Zielona gospodarka rynkowa? – transmisja ze spotkania dr Cezarym Błaszczykiem :)

Serdecznie polecamy Państwa uwadze transmisję z niezwykle ciekawego spotkania, zorganizowanego przez stowarzyszenie Liberty Forum Poland, z doktorem Cezarym Błaszczykiem. Rozmowa poświęcona jest współczesnym wyzwaniom ekologicznym i koncepcji zielonej gospodarki rynkowej.

Julkaissut Kawiarnia-Księgarnia Radio Telewizja Tiistaina 14. tammikuuta 2020

14/01.2020 // Spotkanie z dr Cezarym Błaszczykiem

Ochrona środowiska a wolność gospodarcza - ruszyła IX edycja KME :)

O KONKURSIE

Konkurs Młody Ekonomista (KME) to inicjatywa skierowana do studentów, którzy pasjonują się ekonomią i nowymi zjawiskami społeczno-gospodarczymi. Jego celem jest wspieranie ambitnych, utalentowanych i wyróżniających się wiedzą ekonomiczną młodych ludzi. W konkursie mogą wziąć udział studenci wszystkich kierunków studiów, którzy nie ukończyli 26 roku życia. Mogą w nim też uczestniczyć zespoły złożone z nie więcej niż trzech osób spełniających powyższe warunki. Udział w konkursie jest dobrowolny i bezpłatny.
Ochrona środowiska a wolność gospodarcza 
Termin składania prac: 27 stycznia 2020 r., godzina 9.00 Praca konkursowa może mieć formę: pracy pisemnej, posteru, filmu, prezentacji multimedialnej bądź dowolną inną formę wypowiedzi naukowej, którą można przedstawić do oceny przez Kapitułę konkursu na elektronicznym nośniku informacji. Ogłoszenie nazwisk laureatów i autorów wyróżnionych prac nastąpi w marcu 2020 roku. Pytania prosimy kierować na adres kme@tep.org.pl

„Ochrona środowiska a wolność gospodarcza”

Czy jest możliwe, by swoboda prowadzenia działalności gospodarczej i troska o środowisko naturalne wzajemnie się nie ograniczały? Od lat państwa i inne organizacje publiczne podejmują różnorakie działania, których celem jest ochrona zasobów naturalnych i klimatu. Przykładem jest wspólnotowa Europa, w której ochrona środowiska stanowi istotny element polityki unijnej, coraz ważniejszy w kontekście postępujących zmian klimatycznych do działalności gospodarczej, czego przykładem może być zasada Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta. Działania te nie pozostają bez wpływu na aktywność i wyniki podmiotów gospodarczych. Ocenia się, że prawo w zakresie ochrony środowiska ogranicza konkurencyjność poszczególnych jednostek gospodarczych, gałęzi i całych gospodarek, a skutkiem jego stosowania jest m.in. przenoszenie tzw. brudnych przemysłów do tych części świata, w których przepisy są mniej restrykcyjne. Z drugiej jednak strony środowisko naturalne jest dobrem, które współtworzy dobrobyt społeczny, a działalność gospodarcza konsumpcję tego dobra pomniejsza. Powstaje zatem pytanie, czy jest możliwe znalezienie równowagi pomiędzy zachowaniem swobód gospodarczych a dbałością o środowisko naturalne, rozumianą jako brak uszczerbku dla dobrobytu społecznego? A może ów trade-of jest pozorny i istnieje szansa wypracowania rozwiązania problemu, które dobrobyt społeczny nawet zwiększy?

Co muszę zrobić, aby wziąć udział w konkursie?

1. Zarejestruj się jako uczestnik poprzez wysłanie formularza zgłoszeniowego zamieszczonego na stronie konkursu i wyrażenie zgody na przetwarzanie danych osobowych. 2. Stwórz pracę zgodnie z wymaganiami określonymi w regulaminie na temat: „Ochrona środowiska a wolność gospodarcza”

Termin składania prac: 27 stycznia 2020 r., godzina 9.00.

Jakie warunki ma spełniać moja praca?

Praca powinna zawierać:

  • imię i nazwisko autora pracy lub autorów, jeśli w konkursie bierze udział zespół studentów,
  • dokładne i aktualne dane kontaktowe obejmujące: adres, adres poczty elektronicznej, nr telefonu,
  • adres uczelni, wydziału i kierunku uczestnika/uczestników.

Ponadto praca powinna spełniać następujące wymagania:

  • objętość pracy pisemnej nie może przekraczać 20 stron standardowego maszynopisu (Times New Roman, 12 pkt);
  • czas trwania filmu nie może przekraczać 15 minut;
  • prezentacja multimedialna nie może składać się z więcej niż 25 slajdów;
  • w przypadku pracy konkursowej w innej formie musi ona zostać tak zaprojektowana, aby można było się z nią zapoznać w nie więcej niż 30 minut.

Kto oceni moją pracę?

W skład tegorocznej Kapituły konkursu wchodzą:

  • Prof. Leszek Balcerowicz, Przewodniczący Kapituły, były Przewodniczący Rady TEP
  • dr Konrad Walczyk
  • dr hab. Andrzej Kondratowicz
  • dr Małgorzata Starczewska – Krzysztoszek
  • prof. Elżbieta Adamowicz
  • prof. Piotr Jeżowski
  • Julia Patorska
  • Michał Mikołajczyk
  • Damian Olko

Co mogę wygrać?

Kapituła Konkursu wyłoni 3 laureatów oraz do 10 osób wyróżnionych.

Laureaci Konkursu otrzymują nagrody:

I nagroda: 6 000 zł

II nagroda: 4 000 zł

III nagroda: 3 000 zł

Laureat Konkursu lub wyróżniony jego uczestnik otrzymają propozycję odbycia nieodpłatnego stażu w Przedstawicielstwie Komisji Europejskiej w Polsce.

Ponadto wszyscy nagrodzeni laureaci i wyróżnieni otrzymają dyplomy.


Konkurs Młody Ekonomista został objęty patronatem Liberté!.

Czy Polska może być krajem liberalnym? :)

Zamiast tradycyjnego ekskluzywizmu narodowego, będącego źródłem tożsamości, która dawała poczucie bezpieczeństwa, potrzebny jest dzisiaj inkluzywizm, oznaczający płynną tożsamość, przy której poczucie bezpieczeństwa czerpie się z umiejętności tworzenia efektywnych sieci współdziałania obejmujących partnerów z różnych krajów i kręgów kulturowych. Rozwój cywilizacyjny i związany z nim dobrostan obywateli może być dzisiaj osiągnięty nie dzięki procesom gospodarczym, społecznym i politycznym zachodzącym niezależnie od siebie w poszczególnych krajach, ale w silnie zintegrowanym łańcuchu zależności pomiędzy tymi krajami.

Konserwatyzm jest w Polsce na ogół rozumiany nie tylko jako niechęć do zmian i kurczowe trzymanie się tradycji, ale także jako pochwała społecznej jednolitości. Jest to istotna różnica w porównaniu ze współczesnym konserwatyzmem w krajach zachodnich, gdzie akceptuje się społeczny pluralizm, na przykład w postaci małżeństw homoseksualnych. Naszemu konserwatyście nie wystarcza zatem, gdy sam postępuje zgodnie z utrwalonymi w przeszłości zasadami, ale wymaga tego również od innych. Obrazoburczy film lub sztuka ranią jego uczucia religijne bez potrzeby ich oglądania. Wystarczy, że w ogóle powstały. Łamanie zasad przez innych, którym on sam jest wierny, traktuje jako osobistą krzywdę, która skłania go do protestu przeciwko tym, którzy zachowują się inaczej niż on. Konserwatyzm oparty na pochwale jednolitości z natury rzeczy skierowany jest na ograniczanie wolności myślenia i zachowania. Skutkiem tego jest zmuszanie wszelkich mniejszości i odmieńców do akceptacji norm i wartości, którym hołduje większość, albo spychanie ich na margines życia społecznego, aby stali się niewidoczni i nie demoralizowali innych.

W przeciwieństwie do tego, istotą liberalizmu jest pochwała różnorodności. Ludzie mają prawo żyć zgodnie ze swoimi przekonaniami, jakiekolwiek by one nie były, jeśli tylko innym nie odbierają wolności. Liberał zatem nigdy nie będzie protestował przeciwko komuś, kto będzie wierny konserwatywnym wartościom. Co więcej, jakakolwiek próba prześladowania ludzi ze względu na ich wyznanie czy takie a nie inne poglądy polityczne, spotka się z jego zdecydowanym sprzeciwem. Prawa człowieka są bowiem dla niego najważniejsze, a nie jakiejkolwiek wspólnoty narodowej, wyznaniowej czy ideologicznej. Różnica polega więc na tym, że konserwatysta czuje się strażnikiem określnego porządku społecznego, podczas gdy liberał czuje się strażnikiem wolności osobistej ludzi. Konflikt między tymi postawami jest zatem nieuchronny.

Dlaczego więcej ludzi chciałoby żyć w środowisku, w którym są do siebie podobni? Dlaczego tak wielu z nas razi odmienność?

Odpowiedź na te pytania wydaje się stosunkowo łatwa. Na pewno daje tu o sobie wciąż znać atawistyczny lęk przed obcym. To głęboko zakorzeniona i genetycznie utrwalona obawa przed czymś nieznanym, na co brakuje wyuczonej reakcji. Łatwo zrozumieć także przyczyny psychologiczne. Należy do nich mechanizm projekcji, w którym człowiek, dzięki przyjęciu założenia, że inni są do niego podobni, upraszcza sobie komunikację z nimi. W przypadku, gdy założenie to okazuje się błędne, pojawiają się rozmaite bariery komunikacyjne, czego nikt nie lubi. Ludzie do siebie podobni pod względem wspólnych doświadczeń życiowych, wzorów myślenia i zachowania, przekonań światopoglądowych, mają oczywistą łatwość komunikowania się. Nie muszą uzgadniać znaczenia komunikatów, tłumaczyć ich na język zrozumiały dla rozmówcy, odszyfrowywać ukrytych znaczeń i sygnałów. Komunikacja często ma w tym wypadku charakter wysokokontekstowy, a więc nie musi opierać się na werbalnym przekazie. Często wystarczy określony gest lub porozumiewawcze spojrzenie. Blisko z tym związana jest naturalna skłonność do minimalizacji wysiłku, która skłania do uproszczeń poznawczych, czyli posługiwania się stereotypami. Wygląda więc na to, że umiłowanie jednolitości bierze się z chęci ułatwienia sobie życia. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby owa gnuśność życiowa nie była przyczyną nietolerancji i dyskryminowania osób, które z tej jednolitości się wyłamują.

Lęk przed pluralizmem w życiu społecznym wydaje się mieć jeszcze jedną przyczynę, która u miłośników jednolitości wynika z braku wiary w realność liberalnej wizji życia społecznego. Obawy konserwatystów, że dopuszczenie do małżeństw homoseksualnych zagraża tradycyjnej rodzinie, a przyjmowanie uchodźców z krajów arabskich prowadzi do islamizacji Polski, wydają się absurdalne z punktu widzenia ideologii liberalizmu. Polscy toporni konserwatyści nie wyobrażają sobie jednak funkcjonowania społeczeństwa kulturowo zróżnicowanego. Dlatego są przekonani, że pluralizm kulturowy oznaczający tolerancję dla odmiennych obyczajów i stylów życia, to tylko okres przejściowy, po którym nieuchronna im się wydaje dominacja jednej kultury, którą będzie przeciwieństwo norm i wartości, do których są przywiązani. Tak więc całkiem poważnie obawiają się, że presja kulturowa wcześniej czy później doprowadzi do jednolitości i małżeństwa tradycyjne będą wyparte przez homoseksualne, a katolicyzm przez islam. Można się z tego śmiać, ale wielu ludzi naprawdę w to wierzy. Doskonale o tym wiedzą populistyczni politycy i te lęki umiejętnie podsycają, aby zdobyć i utrzymać władzę. Okazuje się, że zagrzewanie do walki z pozornym zagrożeniem, przez odwoływanie się do najbardziej barbarzyńskich pokładów ksenofobii, bigoterii i obskurantyzmu, jest bardzo skuteczne w walce politycznej. Ludzie bez wielkich ambicji, pragnący żyć łatwo i spokojnie, chętnie bowiem wyzwalają się z pęt powierzchownej przyzwoitości oraz politycznej poprawności. Inspirowani przez polityków nie traktują już swojej niechęci do ludzi obcych kulturowo jako czegoś niestosownego, z czym należy się raczej ukrywać, ale przeciwnie – jako godną pochwały postawę patrioty i obrońcy tradycyjnych wartości. Chętnie więc popierają obóz polityczny, który pozwala  wreszcie otwarcie wyrażać swoją nienawiść do „żydków”, „pedałów”, „asfaltów”, „arabusów” i wszelkiego „lewactwa”. Polska prawica, która w swoim mniemaniu przywróciła w ten sposób godność wielu prostym ludziom, utwierdzając ich w przekonaniu o słuszności podłych stereotypów i bezsensownych resentymentów, ponosi odpowiedzialność za regres cywilizacyjny Polski. Jego skutki długo stanowić będą przeszkodę w powrocie Polski do świata cywilizacji zachodniej.

Zło konserwatyzmu opartego na umiłowaniu jednolitości kulturowej polega na hamowaniu rozwoju zarówno jednostek, jak i całego społeczeństwa. Swojskość relacji społecznych jest przyjemna dlatego, że nie zmusza do myślenia. W społeczeństwach homogenicznych kreatywność jest uznawana za zbędną fanaberię, która niepotrzebnie mąci stabilność i przewidywalność otaczającego świata. Pogłębianie wewnętrznej integracji przez eliminowane odmieńców czyni te społeczeństwa coraz bardzie wyizolowanymi ze swojego otoczenia. Tymczasem wszelki rozwój i doskonalenie zawsze wymaga przekraczania granic, które dzielą nas od innych. Heterogeniczność społeczeństwa, chociaż stale naraża ludzi na nieporozumienia, konflikty i zaskoczenia, to jednocześnie stwarza szanse ciągłego uczenia się, zdobywania nowych doświadczeń i wielostronnego podejścia do rozmaitych problemów. Różnorodność nie pozwala ludziom uwieść się przez stereotypy i pogrążyć w rutynie.  Zmniejsza to poczucie pewności i bezpieczeństwa, ale zarazem sprzyja rozwojowi osobistemu jednostek, a przez to rozwojowi całego społeczeństwa. Jedyną tego wadą może być utrudnienie sterowania nim przez autorytarnego przywódcę. Dlatego każdy system autorytarny dąży do ujednolicenia kultury społecznej.

Jak rozwiązać dylemat naturalnej w końcu potrzeby ludzi do ułatwiania sobie życia, a koniecznością stworzenia warunków do przestrzegania podstawowych praw człowieka, jakimi są wolność i równość? Co należy zrobić, aby więcej ludzi uznało potrzeby rozwoju za ważniejsze od potrzeb bezpieczeństwa?

Przynajmniej wiadomo, czego robić nie należy. Otóż nie należy ludzi przekonywać o wyższości liberalizmu, a w szczególności wytykać im gnuśność intelektualną. Tego rodzaju propaganda wartości liberalnych jest z góry skazana na niepowodzenie. Co więcej, jest ona przeciwskuteczna, bo skłania, choćby przez przekorę, do tym większego oporu przed przyjmowaniem nowych wzorów myślenia i zachowania. Propaganda liberalna trafia wyłącznie do liberałów, podobnie jak propagowanie wartości konserwatywnych znajduje zrozumienie wyłącznie u konserwatystów. Spór ideologiczny jest zatem jałowy, bo prowadzi tylko do okopywania się przeciwników na swoich stanowiskach. Aby dokonać zmiany kulturowej, bez której Polska skazana będzie na cywilizacyjną degradację, trzeba poszukać innej drogi.

Tą drogą jest wyjście naprzeciw potrzebie podobieństwa, które ludzie uważają za warunek różnych form współdziałania i współżycia. Prawdą jest bowiem, że z kimś, z kim nie łączy nas żadne podobieństwo, trudno byłoby nie tylko nawiązać bliższy kontakt, ale nawet przebywać w jego towarzystwie. Obcość odpycha nie dlatego, że budzi lęk, ale dlatego, że nie budzi żadnych pozytywnych emocji.

Podobieństwa poszukuje się zazwyczaj w cechach przynależnych wspólnotom takich, jak narodowość, wyznanie, rasa, orientacja seksualna itp. Można więc na przykład uważać za podobnego sobie, a więc bliskiego, kogoś, kto jest heteroseksualnym Polakiem i katolikiem. Po bliższym poznaniu tej osoby może się jednak okazać, że poza wymienionymi cechami, nic więcej nas z nią nie łączy i nie widzimy potrzeby utrzymywania z nią jakichkolwiek bliższych kontaktów. Podobieństwo wspólnotowe służy realizacji celów zbiorowych i jest wykorzystywane przez inspiratorów rozmaitych ruchów społecznych. Stąd jest najbardziej popularne i traktowane jako pomocne w poszukiwaniu partnerów do realizacji także indywidualnych celów. Tymczasem jest to mit, o czym przekonują się na przykład ci, którzy na obczyźnie zaczynają odnosić sukces dopiero wtedy, gdy wyrywają się ze swojego narodowego getta i wchodzą w bliskie interakcje z reprezentantami całkiem innych kultur.

Istota sprawy polega więc na tym, aby ludzie przekonali się, że zakres podobieństw między ludźmi, wśród których można szukać bliskich partnerów w różnych formach działalności jest bardzo szeroki i znaczne wykracza poza cechy tożsamości zbiorowej, tak uparcie podkreślane przez zwolenników kulturowej jednolitości. Poszukując podobieństwa, człowiek powinien nauczyć się koncentrować uwagę na cechach osobistych ludzi, decydujących o ich tożsamości indywidualnej, a nie na cechach typowych dla ich tożsamości zbiorowej. Istotne będą więc zainteresowania, posiadane umiejętności, obszary wrażliwości, otwartość komunikacyjna, inteligencja emocjonalna itp., a nie narodowość, rasa, wyznanie czy orientacja seksualna.

Aby wyzwolić się z kolektywistycznych stereotypów i skupić uwagę na indywidualności ludzi, wśród których można wtedy łatwiej znaleźć partnerów do realizacji rozmaitych zamierzeń, trzeba stworzyć po temu odpowiednie warunki. Część z nich wynika z zasad ustrojowych państwa, część jest skutkiem rozwoju cywilizacyjnego, a zwłaszcza rewolucji informacyjnej, a część zależy od osobistej aktywności człowieka, pozwalającej mu wyrwać się z niewoli tradycyjnych stereotypów.

Uwarunkowania ustrojowe związane są z zasadami demokracji liberalnej i wynikają wprost z ochrony praw człowieka, które nie dopuszczają do dyskryminacji mniejszości. Aby jednak prawa te nie były martwym zapisem, konieczny jest rozwój społeczeństwa obywatelskiego. W ustroju demokracji liberalnej szczególne znaczenie ma zasada pomocniczości, która zakłada daleko posuniętą decentralizację władzy państwowej i rozwój samorządności. Ważną rolę w funkcjonowaniu państwa pełnią rozmaite organizacje pozarządowe. Społeczeństwo obywatelskie oznacza aktywny udział ludzi w działaniach i przedsięwzięciach, które do tej pory albo nie były podejmowane, albo wchodziły w zakres kompetencji organów państwowych. Taki wzrost aktywności ludzi przejmujących od państwa funkcje dotychczas im obce, choć bezpośrednio oddziałujące na poziom ich życia, daje im poczucie sprawstwa i niepomiernie zwiększa ich obywatelską świadomość. Realizacja zasady pomocniczości wymaga jednak zasadniczej zmiany sposobu życia. Konieczne jest zainteresowanie różnymi obszarami funkcjonowania państwa na danym terenie, otwartość na informacje na ten temat i gotowość reagowania na nie. Jeszcze ważniejsza wydaje się umiejętność współdziałania, organizowania się i tworzenia rozmaitych grup nacisku. Aby temu sprostać, ludzie muszą znacznie poszerzyć obszar swoich kontaktów interpersonalnych. Muszą spotykać się  i rozmawiać z wieloma ludźmi spoza swojego stałego środowiska. Nie ulega wątpliwości, że pozwala to przełamywać stereotypy i lepiej rozumieć zróżnicowanie ludzkich postaw i interesów.

Do kulturowego pluralizmu przyzwyczajają ludzi również skutki rewolucji informacyjnej i globalizacji, które zasadniczo zmieniły obraz współczesnego świata. Granice państw i geograficzne odległości straciły na znaczeniu w obliczu współczesnych możliwości komunikacyjnych. Dzięki temu świat skurczył się, a jego problemy uległy zagęszczeniu. Rozwiązywanie tych problemów wymaga ścisłej współpracy międzynarodowej. A są to problemy nie byle jakie – groźba katastrofy klimatycznej, kryzys uchodźczy, walka z terroryzmem i przestępczością zorganizowaną, zapobieganie skutkom klęsk żywiołowych itp. Ponadto, współczesna technologia i globalizacja stwarzają możliwości realizacji wielkich projektów społecznych, naukowych i gospodarczych w obszarze ponadnarodowym. Współczesne państwa muszą umieć odnaleźć się w tej sieci zależności i właściwie określić swoją strategię, w której dawne rozumienie suwerenności ustąpić musi miejsca umiejętności współdziałania. Oznacza to, że zamiast tradycyjnego ekskluzywizmu narodowego, będącego źródłem tożsamości, która dawała poczucie bezpieczeństwa, potrzebny jest dzisiaj inkluzywizm, oznaczający płynną tożsamość, przy której poczucie bezpieczeństwa czerpie się z umiejętności tworzenia efektywnych sieci współdziałania obejmujących partnerów z różnych krajów i kręgów kulturowych. Rozwój cywilizacyjny i związany z nim dobrostan obywateli może być dzisiaj osiągnięty nie dzięki procesom gospodarczym, społecznym i politycznym zachodzącym niezależnie od siebie w poszczególnych krajach, ale w silnie zintegrowanym łańcuchu zależności pomiędzy tymi krajami. Otwarte granice, intensywna wymiana ludzi i idei w naturalny sposób poszerza pole poszukiwań partnerów do realizacji wspólnych projektów, wychodząc daleko poza krąg nie tylko lokalnych, ale i krajowych środowisk społecznych. Częste kontakty zbliżają do siebie ludzi żyjących daleko od siebie w sensie przestrzennym i kulturowym, a pojęcie „obcy” traci swoje dawne znaczenie.

Tak kształtuje się społeczność, w której czyjeś nietypowe zachowania, poglądy czy styl życia nie wywołują zdziwienia ani irytacji. Coś może się podobać albo nie podobać, ale dopóki mieści się w granicach prawnie i moralnie akceptowanych, czyli nie powoduje czyjejś krzywdy, uważane jest za normalne. Normą jest bowiem różnorodność, w której nic nie jest typowe. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi życie w takiej społeczności byłoby trudne do zaakceptowania. Wprawdzie mogliby żyć zgodnie ze swoimi przekonaniami, ale wokół nie byłoby nic, co by ich utwierdzało, że są one słuszne. I na tym polega w Polsce różnica między konserwatystą a liberałem. Ten pierwszy musi mieć wspólnotę, temu drugiemu wystarczy poczucie osobistej wolności.

Rozwój Internetu i portali społecznościowych stwarza wreszcie nieograniczone możliwości komunikowania się ludzi, dzielenia się pomysłami, zachęcania do rozmaitych inicjatyw, tworzenia środowisk poparcia dla określonych osób lub idei. Możliwości te wykorzystywane są przede wszystkim w biznesie. Stanowią one podstawę do tworzenia zespołów realizujących rozmaite projekty biznesowe, w których uczestniczą partnerzy z różnych środowisk, często zagranicznych. Służy temu rozpowszechnianie różnych form kojarzenia partnerów biznesowych, jak spotkania networkingowe czy pomieszczenia coworkingowe. Aby te szanse wykorzystać trzeba wykazać odpowiednią aktywność w nawiązywaniu kontaktów, co, zwłaszcza w młodym pokoleniu, jest coraz lepiej widoczne. Prócz tego współczesny człowiek, zwłaszcza w większych miejscowościach, ma coraz więcej możliwości uczestniczenia w rozmaitych wydarzeniach naukowych, kulturalnych, samorządowych, gdzie spotyka ludzi o podobnych zainteresowaniach i gustach. Dzięki temu krąg ludzi mu bliskich ulega znacznemu poszerzeniu Nieprzypadkowo postawy liberalne znacznie częściej spotykane są w dużych ośrodkach miejskich aniżeli na wsi, gdzie dominuje zaściankowy konserwatyzm.

W Polsce te naturalne tendencje do upowszechniana postaw liberalnych są od 2015 r. poważnie tłumione przez populistyczną władzę, która hołduje staroświeckiej konserwatywnej ideologii. Zniszczone bowiem zostały instytucjonalne bezpieczniki demokracji liberalnej, w postaci Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Sądownictwa, co wyraźnie wskazuje na tendencje autorytarne. Oznacza to ograniczenie prerogatyw samorządu terytorialnego i niechęć do społeczeństwa obywatelskiego. Wyraźne są także dążenia do osłabienia więzi z Unią Europejską pod fałszywym hasłem „wstawania z kolan”, podczas gdy chodzi o zapewnienie sobie swobody w sprawowaniu autorytarnych rządów. W sferze propagandowej populistyczna prawica nie ustaje w zachwalaniu „jedynie słusznych” wartości konserwatywnych. Rządzący Polską populiści nie są jednak w stanie powstrzymać skutków rewolucji informacyjnej. Stąd nadzieja, że wartości liberalne dotrą w końcu pod strzechy.

Wyzwanie dla wyobraźni :)

Joanna Ellmann: Wiele osób myśląc o Twojej pracy może przywołać w pamięci takie postaci jak Marian Rejewski, Henryk Zygalski czy Jerzy Różycki, którzy złamali kod Enigmy. Tymczasem dziedzina nauki, której jesteś współtwórcą, kryptografia kwantowa, a tradycyjne szyfrowanie i łamanie kodów to dwie zupełnie inne kwestie. Nie chodzi w niej przecież o samo szyfrowanie wiadomości, nowy rodzaj szyfrów, ale o bezpieczną wymianę klucza kryptograficznego.

Artur Ekert: Najlepiej powiedzieć w ten sposób: zajmuję się fizyką informacji. Informacją, którą staram się nie opisywać w sposób matematyczny. Ilekroć używa się informacji, komunikacji – są one fizyczne. O tym ludzie w zasadzie nie myślą, bo wydaje się to oczywiste; jeśli rozmawiamy ze sobą, przesyłamy informacje, to zawsze jest proces fizyczny, zawsze istnieje jakiś fizyczny nośnik wiadomości. Są to m.in. fale akustyczne czy impulsy elektromagnetyczne – cokolwiek, ale zawsze jest w tym fizyka. Do niedawna ludzie patrzyli tylko i wyłącznie na matematyczną stronę komunikatu. Tymczasem fizycy zauważyli, że to w jaki sposób kodowana jest informacja, jaka fizyka stoi za tym nośnikiem, odgrywa ogromną rolę dlatego, że to, co możemy zrobić z danym komunikatem zależy od praw fizyki. Wszystko co się dzieje z informacją jest w jakiś sposób przez fizykę opisywane i jeśli odkrywamy nowe prawa fizyki, możemy także z informacją robić coś nowego. Ja zajmuję się tym, do jakiego stopnia odkrycia w świecie atomów, fotonów, w świecie tzw. mechaniki kwantowej pozwoliły nam procesować informacje w inny sposób. Tzn. chronić ją – tym się zajmuje kryptografia: żeby tylko uprawnione osoby miały dostęp do danej informacji, ale także sprawić, aby jej procesowanie w komputerach przebiegało w szybszy, bardziej sprawny sposób. Nie można było tego zrobić wcześniej dlatego, że odkryliśmy nowe prawa fizyki. Teraz pojawia się pytanie: no dobrze, to co nowego można zrobić? To pytanie jest nadal otwarte. To jest kwestia ochrony, czyli kryptografii kwantowej, mocy obliczeniowej komputerów itd. Nie wiemy dokąd nas ta droga zaprowadzi, ale jest ciekawa. 

Twoja koncepcja kryptografii kwantowej różni się od koncepcji Charles’a Bennett’a i Gilles’a Brassard’a, którzy swoje szyfry oparli na zasadzie nieoznaczoności Heisenberga. Ty wykorzystałeś zjawisko splątania kwantowego. Czym różnią się te dwie koncepcje i dlaczego Twoja jest teraz bardziej doceniana i częściej wykorzystywana?

Dziedzina kwantowej informacji jest dość szerokim działem. Kryptografia kwantowa zajmuje się częścią dotyczącą ochrony informacji i tego, żebyśmy przesyłali i komunikowali się w taki sposób, żeby tylko osoby upoważnione mogły te informacje czytać. Tak jak wspomniałaś, kryptografia jest bardzo starą dziedziną. W Sparcie już 500 lat p.n.e. ludzie potrafili szyfrować na proste sposoby. Zaraz po tym, jak ludzie zaczęli używać alfabetu, w miarę łatwo było zamieniać, poprzestawiać litery.

Szyfrem Cezara chyba większość nawet współczesnych dzieci posługiwała się już w podstawówce.

No właśnie. Dziedzina ta ma więc długą i bardzo ciekawą tradycję. Dużo można opowiadać na ten temat. Ludzie bardzo długo zastanawiali się, czy uda się znaleźć taką metodę szyfrowania, która jest nie do złamania. Historia uczy nas, że jeśli cokolwiek wymyślono, żeby ochronić informację, prędzej czy później ktoś potrafił złamać szyfr. W związku z tym zawsze toczyła się walka pomiędzy ludźmi, którzy wymyślali szyfry i tymi, którzy je łamali. Sprawa Enigmy  to bardzo ciekawy przykład. Polscy matematycy – z Poznania zresztą: Rejewski, Zygalski i Różycki, to byli ludzie, którzy zastosowali ciekawe metody matematyczne, żeby złamać szyfr Enigmy. Sama Enigma też była bardzo ciekawym wynalazkiem. Gdyby była używana w trochę bardziej rozsądny sposób, to trudno byłoby ją złamać. To jest przykład tego, że ilekroć wymyśli się coś ciekawego jeśli chodzi o szyfrowanie, prędzej czy później przychodził ktoś, kto potrafił złamać dany szyfr. Ludzie  myśleli, że w zasadzie nie da się skonstruować szyfru, który będzie nie do złamania. Ale nadszedł czas kryptografii kwantowej, która zmieniła reguły gry. Wydaje nam się w tej chwili, że odnaleźliśmy szyfr, którego nie da się złamać. Dlaczego tak uważamy? W porównaniu do wszystkich innych szyfrów, szyfr kwantowy nie opiera się wyłącznie na metodach matematycznych, to nie jest matematyczna łamigłówka, którą w pewnym momencie ktoś rozwiąże i złamie szyfr. Szyfry kwantowe bazują na prawach fizyki. O ile można zakładać, że znajdzie się ktoś, kto jest zdolny i potrafi rozwiązać problem matematyczny, który jest nie do rozwiązania dla innych, tak trudno nam zakładać, że ktoś zmieni prawa fizyki – one są jakie są. Odkrywamy je, ale nie możemy na nie wpływać. W związku z tym, tak jak mówisz – w tej chwili istnieją dwie metody kryptografii kwantowej. 

Jedna z nich została wymyślona przez Charles’a Bennett’a i Gilles’a Brassard’a. Ich sposób polega na używaniu – tak jak wspomniałaś – zasady nieoznaczoności Heisenberga. W zasadzie ich metoda bazujena tym, że informacje, bity koduje się używając np. polaryzacji fotonów. Jeśli wybierze się odpowiednio tę polaryzację, każdy, kto będzie chciał podsłuchać tę wiadomość, czyli dokonać pomiaru na nośniku informacji, będzie zaburzał ten komunikat i taka osoba zostanie wykryta. Bennett i Brassard chronologicznie byli pierwsi. Nie znałem ich pracy. Moja metoda, którą odkryłem niezależnie, bazuje na trochę innym zjawisku – kwantowym splątaniu. Tłumaczenie tego w szczegółach nie jest łatwe, ale ogólnie chodzi o to, że można generować pary obiektów fizycznych, np. fotonów, które są splątane. Oznacza to, że jeśli dokonujemy pomiaru na jednym z nich, to drugi obiekt to „odczuwa”. Stanowią jak gdyby nierozłączną całość mimo, że mogą być od siebie oddzielone, znajdować się lata świetlne od siebie. Moja idea polegała więc na czymś innym. Własność tego kwantowego splątania prowadzi do czegoś, co nazywamy nierównościami Bella. Pewnego typu korelacje, zbieżność i podobieństwo pomiarów, które wykonuje się na oddalonych od siebie obiektach, mówią nam o tym, że to jest bardzo kwantowa rzeczywistość, której nie ma w świecie klasycznym. Wykorzystałem tę własność. Jeśli ktoś starałby się „podsłuchiwać” to osoby, które dokonywałyby pomiarów byłyby w stanie to zauważyć. Są różnice pomiędzy tymi dwoma systemami w tym sensie, że mój uważany jest za bezpieczniejszy i prowadzi także do innych bardzo ciekawych aspektów. Nie chcę mówić, że moja metoda jest lepsza dlatego, że jest moja. Pomysł Charles’a i Gilles’a jest rzeczywiście bardzo dobry. Problem z ich protokołem polega na tym, co po angielsku nazywa się side channel, po polsku powiedzielibyśmy pewnie kanały poboczne: jeśli ktoś ma urządzenie kryptograficzne i go do końca nie kontroluje, albo po prostu go nie zna, może się zdarzyć, że urządzenie generuje sygnały, których użytkownik nie jest świadom. Te sygnały mogą doprowadzić do  podsłuchu. Np. wybór różnych polaryzacji może prowadzić, tak jak to było zrobione w pierwszych eksperymentach IBM, do powstania różnego rodzaju dźwięków. Np. przesuwając urządzenie ustawiające polaryzację, w zależności od położenia wyda ono inny dźwięk. Ktoś kto słucha, będzie więc wiedział jaka to polaryzacja, nie musi dokonywać pomiaru na fotonie. Możliwości istnienia kanałów pobocznych nie wolno lekceważyć. Jeśli osoba, która szyfruje, nie ma o nich pojęcia, a przeciwnik o nich wie, może to wykorzystać. System Bennett’a i Brassard’a jest na side channel narażony, nie możemy ich wykluczyć. Natomiast w mojej metodzie side channels są wykrywalne. Fotony mogą być generowane przez kogokolwiek, pomiary nie muszą być dokładne, a jednocześnie mamy gwarancję, że jeśli tylko widzimy  pewną korelację statystyczną, zaobserwujemy łamanie nierówności Bella. Wiemy wtedy, że można z tego wyciągnąć klucz kryptograficzny. Gdy popatrzymy na eksperymenty Chińczyków, którzy wysyłają  klucz z satelity…

W chińskim satelicie Micius zastosowane jest właśnie Twoje rozwiązanie, prawda?

Tak. Technologia generowania stanów splątanych rozwinęła się już na tyle, że może być wdrażana. Pierwsze takie implementacje bazowały w większości na protokole Charliego i Gilles’a  dlatego, że były łatwiejsze do realizowania. One nie były może dokładnie robione tak jak trzeba, ale były relatywnie prostsze. Natomiast teraz technologia generacji stanów splątanych jest na tyle dobra, że w zasadzie przechodzi się w stronę mojego systemu. Ale wiesz, na pewno te dwa systemy będą jakoś współistnieć. 

Ile czasu zajęło Ci przekonanie innych do swojej koncepcji? 

Trochę (śmiech). Dość szybko mój znajomy, wtedy opiekun naukowy, David Deutsch skontaktował mnie z Brassardem i Bennettem, o odkryciach których nie wiedziałem. Z jednej strony czułem się trochę rozczarowany tym, że ktoś inny pracował nad podobną koncepcją, ale z drugiej strony to było fajne, bo wydawało mi się, że jeżeli myśleli o tym ludzie, którzy byli już wtedy znani w tej dziedzinie to oznacza, że to jest ciekawy i dobry kierunek. W związku z tym czułem się trochę dowartościowany, ale i trochę rozczarowany tym wszystkim. Metoda była inna, z czasem moja okazała się lepsza, ale to wszystko zajęło trochę czasu. Dlatego, że trudno było do niej  przekonać ludzi. Ci, którzy rozumieli fizykę nie rozumieli kryptografii, ci, którzy rozumieli kryptografię nie rozumieli fizyki. Szło to powoli, ale starałem się, dawałem wykłady. Moja praca została opublikowana w „Physical Review Letters”, które jest poważanym czasopismem. To do pewnego stopnia pomogło. Do tej pory nie wiem kto był recenzentem tego artykułu. Chyba David Mermin, który powiedział mi kiedyś, że moja praca wydawała mu się pokręcona i wariacka, że nawet trudno ją ocenić, ale zasugerował, żeby mimo wszystko ją opublikować, bo jeśli coś z tego wyjdzie, może to być bardzo ciekawe. Wyglądało to mniej więcej tak: „Nie do końca rozumiem o co chodzi, gość jest pewnie zupełnie pokręcony, ale coś tam fajnego jest więc nikomu nic złego się nie stanie, jeśli to opublikujemy”. Tak to poszło. Później trudno było tę moją koncepcję tłumaczyć. W pewnym momencie połączyliśmy siły z Bennettem i Brassardem i napisaliśmy popularny artykuł w „Scientific Amercian”. Po publikacji zaczęto nas traktować poważnie. A tak naprawdę na serio w momencie gdy ówczesna Defence Research Agnecy w Wielkiej Brytanii(obecnie funkcjonująca pod nazwą QinetiQ) – Agencja ds. Badań Naukowych Ministerstwa Obrony w Wielkiej Brytanii się tym zainteresowała. Zrobiliśmy doświadczenia, które pokazywały, że to może działać. Od tego momentu ludzie zaczęli to odkrycie traktować poważnie. 

Zanim mocniej zaczęłam wgłębiać się w temat, kryptografia kwantowa była dla mnie synonimem niezawodności i bezpieczeństwa. Byłam pewna, że tego szyfru złamać się nie da, bo trzeba by zmienić prawa fizyki. Natomiast naukowcy z kierowanego przez ciebie Center for Quantum Technologies twierdzą, że są w stanie złamać każdy szyfr kwantowy. Czy to dotyczy tylko protokołu opartego na nieoznaczoności Heisneberga, czy także Twojego, opartego na splątaniu, co znaczyłoby, że Twoja metoda też nie jest doskonała.

Ta praca dotyczy implementacji, a nie protokołu jako takiego. Żadna metoda – zarówno moja, jak i inne – nie jest odporna na ludzką głupotę. Jeśli ktoś robi implementację w niewłaściwy sposób, to trzeba liczyć się z możliwością przechwycenia klucza. Na pewno wiemy w jaki sposób to się może stać w przypadku systemu Bennetta i Brassarda. Jeśli chodzi o mój model, można powiedzieć tak: gdy zaobserwujemy łamanie nierówności Bella  klucz będzie bezpieczny niezależnie od tego, co głupiego ludzie robią. Ale oczywiście można sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś używa nieodpowiednich detektorów, gdy przez głupotę ludzką klucz wycieknie, bo ktoś nie stosuje protokołu tak jak trzeba. Może w ten sposób: każdy, kto trzyma się instrukcji będzie w stanie wygenerować klucz kryptograficzny. albo nie będzie w stanie go wygenerować. Wiesz, w kryptografii chodzi o to, żeby nie dać się oszukać. Cel jest taki, żeby osoby, które myślą, że mają poufną informację, rzeczywiście ją posiadały, a nie tylko miały takie wrażenie, w momencie gdy ktoś ich podsłuchał. Zadaniem osoby, która jest twoim wrogiem i która podsłuchuje nie jest to, żeby zapobiec tajnej komunikacji – wprost przeciwnie. Ta osoba chce, żeby ta komunikacja zaistniała, ale żeby ludzie myśleli, że ona jest bezpieczna w sytuacji, w której tak naprawdę bezpieczna nie jest. W moim wypadku to wygląda w ten sposób, że albo rzeczywiście my we dwoje wiemy, że nasz klucz kryptograficzny jest bezpieczny i tylko ty i ja go znamy, albo nie jesteśmy w stanie doprowadzić do jego wymiany. Mimo że próbujemy, za każdym razem protokół daje nam negatywny rezultat co oznacza, że ktoś nas podsłuchuje, albo że kanał jest zaszumiony itp. W związku z tym taka dystrybucja klucza nie jest w tym momencie możliwa. W moim protokole może dojść do sytuacji, w której nie mamy klucza, bo protokół mówi nam, że nie można zrobić jego dystrybucji. Jesteśmy więc w tych dwóch ekstremalnych sytuacjach: albo we dwójkę wiemy, że nasza rozmowa jest bezpieczna, albo nie mamy możliwości komunikacji. Natomiast nigdy nie będzie tak, że wydaje nam się, że jest bezpiecznie, a nie jest. Nigdy nie będziemy oszukani. Może się natomiast zdarzyć, że nie będzie można prowadzić tajnej komunikacji. 

Czy warto inwestować w kryptografię kwantową?

W ogólnie pojętym sensie – tak. Ale prywatni ludzie niekoniecznie powinni swoje oszczędności teraz inwestować w kryptografię kwantową. Inwestycja w skali globalnej, w badania naukowe, w tę dziedzinę nauki na pewno przyniesie coś dobrego. Często przybiera to formę zaangażowania ze strony rządu lub organizacji rządowych, które wspierają badania naukowe. Coraz częściej wsparcie idzie także ze strony prywatnych inwestorów, którzy widzą w tym zysk. Jest trochę firm, które zajmują się kryptografią kwantową, tworzę kwantowe urządzenia kryptograficzne. Jeśli popatrzysz np. na Chińczyków, którzy jako kraj inwestują w tę dziedzinę, to jest oczywiste, że jeśli chcesz być supermocarstwem, kontrola nad informacją jest rzeczą nawet ważniejszą niż potęga militarna jako taka. W związku z tym należy inwestować, bo źle gdyby kwantowa technologia była domeną tylko jednego kraju. Gdyby nastąpiła dysproporcja nie byłoby to zdrowe dla nikogo. Europa czy Ameryka powinny się zaangażować, żeby ta technologia była ogólnodostępna.

Czy Chiny są teraz pionierami w wykorzystaniu tej technologii? 

Nie, w tej chwili nie są. Ale mają duże inwestycje, wielu zdolnych ludzi. Tyle, że powielają pomysły, które powstały gdzie indziej. Niektóre z nich moglibyśmy realizować w Europie czy gdziekolwiek indziej. Nie przeznaczamy jednak tak dużych funduszy i nie mamy takich inwestycji w tę dziedzinę. W tej chwili jeszcze nie, ale wydaje mi się, że jeśli się nie będzie inwestować w badania nad tą technologią, to Chiny nas wyprzedzą. 

Pomyślałam, że to o czym rozmawiamy może wydawać się bardzo odległe i abstrakcyjne, tymczasem zastosowanie kryptografii kwantowej jest namacalne. Np. ma być wykorzystywana podczas Olimpiady w Tokio, Singapur planuje ją wdrożyć wykorzystując sieci światłowodowe – więc to nie są nowatorskie instalacje, które trzeba od nowa stworzyć – co przecież przedłużyłoby proces implementacji. Rysuje nam się więc obraz technologii na wyciągnięcie ręki. Świat już korzysta z tych dobrodziejstw.

Tak, ta technologia już wchodzi. Nie jest może jeszcze dominującą technologią kryptograficzną, ale też jest coraz mniej niszową; staje się coraz bardziej znana i akceptowana, rozumiana i wykorzystywana.

Dlaczego spośród tylu dziedzin mechaniki kwantowej, aspektów, którymi mogłeś się zająć, wybrałeś kryptografię? Czy to był przypadek, czy doszedłeś do niej po nitce do kłębka? Jesteś jej współtwórcą, więc w tym aspekcie nie mogłeś bazować na pracy kogoś innego. 

To jest połączenie różnych rzeczy. Zawsze interesowała mnie kryptografia od strony matematycznej. Znane mi były techniki matematyczne, które kryptografia wykorzystuje. Natomiast na początku moich studiów doktoranckich nie wiedziałem co chcę robić. Opiekun mojej pracy doktorskiej zasugerował mi temat, który był wtedy modny: żeby używając pewnych kwantowych stanów fotonów zwiększyć przepustowość informacji. To mnie zainteresowało. Później okazało się, że to do niczego nie prowadzi, bo są na to lepsze metody i nie potrzeba do tego efektów kwantowych. Interesując się podstawami mechaniki kwantowej zdałem sobie sprawę, że pewne rozwiązania, których szukają kryptografowie, można zrealizować za pomocą testu Bella. Do kryptografii kwantowej doszedłem czytając pracę Einsteina, Podolskiego i Rosena. To jest historycznie ważna praca, która powstała w 1935 roku. Einstein pisze w niej zdanie, które brzmi mniej więcej tak: jeśli można zmierzyć pewną własność fizyczną nie zaburzając jej, to istnieje tzw. element rzeczywistości, który jest związany z tą własnością fizyczną. Wiedziałem też, że później Bell i inni pokazali, że taki scenariusz może być niemożliwy, że istnieją aspekty mechaniki kwantowej, które pokazują, że takich elementów rzeczywistości po prostu nie ma. Definicja Einsteina, gdy czyta się ją z perspektywy kryptologa, odpowiadała definicji idealnego podsłuchu. Ktoś, kto chce nas podsłuchać, chce to zrobić nie zaburzając informacji, tak, aby nie zostać wykrytym. To mi się jakoś razem ze sobą poskładało. 

Oczywiście kiedy wymyślisz coś nowego, to nikt cię nie chce słuchać, wszyscy cię olewają (śmiech). Każdy opiera swoją wiedzą na progresywnym podejściu. Ludzie rozumieją na ogół coś, co bazuje na tym, co już dobrze rozumieją. 

Większość laików wrzuca kryptografię kwantową do jednego worka z komputerami kwantowymi. Być może jest to uzasadnione uproszczenie. Kryptografia kwantowa już jest z powodzeniem stosowana. Z komputerami kwantowymi nadal mamy problem. Google niedawno odtrąbiło wielki sukces swojego komputera kwantowego, który podobno osiągnął tzw. kwantową supremację. Do większości ludzi przemawia fakt, że komputer Googla wykonał w ciągu 3 minut i 20 sekund obliczenia, które tradycyjnemu superkomputerowi zajęłyby 10000 lat. Komputer Google posiada aż/tylko 54 kubitowy procesor – daje to możliwość przetworzenia 10 biliardów stanów naraz. Już 500 kubitowy komputer mógłby przeprowadzić jednocześnie analizę większej ilości danych niż wynosi liczba atomów w obserwowalnym wszechświecie. IBM stwierdziło jednak, że o ile komputer Googla dokonał kwantowej przewagi, to nie możemy mówić w tym wypadku o kwantowej supremacji. Twierdzą, że ich odpowiednio skonfigurowany superkomputer – Summit – jest w stanie wykonać te obliczenia w 2,5 dnia. Urządzenie Googla nie byłoby w takim razie 1 milion 460 tysięcy razy szybsze od wspomnianego Summita. 

Trudno wśród pojawiających się medialnych doniesień oddzielić prawdę od PR-owych przechwałek. Jak jest naprawdę z tym kwantowym komputerem Google’a? Czy te 54 kubity (a w zasadzie 53 działające) to rzeczywiście coś, czym można się tak chwalić? Czy jednak, żeby mówić o komputerze kwantowym, tych kubitów musiałoby być np. 1000000 i jak daleko od stworzenia takiej maszyny jesteśmy? 

Krótka odpowiedź na twoje pytanie jest taka: tak, to oczywiście było zagranie PR-owe ze strony Google. Natomiast trochę dłuższa odpowiedź jest następująca: tak jak mówisz, komputery kwantowe, jak i kryptografię kwantową wrzuca się do jednego worka mimo, że to są różne zastosowania podobnej technologii. Kwantowa technologia jest wykorzystywana do szyfrowania i do ochrony danych – to jest kryptografia kwantowa. Natomiast ta sama technologia bazująca na podobnych efektach kwantowych może być również stosowana do tego, aby komputery obliczały lepiej i szybciej używając nowych, lepszych kwantowych algorytmów. Ale oczywiście występują związki pomiędzy kryptografią, a komputerami kwantowymi. Szyfry, które w tej chwili są używane i które nie są kwantowe np. te, których używamy do ochrony kart kredytowych itp. opierają się na pewnych procesach obliczeniowych. Metody, których się używa bazują na pewnych procesach matematycznych, które są trudne dla klasycznych komputerów, dlatego uznaje się je za bezpieczne. Nie są one natomiast trudne dla przyszłych, kwantowych komputerów. W związku z tym duże zainteresowanie komputerami kwantowymi wynika również z tego, że mogą one łamać obecne, klasyczne szyfry. Pojawia się pytanie, które w tym momencie jest bardzo ważne, a które zadają sobie agencje rządowe, firmy komputerowe: w jaki sposób się zabezpieczyć,jeśli rzeczywiście nastąpi era kwantowych komputerów? 

Jeśli za 10, 20, 30, może 50 lat powstanie wreszcie kwantowy komputer, który będzie miał tak dużą moc obliczeniową, że będzie mógł łamać obecnie stosowane szyfry. Co wtedy? To jest pytanie, które rzeczywiście nie daje spokoju. Nawet takie duże agencje jak National Security Agency w Stanach Zjednoczonych, która zajmuje się standardami kryptograficznymi, ogłosiła otwarty konkurs na stworzenie klasycznego szyfru, którego nie złamią komputery kwantowe. To trudne zadanie, bo nie wiemy dokładnie co kwantowe komputery mogą dokładniej policzyć, a czego nie. Są jednak pomysły jak to zrobić. Wracając do kryptografii kwantowej – jest ona odporna na ataki ze strony komputera kwantowego. Kryptografia kwantowa nie jest jednak aż tak uniwersalna, jak wiele systemów kryptograficznych, których teraz używamy. Ona jest dobra do prostych połączeń np. dwie osoby komunikują się ze sobą. Natomiast jeśli chodzi np. o podpisy elektroniczne, czy bardziej wyrafinowane metody kryptograficzne, to kryptografia kwantowa w tej chwili do tego się jeszcze niespecjalnie nadaje. 

Wracając do twojego pytania, jak to jest z tymi komputerami kwantowymi, czy rzeczywiście dzisiaj je już mamy, czy jeszcze nie. Odpowiedź jest taka: nie mamy, eksperyment Google jest bardzo PR-owy. Wiesz, to jest bardzo dobra fizyka, to jest naprawdę duże osiągnięcie, ale zostało ono wyolbrzymione. Podmiot finansujący grupę ludzi, którzy przez dłuższy czas nad czymś pracują, musi pokazać, że jest jakiś postęp, żeby uzasadnić te duże wydatki. Oni rzeczywiście robią świetną naukę, świetną fizykę, ale problem, który pokazali jest dyskusyjny, bo jest zupełnie niepraktyczny. Można również powiedzieć, że inni ludzie, którzy pracowali wcześniej nad komputerami kwantowymi opartymi na pułapkach jonowych mieli podobne rezultaty, ale nie trąbili na prawo i lewo, że mają komputer kwantowy itp., itd. W którym momencie udowodnimy bezsprzeczną „supremację” komputera kwantowego to kwestia podatna interpretacjom… poniekąd wynika to z faktu, że w przypadku komputerów kwantowych nie jest tak jak z bombą atomową – jak wybuchnie to wiesz, że działa i wiesz, kiedy nastąpiła pierwsza eksplozja. Przeprowadzono test na pustyni w Nowym Meksyku i bum, jest bomba. W przypadku komputera kwantowego nie będzie tego „bum”. Nie będzie momentu, w którym będziemy mogli powiedzieć: „O, teraz działa!”. To będzie progresywny postęp. Z jednego przeskoczymy do dwóch kubitów, z dwóch do dziesięciu, potem będzie pięćdziesiąt kubitów, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt. One są i tak w tej chwili bardzo zaszumione. Nie wiemy w tej chwili czy jakikolwiek rozsądny algorytm kwantowy mógł być rzeczywiście realizowany na tych maszynach. To nie są  nawet kwantowe liczydła. Ale prawdą jest też, że jesteśmy w fazie eksperymentów, które pokazują nam, że siła komputerów kwantowych to nie  czysto teoretyczna przepowiednia, która nie ma eksperymentalnego uzasadnienia, ona to uzasadnienie ma. To są rzeczywiście ważne badania naukowe, których nie należy lekceważyć, ale trzeba spojrzeć na nie z odpowiedniej perspektywy. Do komputerów kwantowych jest jeszcze długa droga. Ale dobrze, że Google zajmuje się tym tematem. Dobrze, że ludzie nad tym pracują, bo tylko w ten sposób można osiągnąć cel. Ale to nie będzie jeden moment albo będzie mnóstwo takich momentów, kiedy będziesz słyszeć, że już mamy komputer kwantowy. Nie możemy powiedzieć, że coś jest, albo, że czegoś nie ma. Te maszyny stają się coraz bardziej skomplikowane, wyrafinowane, lepsze i w pewnym momencie na pewno będą mogły robić rzeczy, które będą praktyczne.

Mnie w tej drodze do komputera kwantowego najbardziej zastanawia, jak można poradzić sobie ze zjawiskiem dekoherencji. Wydaje mi się to trudnym do przeskoczenia problemem. Jak sobie z tym poradzić?

Jedna z przyczyn, dla których ludziom zajęło tyle czasu, żeby odkryć mechanikę kwantową wynika z tego, że nie widzimy zjawisk kwantowych na co dzień. Dostrzegamy je dopiero wtedy, kiedy zagłębimy się w świat atomów używając wyrafinowanych urządzeń. Mechanika kwantowa jest dziwna. Dekoherencja jest w pewnym stopniu wytłumaczeniem tego, że każde zjawisko kwantowe rozmywa się dosyć szybko, jeśli obiekty kwantowe zaczynają oddziaływać ze wszystkim w okolicy. Rzeczywiście to jest duży, chyba najważniejszy problem w całej technologii kwantowej. Jak sobie z tym poradzić? Całe szczęście mamy na to pomysły. Np. robienie kwantowej korekcji błędów. Błędy, które generujemy realizując metody kwantowej korekcji błędów też można poprawiać. Tylko, że żeby to zrobić, niektóre elementy, kwantowe bramki logiczne, muszą mieć pewną precyzję, której jeszcze nie osiągnęliśmy. Nawet John Martinez z Google’a powiedział wyraźnie, że następnym ważnym krokiem będzie pokazanie, że można ochronić się przed dekoherencją używając kwantowego poprawiania błędów. 

Jaka w takim razie przyszłość czeka tradycyjne komputery i urządzenia elektroniczne? Współczesne tranzystory już są mniejsze niż wirus grypy czy bakteriofag… a zapowiedzi miniaturyzacji są jeszcze bardziej spektakularne. Natrafimy    w końcu na przeszkodę związaną ze zjawiskiem tunelowania kwantowego. Gordon Moore prognozował, że rok 2020 będzie czasem, w którym skończą się tłuste lata dla branży konwencjonalnej elektroniki. Zbliżamy się do ściany?

Wiesz, wydaje mi się, że nie należy wróżyć komputerom klasycznym jakiejś rychłej śmierci. One będą istnieć – chociażby poprzez interfejs pomiędzy człowiekiem a maszyną. Nawet jeśli w środku będzie procesor kwantowy, całe przetwarzanie informacji od strony ludzkiej do procesora kwantowego musi się odbyć za pomocą różnych klasycznych elementów. Wydaje mi się, że tak naprawdę to będzie system hybrydowy. Będziesz mieć u siebie na biurku komputer mniej więcej taki, jaki masz teraz i on być może w przyszłości będzie miał kwantowy procesor do którego będzie można wysyłać informacje. Ale jeszcze bardziej prawdopodobne jest, że przez długi czas będziemy używać komputerów kwantowych w chmurze w ten sposób, że jeśli będziesz miała jakieś zadanie, które jest wyjątkowo dobre dla komputera kwantowego, to po prostu będziesz je wysyłać do kwantowego serwera i to on będzie odpowiadać.

Prawo Moore’a…. pewnie trochę zwolni, ale jeszcze obroni się przez jakiś czas. Za każdym razem kiedy oznajmiamy światu, że doszliśmy do bariery, której nie da się pokonać, zawsze znajdzie się jakaś metoda, żeby ją w ten czy inny sposób obejść. Ludziom się wydawało, że jeśli dojdziemy do – tak jak mówisz – molekuł, do atomów, to już nie będzie można pójść dalej w związku z brakiem możliwości kodowania informacji. Tymczasem okazuje się, że w świecie atomów można kodować i to w jeszcze ciekawszy sposób. 

Kiedy myślę o tym, co może mi dać dziedzina, którą ty się zajmujesz, czy komputery kwantowe, przychodzi mi na myśl oczywiście kwestia bezpieczeństwa moich danych, rozwój medycyny, wojskowość. Właściwie ten rozwój kwantowej technologii dotknie każdego obszaru naszego życia.

Tak, wiele się zmieni, ale do końca jeszcze nie jest jasne w jaki sposób. Wydaje mi się, że każdy zdaje sobie sprawę z tego, że technologie kwantowe niosę ze sobą olbrzymi potencjał. Ale na pytanie, co dokładnie się zmieni, jest bardzo trudno odpowiedzieć. Wiesz, można spekulować. Tak jak mówisz – ochrona danych. Kwantowe procesy fizyczne można wykorzystać do super dokładnych pomiarów np. czasu czy częstotliwości co oznacza, że GPS przyszłości będzie super precyzyjny. Będzie można sterować z dokładnością do milimetrów, albo i większą. Jeśli chodzi o diagnostykę medyczną, bardzo istotne staną się pomiary pól magnetycznych. W farmacji powstaną metody tworzenia nowych leków, które będzie można inżynieryjnie projektować tak, żeby nie generowały się statystycznie w reakcjach chemicznych; będzie można atom po atomie poskładać jakąś molekułę. To też jest przykład technologii kwantowej. 

Kiedy ludzie mnie pytają, w jaki sposób komputery kwantowe zmienią świat odpowiadam tak: wyobraź sobie, że teraz nie rozmawiasz ze mną tylko z Charlesem Babbage, cofasz się do XIX wieku i pytasz go o zastosowania maszyny uniwersalnej, którą wynalazł. Jego wyobraźnia była poniekąd ograniczona. Powiedziałby pewnie o lepszych tablicach matematycznych. Nigdy nie myślałby o Internecie, Facebooku czy Skype.

Michael Faraday zapytany przez członka brytyjskiego rządu o korzyści, jakie może przynieść jego praca nad elektrycznością odpowiedział, że nie wie, ale na pewno wkrótce będzie to można opodatkować.  Od lat potwierdza się więc to samo. 

Mechanikę kwantową upodobali sobie pseudonaukowcy. Gdy zaczniemy myśleć o superpozycji, o splątaniu kwantowym, metafizyczny wydźwięk tej dziedziny nauki nasuwa się sam. Zastanawiam się, czy ty jesteś naukowcem, który aspekt metafizyczny bierze pod uwagę? Czy np. koncepcja wieloświata Everetta jest ci bliska? Pamiętam moją rozmowę z twoim kolegą, również fizykiem kwantowym, Andrzejem Draganem – do bólu racjonalnym adwersarzem filozofów. 

Ja nie jestem aż tak radykalny. Musisz zrozumieć, że wśród fizyków panuje zdrowa nieufność w stosunku do filozofów. Jest tak dużo złej filozofii… Z czasów studenckich pamiętam jak mówiliśmy, że jeśli nie dawałeś sobie rady na fizyce, to szedłeś na informatykę, jeśli nie dawałeś sobie rady na informatyce, szedłeś na jeszcze inne studia. I gdzieś na dole tej hierarchii znajdowała się filozofia. Bardzo łatwo jest głosić rozważania i poglądy, które bardzo często nie wymagają pracy, którą trzeba włożyć w to, żeby przekonująco poprzeć swoje poglądy i tezy. Tak się składa, że mechanika kwantowa przyciąga różnego rodzaju szarlatanów. Ludzi, którzy wierzą w quantum healing, czy w inne tego typu wymysły. Dlatego, że mechanika kwantowa jest rzeczywiście wyzwaniem dla wyobraźni – nawet dla ludzi z branży, którzy zajmują się tą dziedziną na co dzień. Jeśli ograniczysz się do równań, wszyscy w zasadzie zgadzają się ze sobą. Natomiast jeśli zapytasz ludzi czy można to w jakiś sposób zrozumieć, wyjaśnić jak to się dzieje – w tym momencie ujawniają się różne poglądy na mechanikę kwantową. Jest dużo tzw. interpretacji mechaniki kwantowej. Jeśli cofniemy się do samych narodzin tej gałęzi nauki, do późnych lat 20-tych, lat 30-tych XX wieku zobaczymy, że Einstein, Bohr i inni też się ze sobą sprzeczali, mieli różne poglądy. Zgadzali się co do równań. Ale np. wieloletnia korespondencja Einsteina z Bohrem pokazywała wyraźnie, że jeśli chodzi o pojęciowe strony mechaniki kwantowej, następowała między nimi duża różnica zdań. Nawet w branży, już abstrahując od filozofii, jest dosyć dużo różnych poglądów na temat tego, jak to naprawdę działa. Wydaje mi się, że każdy, który praktykuje mechanikę kwantową ma na nią swój własny pogląd; nawet, jeśli się do tego nie przyznaje. Tak naprawdę chyba mało jest ludzi, którzy są bardzo instrumentalnie nastawieni do mechaniki kwantowej. Pracujesz w tym zawodzie z zaangażowaniem – a tak trzeba do tego podchodzić, bo spędzasz sporo czasu, żeby coś zrozumieć. Poza tym wiesz, to nie jest praca, która jest dobrze płatna, dlatego musisz ją lubić. Jak już to lubisz, to chcesz wiedzieć jak to wszystko działa. Jeśli chcesz wiedzieć jak to działa, to wchodzisz trochę w ten aspekt metafizyczny, od którego niektórzy się odżegnują. Prezentują wtedy podejście epistemologiczne, które mówi: nie wiemy co się dzieje, ale najważniejszy jest sposób, w jaki my to postrzegamy. Oczywiście można i tak. Ja osobiście jestem zwolennikiem Everetta i wielu światów, bo mi to odpowiada, ja to po prostu lubię i to mnie kręci. To jest interpretacja, która jest coraz bardziej brana na serio. Np. jeśli chcielibyśmy wytłumaczyć jak działają komputery kwantowe można ludziom przemówić do wyobraźni mówiąc, że do jakiegoś stopnia można sobie wyobrazić równolegle działające komputery klasyczne, każdy z nich wykonujący obliczenia w swoim własnym świecie. Ich wynik jest zbierany poprzez kwantowe interferencje. Te obliczenia, które nastąpiły w różnych, równoległych światach, znajdują później miejsce w jednym z nich. Brzmi to troszeczkę fantastycznie, ale to nie jest fantazja, za tym stoją poważne równania fizyczne.  

Tak jak Andrzej Dragan, ja też nie lubię tanich filozofów, którzy chodzą i głoszą swoje mądrości życiowe. Ale trzeba także powiedzieć, że jest wielu bardzo dobrych filozofów. Byłem pod wrażeniem Oxfordzkiej Szkoły Filozofii Nauki. Ale taka filozofia wymaga naprawdę dobrej znajomości fizyki. Jeśli ktoś zajmuje się np. filozofią nauki, znając dobrze tę dziedzinę, to zarówno ja, jak i Andrzej, lub ktokolwiek inny, będzie takiego człowieka szanował. Ponieważ taka praca wymaga nie tylko fachowej wiedzy technicznej, ale również świetnego obycia filozoficznego, zrozumienia. 

Niektórzy patrzą na mechanikę kwantową i jej bagaż filozoficzny w kontekście historycznym. Powstała ona w latach 20-tych i 30-tych XX wieku, kiedy żyli i pracowali Bohr i inni współtwórcy tej teorii. Fizycy ci starali się ją interpretować za pomocą czegoś, co jest nazywane interpretacją kopenhaską mechaniki kwantowej, która jest bardzo pozytywistyczna. Dominującym trendem intelektualnym tamtych czasów było Koło Wiedeńskie, które również reprezentowało pozytywistyczne metody myślenia. Ten wiedeński pozytywizm logiczny w jakiś sposób zaważył na tym, w jaki sposób na początku myślano o mechanice kwantowej. Tak myślał np. Bohr. Natomiast Einstein był inny, był większym realistą. Tych dwóch naukowców reprezentowało dwie szkoły: jedna z nich bazowała na epistemologii: nie wiemy jak jest naprawdę. Fizyka nie mówi o tym jakie rzeczy są, tylko w jaki sposób je postrzegamy, co możemy zaobserwować. Einstein nie zgadzał się z takimi poglądami – ja również. Uważam, że fizyka mówi nam o rzeczywiście istniejącym świecie. Szkoda, że pozytywizm logiczny wywarł takie piętno na mechanice kwantowej. Jak się na to nie spojrzy – czy lubisz filozofię czy nie ludzie, którzy się nią zajmują mają swoje poglądy. Myślą o nauce, sztuce, o otaczającym ich świecie w kategoriach, które są po części kategoriami filozoficznymi. Wychowano cię w określonym duchu patrzenia na świat, ponieważ trend intelektualny w danym okresie czasu był taki, a nie inny. Pewnie gdyby mechanika kwantowa powstała w XVIII wieku patrzono by na nią inaczej; gdyby powstała teraz, też patrzylibyśmy inaczej. Wydaje mi się, że teraz interpretacja Everetta byłaby oczywista. Ale w latach 30-tych, kiedy działał Bohr wcale taka nie była.

Bohr nawet nie chciał rozmawiać z Everettem, choć ten zabiegał o spotkanie. 

Tak, Everett był rzeczywiście biedny. Był bardzo źle traktowany przez swojego promotora, przez Bohra…. według mnie był swego rodzaju tragicznym geniuszem. Ja osobiście jestem za Everettem i się z tym nie kryję. Wracając do twojego pytania, często mam do czynienia z filozofami. Bardzo podoba mi się to, że fizyka poniekąd wypiera filozofię z pewnych dziedzin. Dlatego, że przez długi czas ludzie myśleli, że teoria ukrytych zmiennych, nierówności Bella – to jest w zasadzie filozofia i fizycy nie powinni się tym zajmować. Kiedy studiowałem na Oxfordzie, wśród fizyków obowiązywało hardcorowe podejście: cokolwiek ma zapach filozofii, trzeba się od tego trzymać z daleka, bo nie dostaniesz żadnej pracy. Taki stan jeszcze trochę pozostał, ale nie jest on do końca uzasadniony. Wydaje mi się, że fizycy powinni robić wszystko, co im się podoba, nawet jeśli zalatuje to trochę filozofią. Może się bowiem okazać, że wiele z aspektów mechaniki kwantowej, które wydawały się czysto metafizycznymi lub filozoficznymi zagadnieniami, znajduje swoje praktyczne zastosowania. Tak było np. z  nierównościami Bella. Ja spotkałem Bella tylko raz, gdy byłem studentem na Oxfordzie. To było krótko przed jego śmiercią, gdy przyjechał do nas z wykładem. Podszedłem potem do niego i nieśmiało opowiedziałem o swoich pomysłach. Był bardzo zaskoczony i zszokowany tym, że jego koncepcja może mieć jakiekolwiek praktyczne zastosowanie (śmiech). Czasem w nauce bywa tak, jak np. w przypadku matematyki i teorii liczb. Przez długi czas wydawało się, że teoria liczb jest świątynią nieskalanej matematyki, której nigdy nie dotkną praktyczne zastosowania. Tymczasem kryptografia kwantowa weszła do tego sacrum ze swoimi butami. Szyfry o których mówiłem, których używamy do ochrony kart kredytowych, bazują właśnie na teorii liczb.

Zainteresował mnie twój pogląd, w którym stwierdzasz, że bezpieczeństwo kryptograficzne powiązane jest z pojęciem jaźni. Zapaliła mi się wtedy lampka i pomyślałam, że to bardzo metafizyczne, filozoficzne podejście. Stąd moje poprzednie pytanie. 

Każdy z nas ma swoją metodę myślenia i rozumienia fizyki, która idzie poza równania fizyczne. Nie jesteśmy maszynami, które zgłębiają problemy rozwiązując kolejne równania matematyczne. Myślę, że element filozofii jest obecny we wszystkim co robimy i  nie ma się co od niego odżegnywać. Natomiast faktem jest, że krucjata przeciwko złym filozofom jest jak najbardziej uzasadniona dlatego, że jest ich stanowczo za dużo. 

Czy czujesz brzemię odpowiedzialności za swoją pracę? Nie obawiasz się, może być ona wykorzystana przez nieodpowiednie osoby, że trafi w niepowołane ręce. Masz takie dylematy, rozterki idące w tym kierunku?

Czasem oczywiście myślę o tego typu kwestiach. Ale każda rzecz, którą zrobisz może być źle spożytkowana. Do jakiego stopnia można winić ludzi, którzy pracowali nad fizyką atomową, nuklearną.

Alfred Nobel miał wyrzuty sumienia.

Jeśli patrzysz na to z perspektywy zastosowania tych odkryć przez innych ludzi, to oczywiście znajdziesz przykłady bardzo dobrego i ciekawego zastosowania, ale też tego złego. Nóż też może służyć do potwornych rzeczy, ale czy to oznacza, że nikt nigdy nie powinien wynaleźć noża? Czy ktoś, kto wynalazł nóż powinien czuć jakiś dylemat moralny z tym związany? Wydaje mi się, że jednak nie. Każdy wynalazek można spożytkować w sposób, który jest niemoralny czy niewłaściwy. Oczywiście niektóre jest łatwiej w taki zły sposób wykorzystać. Ale nie można patrzeć na postęp w ten sposób, że niektóre rzeczy mogą być z natury niemoralne, w związku z czym nie należy nad nimi pracować. Nie stałem jeszcze przed dylematem moralnym tego typu, że ktoś zastosował kryptografię kwantową w sposób, który jest ewidentnie szkodliwy dla wielu osób i w związku z tym nigdy w żaden sposób nie czułem się za to odpowiedzialny. 

Chcę jeszcze dopytać o nowe technologie. Stephen Hawking twierdził, że sztuczna inteligencja może być albo największym, albo ostatnim wynalazkiem ludzkości. Czy jest się czego obawiać? Czy to jest tak odległa perspektywa, że zastanawianie się nad tym jest tylko sztuką dla sztuki?

Wydaje mi się, że warto o tym myśleć, dlaczego nie. To jest super fajny i super ciekawy temat. Sztuczna inteligencja może rzeczywiście wpływać na wiele rzeczy. Ale wydaje mi się, że nie powinniśmy się jej za bardzo obawiać. Łatwo dostrzec analogie z luddyzmem, ruchem, który narodził się w XIX wieku i którego członkowie bali się, że maszyny wyrzucą człowieka z pracy, w związku z czym zaczęto je niszczyć. To tak do końca nie jest. Sztuczna inteligencja stanowi duże wyzwanie. Niektóre profesje na pewno zostaną zastąpione, na pewno wiele rzeczy maszyny będą w stanie zrobić lepiej niż ludzie. Ale to nie oznacza, że człowiek zostanie odsunięty na boczny tor. Ja nie jestem czarnowidzem. Maszyny nigdy nie wyeliminują człowieka, bo nie zrobiły tego do tej pory. Tak samo sztuczna inteligencja nie będzie w stanie tego zrobić, bo będziemy jej używali w ciekawy sposób – tak jak dzisiaj używamy np. komputerów, żeby rozszerzyć nasze możliwości poznawcze. To za jakiś czas nastąpi. Wydaje mi się, że sztuczna inteligencja będzie dobrą rzeczą. Nie możemy wykluczyć, że coś złego się wydarzy, ale ja nie jestem czarnowidzem.

Na koniec nie mogę nie zapytać Cię o jeszcze jedną kwestię: w 2019 roku Twoje nazwisko pojawiło się na krótkiej liście naukowców, branych pod uwagę do przyznania Nagrody Nobla. Jakie to uczucie? 

Dziwne. Znam kilku kolegów po fachu, którzy za bardzo się tym przejmują. Widzę jak bardzo cierpią każdego roku, gdy Nobla nie dostaną. W związku z tym ja jestem na tego typu rzeczy nieco uodporniony. Oczywiście w każdym jest element ludzkiej próżności. Jeśli dostanę Nobla to nie odmówię. Szczerze mówiąc wydawało mi się to po prostu śmieszne. Mediom nieco odbiło. Zrobiło się wokół tego trochę szumu, zupełnie niepotrzebnie. To jest przykre zjawisko, że wiele osób z naszego środowiska uzależnia się od tego, tak bardzo chce dostać Nobla. Przychodzi początek października i mają nieprzespane noce. Szczerze mówiąc uważam, że jest wiele osób, którym się to wyróżnienie bardziej należy niż mi. Do tej nagrody jest długa kolejka i ja się tam nie pcham. 

Komu ty przyznałbyś Nagrodę Nobla?

Na pewno dałbym ją Alainowi Aspectowi. Idealnie to powinien dostać ją John Bell z Alainem Aspectem. Niestety Bell już nie żyje. Alain był pierwszą osobą, która zrobiła przekonujący eksperyment dotyczący nierówności Bella, który pokazał światu, że faktycznie istnieje problem z pojęciem rzeczywistości takiej, jaką my rozumiemy. Alain to szalenie ciekawy człowiek – nie pochodzi z francuskiego establishmentu, odbył służbę wojskową ucząc w Kamerunie i świetnie gotuje. Robił rzeczy, które były zupełnie na pograniczu i robił to dobrze. Jemu Nobel się należy. Jest wiele odkryć w fizyce, które znalazły praktyczne zastosowanie i ludzie coś z tego mają. Wiesz, z technologii kryptografii kwantowej na razie jeszcze nikt nic dobrego nie ma.

Ale mogę za Nobla dla ciebie trzymać kciuki? 

Oczywiście, będzie mi bardzo miło. 

 

Kwantowy klucznik – sylwetka prof. Artura Ekerta

Pilotuje m.in. samoloty Piper PA 38 i Cessnę 172; nurkuje i uczy nurkowania, najchętniej w Tulamben na Bali; Południowa Afryka to jego geograficzna miłość, stamtąd pochodzą także jego ulubione wina. Oprócz tego jest jednym z najczęściej cytowanych fizyków na świecie, współtwórcą nowej dziedziny nauki: kryptografii kwantowej, a w 2019 roku znalazł się w wąskim gronie kandydatów do Nagrody Nobla (za „pracę nad technologiami informatycznymi, w tym kryptografią kwantową”). Te wszystkie pasje i osiągnięcia łączy w sobie Polak, profesor Artur Ekert.

Artur Ekert urodził się 19 września 1961 roku we Wrocławiu. Dorastał jednak w Rzeszowie, dlatego czuje się rzeszowianinem przez zasiedzenie. Lektura m.in. „Wykładów z fizyki” Richarda Feynmana sprawiła, że wybrał fizykę jako kierunek studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie w 1985 roku obronił pracę magisterską.

Wkrótce potem swoją karierę naukową związał z Uniwersytetem Oxfordzkim, gdzie wyjechał na roczne stypendium naukowe, po którym zaproponowano mu kontynuowanie nauki na studiach doktoranckich. W 1991 roku obronił tam rozprawę doktorską, która dotyczyła rozwiązania niezbędnego do stworzenia szyfru idealnego. W tamtejszym  Clarendon Laboratory założył grupę badawczą zajmującą się kryptografią kwantową i kwantowym przetwarzaniem informacji, która obecnie funkcjonuje jako Centre for Quantum Computation. Od 2007 roku zajmuje stanowisko profesora fizyki kwantowej w Instytucie Matematyki Uniwersytetu Oksfordzkiego. Związany był także z Uniwersytetem w Cambridge – choć w słynnych regatach wioślarskich pomiędzy tymi dwoma uczelniami kibicował drużynie oksfordzkiej. Prowadzenie Katedry Fizyki Kwantowej w Cambridge nie przeszkodziło mu w nocnym wspinaniu się po murach tamtejszej kaplicy King’s College.

Od 2007 roku jest także profesorem honorowym Lee Kong Chian na Narodowym Uniwersytecie Singapuru gdzie szefuje Centre of Quantum Technologies.

Prof. Artur Ekert był wielokrotnie nagradzany za swoją pracę naukową, między innymi w 1995 roku Medalem Maxwella przyznawanym przez Institute of Physics, a w roku 2007 Medalem Hughesa przyznawanym przez Royal Society. Profesor jest także współlaureatem Nagrody Kartezjusza za rok 2004 przyznawanej przez Unię Europejską za wybitne osiągnięcia w zakresie nauki i technologii.

Chociaż sam ma do tego spory dystans, wszystkich najbardziej elektryzuje informacja, że znalazł się na krótkiej liście naukowców, którzy mają szansę otrzymać Nagrodę Nobla. Komitet Noblowski pod uwagę bierze m.in. liczbę cytowanych prac uczonego. Jest to bowiem bardzo miarodajny wskaźnik pokazujący, jak ważny jest dany dorobek i jaką ma siłę oddziaływania na całe środowisko naukowe. Profesor Ekert ma na swoim koncie ponad 200 artykułów, wśród których prym wiedzie Quantum Cryptography Based on Bell’s Theorem opublikowany w 1991 roku w „Physical Review Letters”. Doczekał się on niemal 10 200 cytowań. Dużo to czy mało? Według Web of Science Group zaledwie 0,04 procent spośród ponad 47 milionów artykułów było cytowanych więcej niż 1000 razy. Tymczasem zgodnie z Google Scholar liczba wszystkich cytowań polskiego fizyka przekracza już 36000! Nic dziwnego profesor Ekert został Laureatem Cytowań – wyróżnienie zostało mu przyznane przez grupę The Web of Science Group. Zgodnie z informacjami udostępnionymi na stronie, do tej pory 50 laureatów otrzymało Nagrodę Nobla, a 29 z nich przyznano ją w ciągu kolejnych dwóch lat.

 

Wiersz wolny: Jan Baron – Ostatniego dnia :)

Jan Baron

Ostatniego dnia

 

Wkrótce skończy się to, czego nie potrafiłbyś dłużej wytrzymać.

Mają wypisać cię ze szpitala; jesteś ostatni dzień w pracy

przed czterdziestodniowym urlopem; wypuszczą cię z obozu,

twoje nogi są cienkie i opuchnięte, wstaniesz, a one zamiast

unieść, wygną się. Jutro będziesz wolny. Jeszcze trwa dziś

i są ci, którzy tu zostaną, wiedzą, że masz wyjść;

może ta biedna kobieta (oddałabym wszystko,

by móc wziąć prysznic, pani to ma dobrze) w nocy

udusi poduszką, a już z całą pewnością kolega nie zwróci 

ci uwagi na pomyłkę, ale będzie się cieszył, gdy zauważą ją

ważniejsi od was obu. 

Ostatniego dnia niech każdy (tego nauczył mnie dziadek Jerzy)

idzie do swojego kapo i przebłaga go 

kawą i ciastem, kompotem z malin, porcją chleba.

———————————

Jan Baron (ur. 1985 w Rudzie Śląskiej) jest poetą i edytorem. Wydał dwa zbiory wierszy: Korekta (Mamiko, Nowa Ruda 2010) i Układ scalony (Samorządowa Agencja Promocji i Kultury, Szczecinek 2015). Mieszka w Chorzowie.

———————————

Wiersz wolny to przestrzeń Liberté!, uwzględniająca istotne, najbardziej progresywne i dynamiczne przemiany w polskiej poezji ostatnich lat. Wiersze będą reagować na bieżące wydarzenia, ale i stronić od nich, kiedy czasy wymagają politycznego wyciszenia, a afekty nie są dobrym doradcą w interpretacji rzeczywistości.

Lektury liberała 2019 :)

Rozmowa o wolności musi być rozmową otwartą i wieloaspektową, gotową do sfalsyfikowania założeń i przedsądów, którymi kierujemy się przystępując do lektury.

Rok 2019 obfitował w książki, które każdy liberał musi znać, która każdy liberał musi przeczytać i z których każdy liberał bardzo dużo się nauczy. Niekoniecznie jednak każda z nich znajduje się w tzw. liberalnym mainstreamie czy tym bardziej – w neoliberalnym kanonie. Niemniej jednak każda z nich stanowi wartościowy i – jestem co do tego w pełni przekonany – ważny głos w dyskusji nad wolnością współczesnego człowieka, a także w dyskusji nad stanem wolności w Polsce. Cała dziesiątka sprawia, że wolności można przyglądać się z odmiennych perspektyw: z perspektywy indywidualno-jednostkowej, z perspektywy społeczno-wspólnotowej, z perspektywy polityczno-prawnej i ustrojowej, z perspektywy gospodarczej, a także z perspektywy międzynarodowej. Jednocześnie trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że rozmowa o wolności musi być rozmową otwartą i wieloaspektową, gotową do sfalsyfikowania założeń i przedsądów, którymi kierujemy się przystępując do lektury. Trzeba też pamiętać o tym, że wolność Locke’a nie jest tym samym, co wolność Milla; wolność Smitha różni się od wolności Hayeka i Misesa; podobnie jak wolność Rawlsa nie jest tym samym, co wolność Rand. To jednak ta sama tradycja myślenia o wolności, bo jednak jej postrzeganie zawsze jest wypadkową warunków i kontekstu. Trudno tutaj o aksjomaty inne niż klasyczny aksjomat Locke’a, ale jeszcze trudniej o jednoznaczną konkluzję w dobie globalizacji i cyfryzacji, w erze samoograniczającej się suwerenności państw narodowych, a jednocześnie w czasach po światowym kryzysie finansowym. 

  1. Isaiah Berlin, Zdradzona wolność. Jej sześciu wrogów, przeł. J. Czernik, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2019, s. 362

Dla każdego, dla kogo Cztery eseje o wolności Isaiaha Berlina stały się – obok wielkich dzieł Johna Locke’a, Johna Stuarta Milla, Johna Rawlsa i Friedricha Augusta von Hayeka – kanonem literatury wolnościowej, dla tego Zdradzona wolność, czyli sześć esejów o wrogach wolności, stanie się książką, do której będzie się chciało wracać. Eseje te powstały na bazie wykładów wygłoszonych przez Berlina w 1952 roku na antenie programu radiowego BBC, poświęconych myślicielom, których uznał on za głównych wrogów wolności. Pewnie dla większości współczesnych liberałów nazwiska wymienione przez Berlina będą zaskoczeniem, jednakże jego argumentacja, błyskotliwe przykłady i porywająca narracja nie tylko zadziałają przekonywającą, ale otworzą oczy na wiele procesów kształtowania się pojęć i idei w myśli politycznej. Warto zatem zdecydować się na to erudycyjne spotkanie z Helwecjuszem, Jean-Jacquesem Rousseau, Johannem Gottliebem Fichtem, Georgiem Wilhelmem Friedrichem Heglem, Henrim de Saint-Simonem i Josephem de Maistrem. Co mają ze sobą wspólnego współtwórca Wielkiej Encyklopedii Francuskiej, pomysłodawca teorii woli powszechnej, wpływowi przedstawiciele niemieckiego idealizmu z utopijnym socjalistą czy ultramontanistą tęskniącym za uniwersalistycznym imperium rządzonym przez papieża? Jedno jest pewne: łączy ich niechęć do wolności, choć niechęć ta nie zawsze była przez nich werbalizowana, często zaś próbowali ją ukrywać, niejednokrotnie pod oficjalnym hasłem obrony wolności. Berlin zdaje się i dziś przypominać nam, byśmy strzegli się przede wszystkim tych, którzy hasło wolności wykrzykują najgłośniej.  

  1. David Runciman, Jak kończy się demokracja, przeł. Sz. Żuchowski, Biblioteka Kultury Liberalnej, Warszawa 2019, s. 256

David Runciman zachęca nas do tego, aby spróbować wyobrazić sobie niewyobrażalne, czyli aby spróbować wyjść poza liberalno-demokratyczne doświadczenie i dostrzec symptomy ewentualnego kresu demokracji. Przede wszystkim autor Jak kończy się demokracja temperuje wszystkich tych, którzy – przyglądając się kolejnym święcącym triumfy nieliberalnym i populistycznym przywódcom – wieszczą nadejście nowej fali faszyzmu. Jego zdaniem nie jest możliwe ukształtowanie się nowych totalitaryzmów na podobieństwo tych dwudziestowiecznych. W swojej książce próbuje on wskazać, skąd mogą nadchodzić niebezpieczeństwa i zagrożenia bądź też, jakie mogą być symptomy nadchodzącego kresu demokracji. Niewykluczone, że jej koniec będzie dla nas kompletnie niezauważalny – możliwe, że będzie to proces tak płynny, że jedynie z perspektywy dalekiej przyszłości nasi potomkowie będą w stanie dostrzec tę przemianę. Co ciekawe, wydarzeniem otwierającym książkę Runcimana jest zaprzysiężenie Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych 20 stycznia 2017 roku, jednakże – wbrew wielu defetystom – jest przekonany, że „amerykańska demokracja przetrwa prezydenturę Donalda Trumpa. Nie będzie zamachu stanu ani upadku rządów prawa (…). Polityka demokratyczna będzie powłóczyć nogami. Historia będzie się toczyć” (s. 235). Runciman przypomina nam, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości, tak też nie przewidzimy dziś przyszłych losów demokracji. Jednakże musimy uważnie rozglądać się wokół, ze świadomością, że to, co nadejdzie, będzie najprawdopodobniej radykalnie inne od wszystkiego, co dotychczas było.  

  1. Antoni Dudek, Od Mazowieckiego do Suchockiej. Pierwsze rządy wolnej Polski, Znak Horyzont, Kraków 2019, s. 604

Antoni Dudek kontynuuje swoje badania nad najnowszą historią Polski i w swojej najnowszej książce kontynuuje niejako rozważania, które zawarł w Reglamentowanej rewolucji, oraz zasadniczo rozwija charakterystyki działalności pierwszych rządów III RP zaprezentowane uprzednio w Historii politycznej Polski 1989-2005. Zasadniczo nie było jest w polskiej politologii książki, w której tak szczegółowo i precyzyjnie, a zarazem z krytycznym zacięciem, zaprezentowano całość dorobku rządów Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego, Jana Olszewskiego i Hanny Suchockiej. Autor opisuje proces wdrażania zmiany systemowej, którą zapoczątkował rząd Mazowieckiego, od zmian polityczno-prawnych, poprzez ekonomiczne, gospodarcze i społeczne, aż po zmiany w polityce zagranicznej i obronnej. Dudek skupia się jednoznacznie na dorobku tych czterech rządów, nie zaś na całości działalności aparatu państwowego, pokazuje kształtującą się kulturę polityczną elit demokratycznej Polski, a także dostrzega – co w kwestiach politycznych nie jest bez znaczenia – charakterologiczne i osobowościowe czynniki, które odgrywały swoją rolę w kontaktach interpersonalnych między najważniejszymi członkami poszczególnych ekip rządowych. Bogata w cytaty z posiedzeń Rady Ministrów narracja sprawia, że osoby zainteresowane kształtowaniem się III Rzeczypospolitej wprost nie będą w stanie oderwać się od lektury. 

  1. Jamie Bartlett, Ludzie przeciw technologii. Jak Internet zabija demokrację (i jak ją możemy ocalić), przeł. K. Umiński, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2019, s. 227

W momencie, kiedy wielu liberalnych demokratów spodziewa się, że zagłada demokracji będzie efektem działalności nowej fali faszystów, Jamie Bartlett wykazuje, że to zagrożenie przyjdzie z innej strony. W książce Ludzie przeciwko technologii udowadnia on, że to Internet i postępujący proces cyfryzacji współczesnych społeczeństw w większym stopniu zagraża społeczeństwom demokratycznym aniżeli wszystkie te środowiska, które choćby oficjalnie deklarują swój demosceptycyzm. Bartlett pokazuje namacalne przykłady tego, jak nowe technologie degradują systemy demokratyczne i – co najważniejsze – to właśnie dzięki nim poklask zyskują najbardziej ofensywni, nieprzewidywalni i kontrowersyjni populiści dzisiejszych czasów, jak chociażby Donald Trump. Współczesny człowiek poprzez narzędzia Internetu i powszechnej cyfryzacji staje się więźniem „nowego panoptykonu” – istotą bez prywatności, kontrolowaną i sterowaną przez ośrodki, których nie jest w stanie prima facie zidentyfikować. Kampanie wyborcze są dziś przygotowywane przez specjalistów od IT, którzy sprawiają, że oferta kandydatów trafia zawsze na ekran odpowiedniego smartfonu. Natomiast współcześni politycy stają się marionetkami w rękach kreatorów wizerunku, programistów, informatyków i wielkiego kapitału. Nasza demokracja powoli staje się „demokracją bezzałogową” i powoli zmierza w kierunku „kryptoanarchii”. 

  1. Michał Paweł Markowski, Wojny nowoczesnych plemion. Spór o rzeczywistość w epoce populizmu, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2019, s. 366

Kiedy obserwatorowi polskiego sporu politycznego, jaki od kilkunastu lat toczy się nieustannie między plemieniem „platformianym” a plemieniem „pisowskim”, mija ochota na przyglądanie się jego kulisom, jednak chciałby – przynajmniej w jakimś zakresie – zrozumieć jego sedno, wówczas należy zachęcić go do przeczytania Wojen nowoczesnych plemion. Rozliczne przykłady z polskiego i amerykańskiego życia publicznego sprawiają, że lektura książki Michała Pawła Markowskiego wciągnie i jednocześnie zaintryguje. Kiedy bowiem coraz więcej z nas domaga się od polityków oparcia swoich postulatów i programów na aksjologicznym fundamencie, wtedy Markowski stopuje nas i wskazuje, że to właśnie wartości są głównym winowajcą. Wzywa tym samym to porzucenia polityki opartej na wartościach, gdyż takie jej sformatowanie sprawia, że uruchomione zostają nieokiełznane emocje. Przekonuje, że większość konfliktów społecznych dotyczy tego, „z kim chcielibyśmy wspólnie żyć”, a chcemy przecież żyć z tymi, którzy podzielają nasz świat wartości. Skłonność człowieka politycznego do posługiwania się retoryką dotyczącą wartości aktywizuje środowiska, które określa się mianem ekstremistycznych czy populistycznych. Wojny nowoczesnych plemion mogą zostać potraktowane jako kolejny głos wzywający do odbudowy źródłowych podstaw demokracji, do których można zaliczyć dialog, rozmowę i szacunek do drugiego człowieka. Tym samym znajdziemy tutaj wezwanie do wypracowania nowej formuły demokracji humanistycznej, a ma nią być deliberacja: skuteczna i szczera.

  1. David Graeber, Praca bez sensu. Teoria, przeł. M. Denderski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019, s. 451

Czy Twoja praca ma sens? Czy wykonujesz ją z pełną satysfakcją i czerpiesz radość z jej efektów? Czy Twoja praca sprawia, że świat staje się lepszy? Czy bez niej inni ludzie poczuliby swoisty brak, który wymusiłby na nich poszukiwanie innych źródeł zaspokojenia tego braku? A czy zdajesz sobie sprawę, że „mafijny płatny zabójca nie jest przykładem pracy bez sensu”? David Graeber namawia do zastanowienia się nad specyfiką współczesnego systemu gospodarczego oraz struktury współczesnego rynku pracy w krajach wysoko rozwiniętych. Ma to być – jego zdaniem – klucz do refleksji nad stanem człowieczeństwa. Choć Praca bez sensu to lektura na wskroś lewicowa, z której właściwie na każdej stronie czuć woń Marksa, to jednak skłania ona niewątpliwie do przesunięcia – przynajmniej na pewien czas – ciężaru rozważań środowisk liberalnych z gospodarki, państwa minimalnego czy niskich podatków na sferę jednostkową, czysto humanistyczną. Tym samym ta jednoznacznie lewicowa lektura przypomnieć powinna wszystkim liberałom o ich aksjologicznych źródłach. To przecież człowiek – rozumiany jako jednostka ludzka – był w centrum zainteresowania koryfeuszy liberalizmu. To przecież wolności człowieka liberałowie bronili i bronić powinni. A zatem konieczne jest postawienie pytania: czy współczesny człowiek – uczestnik systemu gospodarczego, pracownik i pracodawca, konsument i sprzedawca – jest człowiekiem wolnym? Czy czasem nie pojawiły się nowe formy zniewolenia, których współcześni liberałowie zwyczajnie jeszcze nie potrafią odpowiednio zdefiniować?

  1. Matthew Desmond, Eksmitowani, przeł, T. S. Gałązka, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019, s. 512

Nie masz jeszcze własnego mieszkania? Weź kredyt i kup na raty. Nie masz zdolności kredytowej, żeby wziąć kredyt hipoteczny? Przejrzyj ogłoszenia i wynajmij mieszkanie na wolnym rynku. Nie stać cię na mieszkanie w Warszawie? Zreprywatyzuj się na mieniu zadłużonym w dwudziestoleciu międzywojennym, zniszczonym działaniami II wojny światowej, odbudowanym przez społeczeństwo Polski Ludowej i przez dziesięciolecia utrzymywanym przez mieszkających tam ludzi. Sarkazm? Owszem. Bo temat mieszkalnictwa nie powinien być sprowadzany do kilku głupich haseł, które zdają się stać w sprzeczności z mechanizmami działania społeczeństwa oraz standardami obowiązującymi w tzw. krajach wysoko rozwiniętych, do których podobno również się zaliczamy. Reportaż Desmonda nie pokazuje co prawda polskich realiów gospodarki mieszkaniowej, ale amerykańskie, jednakże robi to dość mocno i stanowczo. Eksmitowani to książka o losach ludzi, którzy znaleźli się na ulicy albo przynajmniej na granicy bezdomności, to książka o tym, jak Stany Zjednoczone – zapatrzone w ideę jednostkowej przedsiębiorczości i zaradności – nie poradziły sobie systemowo z problemem pomocy najsłabszym w dostępie do mieszkania. Czy jednak Polska po 1989 roku radzi sobie z polityką mieszkaniową lepiej? Nie trzeba deklarować się jako lewicowiec, aby dostrzegać, że w sprawach mieszkaniowych najlepiej radzą sobie jednak deweloperzy. Niestety wielu przedstawicieli kręgów liberalnych, którzy w innym kontekście nieustannie epatują tzw. zachodnimi standardami, zupełnie nie zna faktycznych standardów zachodnioeuropejskich w zakresie mieszkalnictwa. Tym bardziej warto poczytać Eksmitowanych, a zaraz po niej sięgnąć po jakiś podręcznik do historii Europy zachodniej po roku 1945. 

  1. Charlie LeDuff, Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje, przeł. K. Gucio, Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2019, s. 272

Jeśli ktoś nadal nie rozumie przyczyn wyborczego sukcesu Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych cztery lata temu i jeśli wciąż nie potrafi pojąć, dlaczego Trump wygra także zbliżające się wybory prezydenckie, to zdecydowanie powinien zacząć od lektury książki Charlie’go LeDuffa. Mam wrażenie, że wielu przedstawicieli środowisk liberalnych nie dopuszcza do siebie świadomości, że popularność tego kontrowersyjnego milionera ma swoje przyczyny i bynajmniej nie należy ich sprowadzać wyłącznie do światowej plagi populizmu i demagogii. LeDuff pokazuje nam współczesne Stany Zjednoczone nie przez pryzmat politycznych elit, które urzędują na waszyngtońskim Kapitolu ani nie oczyma amerykańskich elit intelektualnych, z którymi przeciętny europejski akademik czy działacz społeczny obcuje za pośrednictwem literatury, filmu, prasy czy mediów akademickich. Ameryka LeDuffa to Ameryka imigrantów, czarnoskórych robotników, bezdomnych, samotnych matek. Ameryka LeDuffa to Ameryka skorumpowanych elit politycznych, niesprawiedliwych sądów, nieskutecznie działającego aparatu ścigania, bezwzględnego biznesu. Ameryka z obrazów LeDuffa to właśnie Ameryka, która głosuje na Trumpa. Symbolizuje ona problemy tego niesamowicie zróżnicowanego społeczeństwa, borykającego się z niewyobrażalnymi dla Europejczyków nierównościami społecznymi oraz postępującym zagubieniem jednostki. Czy tak wyobrażamy sobie tę amerykańską wolność?

  1. Piotr Maciążek, Stawka większa niż gaz. Ukryta wojna o niepodległość Polski, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2018, s. 219

Choć książka ta oficjalnie wydana została w rou 2018, ponieważ jednak wpadła mi w ręce na początku roku 2019, a uznałem ją za publikację niezwykle ważną, stąd zamieszczam ją w swoim zestawieniu najważniejszych lektur ubiegłorocznych. Książka w pewnym sensie stanowi nawiązanie do jakże hucznych obchodów 100-lecia niepodległości Polski, świętowanego w 2018 roku. Nawiązuje do idei niepodległości nie bez powodu – a mianowicie jej zasadnicza teza dotyczy pogłębiającego się uzależnienia wielu sektorów gospodarki Rzeczpospolitej od Rosji. Choć teoretycznie polskie elity polityczne z niezależności energetycznej i konieczności dywersyfikacji źródeł energii zdają sobie sprawę, to jednak – jak wskazuje Piotr Maciążek – daleko nam jeszcze do praktycznej realizacji postulatu suwerenności energetycznej. Autor wzywa wręcz do porzucenia mitu niewidzialnej ręki rynku w kwestiach energetycznych i domaga się, aby również polscy politycy zrozumieli, że energetyka to narzędzie uprawiania polityki zagranicznej, często nawet chętniej stosowane przez współczesne państwa. Gaz zaczyna zastępować czołgi, zaś rosyjski węgiel staje się narzędziem do wygrywania wyborów w Polsce. Ponadto Maciążek namawia do reaktywacji pojęcia interesu narodowego i racji stanu. Wielu euroentuzjastów uwierzyło, że w dobie integracji europejskiej pojęcia te zupełnie straciły rację bytu. Tymczasem właśnie polityka energetyczna – i chociażby przykład rurociągu NordStream – pokazuje dość wyraźnie, że pojęcia te nadal odgrywają ogromne znaczenie w stosunkach międzynarodowych, a energetyka może być narzędziem ich definiowania. 

  1. Piotr Zychowicz, Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2019, s. 456

Pewnie niektórzy zastanawiają się, czym książka Piotra Zychowicza zasłużyła sobie na miejsce w zestawieniu Lektur Liberała 2019. Otóż są tego dwie przyczyny. Pierwsza wynika z przekonania, że historia – szczególnie zaś najnowsza historia Polski – wymaga nieustannych badań, a także ciągłego namysły i dyskusji nad nią. Czterdziestolecie „komuny” sprawiło, że namysł nad historią Polski uległ do dziś widocznemu skażeniu językiem propagandy totalitarnej i wyobraźni komunistycznej. Paradoksalnie, choć jesteśmy już 30 lat po okrągłym stole i demontażu komunizmu w Polsce, to wciąż prężnie funkcjonują środowiska – również intelektualne – które o pewnych fragmentach polskich dziejów mówią językiem propagandy. Sprawia to, że trzeba wciąż na nowo bronić wolności badań naukowych i wolności słowa. Przyczyna druga to zamieszanie, którego przyczyną stał się Wołyń zdradzony, w związku z konkursem na Książkę Historyczną Roku. Organizatorzy tego konkursu – TVP, Polskie Radio i Narodowe Centrum Kultury – wycofali ją z konkursu, następnie zaś anulowali cały konkurs. Po stronie Zychowicza i jego książki stanęli ludzie różnych poglądów i orientacji światopoglądowych czy też politycznych, którzy uruchomili niesamowitą machinę medialną, dającą książce ogromną popularność i reklamę, ale przede wszystkim stanowiącą konieczny sprzeciw przeciwko wszelkim formom cenzury, również dotyczącej badań historycznych i interpretacji historii. Także w tym miejscu trzeba powiedzieć stanowczo: STOP CENZURZE!

Eur(EKO)! :)

Skoro segregujemy śmieci, nosimy własne torby na zakupy, mówimy głośne „nie”, kiedy mikroplastik tańczy w sennych koszmarach mambo z hemoglobiną, to marazm antropocenu żegna nas z nadzieją?

Nieodwracalna strata, punkt krytyczny, utrata natury, długi klimatyczne, ciągła apokalipsa, środowiskowe prawa człowieka – to tylko niektóre z haseł bijących rekordy popularności w wyszukiwarkach internetowych. Nagłówki atakują kolejnymi alarmami i dystopijnymi prognozami. Obojętnie śledzimy je wzrokiem, co jakiś czas udostępniając w mediach społecznościowych grafiki dotyczące pożarów Amazonii i Australii, gatunków zwierząt, które bezpowrotnie znikają, powodzi, globalnego ocieplenia itd., itp. Skoro segregujemy śmieci, nosimy własne torby na zakupy, mówimy głośne „nie”, kiedy mikroplastik tańczy w sennych koszmarach mambo z hemoglobiną, to marazm antropocenu żegna nas z nadzieją? 

Zacznijmy od operacjonalizacji pojęć naszego „nowego, lepszego świata”. Przypominając słowa Ulricha Becka, Natura nie stanowi już dłużej rzeczywistości zewnętrznej w stosunku do życia społecznego. Pod obstrzałem fleszy, kamer i prognoz naukowych kryzys zamienił się w katastrofę, będąca efektem wyczerpania się modernizacyjnej zdolności kredytowej. To, co naturalne i społeczne (nie)bezpiecznie zbliża się do siebie, tworząc jakość, której nie chcemy jeszcze ani dostrzegać, ani nazywać. W Tropic of Chaos Christian Parenti dowodzi, że nowy porządek społeczny nie tylko powstaje, ale postępujące na Ziemi zmiany klimatyczne prowadzą do zjawiska, które nazywa „katastrofalnym zbiegiem” klęsk ekologicznych, nierówności ekonomicznych i niewydolności państwa. 

Według raportów Greenpeace i WWF Polska 45 proc. z nas deklaruje swoje niezadowolenie z polskiej polityki dotyczącej ochrony środowiska, a 76 proc., dostrzegając zagrożenia wynikające ze zmian klimatycznych, popiera odejście od produkcji energii z węgla. Już nie kłusem, a galopem podążamy za modą na deklaratywne społeczne zaangażowanie.

Pogodzenie się ze świadomością, że żyjemy w epoce wyparcia, krótkowzroczności i nieodwracalnych strat staje się wyzwaniem, które wymaga zamiany rezerwuaru przyjemności na normy i odpowiedzialność, której nie wybraliśmy, którą musimy przyjąć na siebie. Kłopot w tym, że mimo planetarnego kryzysu środowiskowego i kwestii bezpieczeństwa klimatycznego nie bardzo nam „się chce”. Przerażenie wywołują nieprzewidziane skutki naszych własnych działań, a nie moc natury, nad którą nie mamy kontroli. Zapalczywie trenujemy więc mechanizm wyparcia i kwestionowania własnych doświadczeń. 

Narracja na linii człowiek-ziemia od lat ma charakter narcystyczny. Stanowi realizację naszego koncentrowania się na sobie, dążenia do górowania nad otoczeniem, nonszalancji i poczucia wyższości. Za nimi idą roszczeniowość, oczekiwanie podziwu, trudności w okazywaniu wdzięczności. Narcystyczny potencjał XXI wiek połączył z osobowością lękową. Mamy dzięki temu bombę z niewiadomym zapalnikiem czasowym, ale pewną gwarancją eksplozji. Pytanie nie brzmi, czy ładunek wybuchnie, ale jaki będzie rozmiar strat.  Budowanie mechanizmów ekologicznej samokontroli, w efekcie opór na konsumpcjonizm napędzany przez lęk jest jedną dróg.

Slavoj Žižek sprowadził dyskurs ekologiczny do sekularnej wersji religijnej opowieści o upadku człowieka, oferującej świecką formę ziemskiego odkupienia. I to nawet działa. Greta Thunberg staje się w tej historii nastoletnią i żeńską wersją Noego. Kłopot tylko w tym, że nie ma żadnej Ziemi Obiecanej. Za to potop jest już bardziej prawdopodobny. Można grać na czas, robić instastories, słuchając orkiestry, kiedy i tak wszyscy wiedzą, że statek idzie na dno. 

Katolicką ekologię integralną, ekologizm, ekofeminizm powinno łączyć więcej niż maska antysmogowa w typie „sport” lub „casual”. Dzielenie pozwala mnożyć tylko w matematyce. Ale wspólnoty nie wystarczą. Świat, który stworzyliśmy trzeba na nowo nazwać. Przyszłością wydaje się być wizja ekologii, o której można myśleć bez używania pojęcia natury.

Budowanie wspólnot jest koniecznością, nie wyborem. Pamiętajmy jednak, że to wciąż ideologie będą decydować o tym, kto zostanie zaproszony do rozmów i jakie znaczenie będą miały pojedyncze głosy we „wspólnej” sprawie. 

Ciekawą wydaje się fantazja Bruno Latoura, który chce stworzyć nową Re(s)publikę, Parlament rzeczy, składający się z ludzkich i nie-ludzkich aktorów. Mortonowska „ciemna ekologia zakłada możliwość wspólnoty solidarnej z nie-ludźmi. Choć aparat filozoficzny pozostaje „podejrzanie milczący” wobec wielopoziomowego i relacyjnego myślenia, ideologie mogą w tym kontekście tracić na znaczeniu. Z pewnością jednak jednym z ciekawszych wymiarów użytkowych ekologii będzie zastosowanie posthumanizmu jako kategorii etycznej. 

Dwudziestu siedmiu „wspaniałych”? :)

Cztery lata temu podobnie duża pula kandydatów dała Republikanom kandydata Trumpa i doprowadziła Wielką Starą Partię do stanu przypominającego bardziej Partię Regionów Janukowycza niż formację Lincolna, Eisenhowera czy choćby rodziny Bushów.

Dwudziestu siedmiu. Tylu kandydatów na kontrkandydata Donalda Trumpa stanęło początkowo do prawyborów Partii Demokratycznej w tym „sezonie wyborczym”, choć dwanaścioro zdążyło się już wycofać. Mowa tutaj jedynie o osobach rzeczywiście kandydujących na urząd prezydenta, nie o rozmaitych parodystach czy apostołach egzotycznych kultów (a tacy w amerykańskich wyborach startują regularnie). Prawie każde z grona dwudziestu siedmiu kandydatów jest lub było członkiem Kongresu, gubernatorem bądź burmistrzem. Z żadnego z kandydatów na kandydata nie mogą być jednak Demokraci tak naprawdę zadowoleni, sama zaś kampania przebiega w sposób burzliwy i, zdaniem krytyków, szkodliwy dla interesów partii, wyborców i kraju. Cztery lata temu podobnie duża pula kandydatów dała Republikanom kandydata Trumpa i doprowadziła Wielką Starą Partię do stanu przypominającego bardziej Partię Regionów Janukowycza niż formację Lincolna, Eisenhowera czy choćby rodziny Bushów. Choć amerykańskiej lewicy nie grozi analogiczna degrengolada, dotychczasowy przebieg prawyborów ukazał mocne podziały ideologiczne wewnątrz partii, poważne braki kandydatów na jej lidera, a także wady samego procesu, który ma go – lub ją – wyłonić.

Zacznijmy od pytania, jakim cudem dwadzieścia siedem osób uznało jednocześnie, że nadaje się na prezydenta Stanów Zjednoczonych? W poprzednich prawyborach Demokratów wystartowało zaledwie pięcioro kandydatów, z czego trzech zrezygnowało na względnie wczesnym etapie. W tym cyklu takich rezygnacji mieliśmy już dwanaście, ale konkurentów do tytułu jest wciąż trzykrotnie więcej, niż na początku zeszłego wyścigu – a poważne szanse ma wciąż co najmniej piątka kandydatów. Ba, gubernator Patrick i burmistrz Bloomberg postanowili dopiero co przyłączyć się do wyścigu.

Oczywiście większość z puli kandydatów nie liczy poważnie na wygraną. Część z nich chce jedynie zwrócić uwagę na pewną ideę czy problem; milioner Tom Steyer na kryzys klimatyczny, a przedsiębiorca Andrew Yang na propozycję powszechnego dochodu podstawowego. Niektórzy, jak były już kandydat Beto O’Rourke, próbuje w porę skorzystać na potencjalnie efemerycznej popularności. Inni kandydaci, szczególnie ci młodsi, budują swoją rozpoznawalność na przyszłe wybory albo biorą udział w wyścigu o dalsze miejsca – o fotel wiceprezydenta bądź pozycję w rządzie. Byłe już kandydatury zasiadających w Senacie Kamali Harris i Kirsten Gillibrand, a także słabnąca w oczach kampania senatora Bookera pasują jak ulał do tej kategorii. Każde z nich nie miało nic do stracenia i wszystko do zyskania, a w senackim krześle wygodnie będzie im czekać na lepszy moment. Przecież były senator Joe Biden ubiega się o nominację prezydencką już szósty raz, i nikt nie zabroni im pójść w jego ślady. Reszta mierzy jeszcze niżej, próbując zgarnąć kontrakt telewizyjnego komentatora albo zwiększyć sprzedaż swoich książek. Tak tylko można interpretować kandydaturę „spirytualistki” i autorki poradników życiowych Marianne Williamson czy idiosynkratycznej hawajskiej congresswoman Tulsi Gabbard.

Nawet jednak będąc świadomym tych motywacji, trudno oprzeć się wrażeniu, że wielu kandydatów dość bezwstydnie żąda od wyborców gratyfikacji swoich ambicji, nie dając im nic w zamian. Nie każdy szeregowy kongresman czy świeżo upieczony senator ma kwalifikacje na urząd prezydenta. Nie każdy w miarę rozpoznawalny i energiczny młody polityk jest nowym Obamą. Pomijając z litości iście groteskowe przykłady braku kwalifikacji i wyróżniających się propozycji programowych w rodzaju kongresmana Swallwella, wspomniana już senator Harris nie potrafiła wytłumaczyć wyborcom, dlaczego właściwie startuje na prezydenta. „Bo jako czarna senator z Kalifornii mam pewne szanse i chciałabym spróbować” – tak brzmiała jej jedyna, zdaniem wielu komentatorów, odpowiedź. Burmistrz Nowego Jorku, Bill de Blasio, postanowił wystartować mimo wyjątkowo niskiej popularności wśród nowojorczyków i poważnie zaniedbując przy okazji obowiązki swojego obecnego urzędu.

W morzu miałkich i niedookreślonych kandydatur utonęło jednocześnie wielu polityków, których jeszcze niedawno uznano by za doskonale sytuowanych, by wyścig wygrać. Tak zdecydowanie centrowy gubernator Monatany Steve Bullock jak i zdecydowanie lewicowy gubernator stanu Waszyngton Jay Inslee odpadli w przedbiegach, mimo że Bullock był w stanie pochwalić się wyborczymi zwycięstwami na Republikańskim boisku, a Inslee szeregiem progresywnych reform i radykalnym programem walki ze zmianą klimatyczną. Senator Booker także nie radzi sobie mimo imponującego CV – prawnik kształcony na najlepszych uczelniach, burmistrz miasta z problemami i senator dwóch kadencji. 

Wśród liczących się kandydatów właściwie brak gubernatorów stanowych, choć kiedyś to właśnie urząd gubernatora stanowił trampolinę do Białego Domu – gubernatorami byli np. Reagan, obaj Bushowie czy Clinton. Teraz to Kongres przejął tę funkcję. W przeciwieństwie do członków Kongresu, non-stop bywających w mediach, gubernatorzy niekoniecznie są znani ogólnokrajowej publiczności i trudno im się wybić na rozpoznawalność. Trend ten niepokoi wielu komentatorów, ponieważ nawyki nabrane w wyjątkowo spolaryzowanym Kongresie mogą potencjalnie gorzej przygotowywać do prezydentury niż doświadczenie w egzekutywie. Wielu krytykuje też kryteria kwalifikujące do transmitowanych przez wielkie telewizje debat prawyborczych, dające pierwszeństwo niektórym outsiderom przed wykwalifikowanymi weteranami Demokratycznej polityki, którzy nie zdążyli się jeszcze zaprezentować szerszej grupie wyborców.

Kogo w takim razie popierają owi wyborcy? Pierwsza czwórka wyścigu to wszystko świetni politycy, wyraziści ideologicznie i – poza Burmistrzem Piotrkiem (Mayor Pete) – ludzie o bogatym dorobku. Wszyscy mają też jednak poważne wady. Trójka z nich jest mocno po siedemdziesiątce (ich średnia wieku to 74 lata), a najmłodszy jeszcze przed czterdziestką. Wszyscy są biali, co dziwi, a nawet oburza niektórych w przypadku partii reprezentującej zdecydowaną większość wyborców nie-białych. Wszyscy są ciężkostrawni dla którejś z partyjnych frakcji. Każde wydaje się dość ryzykownym wyborem na czempiona w apokaliptycznej walce ze smokiem imieniem Trump. 

Zacznijmy od lidera wyścigu, byłego senatora i wiceprezydenta w rządzie Obamy, Joe Bidena. Trzydzieści sześć lat w senacie i osiem w roli drugiej osoby w państwie daje Bidenowi bodajże najlepsze przygotowanie na urząd ze wszystkich kandydatów ostatnich dekad. Wzruszająca, pełna tragedii historia rodzinna i bezpośredni, swojski styl bycia uzupełniają wizerunek męża stanu o ludzką twarz. Kiedy wspominając o niedawnej śmierci syna i potencjalnego dziedzica Biden mówi wyborcom, że „ochrona zdrowia to dla niego kwestia osobista”, duża część zdaje się mu wierzyć. Nie wierzą mu za to partyjni radykałowie. Dla nich Biden to business as usual, reprezentant starego porządku kosmetycznych zmian i mało wyrazistych różnic między prawicą i lewicą, przyjaciel generałów i grubych ryb, wrogi wartościom Nowej Nowej Lewicy i jej planom totalnej reformy ekonomicznej i obyczajowej. Albo radykałowie, albo Biden – obie strony wiedzą to bardzo dobrze. Ze swojej strony były wiceprezydent zdecydował się zignorować skrajne skrzydło, licząc że jego polityczny kaliber i ideologiczne umiarkowanie przekona Demokratów o jego wysokich szansach w listopadowych wyborach, w których lewica będzie musiała poprzeć go tak czy inaczej – amerykański system jest przecież dwupartyjny. Ze swojej strony radykałowie próbują przypiąć Bidenowi łatki seksisty, rasisty, neoliberała i pseudolewicowca, na razie z miernym skutkiem. Ku zgrozie młodych „przebudzonych” z Twittera były wiceprezydent cieszy się największym poparciem wśród czarnych wyborców, którzy ufają mu jako wiernemu zastępcy Obamy.

Nawet jednak wyborcy umiarkowani zdają sobie sprawę z ogromnej wady, którą obciążona jest kandydatura Bidena – jego wieku. Obejmując urząd Biden byłby równie stary co Ronald Reagan – najstarszy z dotychczasowych prezydentów – opuszczając go. Były wiceprezydent regularnie biega kilkukilometrowe dystanse i odwiedza siłownię, ale jego siedemdziesiąt sześć lat daje o sobie znać w debatach i wywiadach. Nie jest to jeszcze alzheimer, ale Bidenowi daleko do energii i błysku, z jakim niegdyś wygrywał debaty wiceprezydenckie przeciw wiele młodszym od siebie Republikanom. Wiek demokratycznych kontrkandydatów jak i samego Trumpa, zaledwie trzy lata młodszego, nieco niweluje problem, a możliwość, ze Biden w chwili słabości rzuci coś bardziej oburzającego bądź nielogicznego niż Trump, po prostu nie istnieje. Tym niemniej ryzyko, że w ciągu kilku miesięcy pomiędzy otrzymaniem nominacji a właściwymi wyborami prezydenckimi Biden zapadnie na zdrowiu przeraża chyba każdego Demokratę. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby Biden był dziesięć albo nawet pięć lat młodszy, nominację miałby w kieszeni. Ale jest i dobra strona jego podeszłego wieku – prezydentura Bidena ograniczona do jednej kadencji (a to chyba najbardziej prawdopodobny scenariusz) jest znacznie łatwiejsza do przełknięcia dla wewnątrzpartyjnych rywali niż dwie kadencje młodszego polityka o podobnych poglądach.

Takim zagrożeniem jest za to Pete Buttigieg (większość Amerykanów też nie wie, jak to wymówić. Butidżidż ma korzenie na Malcie). Zdecydowanie największa sensacja tych prawyborów może się polskim Czytelnikom skojarzyć z Robertem Biedroniem – lewicowy gej poliglota (Biedroń zna 4 języki, Buttigieg 7), burmistrz małego miasta na prowincji. Istnieją jednak także fundamentalne różnice miedzy obu panami, a Buttigieg zdaje się być politykiem jeśli nie większego kalibru, to większych talentów niż Biedroń. Absolwent Harvarda i Oxfordu, Buttigieg od nastolatka planował zostać politykiem i dla kariery politycznej jeszcze przed trzydziestką porzucił stanowisko w prestiżowej firmie konsultingowej McKinsey. Z nowym rokiem dobiegła końca jego druga i ostatnia kadencja na stanowisku burmistrza stutysięcznej miejscowości South Bend w stanie Indiana, w trakcie której zdążył też zostać oficerem rezerwy w marynarce i odsłużyć jako sztabowiec siedmiomiesięczną zmianę w Afganistanie.

Trudno nie odnieść się z sympatią do błyskawicznej kariery i samej postaci przystojnego, elokwentnego i doskonale obeznanego w całości politycznych zagadnień Burmistrza Piotrka, jednak na tle całej reszty czołowych kandydatów jego dotychczasowe osiągnięcia wydają się nieznaczne. Prowadzona obecnie kampania prezydencka jest pierwszą naprawdę poważną operacją polityczną zarządzaną przez Buttigiega, choć trzeba przyznać, ze radzi sobie w niej znakomicie. Jego poparcie wśród czarnych Amerykanów jest jednak zerowe, wśród Latynosów bardzo niskie – a bez tych dwóch grup trudno będzie mu wygrać. Zwycięstwo w walce o nominację byłoby jednak samo w sobie dowodem, ze Buttigieg to unikalny talent, w pełni gotowy na trudy głównej kampanii i stanowiący doskonały kontrast ze starzejącym się, otyłym, bredzącym trzy po trzy Trumpem. Ideologicznie Buttigieg plasuje się pomiędzy umiarkowanym socjaldemokratą Bidenem a dwójką lewicowych radykałów w osobach Elizabeth Warren i Berniego Sandersa. Wyborczy program Bidena składa się z obietnic przywrócenia elementarnych standardów i rządów prawa po prezydenturze Trumpa, powrotu Ameryki na stanowisko kompetentnego lidera wolnego świata i stopniowego budowania w Ameryce państwa dobrobytu na fundamentach położonych przez Baracka Obamę, z uwzględnieniem jednakże potrzeby utrzymania obecnego tempa wzrostu gospodarczego. 

Warren – uznana profesor prawa i senator stanu Massachusetts – i Sanders, senacki weteran lewicy i rywal Hillary Clinton w poprzednich prawyborach, chcą zmian radykalnych. Sanders otwarcie nazywa swój program socjalistycznym, co w amerykańskiej polityce jest rzeczą niesłychaną. Choć Warren jest nieco bardziej ostrożna w składaniu obietnic, oboje postulują: utworzenie amerykańskiego ekwiwalentu NFZ w celu objęcia całości społeczeństwa finansowaną z budżetu państwa opieką zdrowotną; prawie dwukrotne podniesienie płacy minimalnej na całym obszarze kraju, płatne urlopy macierzyńskie (tak, w Ameryce nie są normą); szerokie zmiany prawne na korzyść związków zawodowych; anulowanie długów studenckich byłych absolwentów i darmowe studia dla wszystkich chętnych Amerykanów; a do tego ogromne wydatki na modernizację amerykańskiej infrastruktury energetycznej do standardu stu procent źródeł odnawialnych w ciągu najbliższej dekady.

Postulaty te mogą wydać się polskim Czytelnikom zaledwie żądaniem europejskiej normy – w końcu za karetkę czy studia w Europie nie płacimy. Trzeba pamiętać jednak, ze w USA koszty ochrony zdrowia czy pobytu na uniwersytecie są wielokrotnie większe niż w krajach europejskich, z wielu skomplikowanych powodów. Program lewego skrzydła, podobnie zresztą jak programy Bidena czy Buttgiega, zmierza do częściowego ograniczenia tej dysproporcji kosztów przez praktyki antymonopolowe, zapewnienie państwu lepszej pozycji negocjacyjnej vis-a-vis firm farmaceutycznych czy inwestycje w prewencje zdrowotną, ale obiecuje też poszerzenie pakietów opieki posiadanych obecnie przez wielu Amerykanów. Całościowy koszt nie spadnie więc znacząco i  będzie musiał zostać przeniesiony na podatników, także tych z klasy średniej. Klasie średniej grozi też potencjalnie obniżenie jakości opieki w porównaniu z posiadaną dzisiaj u prywatnych ubezpieczycieli – dlatego centrum proponuje objecie państwową opieką tylko tych, którzy tego chcą, w obawie przed gniewem wyborców zadowolonych ze swojej obecnej sytuacji.

Łączny koszt wszystkich programów Nowej Lewicy to, według optymistycznych wyliczeń, 40 biliardów (milionów milionów) dolarów w ciągu 10 lat, czyli bagatela dwadzieścia parę procent całego amerykańskiego GDP co roku, i to w dodane do już przewidywanego deficytu 12 biliardów przy utrzymaniu obecnych wydatków. Nawet przychylni lewemu skrzydłu analitycy nie są w stanie doszukać się źródeł finansowania dla tego niesłychanie ambitnego programu. Koniec ulg podatkowych dla najbogatszych, podatki od „wielkich fortun” czy transakcji giełdowych oraz drastyczne a wybitnie niekorzystne dla sojuszników cięcia w wydatkach zbrojeniowych są w stanie sfinansować jeden czy dwa z tych postulatów, ale nie wszystkie z nich. Nie zraża to jednak radykałów, którzy radośnie sięgają po najbardziej optymistyczne z założeń, lub, jak Sanders, otwarcie twierdzą że o źródłach finansowania obietnic rozmawiać będą później. Biorąc pod uwagę, że mowa o sumach wymagających dwukrotnego podniesienia CIT i PIT, nie uspokaja to wielu. Sanders wypada tu jednak wciąż lepiej niż Elizabeth Warren, twierdząca z uporem, że klasie średniej podatków nie podniesie.

Rzeczywistość ekonomiczna może się zresztą okazać dla lewicy mniejszym zmartwieniem niż realia amerykańskiej polityki, tak wyborczej, jak parlamentarnej. Nawet zakładając, że komuś z dwójki Sanders/Warren uda się wygrać prawybory i w wyborach generalnych nie przestraszyć podwyżkami podatków podmiejskiej klasy średniej, kluczowej dla sukcesu Demokratów, prezydent negocjuje budżet z oboma izbami Kongresu, każda z których musi go osobno przyjąć. A Republikanie niemal na pewno utrzymają Senat ze względu na osobliwości amerykańskiego systemu wyborczego, o których pisałem poprzednio. Prawica od dekady stosuje taktykę spalonej ziemi nawet wobec umiarkowanych propozycji budżetowych, a jej obsesją jest przyznawanie ulg najbogatszym. Założenie, że Republikanie zgodzą się na najambitniejszy w historii, i grożący państwu bankructwem, program redystrybucji dochodów, jest wzięte z Księżyca – i trudno mniemać, że senaccy weterani Sanders i Warren tego nie rozumieją. Czy chodzi im zatem o promocję radykalnych idei na przyszłość? O mocną pozycje negocjacyjną? O mocny kontrast z prawicą i przyciągniecie utraconych przez Demokratów na rzecz trumpowskiego populizmu klas niższych? Prawdopodobnie o każdą z tych rzeczy, a także o małą, ale wciąż realną, szansę na zwycięstwo zupełne. Donald Trump o tej porze cyklu cztery lata temu także wydawał się kandydatem nie do pomyślenia.

Jak radzą sobie czołowi kandydaci? W ogólnokrajowych sondażach zdecydowanie, ale nie miażdżąco, prowadzi Biden; w najwcześniej głosujących stanach Iowa i New Hampshire – odpowiednio Buttigieg i Sanders. Elizabeth Warren, której popularność rosła gwałtowanie w ciągu lata i która była nawet przelotnie liderem sondaży, spadła obecnie na czwarte miejsce. Oprócz Wielkiej Czwórki pewne szanse mają jeszcze centrowa senator z Minnesoty, Amy Klobuchar, upatrująca nadziei w powoli rosnącym poparciu w Iowa, tradycyjnej odskoczni do dalszych prawyborczych zwycięstw, i były burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg, który co prawda dopiero co przyłączył się do wyścigu i w debatach nie uczestniczy, ale zdążył już wydać na spoty wyborcze 120 milionów dolarów, czyli tyle, co reszta kandydatów razem wzięta (inny miliarder wyścigu, Tom Steyer, pozostaje w jego cieniu i raczej liczył się nie będzie). Tylko jakiś ogromny skandal albo nagła zapaść na zdrowiu któregoś z czołowych kandydatów mogłaby dać szansę komuś spoza szerokiej czołówki.

Jaki zatem jest najbardziej prawdopodobny scenariusz? Tego nie wie nikt, a każdy, kto twierdzi, że wie, oszukuje siebie i innych. Zmiennych w amerykańskich wyścigach prawyborczych, szczególnie tych o bardzo licznej puli kandydatów, jest po prostu za wiele. Możemy za to przewidzieć, które momenty będą dla procesu nominacji kluczowe i kiedy poszczególne kandydatury albo nabiorą rozpędu, albo zakończą się porażką.

Pierwszym, a być może najważniejszym takim momentem będą prawybory, a raczej sejmiki (caucuses) wspomnianego stanu Iowa. Rolniczy i zaludniony głównie przez białych stan to miejsce niezbyt korzystne dla Bidena, który jednak może pozwolić sobie tutaj na porażkę. Warren, Buttigieg, a już na pewno Kolbuchar muszą tutaj wygrać albo finiszować blisko lidera, aby utrzymać swoje kandydatury przy życiu. W Iowa liczyć się będzie także popularność wśród wyborców preferujących innych kandydatów jako pierwszy wybór, ponieważ lokalne sejmiki będą w kolejnych rundach głosowania eliminować najsłabszych kandydatów aż pozostaną tylko Ci, których poparcie wynosi 15% lub więcej. Zwolennicy eliminowanych mogą się w kolejnych rundach przyłączać do innego kandydata. Sejmiki 3-ego lutego, a zatem za mniej niż miesiąc.

Następny przystanek to głosujące tydzień później New Hampshire, terytorium Sandersa, kandydata z sąsiedniego Vermont. Mały, biały i idiosynkratyczny stan łączy otwartość na lewicowe idee z dużą dozą lokalnego patriotyzmu i dużym wyczuleniem na uwagę ze strony poszczególnych kandydatów. Tylko Biden i Sanders, jeśli ktokolwiek, mogą pozwolić sobie na przegraną tak w Iowa jak w New Hampshire. Ten, kto wygra oba stany, staje się z miejsca czołowym kandydatem do prezydentury – i obiektem ataków w nadchodzącej debacie. Po Iowa i New Hampshire zakończą za to swoje kandydatury wszyscy ci, którzy nie zdołali uplasować się w ścisłej czołówce w żadnym z tych stanów. Wyjątkiem może być tutaj czarny senator Booker, czekający na stany południa, i miliarder Bloomberg, liczący, ze ogromne nakłady pieniężne odwrócą szalę w późniejszej fazie kampanii.

Głosujące tuż po sobie pod koniec lutego Nevada i Karolina Południowa to bardziej zróżnicowane etnicznie stany, których nie sposób wygrać bez poparcia wyborców czarnych i latynoskich. Nevada również sejmikuje, a dobra kampania w stanie i poparcie związków zawodowych jest kluczowe. Karolinę Południową musi za to wygrać Biden, i to zdecydowanie – jeśli upadłby ten bastion, cała jego kandydatura stanęłaby pod znakiem zapytania.

Największe starcie czeka jednak kandydatów w Super Wtorek 3-ego marca, kiedy to głosować będzie czternaście stanów, w tym wysyłające na partyjną konwencję najwięcej delegatów Kalifornia i Texas. Super Wtorek przetrwa jedynie lider partyjnej lewicy, lider centrum i  być może trzeci kandydat centrowy, jeśli Joe Biden okaże się zbyt słaby albo zbyt chory, by wybić się na czoło tej formacji. Byłoby to jednak pewnym zaskoczeniem, podobnie jak pozostanie w wyścigu obojga kandydatów lewicy, którzy działaliby wtedy na zdecydowana niekorzyść własnego skrzydła. Sukces tak centrum jak lewicy wymaga szybkiego zjednoczenia pod jednym sztandarem, czemu tradycyjnie pomaga oferowanie pokonanemu wewnątrzfrakcyjnemu przeciwnikowi stanowiska wiceprezydenta czy sekretarza stanu. Wyścig pomiędzy więcej niż dwójką kandydatów mógłby się zakończyć dopiero decyzją partyjnej konwencji, a więc zostać zdecydowany głosami nie tylko samych wyborców, ale też partyjnych notabli, tzw. superdelegatów, mających przeważyć szalę w razie gdyby werdykt wyborców nie był jasny. To potencjalnie faworyzuje kandydata centrum, o ile w trakcie wyścigu nie okazałby się/ nie okazała obciążona poważnymi wadami.

Jedno jest pewne – tegoroczny wyścig będzie długi, pasjonujący i powie nam wiele o nastrojach społecznych panującym w Ameryce wczesnych lat dwudziestych XXI wieku. Stawki nie mogą być wyższe, a przyszłość bardziej niejasna. Czy podzielona i niepewna własnych celów Partia Demokratyczna zdoła stawić jej czoła? Na razie można mieć po temu wątpliwości. Trudno jednak nie uznać wyższości amerykańskiego systemu wyłaniania kandydatów nad brytyjskim czy polskim odpowiednikiem. Zamiast ustaleń w partyjnych kuluarach czy wyboru głosami wąskiej grupy członków mamy do czynienia z demokratycznym, choć nie pozbawionym wad procesem, będącym jednocześnie testem preferencji wyborców i politycznej sprawności kandydatów. Tak centrum jak lewica otrzymują tu systemową ostrogę do perswazji i argumentacji zakończonej ostatecznym zjednoczeniem w wyborach krajowych. Katastrofalny w skutkach rozłam sił liberalnych, socjaldemokratycznych i lewicowych nie następuje; sekciarskie bańki i kluby wzajemnej adoracji, choć istniejące, zmuszone są do prezentacji swoich idei i konfrontacji z wizją rywali. Trudno nie skonstatować, że nawet w momencie największego od dziesięcioleci kryzysu amerykańskiej demokracji wiele możemy się od Amerykanów nauczyć.

Stulecie prohibicji :)

Słowo „prohibicja” kojarzymy z alkoholem i w istocie zakaz jego konsumpcji jest już niewyobrażalny. „Wychowanie w trzeźwości” ogranicza się do takich celów, jak usuwanie reklam, podwyższanie akcyzy, ograniczanie czasu i punktów sprzedaży, czy jednodniowe rekonstrukcje historyczne z okazji przyjazdu papieża. Ale przecież żyjemy nadal w świecie prohibicji.

16 stycznia 1920 roku w Stanach Zjednoczonych weszła w życie 18. poprawka do konstytucji, a wraz z nią ustawa Volsteada, która w szczegółowy sposób regulowała zasady obowiązywania zakazu produkcji, transportu, sprzedaży oraz konsumpcji odurzających trunków alkoholowych. W tym miesiącu obchodzimy więc setną rocznicę tego wydarzenia. Warto zatem wrócić do dziejów prohibicji, jej wprowadzenia, egzekwowania i obalenia. Warto przy tej okazji zastanowić się, czy aby na pewno wyciągnęliśmy trwałe wnioski z tego społeczno-prawnego eksperymentu?

W Stanach Zjednoczonych wprowadzenie prohibicji było przełomem pomiędzy epokami. W kraju zbudowanym na idei jak najszerszej wolności, pomysł zakazania ludziom dorosłym konsumowania czegokolwiek, pomysł użycia instytucji państwa do głębokich kontroli w prywatnej sferze życia, pomysł aby moralne koncepcje jednych określały zakres praw drugich, był mentalną rewolucją. Siły stawiające moralność ponad wolność długo musiały pracować nad opinią społeczną, aby rezultat ten umożliwić. Walka o delegalizację alkoholu trwała zatem ponad pół wieku i oparta była o wiele czynników, które także i we współczesnym rozumieniu polityki tworzą istną plejadę antyliberalnych impulsów.

Antyliberalne filary

Pierwszym zjawiskiem, które zrodziło wołanie o prohibicję, była nierówność płci i tradycyjne role społeczne. W XIX-wiecznym świecie amerykańskiej prowincji czas wolny i rozrywka była domeną wyłącznie mężczyzn (kobietom pić absolutnie „nie wypadało”). Owszem, pracowali oni oczywiście ciężko fizycznie i na ich barkach spoczywała odpowiedzialność za przetrwanie rodziny. Z tego wywodził się społeczny i rodzinny porządek ścisłego patriarchatu, gdzie funkcja kobiet polegała na prowadzeniu domu i pomniejszej pracy w gospodarstwie, zaś niepodzielne władztwo nad rodzinami dzierżyli ojcowie. Gdy w ich życiu alkohol zaczynał odgrywać nadmierną rolę, rodzinie – dosłownie – grozić mogła zagłada. Ewolucja ról społecznych płci była wówczas jednak nie do pomyślenia, odebranie pijakowi rządów w domu niemożliwe. Jak pokazał przebieg zdarzeń, łatwiej niż władzę, można było mężczyznom odebrać butelkę. To właśnie kobiety, pozbawione praw wyborczych i głosu w debatach politycznych, stworzyły siłę ruchu na rzecz prohibicji w jego najwcześniejszym etapie. Co ciekawe, ich zaangażowanie – choć przy okazji do tego właśnie miało doprowadzić – nie było zorientowane na emancypację społecznej roli kobiety. Było raczej konserwatywnym odruchem mającym na celu ratowanie świata męskiej dominacji i odpowiedzialności przed męskim pijaństwem i nieodpowiedzialnością.

Sprzymierzeńcami kobiet byli protestanccy kaznodzieje. Szybko niemal wszystkie protestanckie kongregacje (z istotnym wyjątkiem luteranów) zaangażowały się w ruch prohibicyjny, zaś po 1920 r. w surowe przestrzeganie norm prawa. W państwie ufundowanym na idei religijnej wolności i wielości kościołów, a przede wszystkim konstytucyjnego rozdziału kościoła od państwa, prohibicja była pierwszym przypadkiem świadomego odrzucenia gorsetu apolityczności religii na ogólnonarodową skalę. Już w XX w. organizacje religijne zupełnie otwarcie angażowały się w kampanie polityczne konkretnych, prohibcjonistycznych kandydatów i bezpośrednio lobbowały w procesie legislacyjnym. To zjawisko było prekursorem religii upolitycznionej w USA, która w drugiej połowie XX w. stanie się wręcz standardowym składnikiem politycznego krajobrazu w tym kraju. 

Najzupełniej oczywistym jest, że filarem prohibicji była idea paternalizmu państwa. Także ludzie niezbyt wierzący, popierając prohibicję z innych powodów, podpisywali się pod koncepcją państwa ustawą określającego ramy moralności obowiązującej, pełniącego wobec obywatela rolę niańki, nadzorcy, kontrolera, czy anioła-stróża, który za rękę prowadzi swe formalnie tylko dorosłe, ale przecież niezdolne do samodzielności dzieci-obywateli przez meandry niebezpiecznego świata, chroni przed pokusą, pomaga uciszyć wewnętrzne demony. 

Prohibicja wyrosła ponadto na żyznym gruncie religijnych, kulturowych i etnicznych resentymentów. Przekucie w powszechne prawo przekonań niektórych kościołów o niemoralności picia alkoholu było oczywistym narzuceniem zasad jednej religii wyznawcom innych wierzeń. Dodatkowo było ono pomyślane jako cios w społeczności nieanglosaskich imigrantów i ich kulturę. Na przełomie XIX i XX wieku trwała kolosalna fala imigracji do USA, w skutek której rosły społeczności imigrantów niemieckich, skandynawskich, włoskich, irlandzkich, żydowskich oraz środkowoeuropejskich (w tym także polskich). Ludzie ci osiedlali się przede wszystkim w wielkich miastach i przekształcali wiejski, rolniczy kraj w archipelag wielkich metropolii. Ta kulturowa rewolucja, multikulturalizm i urbanizacja, wprawiły w panikę anglosaskich protestantów. Zakaz konsumpcji alkoholu był więc narzędziem, aby katolikom i luteranom pokazać, że muszą się dostosować, że nie są w USA u siebie. Szczytem tych animozji były kluczowe dla losów 18. poprawki lata I wojny światowej. Nienawiść wobec cesarskich Niemiec została przekuta nie tylko w niechęć wobec Amerykanów niemieckiego pochodzenia, ale także stała się zachętą aby wyprowadzić ostateczny cios w zdominowaną przez Pabstów, Schlitzów, Blatzów i Millerów branżę browarnictwa, która do czasu włączenia się USA decyzją Wilsona do wojny otwarcie sympatyzowała z państwami centralnymi. 

Co ciekawe, także odchodzenie od gospodarczego liberalizmu okazało się impulsem na rzecz prohibicji. Nie chodzi tylko o to, że w imię moralności uznano likwidację piątej co do wielkości branży w kraju i niezliczonych miejsc pracy za niewygórowaną cenę. Otóż, wprowadzenie prohibicji stało się finansowo możliwe dopiero dzięki wprowadzeniu podatku od dochodów osobistych. W epoce przed PIT podatki od sprzedaży i licencjonowania producentów oraz sprzedawców alkoholu stanowiły lwią część budżetu rokufederalnego (od 1/3 u końca wojny secesyjnej po aż niesamowite 70% około 1905). „Odkrycie” w postaci PIT nowego źródła dochodów uniezależniło rząd federalny od dochodów branży i uczyniło prohibicję potencjalnie, a następnie realnie wykonalną.

W końcu filarem prohibicji była także typowa dla przeciwników liberalizmu, naiwna wiara w to, że złożone problemy społeczne, takie jak plaga pijaństwa, można rozwiązać prostymi metodami, takimi jak jedna ustawa. Ludzie nie zmieniają swojej natury, postaw i potrzeb tylko dlatego, że tak zadekretowano. Nie pomaga nawet kłamliwa propaganda. Sugerowanie, iż już jeden drink może śmiertelnie uszkodzić przewód pokarmowy człowieka (co Amerykanom wpajał ruch na rzecz prohibicji) naraża na śmieszność. Próba urzeczywistnienia prohibicji w latach 1920-33 pokazała dobitnie nieskuteczność projektowania na siłę ludziom „nowego, lepszego świata”.

Kto „suchy”, kto „mokry”

Pozytywne skutki prohibicji w postaci zmniejszenia konsumpcji alkoholu ograniczyły się do kilku pierwszych lat obowiązywania. Następnie stała się ona teatrem niemocy państwa, kombinatorstwa, obywatelskiego nieposłuszeństwa, dywersji, bolesnych finansowych reperkusji, a także oczywiście rozkwitu świata przestępczości. 

Zaczęło się od wyjątków. Jeden powinien współczesnym czytelnikom wydać się znajomy – sprzedaż „whisky do celów medycznych” w aptekach. Najszybciej wyjątki jednak zapewnili sobie duchowni: legalne było wino mszalne (zamówienia parafii poszybowały), alkohol konsumować mogli także rabini (ich liczba przebiła niejeden sufit, niewielu było wśród nowych rabinów etnicznych Żydów), wolno było przez pewien czas robić domowe wino i cydr, specjalnym klubom pozwolono zachować trunki zakupione przed 16.01.1920, a niektórym z nich zapasy wystarczyły do roku 1933. W efekcie, już na starcie, prohibicja naraziła się na niejedną śmieszność (zakaz noszenia piersiówek – nawet pustych – uchwalono już w końcowej fazie prohibicji).

Największą przeszkodą egzekwowania nowego prawa okazał się jednak rozmiar popytu. Był on kolosalny wśród tzw. zwyczajnych obywateli. Owszem, prohibicja miała poparcie wśród wielu ludzi politycznie i społecznie wpływowych. Popierali ją liczni przemysłowcy (np. Henry Ford), bo chcieli mniej pijaństwa i przypadków kaca przy taśmach produkcyjnych. Popierali aktywiści afroamerykańscy i południowi rasiści spod znaku Ku-Klux-Klanu oraz ustaw Jima Crowa (z zaskakująco podobnych przyczyn). Popierała większość Republikanów, których wyborczą bazą byli prowincjonalni biali protestanci (w tym wszyscy trzej prezydenci czasu prohibicji: Harding, Coolidge i Hoover – choć żaden z nich prywatnie nie wierzył w powodzenie przedsięwzięcia) i dla których istotna była religia; przeciw była liberalna mniejszość wielkomiejskich republikanów o nieanglosaskim backgroundzie. Wśród Demokratów blisko połowa partii była za prohibicją, do czego doliczyć trzeba wielu polityków oportunistycznie ukrywających swój sprzeciw. Za prohibicją było progresywne skrzydło partii z byłym trzykrotnym kandydatem na prezydenta Williamem Jenningsem Bryanem na czele. Ich pierwotne stanowisko było raczej na rzecz dobrowolnej abstynencji, ale w toku debaty poparli stronę prohibicyjną w trosce o poprawę położenia klasy robotniczej. Po stronie prohibicji opowiedziało się także południe Demokratów, czyli skrzydło rasistowskie (Dixiekraci), które w eliminacji alkoholu dostrzegało nadziei na torpedowanie rewolty afroamerykańskiej przeciwko ustawodawstwu segregacyjnemu. Większość Demokratów – skrzydło liberalne – była jednak „mokra”, byli to z jednej strony liberałowie gospodarczy, którzy liczyli straty dla gospodarki, politycy katoliccy, nieanglosascy lub wielkomiejscy, oraz obyczajowi liberałowie o antyreligijnym zacięciu. W toku trwania prohibicji zdobyli oni w końcu przewagę w partii – w 1924 r. udało im się tylko zablokować w prawyborach kandydata „suchych” i sympatyka Konfederacji Williama G. McAdoo, ale już w roku 1928 przeforsowali kandydaturę ultraliberała i katolika Ala Smitha na prezydenta. 

Podczas gdy wśród elit do końca lat 30-tych większość miała strona „sucha”, tak społeczne doły były zbyt „mokre”, aby prohibicja miała szanse. Zwłaszcza, że wraz z upływem lat 20-tych wielkie miasta USA dodatkowo „wilgotniały”, gdy ogarnęła je pierwsza w historii rewolucja obyczajowa i seksualna. Łamanie ustawy Volsteada stało się powszechne, modne i w dobrym guście. Był to naturalny odruch nieposłuszeństwa, napędzany jego wszechobecnością. W miastach z Nowym Jorkiem na czele powstały setki tysięcy tzw. speakeasies, czyli nielegalnych barów. Stanowiły one wesołą i rozśpiewaną hydrę – każdy zamknięty generował powstanie dwóch nowych, czasem za drzwiami obok. Rozbijanie speakeasy przez agentów biura prohibicji było dla klientów dodatkową atrakcją, konsekwencje prawne dla nich samych były do roku 1928 znikome. Zwłaszcza, że społeczne doły, które bojkotowały prohibicję, składały się nie tylko z klientów barów. W ich skład wliczyć należy większość funkcjonariuszy policji miejskiej w wielkich miastach. Niekiedy wręcz aktywnie torpedowali oni wysiłki „federalnych” z prohibicyjnych specsłużb. Burmistrzowie i gubernatorzy niektórych stanów celowo wybijali zęby prawu. Ustawa  Volsteada dla swojego sukcesu potrzebowała także udostępnienia przez nich funduszy lokalnych. Stany New Jersey, Washington i Maryland odmówiły jakiejkolwiek partycypacji w kosztach. Podobnie zachowywali się niektórzy sędziowie, grupowo skazując np. setkę złapanych na piciu na minimalne mandaty w kilkuminutowych postępowaniach. Zarówno oni, jak i prokuratorzy, jak i policjanci byli oburzeni koniecznością marnowania czasu na walkę ze sprzedażą alkoholu, gdy sprawy o poważniejsze przestępstwa leżały odłogiem.

Rząd puchnie, społeczeństwo się sypie

Instytucje państwa przygniotła liczba obowiązków i zadań związanych z egzekwowaniem prohibicji. Republikanie, nominalnie najczęściej zwolennicy prohibicji, byli równocześnie za małym rządem, który ograniczał swoje funkcje, wydatki i zadania. Ta filozofia była całkowicie niekompatybilna z 18. poprawką. W efekcie, w pierwszych latach w wielu miejscach zakaz alkoholu był fikcją, gdyż nie było po prostu na miejscu dosyć sił, aby za jego złamanie kogoś ścigać. Potem zaś, gdy już przestępcze organizacje wykorzystały stworzoną przez prohibicję wielką szansę i stały się finansowymi potęgami, zaś zbrodnia rozlała się na ulice Ameryki w bezprecedensowym stopniu (rozwój przestępczości jest najbardziej znaną konsekwencją wprowadzenia prohibicji, więc w tym tekście tylko to dla porządku odnotujmy), niemoc państwa objawiła się z całą mocą. Wydatki państwa musiały eksplodować. Tak oto, i to pod rządami Republikanów, prohibicja stała się zarzewiem nowej filozofii big government. Gdy w 1928 roku do obrazu rzeczywistości dołączył wielki kryzys, opinia publiczna odnotowała, że dla Hoovera walka z alkoholem jest ważniejsza od pomocy pogrążającym się w nędzy ludziom. To właśnie ten moment zdecydował o przejęciu niedługo potem władzy przez Demokratów na 20 lat.

Prohibicja była nie tylko pierwszym impulsem dla koncepcji państwa o rozbudowanych funkcjach i wielkim budżecie, ale także dla państwa inwigilującego obywatela. Walcząc z alkoholem, rząd USA po raz pierwszy użył w sposób nielegalny podsłuchów. Naruszenia prywatności, przeszukania w domach i rewizje osobiste stały na porządku dziennym. Gdy w roku 1929 frustracja ludzi Hoovera sięgnęła zenitu, wprowadzono wręcz obowiązek konfidenctwa, pod sankcją karną każdy był zobowiązany denuncjować sąsiadów pędzących bimber lub parających się bootleggingiem. Rozpaliło to nienawiść międzyludzką w wielu społecznościach, gdzie dotąd w dobrym tonie było pilnowanie własnego nosa.

Oczywiście wszechobecna była korupcja. Nie tylko wielkie mafie alkoholowe miały w kieszeni polityków i stróżów prawa na masową skalę. Także drobni handlarze z łatwością budowali sieci zaufania na swoich lokalnych obszarach działalności. Powstanie służb ds. prohibicji umożliwiało lokalnym politykom obsadzenie dodatkowych stanowisk swoimi przyjaciółmi czy członkami rodziny, którzy nie mieli pojęcia o tych zadaniach, ale zwykle nikomu to nie przeszkadzało, gdyż w zasadzie nikomu nie zależało, aby byli w jakimkolwiek stopniu skuteczni. Jednak każdy taki przypadek pogłębiał śmieszność państwa, narażał na szwank jego wizerunek, odzierał je z szacunku obywateli i pogłębiał demoralizujące procesy zobojętnienia wobec prawa.

Druga strona, ideowych zwolenników prohibicji, popadała we frustrację i reagowała. Naruszenia praw obywatelskich przez brygady biura prohibicyjnego były powszechne. Jednak posuwano się nawet do celowego wprowadzania do obiegu alkoholu zatrutego metanolem. Można to było czynić bezkarnie, gdyż oczywiście pędzony nielegalnie bimber nieraz okazywał się trucizną i o przypadkowych zgonach wskutek konsumpcji nielegalnego alkoholu media informowały od pierwszych lat prohibicji. Jej zwolennicy, z Waynem Wheelerem, liderem Anti-Saloon League na czele, nie ukrywali satysfakcji z powodu tych przypadków śmierci, nazywając ofiary „dobrowolnymi samobójcami”. Strategia celowego trucia pijących świadomie zatruwanym przez służby federalne alkoholem stanowiła jednak już nową jakość, dobitnie pokazując do jakiego punktu jest w stanie posunąć się rzekomo moralna krucjata. 

Prohibicja ma przyszłość?

Winston Churchill (oczywiście pytanie brzmi, czy jego głos można uznać za obiektywny) nazwał prohibicję „zniewagą dla całej historii ludzkości”. Niewątpliwie miał on na myśli to, że wprowadzenie tego rodzaju zakazu jest równoznaczne z oświadczeniem ludzkości, człowiekowi jako takiemu, że nie jest zdolny do samodzielności, że nie potrafi zachować umiaru i rozumnie żyć korzystając niekiedy z używek. W tym sensie prohibicja była afrontem wobec człowieczeństwa i wyrazem pogardy dla jego  kondycji. Można oczywiście dywagować, czy mogłaby się udać w innym społeczeństwie. Gdyby ruch na jej rzecz odniósł sukces szybciej, krótko po jego inicjacji około 1840 r., gdy USA były krajem wiejskim i niemal całkowicie anglosaskim. W realiach XX w., rosnącej przewagi wielkich metropolii, ekspansji mody na wielkomiejski styl życia, przemian społecznych, zróżnicowania religijnego i Wielkiego Kryzysu nie miała się już szans ukorzenić. Gdy krótko po odzyskaniu przez Demokratów Białego Domu Roosevelt podpisał najpierw ustawę dopuszczającą piwo, a następnie pilotował cofnięcie 18. poprawki, Ameryka stała się zupełnie innych krajem. Nawet ten swoisty apartheid kieliszkowy się zakończył. Inaczej niż przed prohibicją, kobiety stały się pełnoprawnymi klientkami pubów i barów. Dawno też przestały stać w pierwszym szeregu zwolenniczek prohibicji. W latach 30-tych wiele aktywistek walczyło o jej zniesienie. Mężczyźni zaś przestali chodzić do knajp po to, aby odpocząć od żeńskiego towarzystwa, a raczej po to, aby go poszukiwać.

Można powiedzieć – stare dzieje, dziś to wszystko nie do pomyślenia w zachodnim świecie. Czy aby jednak na pewno? Słowo „prohibicja” kojarzymy z alkoholem i w istocie zakaz jego konsumpcji jest już niewyobrażalny. Wayne Wheeler nie miałby teraz żadnych szans. „Wychowanie w trzeźwości” ogranicza się do takich celów, jak usuwanie reklam, podwyższanie akcyzy, ograniczanie czasu i punktów sprzedaży, czy jednodniowe rekonstrukcje historyczne z okazji przyjazdu papieża. Ale przecież żyjemy nadal w świecie prohibicji.

W roku 1937, 4 lata po powrocie legalnego alkoholu, w USA wprowadzono federalny zakaz palenia marihuany, chociaż opublikowany rok wcześniej raport o jej szkodliwości pokazał, że jest niższa od zalegalizowanych właśnie trunków. Znów u podstaw prohibicji znalazł się strach o rodzinę, tym razem o młode dziewczęta uwodzone w klubach z jazzem. Ta prohibicja w USA przetrwała o wiele dłużej – właśnie teraz domyka się dopiero proces jej upadku, a mamy rok 2020! Czyżby dlatego, że przez dużą część tego czasu konsumpcją marihuany zainteresowane były głównie mniejszości, ale tym razem rasowe? Na pewno ta prohibicja była dużo łatwiejsza do wprowadzenia, gdyż popyt na zakazane dobro był i nadal jest nieporównywalnie mniejszy niż w przypadku alkoholu, dużo mniejsze są straty finansowe dla gospodarki, dużo mniej wiarygodni i wpływowi się w tym przypadku przeciwnicy prohibicji. Wielu krytyków zakazu marihuany twierdzi, że alkohol zalegalizowano dlatego, że chcieli tego ludzie biali. I z tego samego powodu w latach 20-tych XXI wieku wszystko wskazuje na legalizację marihuany w USA. Od subkulturowego zjawiska przeszła do pozycji mainstreamowej i od 20 lat nie kojarzy się już wyłącznie z mniejszościami etnicznymi i żyjącą na marginesie społeczeństwa młodzieżą. Blisko 80% skazanych w USA za nielegalny handel konopiami to Afroamerykanie lub Latynosi. Ponad 90% właścicieli licencji na legalny handel w tych stanach, które już dopuściły „rekreacyjną” marihuanę, to biali. Interesujące, prawda?

Prohibicja zaczyna się od niewielkiej grupy „zaniepokojonych” obywateli, którzy uważają coś za niemoralne. Następnie tworzą zestaw argumentów na rzecz potępienia zjawiska i obrzydzenia go. Często niektóre z nich są zupełnie trafne. Trudno przecież zaprzeczyć, że nadużywanie alkoholu ma negatywne skutki zdrowotne i społeczne. A tymczasem ktoś na tym nieszczęściu przecież zarabia! Dlatego następnie identyfikuje się lobby producentów/handlarzy i obsadza w roli czarnych charakterów. To mogą być niemieccy browarnicy popierający Kaisera, katoliccy papiści, niebezpieczni czarni gangsterzy. Potem mnoży się nachalną propagandę, która zwiększa oddziaływanie na opinię publiczną. Następnie przychodzi aktywizm, pracuje się nad poglądami młodego pokolenia – przyszłych wyborców, uzyskuje się polityczny wpływ, uchwala „pilotażowe” ustawy lokalne. Potem jest czas na zakaz ogólnokrajowy. Czy można wykluczyć, że XXI wieku nie będzie prób wprowadzenia nowych form prohibicji? Papierosy? Mięso i produkty zwierzęce? Nie wykluczałbym.

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję