. Pomorze było regionem słowiańsko-niemieckiego pogranicza i w postaci Kaszubów mieszkała tutaj ludność pogranicza. Dzięki tej zróżnicowanej tkance etnicznej, słowiańskiej, nie doszło do tak radykalnych przemian etnicznych jak w innych regionach Polski, na przykład w Zachodniopomorskiem. Została część Kaszubów, ich gospodarstwa, ich kultura materialna. Na Pomorzu, nie powstały, jak w Zachodniopomorskiem, Lubuskiem i na innych terenach poniemieckich, PGR-owskie monokultury.

W czasach PRL własność prywatna rolnika stanowiła ważny element prywatnej inicjatywy gospodarczej. Ciągłość własnościowa i materialna, obecność sporego majątku prywatnego na Pomorzu w transformacji dały ważny impuls dla rozwoju małych miasteczek, ale też Gdańska, który miał ciekawsze otoczenie społeczno-ekonomiczne niż Szczecin, Zielona Góra, a nawet Wrocław. Gdańsk czerpie zatem bardzo znaczące korzyści z Pomorza, a Pomorze z Gdańska. Ta symbioza się nadal wzmacnia.

Na podstawie kultury lokalnej powstał bardzo specyficzny, gdańsko-pomorski konserwatywny liberalizm i otwarty katolicyzm. Kaszubi są katolikami, tradycjonalistami. Na różne wyzwania historyczne reagowali bardzo silnymi strukturami rodzinnymi. Kaszubi mają jako ludzie pogranicza różne kompetencje kulturowe i spore doświadczenie migracyjne, które powodują, że nie mieszczą się w ciasnej nacjonalistycznej narracji, spotykanej we wschodniej czy centralnej Polsce. Mają doświadczenie Kulturkampfu Bismarcka, więc jako katolicy zachowują zdrowy dystans do niemieckiej kultury politycznej. Z drugiej strony mocno ich ukształtowała kultura i edukacja niemiecka.

W efekcie sympatia dla konserwatywnych wartości łączy się tutaj z niesamowitą otwartością, która została na nich przez historię i ich położenie wymuszona. Wynika ona też z tego, że Kaszubi nie mieszczą się w głównych kulturowo-tożsamościowych nurtach mainstreamowych Niemców czy Polaków. Ruchy wolnościowe Gdańska też wzmocniły tą niekonwencjonalność Kaszubów.

Współcześnie tacy ludzie, jak Paweł Adamowicz i Donald Tusk zaproponowali gdańszczanom pewne myślenie o ich losach i historii miasta. Wskazali kierunek rozwoju, który został przez większość jego mieszkańców zaakceptowany. Na przestrzeni ponad 20 lat stworzyli widoczną już z zewnątrz specyficzną kulturę polityczną. Odczuwalne było to masowo po zabójstwie Pawła Adamowicza. Był taki moment w styczniu 2019, gdy pomyślałem: oto skończyła się powojenna odbudowa miasta i rodzi się nowy Gdańsk. To był poniedziałek, 14 stycznia. Dzień, w którym Paweł Adamowicz zmarł. O godzinie 18.00 obywatele zebrali się na Długim Targu. Wie pan, kiedy najbardziej poczułem tę przemianę historyczną i się wzruszyłem? Gdy podczas wspólnej modlitwy wystąpili przedstawiciele wszystkich wyznań. Chyba pierwszy raz w historii w tym sercu Gdańska, na Długim Targu, przy Dworze Artusa wybrzmiały nie tylko modlitwy chrześcijańskie po polsku, ale także modlitwy po hebrajsku i arabsku. Nie było to możliwe wcześniej w historii miasta, dominowały w nim siły, które wręcz zwalczały te religie – naziści, komuniści. Miałem wrażenie, że w tej tragicznej chwili wypowiadane modlitwy scaliły zniszczone przez wojny, konflikty miasto. To było apogeum odbudowy, odnowy. Nie  dokonało się to przez przypadek, ale w konsekwencji kultury ekumenizmu, którą pozostawił po sobie Paweł Adamowicz, kultury, która wcześniej pojawiała się tylko w pewnych przestrzeniach miasta, takich jak Cmentarz Nieistniejących Cmentarzy. Te głosy – spokojne, autonomiczne i suwerenne – nadały miastu nowy charakter, polegający na połączeniu szacunku dla różnych tradycji i religii w zsekularyzowanym mieście.

Mam nadzieję, że gdańszczanie tę ważną dla Adamowicza umiejętność  moderowania perspektyw i światów w sobie wzmocnią, tak kulturowo, jak i obyczajowo. Gdańsk to dziś miasto, w którym dobrobyt i dobre warunki dla inwestycji są ważne, ale tutejszy liberalizm to dziś nie tylko wolność myśli i aktywności gospodarczej, ale także wspólnota wolnych ludzi, którzy zastanawiają się także, jak mogą być odpowiedzialni za innych, za społeczeństwo. Dzisiejszy Gdańsk to oczywiście miasto tradycji polskich, polskiego patriotyzmu, ale takiego, który potrafi dostrzec sąsiadów. To postawa wobec sąsiadów, zapraszająca do wspólnego zagospodarowania świata, w którym żyjemy, nie przeciwko sobie.

 

Obaj jesteśmy socjologami. Kwestię stoczni już pan poruszył i to jest zjawisko oczywiste. Ale poza nią, czy warto doszukiwać się socjologicznych wyjaśnień tego, że Gdańsk raz po raz stawał się zarzewiem strajku i protestu? W tym, że był miastem ludzi wykorzenionych, w którym w dorosłe, świadome życie akurat wchodziło pierwsze urodzone na miejscu pokolenie? Szczecin też był takim zarzewiem. Jakie to miało znaczenie dla faktu, że to zaczynało się w Gdańsku, a nie choćby w Warszawie?

Francuski socjolog Alain Touraine podkreślał, że w Solidarności wyjątkowe było to, że nie posługiwała się w konflikcie językiem interesów, a językiem wartości. Można więc postawić i dziś tezę, że Gdańsk znów nie tylko dba o swoje interesy, ale także używa języka wartości i to go wyróżnia.

Gdy idziemy przez wystawę ECS i docieramy do roku 1970, a przed chwilą widzieliśmy już obrazy z wcześniejszych kryzysów komunizmu, odruchowo pytamy, co sprawiło, że wydarzyły się one tutaj. Zaskakujące, że w ’70 roku centrami społecznego protestu nie były tradycyjne, silne ośrodki polskiej kultury, jak Warszawa, Kraków czy Poznań lub Lublin, tylko właśnie te poniemieckie miasta. Miasta, w których wymieniono po 1945 prawie całą ludność, Gdańsk, Szczecin, Wrocław.

Szczecin odegrał bardzo ważną rolę, to w nim po raz pierwszy w 1970 roku padło hasło wolnych związków zawodowych, ale miał trudniejszy punkt wyjścia i potem sam spowodował swoją peryferyjność, nigdy nie odnajdując własnego miejsca w polskiej narracji zbiorowej. Gdańsk miał łatwiej, bo choć w swoje historii protestancko-niemiecki, to politycznie równocześnie był polskim miastem. Każda opcja, endecka, liberalna, także komunistyczno-stalinowska potrzebowała Gdańska do budowania opowieści o Polsce. Do połowy lat 50. autonomia Szczecina była ograniczona – jego władze nie miały kontroli nad portem, przedwojenna starówka Szczecina nie została odbudowana. Gruzy szły wagonami do Warszawy na jej odbudowę. To miasto, mimo endeckiej retoryki o prasłowiańskich korzeniach, postrzegano jako obcy organizm. Oczywiście położenie geograficzne także zdecydowało, że Geremek i Mazowiecki przyjechali do Gdańska, nie do Szczecina, wszak Gdańsk leży na często uczęszczanej trasie. W 1980 roku ułatwiło to dotarcie tutaj międzynarodowej prasy, co miało niebagatelne znaczenie. Z tym miastem wiąże się też wiele uniwersalnych i czytelnych dla zagranicy symboli: międzywojenny konflikt wokół Gdańska, Wolne Miasto Gdańsk, wybuch drugiej wojny. W 1980 roku świat zrozumiał, że ponownie powróciła tu wielka historia.

W Gdańsku od lat 50. doszło do najbardziej trwałej i najsilniejszej interakcji oraz symbiozy najróżniejszych środowisk społecznych, twórczych, artystycznych, akademickich i regionalnych. Zdecydowało to także o wysokiej jakości lokalnych elit i wielkiej dynamice gospodarczej ostatnich 20–25 lat. Cztery–pięć lat temu zastanawialiśmy się z Pawłem Adamowiczem, co możemy jeszcze zrobić, aby zachęcić inwestorów. Gdańsk, Wrocław i Kraków, np. dla branż IT i usługowej plasowały się wówczas na podobnym poziomie i tylko subiektywne decyzje firm ważyły o wyborze któregoś z nich. Okazało się, że siła lokalna, atmosfera miasta, jakość życia i osobowość naszych liderów zadecydowały także o sukcesie ekonomicznym Gdańska. To coś więcej niż dbanie o interesy, to poczucie współodpowiedzialności za Polskę i Europę jest decydujące.

Dbałość o mówienie językiem wartości przewija się w Gdańsku chyba we wszystkich grupach społecznych. Spójrzmy na plany obchodów rocznicy 1 września. Gdańskich urzędników nie satysfakcjonuje martyrologia i rekonstrukcja bitwy o Westerplatte. Ważne jest dla nich pytanie, co można przy tej okazji zrobić dla współczesności, jak zachować pokój w Europie. I wokół tego pojęcia chcą się spotkać, a nie wokół martyrologii i konfliktu. Tych drobnych rzeczy my, gdańszczanie, już nawet nie czujemy, ale one jednak odróżniają nasze miasto od innych.

Czy te dzieje Gdańska to jest tylko atut, czy także obciążenie? Czy ta historyczna, naturalna rola miasta – prowodyra buntu może stać się obecnie źródłem nieufności lub obaw aktualnej ekipy rządzącej przed Gdańskiem? Czy Gdańska należy i trzeba się bać? Czy w takim strachu tkwią przyczyny prób jego dyskredytacji, jako rzekomo miejsca mniej polskiego niż inne w Polsce?

Jeśli chodzi o historię i jej znaczenie dla współczesności, to od nas zależy, w jaki sposób nasze zbiorowe doświadczenie wykorzystujemy. W Gdańsku, w ostatnich dekadach po wojnie interesowaliśmy się historią miasta, ponieważ spotkali się tutaj ludzie wykorzenieni. Wysiłek odbudowy wyrażał także ich wolę zakorzenienia, budowę nowej tożsamości na gruzach zniszczonego miasta. Być może dla przyszłych gdańszczan dorastanie w tym mieście okaże się tak naturalne, że jego historia będzie ich mało zajmowała. Acz jestem optymistą, ponieważ przez symboliczną rolę Gdańska ta historia zawsze będzie nas dopadać w formie pytań zadawanych przez naszych gości.

Jak jednak patrzymy na tę historię i czego od niej oczekujemy? Tutaj gdańska kultura pamięci jest otwarta na różne trudne kwestie, na różne perspektywy. W najnowszych dziejach widzi nie tylko historię buntu i protestu, ale także wartość tolerancji i pluralizmu. Dopóki ta perspektywa nie stanie się dominująca w całej kulturze polskiej, dopóty Gdańsk będzie inny. Ta gdańska otwartość na innych, ten konserwatywny-liberalizm, irytuje dziś środowiska rządzące. PiS okazuje wielką obawę przed pluralizmem. Przedstawiciele tego obozu boją się, że w dobie globalizacji w pluralizmie Polska i polskość jako naród, państwo i kultura rozsypią się, rozlecą, rozpłyną. Szukają sztywnych form, żeby to opanować. Ludzie związani z tą opcją polityczną idą śladem potrzeby bezpieczeństwa, typowej dla każdego człowieka, bo każdy chciałby mieć swój świat uporządkowany. Rozumiem to, ale nie aprobuję ich propozycji kulturowych, które niestety czerpią z idei nacjonalizmu i centralizmu.

Zasadniczo się też nie zgadzam z tezą dzisiejszych elit rządzących, że nie ma gry drużynowej poza granicami państwa i narodu, że nie istnieje wspólnota europejska, poczucie więzi, że polityka i kultura polegają na cynicznej konkurencji państw narodowych. Dlatego my jako Polacy musimy ograniczyć się i wzmocnić perspektywę narodową. Nie chcę przez to negować otwartości kulturowej wielu polityków i wyborców PiS. Niemniej ich analiza wyzwań na świecie jest tak czarna, że właściwie proponują nacjonalizm jako jedyną metodę stabilizacji. Tymczasem na wszelkie przemiany, czy to kulturowe, czy cywilizacyjne i ekonomiczne, należy reagować nie tylko negacją, ale wzmacniając pozytywne trendy, nadać dobrym dynamikom siłę. Polska musi być liderem integracji europejskiej, bo jeśli zamknie się w swoim państwie narodowym, to nie tylko zmniejszy swoje bezpieczeństwo, ale będzie miała dalece mniejszy na Europę wpływ, a integracją europejską zajmą się Niemcy i Francja. W interesie Polski jest budowanie wspólnoty europejskiej, europejskiej perspektywy, kultywowanie europejskiej gry drużynowej. Ta metoda wzmacnia Polskę.

Także pluralizm wzmacnia naród. Nie rozsadza państwa narodowego, jeśli to państwo jest liberalną demokracją, a jej uniwersalne wartości są nadrzędne nad tożsamościami etnicznymi i religijnymi. Po doświadczeniach ostatnich 100 lat wiemy, że te siły polityczne, które chcą zamknąć wspólnotę narodową w państwie etnicznie czy religijnie homogenicznym, często stawiają ideę narodu ponad demokracją.

Dzisiejsze napięcie między Gdańskiem a rządem centralnym to nie tylko kreacja kampanii wyborczych czy schmitteański podział kraju na Polskę proeuropejską i nacjonalistyczną. To jest realny spór o odczytanie wyzwań współczesności i konkurencja różnych modeli wspólnotowych, które mają zapewnić ludziom bezpieczne życie w XXI wieku. Gdańska opowieść mówi, że człowiek kulturowo i politycznie nie składa się z tylko jednej tożsamości. Pluralizm jest nie tylko fenomenem społeczeństwa, ale jest w nas. W tej mozaice tożsamości musimy się odnaleźć, dobrze zorganizować i jako jednostki, i jako społeczeństwo. Dlatego sztuką polityczną jest połączenie indywidualnych interesów z naszymi wspólnotowymi, ale także z nadrzędnymi, uniwersalnymi wartościami. To buduje dobrą formę życia dla wielu różnych tożsamości. Taka filozofia zachowuje wolność jednostki i jednocześnie pomaga wielu różnym ludziom żyć razem w pokoju.

 

 

Własny pokój :)

Viriginia Woolf prosi kobiety o to, aby przede wszystkim były sobą. Pytanie jak to uczynić, gdy większość nadal nie ma przestrzeni do tego, aby poznać siebie, zrozumieć własne potrzeby i zacząć żyć z sobą w zgodzie.

 

 

Równo dziewięćdziesiąt lat temu ukazał się esej Virignii Woolf, „Własny pokój”. Wydawnictwo Osnova zdecydowało się uczcić tą  rocznicę publikacją, gdzie obok klasycznego już tekstu brytyjskiej pisarki znalazły się portrety współczesnych Polek, które nawiązują dialog z dziełem stanowiącym trzon tego projektu.

 

Eksperyment podjęty przez pomysłodawczynie jest dość ryzykowny. Czy jest możliwe, aby w swym tekście Woolf poruszała kwestie, które z biegiem lat nie straciły na znaczeniu, a tym samym pozostały aktualne dla kobiet żyjących blisko sto lat później. Myślę, że tak skonstruowany projekt, a przede wszystkim jego efekt, jest niezmiernie ciekawy dla nas, sięgających dziś po tę książkę, ale i sama Viriginia Woolf byłaby do żywego zainteresowana jak po latach odbierany jest „jej esej”.

 

Woolf, rozpoczynając dywagacje na temat kondycji kobiety i jej możliwości twórczych, zabiera nas w podróż do Oxbridge lat 20-tych i w umiejętny sposób daje nam odczuć jak silnej segregacji płciowej poddane były w tym czasie te dwa ośrodki akademickie, gdzie kobiety skromnymi środkami budowały pierwszy „żeński przyczółek” w postaci wymyślonego przez pisarkę Fernham College (za wzór posłużyć jej mógł zbudowany w 1871 roku Newnham College).

 

W pierwszym odruchu gotowe jesteśmy stwierdzić, że świat, w którym żyje Virginia Woolf to opresyjny patriarchat, gdzie władza, pieniądze i wpływy zarezerwowane są jedynie dla płci męskiej, stąd sama pisarka nie wierzy w „system” większą wagę przywiązując do posiadanej niezależności ekonomicznej niż do uzyskanych praw wyborczych. Niemniej jednak gdy pod wpływem tekstu Woolf dokonujemy bardziej wnikliwej analizy rzeczywistości, w której same funkcjonujemy, okazuje się, że system ulega zmianie na naszą korzyść (sama pisarka obserwuje ten proces wychodząc od czasów Szekspira, gdzie kobieta pozbawiona była wszelkich praw, w pełni poddana woli mężczyzny, aż do lat jej współczesnych gdy przyznano jej prawo do posiadania własności,  nabyła bierne i czynne prawa wyborcze, a wraz z prawem do edukacji otwarto przed nią dostęp do profesji do tej pory przed nią niedostępnych).

 

W mniemaniu Woolf spełnione zostały podstawy do tego by kobieta przestała być biedna, a tym samym stała się panią własnego losu. Choć proces zarysowany przez pisarkę bez wątpienia postępuje na korzyść kobiety, to dysproporcje pozostają widoczne, a niegdysiejsze namacalne podziały w wielu przypadkach przetrwały do dziś, zamieniając się w szklane sufity i znaczne różnice w uposażeniu za wykonywaną pracę. W świecie, gdzie równość gwarantowana jest prawem trudniej jest połapać się w tych nierównościach i stworzyć narzędzia by im przeciwdziałać.

Dziewięćdziesiąt lat po opublikowaniu przez Virginię Woolf eseju, w którym domaga się dla kobiet „wolnego pokoju”, jej postulat nadal nie doczekał się powszechnej realizacji. Rzadkością pozostają kobiety, które we własnych domach zaprojektowały dla siebie przestrzeń, w której mogą tworzyć odizolowane od otoczenia. Wynika to przede wszystkim z wzorców kulturowych, które mimo zmieniającego się prawa, nie nadążają za tą zmianą. Zgodnie ze społecznymi oczekiwaniami to kobieta altruistycznie powinna poświęcać się rodzinie, otaczać opieką dzieci i osoby starsze, tym samym tradycyjnie nie przysługuje jej własna przestrzeń, a jej próby odizolowania się i skupieniu na sobie oceniane są jako niezgodny z jej naturą i powołaniem akt egoizmu. Stąd w czasie gdy mężczyzna zaszywa się w gabinecie, specjalnie do tego stworzonym kąciku, w komórce, na strychu lub zasłania nos gazetą w swoim fotelu, to kobieta ma obowiązek pozostać w tzw. przestrzeni wspólnej i krzątać się tworząc w ten sposób ognisko domowe, przy którym ogrzeją się wszyscy. Tym samym kobieta ma problem ze zbudowaniem „takiego pokoju” nawet we własnej głowie, przedkładając pod wszystko dobro rodziny, którą buduje, spycha własne potrzeby na szary koniec, nie mając czasu na refleksję nad samą sobą.

 

Viriginia Woolf prosi kobiety o to, aby przede wszystkim były sobą. Pytanie jak to uczynić, gdy większość nadal nie ma przestrzeni do tego, aby poznać siebie, zrozumieć własne potrzeby i zacząć żyć z sobą w zgodzie. Ten problem dotyka w szczególności pokolenie naszych mam, my – młode matki (choć często mocno już po trzydziestce) padamy ofiarą dwóch przeciwstawnych uczuć. Chcemy być równie dobre w życiu prywatnym i zawodowym, w pracy frustruje nas własny brak dotychczasowej dyspozycyjności, w domu rosnącym wyrzutem sumienia jest,poczucie, że nie jesteśmy na 100% z dzieckiem. W tym kołowrotku „własny pokój”, luksus pobycia sam na sam z sobą i własnymi myślami brzmi kompletnie niedorzecznie.

 

Stąd raz jeszcze zaskakuje nas treść eseju napisanego przez Woolf w 1929 roku, gdzie zgodnie z jej optyką sztywne podziały na płeć nie odzwierciedlają rzeczywistości. To ich współpraca jest czymś naturalnym, a wielkie umysły charakteryzuje androgynia czyli łączenie w sobie cech psychicznych i sposobów zachowania typowych dla tradycyjnie pojmowanej męskości i kobiecości. Tym samym w zmieniającym się świecie wartości, gdzie kobiety narzucają sobie coraz wyższe standardy w pracy i w domu, a coraz więcej mężczyzn czuje się zagubionych w świecie, gdzie patriarchat przestaje w naturalny sposób gwarantować ich uprzywilejowanej pozycji, apel Woolf o wyrzucenie tradycyjnie pojmowanych podziałów płci na śmietnik historii i życie w zgodzie z sobą wydaje się nad wyraz aktualny.

 

 

Wyimki:

– W świecie, gdzie równość gwarantowana jest prawem trudniej jest połapać się w tych nierównościach i stworzyć narzędzia by im przeciwdziałać.

 

Własny pokój Virginii Woolf, tłumaczenie Agnieszka Graff. O stawaniu się kobietą mówią: Edyta Bartosiewicz, Joanna Bator, Magdalena Cielecka, Katarzyna Kozyra, Martyna Wojciechowska, Ewa Woydyłło. Piszą: Sylwia Chutnik, Karolina Sulej, OsnoVa 2019.

 


 

„Postcards from Salem” / „Pocztówki z Salem”

Niewinność czarownic. Celebracja „dziewczyństwa” („siostrzeństwa”). Bycie razem.

 

Fotografie, scenografia: Magdalena Franczuk

Modelki: Orina Krajewska, Anna Jarosik-Tomala, Maria Dębska, Elżbieta Mielnik, Monika Kaleńska, Joanna Zagórska, Sabina Karwala, Zuzanna Rabiega, Anna Paliga, Małgorzata Twardowska, Magdalena Żak, Justyna Bugajczyk

Make-up, fryzury: Aga Zajdel

Lato naszej wolności :)

4 czerwca… roku 1989, ale i później, dziś, trzydzieści lat po pierwszych częściowo wolnych wyborach. W dwóch momentach, gdy pytanie o wolność najpierw zostało postawione, dalej odmienione przez wszystkie przypadki, wymiary wolności, by w końcu w nowym kształcie, nowej rzeczywistości powrócić z inną już mocą, w której przeczuwamy, że wokół naszej wolności znów gromadzą się czarne chmury.

 

Kilka dni temu, podczas debaty otwierającej Szkołę Liderów Politycznych, miałam okazję zapytać moich rozmówców o ich wspomnienia związane z 4 czerwca 1989. Opowiadali mi o ulotkach, rozlepianiu plakatów, wożeniu bibuły, radości z tego, że głosowanie tego czerwcowego dnia nie oznaczało wzięcia udziału w kolejnej farsie, ale realną szansę na budowanie „czegoś”, na budowanie Polski od nowa. Nowe otwarcie, nawet dla najbardziej trzeźwych i racjonalnych umysłów wieszczące szansę, że… może… jednak… coś się zmieni… Wspomnienia tych młodszych, w tym i moje, to przede wszystkim znaczek „Solidarności”, pamiętny plakat z kowbojem, wspólne wyjście na wybory rodzice, którzy pozwolili zaznaczyć na liście odpowiednie nazwisko i wrzucić głos do urny. Jakieś otwarcie… I zmiany, jakie z punktu widzenia wówczas dzieciaka, przyszły później. Dalej były kroki, subtelności, delikatne zauważanie tego, że rzeczywistość wokół robi się jakby bogatsza, bardziej kolorowa, a w końcu zamiera… bo oto wolność wydarza się… już. I faktycznie, owo „już” stało się udziałem każdego z Polaków – zarówno tych, którzy wolność witali z otwartymi ramionami, tych, którzy patrzyli na nią w nieufnością, jak i tych, co najzwyczajniej się jej bali. Z tymi ostatnimi – jak się okazuje – poszło nam najgorzej.

 

Trzydziestolecie polskiej wolności wielu świętowało w Gdańsku – w Europejskim Centrum Solidarności, ale też w Stefie Społecznej, która stanowiła manifestację jeśli nie samej wolności, to ogromu zmian, jakie polskie społeczeństwo, wspólnota, ale i pojedynczy obywatele przeszli przez ostatnich trzydzieści lat. W namiotach dedykowanych demokracji, społecznej zmianie, równości, prawom człowieka i obywatela, rozwojowi społecznemu, edukacji, ruchom miejskim, codziennej solidarności, lokalności, społecznemu wsparciu czy w końcu zrównoważonemu rozwojowi spotkało się niemal 200 organizacji pozarządowych. Rozmawialiśmy, debatowaliśmy, pokazywaliśmy sobie nawzajem, ale i licznie przybyłym gościom kim jesteśmy. Słuchaliśmy. Otwieraliśmy się na wymiary, na rozumienia wolności, tej w nas i wokół nas. Myślenie o społeczeństwie otwartym, społeczeństwie obywatelskim stało się udziałem chyba każdego, kto w rocznicę wyborów odwiedzał to niezwykle miejsce.

 

Dla mnie 4 czerwca tego roku, trzydziestolecie wolności, w którą chcę wierzyć tak, jak czyniły to całe pokolenia nowożytnych wyznawców tej idei, to przede wszystkim dzień stawiania ważnych pytań, podejmowania istotnych decyzji. Również osobistych. Ale także czas przypominania zasad, w które liberałowie winni święcie wierzyć. O tych „dwóch” wolnościach – wyłożonych przez filozofów, ale przede wszystkim przeżywanych każdego dnia. O wolności, która zachowuje nas od strachu, przemocy, przymusu, od wszystkiego, co pęta. O wolności, która nie przekraczając granic wolności innego człowieka, realizuje się jako wolność słowa, sumienia, wyznania, myśli, wyboru sposobu życia, wybory życiowego partnera, zawodu, miejsca zamieszkania, gromadzenia się i zrzeszania… I kolejnych, jakie tylko możemy zaprojektować, działając w duchu otwartości i tolerancji. To także dzień wykonywania kroku ku drugiemu człowiekowi. W wolności i jej konsekwencjach. Tak po prostu.

 


 

„Postcards from Salem” / „Pocztówki z Salem”

Niewinność czarownic. Celebracja „dziewczyństwa” („siostrzeństwa”). Bycie razem.

 

Fotografie, scenografia: Magdalena Franczuk

Modelki: Orina Krajewska, Anna Jarosik-Tomala, Maria Dębska, Elżbieta Mielnik, Monika Kaleńska, Joanna Zagórska, Sabina Karwala, Zuzanna Rabiega, Anna Paliga, Małgorzata Twardowska, Magdalena Żak, Justyna Bugajczyk

Make-up, fryzury: Aga Zajdel

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki – Ścibolenie :)

Wiersz wolny

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki

 

Ścibolenie

 

uśmiechnąłem się kiedy podszedł

do mnie i powiedział

że poezja nie unika fikcji

przeto jest pedalstwem

 

(„pedalstwem jest poezja w której

siedzisz od wielu lat i ścibolisz”)

uśmiechnąłem się na to ścibolenie

bo to prawda że nie stronię

 

 

od fikcji i potrafię z niej czerpać

żeby w wierszu zaistniał na przykład

Kołozwarski choć podobno świat

schodzi na psy Kołozwarscy zaś wymarli

 

[7 VIII 2018]

 

———————————

 

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki (1962) jest poetą. Opublikował kilkanaście książek poetyckich, ostatnio Dwie główne rzeki (2019), i jedną prozatorską. Jest laureatem m.in. Nagrody Literackiej Nike, Nagrody Literackiej Gdynia (dwukrotnie), Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius, Nagrody im. K. Iłłakowiczówny oraz Nagrody Literackiej im. B. Sadowskiej. Był członkiem kapituły Nagrody Literackiej im. J. Tuwima, obecnie zasiada w jury Poznańskiej Nagrody Literackiej. Mieszka w Warszawie.

 

———————————

 

Wiersz wolny to nowa przestrzeń Liberté!, uwzględniająca istotne, najbardziej progresywne i dynamiczne przemiany w polskiej poezji ostatnich lat. Wiersze będą reagować na bieżące wydarzenia, ale i stronić od nich, gdy czasy wymagają politycznego wyciszenia, a afekty nie są dobrym doradcą w interpretacji rzeczywistości.

 

Redaguje Rafał Gawin

 


 

„Postcards from Salem” / „Pocztówki z Salem”

Niewinność czarownic. Celebracja „dziewczyństwa” („siostrzeństwa”). Bycie razem.

 

Fotografie, scenografia: Magdalena Franczuk

Modelki: Orina Krajewska, Anna Jarosik-Tomala, Maria Dębska, Elżbieta Mielnik, Monika Kaleńska, Joanna Zagórska, Sabina Karwala, Zuzanna Rabiega, Anna Paliga, Małgorzata Twardowska, Magdalena Żak, Justyna Bugajczyk

Make-up, fryzury: Aga Zajdel

Podążam swoją drogą – z Magdaleną Franczuk rozmawia Marcin Malecki :)

W „Salamandrze” udało mi się skompletować obsadę moich marzeń, w co czasem nadal ciężko mi jest uwierzyć, ale to prawda.

 

 

Marcin Malecki: Magdo, niedawno wszedłem w archiwum strony 6 dzielnicy i przeczytałem opis Twojej wystawy, którą organizowaliśmy w 2016 roku.Trochę się zmieniło od tego czasu. Mieliśmy przyjemność prezentować Twoją indywidualną wystawę fotograficzną „Niebo jest tylko dla dziewczynek” (vide: Niebo jest tylko dla dziewczynek – wystawa). Już wtedy Twój dorobek był imponujący. Dziś jesteś już absolwentką PWSTviT, a Twój „wielki projekt” szczęśliwie doczekał się realizacji. Powiedz co się zmieniło od tego czasu?

Magdalena Franczuk: Z jednej strony faktycznie zmieniło się sporo, z drugiej… ciągle podążam swoją drogą. Mój projekt „The Book of Wonder” miał premierę w CSW Zamku Ujazdowskim w ramach programu PKO Project Room, a następnie doczekał się wielu innych pokazów w Polsce i za granicą. Po nim zrealizowałam kolejny ogromny projekt fotograficzny, przy którym, podobnie jak przy „The Book of Wonder”, pracowało około 100 osób. Była to „Salamandra”, adaptacja wizualna powieści Stefana Grabińskiego. Powstała wielka opowieść, składająca się z ponad 200 zdjęć i filmów. Materiał ten doczekał się kilku przedpremierowych minipokazów, ale wciąż oczekuje na swoją oficjalną premierę. Ze względu na ilość materiału jest on wiąż w fazie postprodukcji. Jednak poza projektami robię też wiele innych rzeczy, związanych bardziej z filmem niż ściśle z fotografią.

Jak wygląda Twoja droga zawodowa?

Przede wszystkim zrealizowałam swoje dawne marzenie i na poważnie zajęłam się filmem. Kończę właśnie studia reżyserskie w Warszawskiej Szkole Filmowej. Zajęłam się też scenariopisarstwem, mój scenariusz filmu pełnometrażowego „Miss Ghetto” dostał się do finału prestiżowego konkursu Script Pro 2019. Reżyseruję filmy krótkometrażowe. Oprócz tego wciąż robię zdjęcia.

 

Które ze zrealizowanych projektów najbardziej zapadły Ci w pamięć i dlaczego?

Z pewnością największym i najbardziej wymagającym przedsięwzięciem była i jest dla mnie „Salamandra”. Realizowanie inscenizowanych, fabularnych sesji zdjęciowych z udziałem wybitnych aktorów takich, jak Wiesław Komasa, Marcin Czarnik, Janusz Chabior, Jan Peszek, Lucyna Szierok, Marianna Zydek, Elżbieta Jarosik, Jerzy Schejbal, Grzegorz Małecki, Wojciech Kalarus i wielu innych… to było dla mnie rozwijające i pasjonujące doświadczenie. Wciąż pracuję nad tym, żeby finalny efekt tej wielkiej przygody był jak najwyższej jakości. W „Salamandrze” udało mi się skompletować obsadę moich marzeń, w co czasem nadal ciężko mi jest uwierzyć, ale to prawda.

Jakie masz plany na przyszłość?

Obecnie skupiam się na przygotowaniach do filmowego debiutu pełnometrażowego, chcę też wyreżyserować jeszcze jeden krótki metraż. Robię research do kolejnego scenariusza pełnometrażowej fabuły. Tak jak wspominałam, wciąż fotografuję i fotografii porzucać nie zamierzam. Marzy mi się, żeby w przyszłości realizować się wciąż na obydwu tych polach – czyli w filmie i w fotografii.

 


 

Linki:

www.magdalenafranczuk.com

facebook.com/magdalenafranczuk.fotografia

 


 

„Postcards from Salem” / „Pocztówki z Salem”

Niewinność czarownic. Celebracja „dziewczyństwa” („siostrzeństwa”). Bycie razem.

 

Fotografie, scenografia: Magdalena Franczuk

Modelki: Orina Krajewska, Anna Jarosik-Tomala, Maria Dębska, Elżbieta Mielnik, Monika Kaleńska, Joanna Zagórska, Sabina Karwala, Zuzanna Rabiega, Anna Paliga, Małgorzata Twardowska, Magdalena Żak, Justyna Bugajczyk

Make-up, fryzury: Aga Zajdel

„Idźcie stąd cwele” – czyli #HańbaBiskupia po łódzku :)

 

            Sobota, samo południe. Łódź. Przed placem archikatedralnym spory tłum. Przyszli ci, którzy mówią NIE pedofilii w kościele. Mówią NIE tuszowaniu przez hierarchów tego typu przestępstw. Niektórzy przyszli z dziećmi. Rozmawiają w małych grupkach, nieśpiesznie wyciągając transparenty, maskotki i kartki z napisem #HańbaBiskupia.

Ma Pani piękny parasol, naprawdę przepiękny – mówi kobieta mijająca pikietujących wskazując na parasolkę w kolorze tęczy trzymaną przez jedną z uczestniczek wydarzenia.

 Zaczynamy! – grzmi przez megafon Agata Kobylińska ze Stowarzyszenia Dziewuchy Dziewuchom:

            – Domagamy się prawdy i rozliczenia pedofilii w kościele. Osoby które krzywdzą dzieci muszą ponieść karę i poczuć konsekwencje swoich czynów. Nic więcej.

Wielu przystaje na moment by posłuchać.

 Nie jesteśmy przeciwko Państwu, którzy wierzą, chodzą na mszę, modlą się. Absolutnie nie. Wśród nas jest mnóstwo osób, które też wierzą. Tylko my chcemy by hierarchowie przestali przymykać oko na przestępców w swoich szeregach – mówi Kobylińska.

Organizatorzy informują, że teraz jest czas dla tych, którzy chcą zabrać głos.

            – Kościół katolicki jest wspólnotą wszystkich, którzy do niego należą. Księża, którzy krzywdzą dzieci, krzywdzą waszą wspólnotę. Ja bym nie chciała należeć do wspólnoty, w której funkcjonują i są akceptowani pedofile oraz przestępcy – mówi młoda kobieta, która pierwsza zdecydowała się zabrać głos. Para starszych ludzi ostentacyjnie odwraca wzrok od pikietujących i przekracza próg katedry. Megafon przechodzi do rąk następnej osoby.

 Chce mi się płakać. Jestem zszokowana ponieważ byłam przekonana, że ludzie mówiący „pomódlcie się za sprawców” są w zdecydowanej mniejszości. Stoimy tu kilkanaście minut. Odezwały się do nas trzy, czy cztery osoby. Dwie z nich powiedziały „módlcie się za biskupów”. Nie chcę się modlić za biskupów, tym bardziej nie chcę się modlić za gwałcicieli dzieci. Oczywiście, że dzieci lgną. Dzieci lgną, bo liczą na to, że od dorosłych spotka ich coś dobrego. Tak zostały nauczone, tego oczekują. Tymczasem od dorosłych, od dorosłych w sutannach, sami wiecie co je spotyka.

            Na placu katedralnym rozlegają się nieśmiałe brawa. Pikietujący zaczynają skandować „Hańba Biskupia!”. Starsza kobieta w eleganckim płaszczu przebija się przez skandujących.

 Idźcie stąd cwele! – krzyczy.

Na ułamek sekundy zapada cisza.

 Może porozmawiamy droga Pani? – odkrzykuje jej młody mężczyzna.

 Zapraszamy! – wtórują mu skandujący.

Kobieta była już na schodach, tuż przed wejściem do katedry, ale zdecydowała się zawrócić.

 Przychodzicie tutaj, gdzie nic się złego nie zdarzyło. Przychodzicie i robicie zamieszanie. To hańba, że tacy ludzie przychodzą pod łódzką katedrę, która ma wielkie zasługi dla miasta, regionu i dookoła wszędzie – mówiąc to ściąga okulary, macha ręką w kierunku manifestantów i idzie do kościoła. W międzyczasie dobiegła końca poprzednia msza i teraz wierni zaczęli wychodzić z kościoła. Pikietujący ponownie skandują  „Hańba!”.

 Jaka ta młodzież wyrośnie? – pyta kobieta, która przez moment przyglądała się uczestnikom zgromadzenia – Bez kościoła, bez wiary. Kościół to my, ludzie. A tacy ludzie? Jak oni wychowają swoje dzieci? W jakie wierze? – kontynuuje wskazując ręką na grupkę osób.

 Rozumiem, że Pani pedofilia wśród księży nie przeszkadza? – pyta jeden z demonstrantów.

            – Proszę Pana, pedofilia jest wszędzie. Wśród prawników, wśród lekarzy. O tym się nie mówi, to jest wyciszone. Ksiądz to jest zastępca Pana Jezusa. Niestety, bez kościoła nie ma nic – odpowiada i odchodzi.

 Ja się nie zgadzam – włącza się starsza Pani, która również wyszła z katedry – Ja też jestem katoliczką i…

 Niech oni się nawrócą! – przerywa jej kobieta, która mówiła przed momentem – Bez Boga nie ma nic. Jest cierpienie wtedy i krzyż. Człowiek idzie wtedy do kościoła się pomodlić.

 Te dzieci też cierpią proszę Pani – mówi starsza kobieta.

 Wszystko jest na chwilę – odpowiada tamta i oddala się.

Starszej Pani drży głos.

 Ja też jestem katoliczką. Ale oni mówią o Bogu, oni mają naśladować Pana Jezusa a idą i czynią zło. Hipokryzja, zakłamanie.

            – Czyli Pani nas rozumie? – pada pytanie z tłumu pikietujących.

            – Oczywiście, jak najbardziej.

Starszy mężczyzna w ciemnych okularach :

            – Jeśli ma być celibat… – waha się przez moment – to w stu procentach.

            – Czyli jest Pan przeciwny pedofilii w kościele?

            – Tak.

            – Popiera Pan taki protest?

            – Nie.

            – Dlaczego?

            – Bo to i tak nic nie da.

Inny mężczyzna cedzi przez zęby:

– Gdyby ktoś poszedł na protest tych kolorowych LGBT-owców i krzyczał i protestował, to by była wielka afera. Ale oni mogą tu przyjść, zakłócać. No jak to jest? – wzrusza ramionami.

            – Myśli Pan, że jest jakiś problem z kościelną pedofilią?

            – Jeżeli jest, to trzeba z tym walczyć.

            – Ci ludzie walczą.

            – W taki sposób?

            – A w jaki?

            – Jak się walczy z ich poglądami to jest bardzo źle. Niech nie sterczą pod kościołem, nie zakłócają spokoju tym, którzy są katolikami.

Wymianie zdań przysłuchuje się od dłuższego czasu mężczyzna w kasku, który przejeżdżał obok placu katedralnego rowerem.

            – Wszyscy jesteśmy katolikami proszę Pana, ale każdy powinien myśleć – mówi.

            – Tak? – pyta tamten z oburzeniem w głosie – to niech Pan myśli.

Ktoś mówi:

            – Zdaje się, że ma Pan inne zdanie w tej kwestii.

            – Tak, bo ten Pan jest z PZPR-u – mówi mężczyzna od kolorowych LGBT-owców.

            – Idź Ty palancie – odpowiada rowerzysta – katolicki pachołku.

Robi się gorąco. Dwóch policjantów siedzących w radiowozie, do tej pory sennych, zaczyna baczniej przyglądać się pikietującym.

            – Oficjalnie zamykam zgromadzenie, teraz każdy robi wszystko na własną odpowiedzialność – oznajmia Agata Kobylińska.

Pikietujący zostawiają po sobie ślad. Maskotki i kartkę za napisem #HańbaBiskupia kładą pod pomnikiem Jana Pawła II.

Niebezpieczeństwa cyberdemokracji :)

Procesy cyfryzacyjne – jak przekonywał Sartori – tylko pogłębiają te niekorzystne zmiany natury ludzkiej, w efekcie zaś pozbawią człowieka tego, co stanowi eidos jego człowieczeństwa, czyli zdolności do konceptualizowania oraz samodzielnego i krytycznego myślenia.

 

 

Wiele we współczesnych naukach społecznych powiedziano i napisano na temat tego, jaką rolę odegrają najnowsze technologie w życiu współczesnego człowieka, a także jak bardzo proces cyfryzacji ogarniający kolejne dziedziny ludzkiego życia ułatwi człowiekowi funkcjonowanie. Niemalże tyleż samo w naukach politycznych powiedziano i napisano na temat elektronicznej demokracji czy też demokracji cyfrowej oraz o tym, w jaki sposób nowoczesne technologie, a także postępujący proces cyfryzacji usprawnią funkcjonowanie liberalnej demokracji oraz umożliwią poszerzenie demokratycznej bazy społecznej poprzez upowszechnienie wykorzystania jej instrumentów i instytucji. I rzeczywiście – jak przeczytamy na samym początku książki Jamie’go Bartletta – „na pierwszy rzut oka technologia jest dla demokracji dobrodziejstwem. Bez wątpienia poszerza sferę ludzkiej wolności, a do tego zapewnia dostęp do nowych informacji i idei” (s. 10). Niestety – jak to się zresztą niezwykle często dzieje w naszej cywilizacji – coś, co wydawało się niemalże kopernikańskim krokiem człowieka, okazało się gigantycznym zagrożeniem dla całej ludzkości.

 

Książka Jamie’go Bertletta pt. Ludzie przeciw technologii. Jak Internet zabija demokrację (i jak ją możemy ocalić) to swoiste wezwanie do opamiętania, krzyk kogoś, kto oświecony swoistym veritatis splendor, zamierza doprowadzić do przebudzenia otumanionych i zahipnotyzowanych tłumów. Już we wstępie autor snuje dość ponurą wizję przewidując, że już w „najbliższych latach albo technologia zniszczy znane nam formy demokracji i ładu społecznego, albo też władze polityczne okiełznają cyfrowy świat” (s. 7). Samo spostrzeżenie Bartletta i jego wnioski dotyczące nowych zagrożeń czyhających na cywilizację człowieka zdają się być kontynuacją pesymistycznych wizji snutych już ponad dwadzieścia lat temu przez między innymi Giovanniego Sartoriego, który już w panowaniu telewizji dopatrywał się początków zgubnych przekształceń ludzkiej umysłowości a tym samym systematycznego wypaczania ludzkiej natury opartej na abstrakcyjnym myśleniu. Procesy cyfryzacyjne – jak przekonywał Sartori – tylko pogłębiają te niekorzystne zmiany natury ludzkiej, w efekcie zaś pozbawią człowieka tego, co stanowi eidos jego człowieczeństwa, czyli zdolności do konceptualizowania oraz samodzielnego i krytycznego myślenia.

 

Tak jak Sartori ponad dwadzieścia lat temu udowadniał, że „telewizja w znacznym stopniu warunkuje proces wyborczy, zarówno w kwestii doboru kandydatów, stylu ich walki w zmaganiach o mandat, jak i w tym, kto na końcu zwycięża”[1], tak też Bartlett przewiduje, że „już wkrótce niemal we wszystkich wyborach podstawową rolę zacznie odgrywać bardzo podobna mieszanina big data, algorytmów, mikrotargetowania i rzekomo autentycznych, oddolnych treści” (s. 101). Zresztą zdaniem autora te procesy już dzieją się na naszych oczach, a nowoczesne technologie – wespół z danymi pozostawianymi przez użytkowników środowiska internetowego właściwie na każdym kroku – już stały się istotnym elementem prowadzenia agitacji politycznej i kampanii wyborczych. Człowiek w sieci staje się całkowicie bezbronną istotą, zaś – jak pokazuje Bertlett – „nowoczesne algorytmy operujące big data mają tę niepokojącą właściwość, że potrafią domyślić się na nasz temat rzeczy, o których sami nie wiemy” (s. 250). Już chyba wszyscy wiemy, że anonimowość w Internecie jest jedynie iluzją, bo w rzeczywistości „technologia cyfrowa nie zapomina nigdy” (s. 33). Człowiek wobec potęgi technologii cyfrowych staje nagi i bezradny, odarty z prywatności, prześwietlony i odsłonięty.

Autor Ludzi przeciw technologii dowodzi, że „ten obłęd gromadzenia danych dopiero się rozkręca” (s. 240). Dane stają się systematycznie nowym narzędziem sprawowania władzy przez polityków, specjalistów od public relations, a przede wszystkim tych wszystkich, którzy potrafią bezmiarem danych się posługiwać oraz umieją zrobić z nich skuteczny użytek. Te same dane, które stają się narzędziem sprawowania władzy, już dzisiaj stanowią nową formę nadzoru nad społeczeństwem. Bartlett pokazuje współczesne społeczeństwo cyfrowe jako nowy Benthamowski panopticon, w którym wszyscy jesteśmy uwięzieni. Zaznacza jednak, że w „naszym współczesnym panoptykonie nie ma jednego strażnika: każdy jest i obserwującym, i obserwowanym. Permanentna widoczność i monitorowanie wymuszają posłuch i uległość” (s. 32). Wolność staje się coraz większą ułudą, jednakże najbardziej przytłaczające jest to, ze coraz częściej to człowiek sam rezygnuje ze swojej wolności. Kolejne programy i aplikacje podejmują za nas decyzje – również w sferze politycznej wielu obywateli coraz bardziej polega na wskazówkach udzielanych im przez wszechobecne w sieci oprogramowania. Czy taki obywatel nadal jest obywatelem sensu stricto? A może jest już wyłącznie bezwolnym narzędziem w rękach botów i ich twórców? Owszem, autor rozumie, że „takie programy zapewniają doraźne ułatwienie, ale na dłuższą metę zabijają w nas krytyczny namysł” (s. 41). Zabijają zatem to, co istotowe dla człowieka: zdolność myślenia.

Bartlett wskazuje również, że krokiem zbliżającym naszą demokrację do śmierci jest również systematyczne umieranie realnej debaty publicznej. Współczesny człowiek w coraz większym stopniu staje się niewolnikiem fake newsów i baniek informacyjnych, w których sam nieświadomie się zamyka. Demokracja w  dobie mediów społecznościowych wrzuca człowieka w nową formę plemienności, zaś politykę czyni jeszcze bardziej emocjonalną niż ta była w czasach rządów przekazu telewizyjnego. Świat, jaki jawi się człowiekowi za pośrednictwem mediów społecznościowych, jest radykalnie zdychotomizowany, zaś „polityka upodabnia się do sportu” (s. 47). W takim świecie wypracowanie jakiegokolwiek konsensusu będzie coraz bardziej niemożliwe, gdyż poszczególni użytkownicy w coraz większym stopniu stawać się będą niewolnikami swoich małych cyfrowych światów. Okazuje się, że nawet niewielkie różnice polityczne i ideologiczne ulegają w sieci przekształceniu w przepaści nie do przekroczenia. Bartlett pokazuje tym samym, że pod „wpływem komunikacji cyfrowej przekształcają się istota naszego zaangażowania w idee polityczne oraz nasza wizja samych siebie jako politycznych podmiotów” (s. 50) – zachodzi po prostu „rozpad pojedynczych, stabilnych tożsamości” (s. 50). Ponieważ – jak twierdzi autor – „Internet jest zaś największym i najlepiej zaopatrzonym magazynem poczucia krzywdy w dziejach ludzkości” (s. 51), stąd też każda kampania wyborcza czy kampania polityczna będzie się opierała na wykorzystaniu tych tysięcy czy wręcz milionów „krzywd”, które w sieci będą przez użytkowników werbalizowane.

Tym samym najbardziej tragiczne dla demokracji w dobie technologii cyfrowych będzie to, że stanie się ona swoją własną parodią. Nowi cyfrowi łowcy wyborców już dziś są w posiadaniu instrumentów pozwalających na manipulowania użytkownikami Internetu oraz skłanianie ich do odpowiednich zachowań wyborczych. Wynika to z tego, że już dziś „odpowiednia ilość danych pozwala sporządzić zaskakująco trafny profil człowieka” (s. 77). Polityk nie musi prezentować żadnego spójnego programu politycznego, skoro ma możliwość przekazania spersonalizowanego przekazu różnym segmentom rynku politycznego. Jest to kolejna dowód na śmierć demokracji rozumianej jako forum idei i poglądów, bo „jeśli każdy dostaje spersonalizowane wiadomości, to nie ma debaty publicznej, a jedynie miliony prywatnych debatek” (s. 87).

Najbardziej zatrważający jest jednakże wniosek Bartletta wskazujący, że „im bardziej polityka staje się domeną analiz i bodźców, a nie argumentacji, tym bardziej władza oddala się od ludzi z dobrymi pomysłami i przechodzi w ręce tych, którzy mają dużo danych i dużo pieniędzy” (s. 91). Takim sposobem demokracja stać się może nową formą oligarchii. Czy to wszystko, o czym pisze Bartlett, to nieuchronna konieczność? Czy może istnieje jeszcze szansa, aby człowiek przezwyciężył gigantyczne zagrożenia cywilizacyjne, jakie podążają za rozwojem procesów cyfryzacji? Co powinniśmy zrobić, aby ocalić demokrację i zarazem zachować własną podmiotowość? Nie zamierzam w tym miejscu odpowiadać na te i szereg innych pytań, gdyż niewątpliwie warto sięgnąć po Ludzi przeciw technologii i spróbować odpowiedzieć na te pytania, oddając się narracji Jamie’go Bartletta.

 

Jamie Bartlett, Ludzie przeciw technologii. Jak Internet zabija demokrację (i jak ją możemy ocalić), przeł. Krzysztof Umiński, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2019.

 

 

Wyimki:

– „na pierwszy rzut oka technologia jest dla demokracji dobrodziejstwem. Bez wątpienia poszerza sferę ludzkiej wolności, a do tego zapewnia dostęp do nowych informacji i idei”.

 


 

[1]                     G. Sartori, Homo videns. Telewizja i postmyślenie, przeł. J. Uszyński, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2007, s. 38.

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję