Afganistanu, który znaliśmy, już nie ma :)

15 sierpnia 2021 roku – upadek państwa Afganistan

Rozpoczęta w reakcji na zamachy 11 września 2001 roku wojna w Afganistanie była najdłuższym konfliktem zbrojnym w niechlubnej historii wojennej Stanów Zjednoczonych. Według szacunków projektu Uniwersytetu Browna, 20-letnia wojna pochłonęła łącznie ponad 176 tys. istnień ludzkich po obu stronach konfliktu, z czego niemal 50 tys. to cywile. Wśród ofiar było także 1144 żołnierzy międzynarodowej koalicji ISAF. Ogólny koszt wojny szacuje się na ponad 2,2 bln dolarów.

„Nasza wojna z terrorem zaczyna się od Al-Qāʿidy, ale na tym się nie kończy” – powiedział prezydent USA George W. Bush na krótko przed inwazją w 2001 roku. Choć zdania są podzielone, a temat wojny w Afganistanie do dziś powoduje fale niekontrolowanych emocji, istnieją racjonalne przesłanki, że realizowana w ramach NATO operacja USA w pierwszym jej okresie miała solidny motyw i cieszyła się poparciem społeczności międzynarodowej. Była niejako usprawiedliwiona potrzebą schwytania Usamy Ibn Ladina obarczonego odpowiedzialnością za zamachy 11 września. Powoływano się również na konieczność obalenia bastionu terroryzmu, jakim jawił się wówczas Afganistan. Cel ten udało się osiągnąć dość szybko, doprowadzając do stłumienia ekstremistycznych ruchów politycznych w zarodku. Wówczas akcenty przesunięto na pięknie brzmiącą w języku soft power “pomoc rozwojową”. Pomoc w zakresie stabilizacji, modernizacji i demokratyzacji państwa, liberalizacji jego struktur społecznych, stworzenie silnej armii i sprawnej administracji, zdolnej do zneutralizowania talibańskiej opozycji. Nikogo nie dziwi dziś konstatacja, że program ten, w zasadzie pomijający sferę gospodarczą, poniósł sromotną klęskę. Afganistan, od 20 lat budujący z pomocą Zachodu demokrację, zawalił się w 10 dni.

Obie decyzje USA, zarówno o wprowadzeniu, jak i o wycofaniu wojsk koalicyjnych z Afganistanu, stanowią dramatyczne punkty zwrotne w historii Afganistanu, których krwawym żniwem zostaną obciążone kolejne pokolenia jego mieszkańców.

Talibowie, choć w tym czasie funkcjonowali w politycznym podziemiu, to od lat konsekwentnie tworzyli swoiste państwo równoległe, które dysponowało siłą militarną i sprawowało funkcje zarówno administracyjno-podatkowe, jak i sądowe i socjalne. Aktywność polityczna talibów w ostatnich latach – bezpośrednia lub poprzez ich biuro w Katarze – skupiała się również na budowaniu relacji z Chinami, o których ich czołowi politycy wypowiadają się nadzwyczaj ciepło. Tymczasem dla Chin Afganistan ma bardzo duże znaczenie z dwóch powodów. Niezmiennie zajmuje on kluczowe miejsce w chińskich planach tworzenia korytarzy transportowych – to najkrótsza droga do wielu portów Oceanu Indyjskiego, Iranu, Pakistanu oraz dalej do Iraku oraz Syrii i Turcji. Ale także jako obszar ogromnych złóż surowców mineralnych, zwłaszcza metali rzadkich, które są kluczowe dla rozwoju współczesnej technologii. Dość powiedzieć, że Afganistan posiada największe na świecie nieeksploatowane złoża litu, miedzi, żelaza, gazu, kobaltu, złota i węgla. Boryka się przy tym z klęską głodu i narastającym kryzysem humanitarnym.

Po latach wyniszczającej wojny, 20-letniej obecności wojsk amerykańskich, okupacji i rządów przeżartych korupcją, talibowie stali się niejako warunkiem koniecznym do zażegnania politycznego klinczu, na granicy którego stanął Afganistan. Ich obecność w roli istotnej siły na politycznej mapie Afganistanu została zaakceptowana przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Wprawdzie niektórzy członkowie talibów znaleźli się na liście terrorystów, to  oficjalnie nie posiadają statusu ugrupowania terrorystycznego. W lutym 2020 roku w Katarze administracja Trumpa brała udział w rozmowach z „nieuznawanym przez USA Islamskim Emiratem Afganistanu znanym jako Taliban. Podpisano wówczas deklarację o opuszczeniu terytorium Afganistanu przez wojska amerykańskie (i sojusznicze) oraz dopuszczenie talibów do władzy w ramach konsultacji z rządem w Kabulu. Mieli oni także zagwarantować bezpieczną ewakuację wojsk amerykańskich oraz zerwanie kontaktów z ugrupowaniami terrorystycznymi. W praktyce oznaczało to wielki powrót talibów jako wpływowego gracza w polityce wewnętrznej Afganistanu.

Przejęcie władzy przez talibów nie jest ani wielkim zaskoczeniem, ani nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, ale pokłosiem porozumień pokojowych zawartych w Ad-Dausze z 2020 roku, których stronami były Stany Zjednoczone oraz talibowie.

Tuż po przejęciu przez nich władzy, w duchu deklarowanej dobrej zmiany i zerwania ze skrajnym radykalizmem, ogłoszono wolę pojednania i odstąpienia od odwetu na politycznych rywalach współpracujących z poprzednim reżimem. Poprawie miała ulec również sytuacja kobiet, które zgodnie z zapewnieniami miały zyskać podmiotowość i zostać uwzględnione podczas formowania nowego rządu. Powyższe deklaracje to jedynie  puste frazesy, które nie znajdują odzwierciedlenia w rzeczywistości. Nie ulega bowiem wątpliwości, że faktycznym celem tych zabiegów z pogranicza propagandy i marketingu politycznego jest zdobycie uznania międzynarodowego i nawiązanie niezbędnych relacji z sąsiadami, które pozwoliłyby podźwignąć załamującą się gospodarkę i okiełznać narastający kryzys humanitarny.

 Mieszkańcy Kabulu nie ufają talibom i przygotowują się na najgorsze. Kto mógł, uciekł z kraju. Afganistanu, który znaliśmy już nie ma.

 32-letni Maruf Ayoubi urodził się w Ghazni, gdzie przez niemal 20 lat mieściła się polska baza wojskowa w Afganistanie. Od ponad 9 lat mieszka z rodziną w Łodzi.

 “Towarzyszy nam atmosfera głębokiej niepewności i szoku. Absolutnie nie spodziewaliśmy się tej nagłej lawiny tragicznych wydarzeń w kraju. Chwilowo wojny nie ma. Moi rodzice i najstarszy brat w Ghazni oraz dwaj bracia mieszkający w Kabulu wydają się być względnie bezpieczni. Przynajmniej na razie. Nie dochodzi do aktów przemocy w ich najbliższym otoczeniu, choć nikt w Afganistanie nie ma wątpliwości, że element przemocy i represji był i jest wpisany w rządy talibów.

Mój brat pracował w banku bazy wojskowej w Ghazni i rozliczał pensje afgańskich żołnierzy. Kilka miesięcy temu, kiedy talibowie zabili jego kolegę z pracy za rzekomą współpracę z wrogiem, postanowił uciekać. Nie może jednak liczyć na ewakuację na Zachód, ponieważ nie współpracował bezpośrednio z Amerykanami i siłami koalicyjnymi. Aktualnie Afgańczycy przestali chodzić do pracy, boją się. Szkoły i urzędy są częściowo zamknięte. Afganistanu, który znaliśmy już nie ma. Kraj znalazł się w próżni i z niepokojem czekamy, co się z tej próżni wyłoni. Pomimo pokojowych obietnic talibów wygłoszonych podczas ich pierwszej konferencji prasowej, w kraju panuje panika. Padły zapewnienia, że wybaczają oni wszystkim współpracującym w poprzednim systemem władzy. Kobiety owszem, będę mogły uczestniczyć w życiu społecznym, ale tylko „w granicach prawa islamskiego”, cokolwiek to znaczy…”

 Mirza Khan Sabawoon, doktorant na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i były sekretarz gabinetu w Ghazni:

“Strach jest obezwładniający. W pierwszych dniach po przejęciu władzy przez talibów niemal nie miałem kontaktu z rodziną. Nareszcie po wielu próbach udało mi się skontaktować z siostrą. Jeszcze kilka tygodni temu była nauczycielką 12-klasistów. Jej przyszłość, podobnie jak wielu innych Afganek pracujących w sektorze publicznym – w administracji czy szkolnictwie, jest szczególnie niepewna. Z relacji mojej siostry wiem, że straciła pracę, ponieważ talibowie zabronili edukacji dziewcząt powyżej 6 klasy szkoły podstawowej. Dodatkowo przeszukują domy i tropią ludzi, którzy mogli współpracować z poprzednim systemem. Przyszłość stoi pod znakiem zapytania, ale przeczucia ludzi, z którymi rozmawiałem są jednoznaczne (…)

W tych okolicznościach odżywają najgorsze wspomnienia. Nigdy nie zapomnę, jak jako młody chłopak byłem świadkiem publicznych egzekucji w tym kary śmierci przez powieszenie, kamienowanie w drodze do szkoły. Wciąż mam przed sobą wizję obcinanych rąk (kara za kradzież), twarzy pomalowanych na czarno i wystawionych na publiczne potępienie (kara za oglądanie telewizji) czy chłostania kobiet (kara za „niemoralne” prowadzenie się). Teraz już jestem dorosłym facetem, ale wciąż nie mogę wymazać z pamięci tych traumatycznych obrazów. Po obejrzeniu tych zdjęć z zachodniej prowincji Herat, która upadła w wyniku działań talibów, obrazy z przeszłości zaczęły nawiedzać mnie ponownie. 20 lat walczyliśmy o swoją tożsamość, ale wszystko się skończyło. Nie wierzę w przemianę talibów. Nie zapominajmy, że w latach 90-tych ich zamiary i metody były również zawoalowane. Nie dajmy się zwieść.”

Mieszkający w Londynie Afgańczyk Naqib Rahmani opisuje sytuację następująco:

 “Sytuacja w Afganistanie jest głęboko niepokojąca z kilku powodów. Po pierwsze, zalewa mnie żal i frustracja, że ostatnie 20 lat zostało bezpowrotnie straconych, a historia polityczna Afganistanu zatoczyła beznadziejny krąg. Talibowie po raz kolejny znaleźli się u władzy. Po drugie, przerażające jest to, że Zachód umywa ręce od odpowiedzialności za wywołany przez nich kryzys, a winą obarcza dziś naród afgański. Jednak najtrudniejsza do zniesienia jest świadomość, że śmierć tysięcy ludzi – Afgańczyków i cudzoziemców, cywilów i żołnierzy oddanych idei stabilizacji i odbudowy kraju, poszły na marne. Jeśli Zachód nie zamierzał stanąć po stronie narodu afgańskiego w walce z reżimem talibów, to dlaczego nie wyjaśnił tego od samego początku? Uratowałoby to tysiące istnień! Światełkiem w tunelu, za które jestem wdzięczny wydaje się fakt, iż w wielu miastach doszło do pokojowego przekazania władzy, dzięki czemu ofiary zostały ograniczone do minimum. Ponadto wydaje się, że talibowie stali się nieco bardziej „nowocześni” w swoim podejściu i do tej pory nie wprowadzili prawa ograniczającego wolność mieszkańców – zwłaszcza kobiet. Oczywiście to, czy trend ten będzie kontynuowany, jest główną bolączką wielu Afgańczyków. Trzeba jednak otwarcie przyznać, że talibowie poczynili postępy. Ich modus operandi uległ zmianie. Ewoluowali od surowych wieśniaków jeżdżących na rowerach do czystych, wykształconych mężczyzn podróżujących pierwszą klasą. Ten nowy „wykształcony” talib może być jednak jeszcze bardziej przerażający. Ludzie kwestionują ich obecne podejście i pytają: czy jest to jedynie sztuczka w celu uzyskania lokalnego i międzynarodowego wsparcia. Gdy zaś ich legitymacja zostanie ugruntowana, pokażą swoją prawdziwą twarz. Bez względu na pozory, jakie stwarzają, samo słowo „talibowie” budzi strach, a blizny po ich sześcioletnim reżimie są wciąż świeże. W rezultacie większość Afgańczyków jest sceptyczna, a niektórzy przygotowują się do walki, która mogłaby popchnąć kraj w kierunku wojny domowej. Nie ulega wątpliwości, że byłaby to kolejna krwawa karta w historii kraju (…)

W Afganistanie dochodzi do masowego drenażu mózgów. Zachód opuścił kraj zabierając ze sobą elity. Obecnie sytuacja wydaje się być względnie stabilna. Jedni są szczęśliwi widząc klęskę skorumpowanego rządu – rządu znanego jako jeden z najbardziej skorumpowanych na świecie, inni cieszą się z pokojowego transferu władzy. Wszyscy jednak z niepokojem obserwują rozwój wydarzeń i kolejne kroki talibów.”

 Czy Afgańczycy nie chcieli walczyć o swój kraj?

 Świat błyskawicznie obiegło nagranie przedstawiające talibów, którzy wtargnęli do pałacu prezydenckiego kilka godzin po ucieczce prezydenta Aszrafa Ghaniego. Bardzo wiele miast i wsi poddało się talibom niemalże bez walki. Z czego wynikał niekwestionowany sukces rebeliantów? Czy Afgańczycy rzeczywiście nie chcieli walczyć o swój kraj?

W wielu prowincjach od tygodni prowadzone były negocjacje, próby przekupstwa, zastraszania czy zaskarbienia zaufania lokalnych władz i starszyzny plemiennej. Nieprzecenioną rolę odegrały tu więzi klanowe i plemienne, na których od pokoleń opiera się system społeczno-polityczny współczesnego Afganistanu. Jak to się stało, że znacznie liczebniejsza armia afgańska (blisko 300 tysięcy zawodowych żołnierzy) nie zdołała obronić ojczyzny przed prawie trzykrotnie mniejszym atakiem talibów?

Odpowiedzi jest kilka. Po pierwsze, chorobą od lat toczącą afgańskie wojsko są niskie morale, słabość przywództwa i kryzys legitymacji. Ani wojsku, ani rządowi afgańskiemu nie udało się zaskarbić sobie zaufania rodaków. Prezydent i jego najbliżsi doradcy nazywani byli „trzyosobową republiką”. Tworzyli ją Ghani, jego doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Hamdullah Mohib i szef prezydenckiego biura administracyjnego Fazal Mahmood Fazli. Wszyscy spędzili większość życia za granicą i, podobnie jak wielu starszych urzędników, posiadają drugi paszport. Niektórzy politycy wywodzący się ze środowisk prezydenta Ghaniego nie posługują się biegle żadnym z dwóch oficjalnych języków Afganistanu – dari i paszto. Co więcej, jak twierdzi irański dziennikarz i niekwestionowany autorytet i znawca polityki afgańskiej Mohammad Hossein Jafarian, w rządzie Aszrafa Ghaniego nie – Pasztunowie mieli zdecydowanie mniejsze szanse na awans w szeregach. Stanowili oni znaczną część armii. Podczas kadencji Ghaniego z biura prezydenta wyciekła kontrowersyjna dyrektywa, aby uniemożliwiać awans zdobywającym lepsze wykształcenie obywatelom pochodzenia uzbeckiego, tadżyckiego czy hazarskiego.

Dlaczego mamy ryzykować życiem, narażać nasze rodziny, bronić statusu quo w postaci skorumpowanegorządu, który nie dość, że nas nie reprezentuje, to jeszcze dyskryminuje?

 Zdaniem Enayata Najafizada, założyciela kabulskiego think-tanku Institute of War and Peace Studies: “kluczowa jest tutajkwestia legitymizacji władzy. Rząd musi mieć także po swojej stronie ludzi, społeczeństwo. A ta komunikacja zawodzi od wielu lat. Nastąpił rozdźwięk między rządem a narodem afgańskim”. Zauważył także, że wybory prezydenckie, które zapewniły Ghaniemu drugą kadencję w 2020 roku, były skażone korupcją, co zostało zręcznie wykorzystane przez talibską machinę propagandową. Amerykanie twierdzą dziś, że siły Afganistanu miały możliwości, ale zabrakło im woli walki. W całym kraju żołnierze, policja, urzędnicy z prowincji i wsi oraz obywatele powiedzieli, że nie będą walczyć w obronie rządu Ghaniego. Ci, którzy walczą, w tym lokalne milicje, mówili, że bronią swoich rodzin i mienia oraz zabezpieczają przyszłość swoich dzieci, ponieważ nie mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony rządu.

Inną chorobą toczącą armię afgańską jest szalejąca korupcja. Weźmy przypadek z prowincji Helmand, gdzie dowódca otrzymywał wynagrodzenie i wyposażenie dla pięciuset żołnierzy — broń, ubrania, sprzęt medyczny i amunicję. W rzeczywistości dowódca ten miał pod swoją opieką jedynie stu ludzi. Reszta została przywłaszczona lub sprzedana. Skorzystali na tym talibowie. W ten sposób od lat funkcjonowała armia niewidzialnych żołnierzy, ludzi, którym regularnie wypłacano żołd, a którzy nie istnieli. Szacuje się, że talibom udało się przejąć blisko 70% całego sprzętu wojskowego, który pozostawili w kraju Amerykanie łącznie ze śmigłowcami Black Hawk. Według Weedy Mehran, specjalistki ds. konfliktów na Uniwersytecie Exeter odejście wojsk koalicyjnych, a zwłaszcza ich “nocne zniknięcie” z bazy lotniczej Bagram, amerykańskiego centrum operacyjnego w Afganistanie, było ogromnym ciosem w morale sił bezpieczeństwa.

“Kabul dość nieprecyzyjnie określił, w jaki sposób zamierza zarządzać wojną i odeprzeć atak talibów. Ten brak jasności w połączeniu z rozdrobnieniem politycznym doprowadziły do spekulacji i braku woli politycznej do walki z rebeliantami, szczególnie na północy i zachodzie, wśród niepasztuńskiej większości.” – podsumowuje Mehran.

Policjant z Kandaharu tuż po tym, jak upadło to miasto, powiedział mi, że rozkaz szedł z góry i był jasny: zostawcie mundury i jedźcie do rodzin. Co miał zrobić? Wyjść sam przed posterunek i naparzać się z talibami? Oczekiwanie od szeregowych funkcjonariuszy, że staną się mięsem armatnim, albo od mieszkańców, że ruszą z widłami na talibów, jest kompletnym absurdem” – relacjonuje dziennikarka Jagoda Grondecka.

Warto pamiętać, że nie wszystkie jednostki wojskowe zdezerterowały. Wiele z nich próbowało się bronić, choć kończyła im się żywność i amunicja. Apelowali o wsparcie. Jeśli go nie otrzymają, będą musieli uciekać – mówili.

Afgańskie Guantanamo

Położony mniej więcej godzinę jazdy samochodem na północ od stołecznego Kabulu Bagram to zarówno więzienie, jak i była główna amerykańska baza wojskowa. Na jej terenie przetrzymywano łącznie około 5 tys. osób. Ludzie, którzy tam trafiali byli wyjęci spod prawa, torturowani, przetrzymywani bez wyroków. Wobec więźniów stosowano także przemoc seksualną.

 Podczas ofensywy talibów świat obiegła porażająca wiadomość o otwarciu cieszącego się złą sławą, największego więzienia Pul-eCharkhi znajdującego się na przedmieściach Kabulu. Dawniej dom dla ponad 9000 więźniów – według danych Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża – rozmieszczonych w 11 blokach, Pul-eCharkhi było więzieniem o największej przepustowości w Afganistanie, często z kilkunastoma osobami stłoczonymi w małej celi.  Więzienie, które powstało w latach 80., stało się symbolem tortur i egzekucji. Później, w 2009 roku, Stany Zjednoczone przeniosły tam około 250 więźniów z obozu przetrzymywania w Guantanamo Bay. Ale 15 sierpnia pojawił się materiał filmowy Mashal Afghan News – pro-talibańskiego nadawcy – rzekomo pokazujący bojowników otaczających więzienie i uwalniających jego więźniów, w tym bojowników ISIS i Al-Qāʿidy. Talibscy strażnicy zaprzeczają, jakoby grupa kiedykolwiek uwolniła więźniów, mówiąc, że to były rząd afgański „opuścił teren więzienia i otworzył drzwi”, kiedy talibowie przejmowali kontrolę nad Kabulem. W sierpniu 2020 r. Hekmatullah Hekmat, lat 25, uzyskał z rąk rządu afgańskiego amnestię. Był to warunek wstępny postawiony przez talibów przed rozpoczęciem negocjacji. W tym czasie amnestii doczekał się także 33-letni Qudratullah Nazim, który uciekiły tym samym przed wyrokiem śmierci wydanym przez rząd ówczesnego prezydenta Ashrafa Ghaniego.

Chaos spowodowany natarciem talibów sprawił, że tysiące więźniów zostało uwolnionych lub zbiegło, w tym bojownicy Państwa Islamskiego. Zgodnie z doniesieniami dziennikarki Jagody Grondeckiej: Ci ludzie po prostu zbiegli z więzienia i do dzisiaj nie wiadomo, gdzie są i czy nie przyłączą się z powrotem do swoich matczynych organizacji.

 “Wyprzedziliśmy Zachód”

 Rzecznik talibów Zabullah Mudżahid podczas pierwszej konferencji prasowej po zajęciu Kabulu: “To moment wielkiej dumy dla całego narodu. Po dwudziestu latach walki w końcu uwolniliśmy nasz kraj wypędzając cudzoziemców.”

Przyszłość, która rysuje się na podstawie minionej konferencji można skwitować lakonicznie: Wolne media, ale tylko po myśli rządzących; kobiety “aktywne”, ale wyłącznie w stosownych ramach szariatu definiowanych przez talibów.

 ONZ ostrzega, że ⅓ mieszkańców Afganistanu grozi głód. Kraj stoi na granicy kryzysu humanitarnego i załamania gospodarki. Pieniądze ze Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników z NATO skończyły się, podobnie jak finansowanie z Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Korespondent “Tygodnika Powszechnego” Paweł Pieniążek: “drastyczna zmiana społecznego krajobrazu Kabulu. Różnice w strojach, zniknęły dżinsy, t-shirty, koszule, mężczyźni zaczęli zapuszczać brody. Zamknięto salony barberskie, kobiety nie mają już wstępu na Uniwersytet w Kabulu, a dziewczynki do szkół średnich. Kierowcy wyłączający muzykę w samochodzie. Zmiany w prawie jeszcze nie nastąpiły, ludźmi powoduje strach i na wszelki wypadek ograniczają ryzyko narażenia się nowej władzy.

Te Afganki, które przez ostatnie 20 lat cieszyły się względną wolnością i brały czynny udział w życiu publicznym, z całą mocą odrzucają dzisiaj tezę o metamorfozie talibów w podejściu do ich praw. Zdaniem 40-letniej afgańskiej aktywistki z Kabulu: “reforma Talibanu nie jest tak naprawdę możliwa. Podstawą ich ideologii jest przecież fundamentalizm, który objawia się szczególnie w stosunku do kobiet”. Salima Mazari, jedna z trzech kobiet zarządzających wilajetami[1] w Afganistanie również jest przekonana, że pod rządami talibów: „miejsca dla kobiet nie będzie”. Kobiety sukcesywnie znikają z krajobrazu Afganistanu, nawet tego miejskiego. Według Marari: „wszystkie uwięzione są w swoich domach”. O swoje bezpieczeństwo i kariery mają prawo obawiać się także afgańskie sportsmenki. Sport, który niegdyś był dla nich narzędziem emancypacji, teraz może okazać się przekleństwem.

Rządy talibów w latach 1996-2001 podporządkowały sobie i na długo straumatyzowały społeczeństwo afgańskie. Każdy bez wyjątku był wówczas świadkiem ultrakonserwatywnej i nieprzystającej do współczesności wykładni islamu, na którą cynicznie powoływali się rządzący.

Ofiar opresyjnego systemu było wiele, między innymi były to kobiety, które straciły prawo do nauki, pracy czy samodzielnego przemieszczania się. Obowiązkowa była obecność męskiego opiekuna towarzyszącego kobiecie w miejscach publicznych. Wówczas przymusowym strojem kobiety stała się burka.

Po zamachach na World Trade Centre w 2001 roku pod pretekstem walki z terroryzmem siły amerykańskie sprzymierzone z wojskami NATO (w tym również Polska) zaatakowały Afganistan pozbawiając władzy talibów.

Pomimo, że krytycznie oceniam okupację Afganistanu muszę przyznać, że sytuacja kobiet w ciągu ostatnich 20 lat uległa diametralnej poprawie. Jest to jednak przede wszystkim zasługa samych Afganek i Afgańczyków. Stało się to możliwe także dzięki wspólnym wysiłkom organizacji pozarządowych oraz wsparciu finansowemu płynącemu z zagranicy. Część Afganek w końcu doczekała się należnej im roli w życiu publicznym ich kraju. Piastowały stanowiska polityczne zarówno na szczeblu lokalnym, jak i krajowym oraz pracowały w policji czy siłach bezpieczeństwa. W 2003 roku nowy rząd ratyfikował Konwencję w sprawie likwidacji wszelkich form dyskryminacji kobiet, która wymaga od państw włączenia zapisu o równości płci do prawa krajowego. Konstytucja Afganistanu z 2004 roku stanowi, że „obywatele Afganistanu, mężczyźni i kobiety, mają równe prawa i obowiązki wobec prawa”. W międzyczasie wprowadzono ustawę z 2009 roku, która miała chronić kobiety przed zawieranymi w wieku nieletnim, przymusowymi małżeństwami oraz przemocą.  Human Rights Watch, odnotowało wzrost liczby śledztw i, w mniejszym stopniu, wyroków skazujących za brutalne przestępstwa przeciwko kobietom i dziewczętom. Dodatkowo, UNICEF donosi o 3,7 milionach afgańskich dzieci, które nie uczęszczają do szkoły, z których około 60% to dziewczynki.

“Jedna wykształcona kobieta w Afganistanie zmienia życie setek kolejnych. Dziewczynki mogą się uczyć jedynie na zajęciach prowadzonych przez nauczycielkę, kobiety nie mogą odbyć wizyty lekarskiej w gabinecie prowadzonym przez mężczyznę. Jeżeli zabraknie pracownic przekazujących swoje umiejętności kolejnym pokoleniom, kobiety znikną, zamknięte w domach i pozbawione pomocy. Będziemy świadkami całkowitego wykluczenia ich z życia społecznego” mówi Małgorzata Olasińska-Chart z Polskiej Misji Medycznej.

Warto jednak pamiętać, że dziesięć lat temu podjęto wysiłki (ostatecznie nieskuteczne) na rzecz zmniejszenia liczby mandatów parlamentarnych dedykowanych kobietom. W 2015 roku tłum zlinczował na śmierć Farchundę Malikzadę po tym, jak została fałszywie oskarżona o spalenie Koranu. Stanowi to bolesny dowód na to, że stosunek do kobiet pozostał w dużej mierze niezmieniony nawet po 15 latach zachodniego nadzoru i miliardach dolarów przeznaczonych na programy prospołeczne i prokobiece.

Zdaniem Marufa  zapewnieniom talibów absolutnie nie można ufać:

“Ich słowa rozmijają się z rzeczywistością. Podczas ostatniej konferencji prasowej rzecznik Zabihullah Mudżahid podkreślał, że talibowie wybaczyli wszystkim współpracującym z poprzednim reżimem. Tymczasem wciąż słyszymy o aktach przemocy i kolejnych ofiarach.  W ostatnich dniach talibowie zamordowali dwóch afgańskich komendantów policji. Ponadto regularnie docierają do mnie informacje, że kobietom zabrania się powrotu do pracy ze względu na ich rzekome bezpieczeństwo i nawołuje do wysyłania mężczyzn na ich miejsce”.

W tym tygodniu Michelle Bachelet, wysoki komisarz ONZ ds. praw człowieka, zgłosiła szereg naruszeń praw człowieka popełnionych przez talibów od czasu przejęcia kraju, w tym doraźne egzekucje cywilów i członków sił bezpieczeństwa. Dodała, że sposób, w jaki talibowie traktują kobiety, będzie papierkiem lakmusowym tego w jakim kierunku zmierza “nowy” Afganistan.

„Talibowie zwyczajnie oszukują, aby zdobyć uznanie na arenie międzynarodowej. Gdy tylko je zdobędą, po raz kolejny ustanowią dyktaturę i będzie to czas, kiedy ujawnią swoje prawdziwe oblicze, a my powrócimy do mrocznej przeszłości. Jeśli społeczność międzynarodowa całkowicie wycofa się z Afganistanu, kraj i jego kobiety zostaną ponownie zapomniane.”powiedziała była minister obrony Munera Yousufzada.

Pomimo usilnych prób ocieplania wizerunku łącznie z publikowaniem w mediach społecznościowych zdjęć bojowników na siłowni, w lunaparku czy jedzących lody, 24 sierpnia talibowie oficjalnie zakazali słuchania muzyki w miejscach publicznych.

Na podstawie rozmowy Agnieszki Pikulickiej-Wilczewskiej oraz Pawła Pieniążka z Nuruddinem Turabim dowiadujemy się, że “obcinanie rąk to wymóg społeczny, a ludzie tego oczekują. Sprawi, że kraj będzie bardziej bezpieczny”. W Heracie zostało powieszonych publicznie 4 mężczyzn oskarżonych o porwanie. Kolejne doniesienia z Afganistanu rozwiewają wszelkie żywione jeszcze do niedawna nadzieje. Wspaniałomyślna metamorfoza talibów podobnie jak zmiany w ich podejściu do kobiet są fikcją.

Talibowie żądają od rodzin wydania im niezamężnych córek. Choć twierdzą, że Afganki będą mogły się uczyć, pracować, oczywiście w stosownym odzieniu i odseparowane od mężczyzn w miejscu nauki czy pracy, rzeczywistość jest inna. Kobiety pojawiające się w pracy odsyła się do domu “dla ich własnego dobra”.

W ostatnim czasie ministerstwo kobiet przemianowano na Ministerstwo Modlitwy, Przewodnictwa oraz Popierania Cnoty i Zapobiegania Niemoralności.

 Kobiety, które są wykładowcami i studentkami afgańskich uniwersytetów publicznych coraz bardziej obawiają się, że talibowie nigdy nie pozwolą im wrócić do szkoły, a profesorowie masowo rezygnują ze stanowisk usilnie próbując opuścić kraj. Według szacunków wykładowców, którzy rozmawiali z “The Times”, ponad połowa profesorów w kraju albo porzuciła pracę, albo deklaruje, że to zrobi. Uniwersytet w Kabulu, najważniejsza publiczna uczelnia w kraju, ucierpiał szczególnie, tracąc w ostatnich dniach jedną czwartą swoich wykładowców. Powód? Dwa tygodnie temu talibowie zaczęli zastępować dotychczasowe kierownictwo na głównych uniwersytetach w Afganistanie.

Ich wybór na Uniwersytecie w Kabulu, najważniejszej uczelni publicznej w kraju, wywołał szczególne oburzenie. Nowym kanclerzem został Mohammad Ashraf Ghairat, 34-letni wielbiciel ruchu, który był szeroko krytykowany w kręgach akademickich i w mediach społecznościowych jako niewykwalifikowany i mający niepokojące poglądy na temat praw kobiet.  W symbolicznym akcie oporu związek nauczycieli Afganistanu wysłał w zeszłym tygodniu list do rządu, żądając odwołania nominacji pana Ghairata.  To oburzenie nasiliło się w poniedziałek, kiedy w poście na Twitterze pan Ghairat, stwierdził, że kobiety nie będą mogły wrócić na Uniwersytet w Kabulu, dopóki nie zostanie ustanowione „prawdziwe środowisko islamskie”. The Times nie był w stanie zweryfikować, czy konto było prowadzone przez kanclerza lub przedstawiciela z jego biura, jednak nie ulega wątpliwości, że oświadczenie to było echem wcześniejszych wypowiedzi przywódców talibów, w których podkreślano, że  kobiety ostatecznie będą mogły wrócić na zajęcia dopiero po ustanowieniu bezpiecznego i islamskiego środowiska, w tym klas segregacyjnych.

Niektóre żeńskie członkinie personelu, które przez ostatnie dwie dekady pracowały we względnej wolności, wycofały się, kwestionując ideę, zgodnie z którą to talibowie mieliby monopol na definiowanie wiary muzułmańskiej obawiając się jednocześnie, że prawdziwym zamiarem talibów jest  trzymanie kobiet z dala od edukacji, tak jak miało to miejsce w latach 90-tych.  „W tym świętym miejscu nie było nic niemuzułmańskiego”, powiedziała jedna z wykładowczyń, ze strachu przed odwetem prosząc o anonimowość, podobnie jak kilka innych, z którymi rozmawiał “The New York Times”. „Prezydenci, nauczyciele, inżynierowie, a nawet mułłowie są tu szkoleni i obdarowani społeczeństwem, a Uniwersytet w Kabulu jest domem narodu Afganistanu” – powiedziała.

Tymczasem rzecznik talibów, Zabihullah Mujahid, określił post na Twitterze jako być może „własny osobisty pogląd pana Ghairata”. Nie dał jednak żadnych zapewnień, że kobiety będą mogły uczęszczać do pracy lub na zajęcia na uniwersytetach, mówiąc, że talibowie nadal pracują nad opracowaniem „bezpieczniejszego systemu transportu i środowiska, w którym studentki są chronione”.

Nie ma nadziei, cały system szkolnictwa wyższego się walipowiedział Hamid Obaidi, były rzecznik Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, który był także wykładowcą w Szkole Dziennikarstwa Uniwersytetu w Kabulu. Setki profesorów i studentów próbowało wydostać się z Afganistanu. Wielu kontaktowało się z zagranicznymi organizacjami, z którymi byli w przeszłości związani i błagało o sfinansowanie ich ewakuacji.

Obietnice utworzenia rządu, w którym uczestniczyłyby kobiety nie zostały dotrzymane. Przywódcy talibów niedawno powołali do życia gabinet złożony z  samych mężczyzn.

Na kluczowe stanowisko ministra spraw wewnętrznych został mianowany Sirajuddin Haqqani, który znajduje się na liście najbardziej poszukiwanych przez FBI, za jego głowę wyznaczono nagrodę w wysokości 5 milionów dolarów. Niektóre źródła twierdzą, że nadal przetrzymuje co najmniej jednego amerykańskiego zakładnika. Haqqani stał na czele budzącej postrach grupy przestępczej, której przypisuje się odpowiedzialność za liczne porwania i zabójstwa.

Afgańscy dziennikarze i użytkownicy mediów społecznościowych, zwłaszcza kobiety, obawiają się, że zostaną ukarani za działalność opozycyjną w sieci. Facebook, Twitter i Linkedin ogłosiły, że podejmują kroki w celu zabezpieczenia kont afgańskich.

Facebook uruchomił nową funkcję bezpieczeństwa, która zabezpiecza konta afgańskich użytkowników, jednocześnie tymczasowo usuwając możliwość wyszukiwania i przeglądania list ich znajomych w kraju. W piątek AFP News podała, że afgańska influencerka Sadiqa Madadga, niedawno usunęła swoje konta w mediach społecznościowych informując setki tysięcy obserwujących na TikToku i Instagramie, że obserwowanie jej „nie jest już bezpieczne”.

Lęk przed powrotem ultrakonserwatywnego prawa jest powszechny. W latach 1996-2001 talibowie nie pozwalali dziewczętom chodzić do szkoły, zakazywali rozrywek i stosowali nieludzkie kary, takie jak ukamienowanie. Teraz afgańscy użytkownicy mediów społecznościowych obawiają się, że ich internetowa działalność może przysporzyć im problemów.

„Nie lubię wyrażać swojego bólu w Internecie, ale mam tego dość. Moje serce jest w kawałkach, gdy patrzę na ziemię, moją ojczyznę, która powoli niszczeje na moich oczach”napisała Madadga, po czym szybko usunęła konta, które do niedawna decydowały o jej sukcesie w karierze.

Choć z ulic miast zniknęła przestępczość, zniknęły także kolory, kobiety i resztki wolności.

 W Afganistanie zakończyła się wojna domowa. Nastąpiła demobilizacja wojowników należących do różnych, często niesprzymierzonych ze sobą frakcji. Wielu zadaje sobie dziś pytanie: czy przepędzenie Amerykanów było jedynym celem bojowników? Talibowie są wciąż podzieleni, rozdźwięk ideowy widać choćby na przykładzie prowincji Chorasan i starożytnej Buchary. Miejsce to słynie z zamachów, których ostrze skierowane jest przeciwko afgańskim szyitom zwanym Hazarami. Dzięki staraniom bojowników tzw. Państwa Islamskiego, Kabul nie przestaje płonąć, a talibowie usiłują uporać się z kolejnym zagrożeniem dla ich niepodzielnej władzy. Panuje powszechny strach, krajobraz dużych miast zmienił się nie do poznania. Choć z ulic miast zniknęła przestępczość, zniknęły także muzyka, kolory, kobiety i resztki wolności.

 

[1] Jednostka podziału administracyjnego w krajach muzułmańskich; prowincja.

 

Bibliografia:

  1. Komentarz Jagody Grondeckiej dla SalamLab, https://www.facebook.com/SalamLabPL/videos/863525754578175/, (16.08.2021)
  2. Komentarz Ambasadora Krzysztofa Płomińskiego RP w Afganistanie, https://www.facebook.com/krzysztof.plominski.1/posts/10158774271214209, (17.08.2021)
  3. Komentarz dr Beaty Górki-Winter dla “Podróż bez paszportu”, https://spoti.fi/3gd17u9, (17.08.2021)
  4. Komentarz dr Ludwiki Włodek dla SalamLab, https://www.facebook.com/SalamLabPL/videos/377131953846027, (19.08.2021)
  5. Komentarz Pawła Pieniążka dla TOK FM, https://audycje.tokfm.pl/podcast/112213,-Tam-sie-zradykalizowali-teraz-byli-wiezniowie-wracaja-dzis-jako-przedstawiciele-wladzy-korespondencja-z-Bagramu-Afganistan(29.09.2021)
  6. Komentarz Agnieszki Pikulickiej-Wilczewskiej, https://audycje.tokfm.pl/podcast/112266,Obcinanie-rak-wroci-do-Afganistanu-Talibowie-twierdza-ze-ludzie-tego-oczekuja, (30.09.2021) ​​
  7. Rosenberg, Scenes From Kabul as Taliban Tightens Control, https://www.nytimes.com/live/2021/08/17/world/kabul-afghanistan-video-photos, (17.08.2021)
  8. Engelbrecht, S. Hassan, At Afghan Universities, Increasing Fear That Women Will Never Be Allowed Back, https://www.nytimes.com/2021/09/27/world/asia/taliban-women-kabul-university.html, (04.10.2021)
  9. Massey, The War We Forgot To End: Why Are We Still in Afghanistan?, https://inthesetimes.com/article/its-time-to-put-an-end-to-us-occupation-of-afghanistan, (11.07.2016)
  10. As Taliban returns, Afghan influencers go dark on social media, https://www.aljazeera.com/news/2021/8/20/afghanistan-social-media-influencers-taliban-instagram-youtube, (20.08.2021)
  11. Towey, Facebook launched a safety feature to protect Afghan users amid fears that the Taliban is tracking opposition on social media, https://www.businessinsider.com/how-to-delete-facebook-safety-feature-protect-afghanistan-users-taliban-2021-8?IR=T, (20.08.2021)
  12. Taliban Name A Caretaker Cabinet That Pays Homage To The Old Guard, https://www.npr.org/2021/09/07/1034800212/taliban-government-cabinet-announcement?t=1634589802430, (07.09.2021)
  13. Taliban Name Their Deputy Ministers, Doubling Down On An All-Male Team, https://www.npr.org/2021/09/21/1039232797/taliban-women-all-male-government-cabinet-ministers?t=1634262673926, (21.09.2021)
  14. Fox, Afghanistan is now one of very few countries with no women in top government ranks, https://edition.cnn.com/2021/09/09/asia/taliban-government-women-global-comparison-intl/index.html, (10.09.2021)
  15. Wiśniowska, Dramatyczna sytuacja sportsmenek z Afganistanu. „Talibowie mnie zabiją. Nie lubią kobiet takich jak ja”, https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,163229,27464219,dramatyczna-sytuacja-sportsmenek-z-afganistanu-talibowie-mnie.html?utm_source=mail&utm_medium=newsletter&utm_campaign=wieczorny&NLID=9c9b91403a1a53af966d50e44d24552c974b4ba7f8c9935c61d24db15eec0f6b, (17.08.2021)
  16. These Female Afghan Politicians Are Risking Everything For Their Homeland, https://www.npr.org/2021/08/18/1029014825/afghan-women-politicians-taliban-resistance, (18.08.2021)
  17. O’Malley, Race still on to save lives, careers of Afghan academics, https://www.universityworldnews.com/post.php?story=20210825174712995, (28.08.2021)
  18. Pal, Taliban replaces women’s ministry with ministry of virtue and vice, https://www.reuters.com/world/asia-pacific/taliban-replaces-womens-ministry-with-ministry-virtue-vice-2021-09-17/, (17.09.2021)
  19. Pal, EXCLUSIVE Afghan women should not work alongside men, senior Taliban figure says, https://www.reuters.com/world/asia-pacific/exclusive-afghan-women-should-not-work-alongside-men-senior-taliban-figure-says-2021-09-13/, (13.09.2021)
  20. UN Human Rights Chief urges action to prevent calamitous consequences for the people of Afghanistan,https://www.ohchr.org/EN/NewsEvents/Pages/DisplayNews.aspx?NewsID=27370&LangID=E, (10.08.2021)
  21. ‚Trip to Disney After This?’: Taliban Fighters Enjoy Ice-cream in Kabul, Twitter Asks What Next, https://www.news18.com/news/buzz/taliban-fighters-cool-it-with-ice-cream-in-kabul-twitter-asks-what-next-4102652.html, (19.08.2021)
  22. Roche, Taliban Leader Says Music Will Be Banned in Public Again in Afghanistan,https://www.newsweek.com/taliban-leader-says-music-banned-public-afghanistan-1623202, (26.08.2021)
  23. Afghanistan women’s rights are ‘red line’, UN rights chief tells States, https://news.un.org/en/story/2021/08/1098322, (24.08.2021)
  24. O’Donnel, In Taliban’s New Afghan Emirate, Women Are Invisible, https://foreignpolicy.com/2021/08/27/women-afghanistan-taliban-invisible-future/, (27.08.2021)
  25. Kazmin, B. Parkin, K. Manson, Low morale, no support and bad politics: why the Afghan army folded, https://www.ft.com/content/b1d2b06d-f938-4443-ba56-242f18da22c3, (15.08.2021)
  26. Pieniążek, Talibowie z afgańskiego Guantanamo, https://www.tygodnikpowszechny.pl/talibowiez-afganskiego-guantanamo-169124, (27.09.2021)
  27. Jawad, AFGHANISTAN A Nation of Minorities, https://minorityrights.org/wp-content/uploads/old-site-downloads/download-416-Afghanistan-A-Nation-of-Minorities.pdf, (1992)
  28. Council of Foreign Relations, The U.S. War in Afghanistan, https://www.cfr.org/timeline/us-war-afghanistan, (2021)
  29. Watson Institute For International And Public Affairs Brown University, Costs of War, https://watson.brown.edu/costsofwar/, (01.09.2021)
  30. Horowitz, The Taliban are sitting on $1 trillion worth of minerals the world desperately needs, https://edition.cnn.com/2021/08/18/business/afghanistan-lithium-rare-earths-mining/index.html, (19.08.2021)
  31. O’Toole, They aren’t listed, but make no mistake: The UN has sanctions on the Taliban, https://www.atlanticcouncil.org/blogs/new-atlanticist/they-arent-listed-but-make-no-mistake-the-un-has-sanctions-on-the-taliban/, (23.08.2021)
  32. Mehra LL.M, M. Wentworth, The Rise of the Taliban in Afghanistan: Regional Responses and Security Threats, https://icct.nl/publication/the-rise-of-the-taliban-in-afghanistan-regional-responses-and-security-threats/, (27.08.2021)
  33. Afghanistan: Who’s who in the Taliban leadership, https://www.bbc.com/news/world-asia-58235639, (07.09.2021)
  34. For Afghan Women, Taliban Stir Fears of Return to a Repressive Past, https://www.nytimes.com/2021/08/17/world/asia/afghanistan-women-taliban.html?auth=link-dismiss-google1tap, (17.08.2021)

 

Polecane książki o Afganistanie:

  1. Dalrymple, Powrót króla. Bitwa o Afganistan 1839-42
  2. Stewart, Między miejscami. Z psem przez Afganistan
  3. Nordberg, Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie
  4. Procházková, Friszta. Opowieść kabulska
  5. Seierstad, Księgarz z Kabulu

Podziękowania dla: Maruf Ayoubi, Sabawoon Mirza, Naqib Rahmani, dr. Adel Ramadan oraz prof. Marek Dziekan za pomoc przy tworzeniu artykułu.

 

Autor zdjęcia: Majid Korang beheshti

Niemiecka koalicja świateł drogowych :)

 W Niemczech trwa obecnie gorący okres ustalania nowej koalicji rządowej. Najprawdopodobniej w jej skład wejdą socjaldemokraci, liberałowie i zieloni. Jaki scenariusz ich rządów można w tej chwili zarysować? I co ta nowa koalicja przyniesie dla RFN, Europy i świata? O tym w krótkim podsumowaniu tego co się stało, co aktualnie się dzieje i co przyniesie przyszłość na niemieckiej scenie politycznej.

Co się wydarzyło?

26 września br. Niemcy wybrali nowy Bundestag. Do oddania głosu uprawnionych było 60,4 mln obywateli, ale udział w wyborach zdecydowało się wziąć 76,6% z nich. Tradycyjnie najlepsza frekwencja była na północy, zachodzie i południu kraju (77%-85%), natomiast na wschodzie, w szczególności na terenie Meklemburgii – Pomorza Przedniego i w Saksonii – Anhalt, zainteresowanie wyborami było słabsze, na poziomie około 63-69%.

Oficjalny wynik końcowy potwierdził tendencje z ostatnich tygodni przed głosowaniem – Socjaldemokratyczna Partia Niemiec (SDP) wygrała wybory zyskując 25,7% wszystkich głosów i zdobywając łącznie 206 miejsc w izbie niższej niemieckiego parlamentu. Na drugim miejscu uplasowała się chadecka koalicja CDU/CSU (Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna/ Unia Chrześcijańsko-Społeczna), choć de facto otrzymała najgorszy wynik w swojej historii – zdobyła poparcie 24,1% głosujących i 197 miejsc w parlamencie. Na trzecim miejscu triumfowała partia Zielonych – 14,8% głosów, 118 miejsc. Na czwartym zaś liberałowie z Wolnej Partii Demokratycznej (FDP) () – 11,5% głosów i 92 miejsca. Zarówno Zieloni jak i FDP wzmocniły swoją reprezentację w parlamencie względem wyborów z 2017 roku. Prócz tych ugrupowań do Bundestagu weszli ponadto reprezentanci skrajnej prawicy z Alternatywy dla Niemiec (AfD) (10,3% głosów, 83 miejsca) oraz skrajnej lewicy z Linke (39 miejsc, choć łącznie zyskali 4,9% głosów, tzn. mniej niż wskazuje próg wyborczy – uzyskali jednak mandaty w ramach wyborów bezpośrednich na konkretnych kandydatów, tzw. Erststimme). Poza deputowanymi z ramienia ww. partii, do Bundestagu wszedł także jeden przedstawiciel Związku Wyborców Południowego Szlezwiku, które jest ugrupowaniem reprezentującym mniejszość narodową i jako taki nie obowiązuje go 5% próg wyborczy.

W parlamencie 20. kadencji zasiądzie zatem 736 posłanek i posłów – to relacja 35% do 65% na korzyść mężczyzn, choć należy przyznać, że kobiety we wrześniowych wyborach wywalczyły o 4% więcej miejsc niż poprzednim razem. Jednocześnie ten Bundestag będzie o 27 deputowanych większy niż w latach 2017-2021, co oznacza że będzie to drugi, po Ogólnochińskim Zgromadzeniu Przedstawicieli Ludowych, tak olbrzymi parlament na świecie. W tej nowej izbie zasiadać będą jednak politycy młodszej generacji – średnia wieku wynosi bowiem 47,5, a prawie 1/3 deputowanych ma mniej niż 40 lat. Warto zauważyć, że najmłodsi deputowani reprezentować będą najczęściej Zielonych (ich najmłodsi parlamentarzyści mają po 23 lata), natomiast najstarsi sprawować będą mandat w większości z ramienia AfD (honorowy przewodniczący frakcji AfD Alexander Gauland ma obecnie 80 lat).

Co ciekawe, 38% wszystkich deputowanych to nowicjusze – najwięcej jest ich wśród Zielonych. Jakkolwiek „starzy wyjadacze” w większości utrzymali się na swoich pozycjach – w szczególności ci z Linke (79% ich deputowanych podtrzymało swój mandat) oraz z CDU/CSU (75%). Oznacza to, że w 62% niemiecki parlament składać się będzie z zawodowych polityków – gros z nich ma wcześniejsze doświadczenie w pracy w administracji, korporacjach międzynarodowych, a także w sądownictwie. Aż 15% z nich może pochwalić się tytułem doktora.

Parlament będzie też bardziej wielokulturowy – 83 osoby (11,3%) mają tzw. tło migracyjne, co oznacza że co najmniej jedno z ich rodziców nie urodziło się na terenie Niemiec. To wzrost o 3% względem poprzedniej kadencji Bundestagu. Najwięcej osób z pochodzeniem migracyjnym reprezentowanych jest przez lewicę z Linke (28%), najmniej natomiast przez CDU (4,6%). Ten nowy Bundestag będzie zatem młodszy, bardziej kobiecy, kolorowy i prawdopodobnie także bardziej dynamiczny, ze względu na napływ nowego politycznego narybku.

Co się teraz dzieje?

Niemieckie oraz ogólnoświatowe media od miesięcy rozgrzewała dyskusja o tym kto i z kim utworzy nową koalicję rządową.  Scenariuszy było kilka i wielokrotnie omawiano ten temat w licznych analizach. Tymczasem najprawdopodobniej ziści się tzw. koalicja świateł drogowych (Ampelkoalition).

Po przeprowadzeniu rozmów sondujących reprezentanci trzech partii: socjaldemokratów (kolor czerwony), liberałów (kolor żółty) i zielonych, ogłosili bowiem w piątek 15 października zamiar utworzenia wspólnego gabinetu. Negocjacje nad umową nadal jednak trwają, podobnie jak dyskusje dotyczące obsady stanowisk. Podstawą do prowadzenia rozmów jest wypracowane wspólnie 12-stronicowe porozumienie, w którym te trzy partie wymieniły kluczowe z ich punktu widzenia zadania stojące przed Bundestagiem. Są to: modernizacja gospodarki; przyspieszona cyfryzacja; walka ze zmianami klimatycznymi; inwestycje w energię odnawialną i szybkie wycofanie się z energetyki węglowej (do 2030 roku); poprawa szans rozwojowych dzieci, w tym zakotwiczenie praw dziecka w Ustawie Zasadniczej oraz obniżenie wieku głosowania do 16 lat; stymulowanie budownictwa mieszkaniowego; zabezpieczenie emerytur; podwyższenie ustawowej płacy minimalnej do 12 euro/godz.; odstąpienie od podwyższenia podatku dochodowego, podatku od towarów i usług lub podatku od osób prawnych; a także utrzymanie dotychczasowego poziomu emerytur i ustawowego wieku emerytalnego.

Jak podkreślali liderzy trzech ugrupowań podczas prezentacji głównych punktów tego porozumienia, rozmowy prowadzone są w „przyjaznej atmosferze”, z „dużym stopniem zaufania” i przy „wzajemnej sympatii”. Niewątpliwie jeśli ta koalicja powstanie, to wprowadzi zupełnie nową jakość do niemieckiego politycznego mainstreamu. Aby się powiodła konieczne jest wspomniane wzajemne zaufanie, ale i zrozumienie dla potrzeb różnych grup wyborców – od niezależnych intelektualistów i aktywistów społecznych, przez zamożnych przedsiębiorców aż do pracowników niskiego szczebla. Wszyscy oni głosowali przecież na partie, które najprawdopodobniej wejdą w skład nowego rządu federalnego.

Co ważne, koalicja w tym składzie jeszcze nigdy nie rządziła na szczeblu federacji. Jakkolwiek partie mają już doświadczenia ze współpracy na poziomie regionalnym. W ramach porozumienia SPD – FDP – Bündnis 90/Die Grünen rządzono już w latach 1990-tych w takich landach jak Brandenburgia i Brema, natomiast od 2016 roku koalicja ta rządzi z sukcesem w Nadrenii-Palatynacie. „Koalicja świateł drogowych” rządziła także na przestrzeni ostatnich 15 lat w kilku miastach, m.in. w Bonn, Darmstadt, Bielefeld, Mönchengladbach, Düsseldorfie oraz w Moguncji. Doświadczenia zdobyte na poziomie lokalnym można będzie wykorzystać na krajowym szczeblu. Niewątpliwie, jeśli ten nowy rząd zostanie utworzony, w polityce realizowanej przez Berlin pojawi się zatem spory efekt świeżości i nowego spojrzenia na problemy i wyzwania, które stoją przed Niemcami w XXI wieku.

Co się stanie w najbliższej przyszłości?

Kwestia powołania nowego gabinetu nie jest wprawdzie jeszcze przesądzona, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że na jego czele stanie socjaldemokrata, Olaf Scholz. Ten dziś 63-letni polityk ma za sobą wiele doświadczeń na najwyższych stanowiskach. W latach 2002-2004 pełnił funkcję sekretarza generalnego SPD, od 2007 do 2009 roku był ministrem pracy i spraw społecznych w pierwszym gabinecie Angeli Merkel, następnie od 2011 do 2018 roku sprawował urząd burmistrza Hamburga, natomiast od 2018 roku ponownie wszedł w skład rządu, tym razem jako wicekanclerz i minister finansów. Jeśli rozmowy koalicyjne się powiodą – a w praktyce mogą trwać dowolnie długo – wówczas to właśnie wyrobionego politycznie Scholza Bundestag wybierze na kolejnego szefa rządu federalnego.

Olaf Scholz to pragmatyczny technokrata, któremu – co ciekawe – w zwycięskiej kampanii wyborczej nie zaszkodziła afera podatkowa cum-ex, jak i sprawa gigantycznego oszustwa i braku nadzoru finansowego nad firmą Wirecard. Niewątpliwe pomogły mu medialne wpadki największego konkurenta, Armina Lascheta z CDU, oraz potknięcia pozostałych rywali, ale także zapewnienia, że Niemcy „suchą stopą” przejdą przez trudy pandemii. Scholz jeszcze w 2020 roku zapewniał, że rząd „sięgnie po każdy środek, aby Niemcy bezpiecznie przeszli przez tę ciężką sytuację”. Wyborcy mu zaufali.

Biorąc pod uwagę jego polityczne pochodzenie i aktywność można stwierdzić, że Scholz jest zdeklarowanym Europejczykiem, zwolennikiem multilateralizmu i międzynarodowej współpracy. Podobnie zresztą jak reprezentanci liberałów i zielonych (oraz oczywiście także chadeków, którzy jednak znajdą się pierwszy raz od 2005 roku w opozycji). Konsensus w tej sprawie utrzymuje się między głównymi niemieckimi partiami od lat.

Politycy wszystkich tych ugrupowań wskazują, że koncentracja na wspólnej Europie jest kluczowym zadaniem niemieckich polityków także w nadchodzących latach. Jakkolwiek podkreślają oni również konieczność wypracowania wspólnego europejskiego podejścia względem światowych mocarstw – przede wszystkim Chin. Domagają się multilateralizmu na miarę XXI wieku, w którym współpraca w trójkącie Unia Europejska – Stany Zjednoczone – Chiny będzie brała pod uwagę potrzeby i możliwości zarówno tych trzech podmiotów, jak i ich partnerów na arenie międzynarodowej. Dla każdej z partii kluczowy w polityce pozaeuropejskiej będzie region Azji i Pacyfiku – to tam upatruje się szans na rozwój niemieckiej gospodarki. Chiny pozostaną wprawdzie najważniejszym partnerem, ale prawdopodobni koalicjanci domagają się większej dywersyfikacji handlu. Podkreślają oczywiście znaczenie współpracy transatlantyckiej i oparcia bezpieczeństwa niemieckiego (oraz europejskiego) o NATO, ale chcą także promować wspólnotowe spojrzenie na wyzwania globalne i podnosić w międzynarodowych dyskusjach tematy dla Europejczyków istotne, jak: prawa człowieka, opieka zdrowotna, rozwój edukacji na wszystkich poziomach nauki czy zmiany klimatyczne.

Jeśli Ampelkoalition przejmie władzę w Niemczech, to z pewnością otworzy zupełnie nowy rozdział w polityce krajowej i międzynarodowej. Pytanie o to czy dojdzie w tym czasie do rzeczywistej rewolucji, czy jednak nastąpi tylko łagodna transformacja, pozostaje otwarte.

 

Autor zdjęcia: Carlos Alberto Gómez Iñiguez

Komentarze Liberté! :)

Inaugurujemy dziś w Liberte! nowy format komentarzy video czyli po prostu: „Komentarzy Liberté!”. W krótkich kilkunastu zdaniach będziemy podsumowywać dla Was najważniejsze wydarzenia danego dnia, ale też opowiadać o  najciekawszych ideach i pomysłach, postaciach czy też książkach, które warto naszym zdaniem dyskutować i wprowadzać je do dyskursu publicznego.

Pierwszy odcinek każdego cyklu ma szczególne znaczenie, dlatego chciałbym dziś powiedzieć parę słów o ważnej dla mnie postaci, jednym z największych drogowskazów jeśli chodzi o oddanie swoim ideom, wielki patriotyzm, niezłomność w walce z autorytaryzmem, ale też intelektualną pasję, przekorność i często chodzenie pod prąd. Chcę to uczynić tym bardziej, że okazja jest niezwykła, ponieważ Adam Michnik obchodzi swoje siedemdziesiąte piąte urodziny.

Adam Michnik to bohater czasów walki z komunizmem, niezłomny w czasach kiedy bohaterstwo kosztowało o wiele więcej niż dzisiaj. Wyrzucany ze studiów, gnębiony niemożnością wykonywania swojego zawodu, wielokrotnie, długotrwale więziony. Często kuszony przez komunistów możliwością wyjazdu na Zachód i opuszczenia w ten sposób więzienia zawsze odmawiał. Nigdy nie dał się złamać, kiedy konsekwencje takiej postawy mogły kosztować wszystko. To niezwykły wymiar patriotyzmu i oddania sprawie, przed którym zawsze będę chylił czoła.

Michnikowi było dane uczestniczyć w niezwykłym procesie budowania wolnej Polski. Nie wybrał drogi partyjnej. Adam Michnik zdołał jednak zbudować coś o wiele trwalszego i bardziej znaczącego niż wielu naszych mniej lub bardziej wybitnych liderów wprost politycznych. Adam Michnik stworzył formację intelektualną absolutnie fundamentalną dla losów III Rzeczpospolitej. Formację, do której wciąż odnoszą się wszyscy, która oddziaływała i oddziałuje na kolejne pokolenia osób aktywnych w życiu publicznym. Formacji, która odwołuje się do idei niezwykle bliskich środowisku Liberte!: do zasad liberalnej demokracji, społeczeństwa otwartego, równych szans, rządów prawa i gospodarki wolnorynkowej.

Czy Adam Michnik w swojej strategii dla III Rzeczpospolitej nie uniknął błędów? Moim zdaniem popełnił ich wiele. Z pewnością mógł jeszcze w latach 90. zaniechać pewnych wiadomych gestów. Czym innym jest pragmatyzm i wybaczenie, czym innym gesty, które przez wielu mogły być odbierane jako niezrozumiały wyraz poparcia. Niezrozumiały był też dla mnie ten charakterystyczny dla Michnika rozkrok z jednej strony wspierający kościół otwarty, z drugiej dający konsekwentnie łamy Wyborczej dla młodych lewicowych radykałów. Trzeba przyznać, że Wyborcza pozostając oczywiście pluralistyczna, przyczyniła się rozwoju nowych lewicowych ruchów, których efektem było powstanie – w sensie politycznym – problematycznego Razem. Ale oczywiście największym moim zarzutem wobec Michnika była wiara w polski Kościół otwarty. Wiara, która jak wynikało z niedawnego wywiadu trwa u Pana Redaktora do dziś. Tymczasem strategicznie największym błędem III RP była właśnie uprzywilejowanie Kościoła, z którego rok po roku coraz silniej wychodziła twarz wcale nie otwarta, ale twarz kościoła zamkniętego, nietolerancyjnego, anty-wolnościowego  i anty-oświeceniowego. Władza PiS w Polsce jest dziś efektem tej długofalowej inwestycji w Kościół poczynionej przez twórców III RP i Adama Michnika.

Nie zmienia to faktu, że Adam Michnika na zawsze pozostanie moim autorytetem, wyznacznikiem, drogowskazem, ale też punktem odniesienia wielkiego kalibru, z którym warto polemizować. Zawsze należy z uwagą słuchać jego słów. To on w 2015 roku w zasadzie jako jedyny przewidział prawdziwy charakter nadchodzących rządów PiS, kiedy większość spodziewała się przejściowych problemów i po prostu konserwatywnego zwrotu. To on widział prawdziwe zamiary autorytarnej rewolucji w Polsce. To w końcu on potrafił prawidłowo ocenić moment, w którym byli komuniści stali się sojusznikami liberalnej demokracji, a kiedy niedoszły koalicjant rządowy Platformy z roku 2005 stał się śmiertelnym dla niej zagrożeniem.

Panie Redaktorze Adamie, w 75 urodziny życzę Panu, abyśmy mieli okazję już wkrótce wspólnie świętować powrót liberalnej demokracji w Polsce. Niech nasze wysiłki w tym kierunku nie ustają.

You tube

Mity kontra fakty :)

PiS wyprowadza Polskę z Unii Europejskiej. Polexit nie dokona się z dnia na dzień, ale prace przygotowawcze idą pełną parą. Podobnie było w przypadku Brexitu. W 2012 roku – na cztery lata przed brytyjskim referendum – w przemówieniu w Blenheim Palace, miejscu narodzin Winstona Churchilla, próbowałem ostrzec moich przyjaciół na Wyspach. Pokazywałem, że ich poglądy na UE opierają się na mitach, nie faktach. Nie posłuchali. Proszę przeczytać, a zobaczą Państwo, że rząd PiS idzie tą samą drogą.

Przemówienie Radosława Sikorskiego, Ministra Spraw Zagranicznych RP o Wielkiej Brytanii i Europie; Pałac Blenheim, 21 września 2012 r.

„Zawsze wspaniale jest wrócić do Oksfordu. Pamiętam mój pierwszy dzień, kiedy przyjechałem tu w 1982 roku, na rozmowę kwalifikacyjną w Pembroke College. Złożyłem wniosek o przyjęcie na kierunek PPE, czyli „Filozofia, Polityka, Ekonomia”. Egzaminatorzy zapytali mnie o marksizm. Odpowiedziałem: „Jestem uchodźcą z komunistycznej Polski. Nigdy jeszcze nie spotkałem marksisty”.

[…]

Od tego czasu życie nadal przynosi nowe doświadczenia edukacyjne. Ciekawe rzeczy dzieją się podczas pierwszego dnia urzędowania w roli ministra spraw zagranicznych. Pomocni urzędnicy trzepoczą wokół człowieka jak chmara motyli. […] Ale dziesięciolecia biurokratycznego doświadczenia najlepiej podsumowuje nieśmiertelny fragment z mojego ulubionego odcinka serialu „Tak, panie premierze”: „Kiedy zaczynasz ingerować w wewnętrzne spory innych krajów, wchodzisz na bardzo grząski grunt. Nawet minister spraw zagranicznych to zrozumiał!”.

To właśnie w tym zacnym duchu zamierzam dziś lekkomyślnie ingerować w wewnętrzne sprawy Wielkiej Brytanii. Chciałbym przedstawić kilka przemyśleń na temat dość drażliwy dla Brytyjczyków: członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. I chcę spróbować zmienić niektóre opinie.

Nieoficjalne jeszcze wyniki ostatniego sondażu YouGov Survey 2012 potwierdzają, że 67 proc. Brytyjczyków popiera pomysł przeprowadzenia referendum w sprawie członkostwa w UE, a tylko 19 proc. jest przeciwnych. 42 proc. twierdzi, że zagłosowałoby za pozostaniem w UE, a 34 proc. zagłosowałoby za wyjściem.

Cóż, chcę Wam powiedzieć: NIE RÓBCIE TEGO.

Uważam, że Wasze społeczeństwo dało się przekonać do kilku mitów na temat Unii Europejskiej. Zanim przejdę dalej, niech mi dane będzie rozwiać je dla Was dzisiejszego wieczoru, raz na zawsze.

Mit numer 1: Handel Wielkiej Brytanii z UE jest mniej ważny niż handel ze światem zewnętrznym.

Fakty: […] Około połowa brytyjskiego eksportu trafia do UE. Do niedawna Wielka Brytania miała większe obroty handlowe z Irlandią niż z Brazylią, Rosją, Indiami i Chinami razem wziętymi. Wzrost handlu Wielkiej Brytanii z nowymi członkami UE jest jeszcze bardziej dynamiczny. W latach 2003-2011 brytyjski eksport do Polski wzrósł trzykrotnie.

Mit numer 2: UE zmusza Wielką Brytanię do przyjęcia przepisów dotyczących praw człowieka, których duch jest sprzeczny z brytyjską tradycją.

Fakty: Te orzeczenia, którym się sprzeciwiacie, to orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Trybunał nie jest częścią systemu UE. Jest instytucją Rady Europy, szlachetnego brytyjskiego tworu starszego od UE. W tym wypadku, podobnie jak w wielu innych, eurosceptycy obwiniają Unię za działania instytucji europejskich czy innych instytucji międzynarodowych, które w praktyce nie mają z nią nic wspólnego.

Mit numer 3: Wielka Brytania doprowadza się do ruiny, finansując Europę.

Fakty: Szeroko dyskutowany monstrualny budżet UE to około 1 proc. PKB wszystkich członków UE. Wydatki publiczne w Wielkiej Brytanii wynoszą prawie 50 proc. PKB kraju. Wasz roczny wkład netto do budżetu UE wynosi 8–9 mld funtów. Chociaż zależy to od roku, średnio wkład Wielkiej Brytanii jest podobny do wkładu Francji i niższy niż wkład Niemiec. To wciąż mniej niż 150 funtów w przeliczeniu na obywatela Wielkiej Brytanii i pięć razy mniej niż wyniosły tegoroczne odsetki od Waszego długu publicznego.

Co więcej, część tych pieniędzy wraca do domu. Na przykład brytyjskie firmy transportowe i infrastrukturalne ogromnie skorzystały z inwestycji w ramach Funduszu Spójności UE w Europie Środkowej i Wschodniej. Ta ulepszona infrastruktura przynosi korzyści brytyjskim eksporterom: wyższy poziom dobrobytu w tych państwach członkowskich oznacza powstanie nowych rynków zbytu dla brytyjskich przedsiębiorstw. Sam rząd Wielkiej Brytanii szacuje, że każde brytyjskie gospodarstwo domowe na istnieniu jednolitego rynku „zarabia” od 1500 do 3500 funtów rocznie. […] To okazja.

Mit numer 4: Wielka Brytania tonie w unijnej biurokracji.

Fakty: Tak, to prawda, 33 tysiące osób pracuje dla Komisji Europejskiej, która obsługuje cały kontynent. Ale w tej chwili ponad 82 tysiące osób pracuje tylko dla Urzędu Skarbowego i Celnego Jej Królewskiej Mości. W Polsce, kraju liczącym 38 milionów mieszkańców, mamy 430 tysięcy biurokratów – i uważamy, że to za dużo. Ale Hiszpania – kraj o zbliżonych rozmiarach – ma ich prawie 3 miliony. W przeciwieństwie do każdego ze swoich członków, Unia Europejska to odchudzona firma.

Mit numer 5: Wielka Brytania tonie w prawodawstwie UE i paskudnych dyrektywach przychodzących z Brukseli.

Fakty: Wszyscy mamy niezły ubaw, kiedy słyszymy o „dyrektywie bananowej” lub „euro-kiełbaskach”. Ale te regulacje nie są winą Komisji Europejskiej. Zazwyczaj są proponowane przez poszczególne kraje członkowskie, które starają się chronić swoje byłe kolonie oraz produkty narodowe, i zawsze podlegają negocjacjom z innymi państwami. Krótko mówiąc, dyrektywy nie są nakazami Brukseli, ale regulacjami, na które urzędnicy brytyjskiego rządu zgodzili się, które zatwierdzili i podpisali. […]

Mit numer 6: Komisja Europejska jest wylęgarnią socjalizmu.

Fakty: Czy to w sprawie otwartego nieba, przepisów regulujących pomoc publiczną dla przedsiębiorstw, czy – co obecnie najważniejsze – europejskiego rynku energii, to UE pomogła zlikwidować krajowe monopole i uniemożliwiła krajowym politykom podważanie zasad konkurencji. […]

Oto mity. Przyjrzyjmy się teraz argumentom. Brytyjscy eurosceptycy wydają się zajmować dwa różne stanowiska. Niektórzy chcą wyjść, ale nie do końca. Twierdzą, że Wielka Brytania skorzysta na zastąpieniu członkostwa wynegocjowaną umową o wolnym handlu. Ponieważ rynek brytyjski jest zbyt cenny, aby reszta kontynentu mogła go zignorować, rząd brytyjski mógłby wynegocjować umowę handlową, która zachowałaby wszystkie zalety członkostwa w jednolitym rynku, bez żadnych kosztów politycznych i finansowych.

Moja odpowiedź brzmi: nie liczcie na to. Wiele państw europejskich żywiłoby urazę do kraju, który ich zdaniem samolubnie opuścił UE. Chociaż jesteście ważnym rynkiem dla reszty UE, odpowiadającym za około 11 proc. obrotów handlowych pozostałych państw UE, Wasz handel z UE stanowi 50 proc. Waszej całkowitej wymiany handlowej. Nie przewiduję nagród dla tego kto zgadnie, która strona w negocjacjach między takimi partnerami miałaby przewagę.

Każda umowa o wolnym handlu miałaby cenę. W zamian za przywilej dostępu do jednolitego rynku Norwegia i Szwajcaria przelewają znaczące sumy na fundusze spójności UE. Muszą również przyjąć standardy UE, nie mając nic do powiedzenia na temat tego, co jest w nich zapisane. W tej chwili wkład netto Norwegii do budżetu UE jest w rzeczywistości wyższy, w przeliczeniu na mieszkańca, niż wkład Wielkiej Brytanii. […]

Ale istnieje też oczywiście bardziej polityczny argument eurosceptyków. Niektórzy twierdzą, że Wielka Brytania prawdopodobnie znajdzie się w lepszej sytuacji, gdy opuści Unię Europejską, a nawet jeśli nie, to wszelkie straty warto ponieść w imię odzyskania międzynarodowej swobody manewru. Lepiej być Kanadą niż Illinois. Moja odpowiedź na ten argument brzmi: Tak, Wielka Brytania poza UE miałaby większą swobodę manewru pod wieloma istotnymi względami. Ale byłaby też słabsza i mniej wolna.

Z pewnością Wielka Brytania straciłaby wpływy na wielu forach międzynarodowych. Negocjując jako jeden blok w światowych dyskusjach na temat handlu, Unia Europejska daje nam wszystkim, w tym Wielkiej Brytanii, potężny i zjednoczony głos, którym możemy się posługiwać w rozmowach z Chinami i USA. Jeśli odejdziecie, stracicie go. […] Wielka Brytania stojąca samotnie ucierpiałaby nie tylko w relacjach wielostronnych. Czy jesteście pewni, że będziecie przyciągać taką samą uwagę w, powiedzmy, Kuala Lumpur, Lagos i Bogocie? A co z Waszyngtonem? W tej chwili goszczące Was kraje wiedzą, że przemawiacie w imieniu Londynu, ale macie również wpływ na kształtowanie decyzji podejmowanych w Brukseli w imieniu całego kontynentu. Samotni nie będziecie już tak interesujący. I czy jesteście pewni, że Szkoci, którzy są bardziej proeuropejscy niż Wy, pójdą za Wami? David Cameron z pewnością to rozumie: „Gdyby Wasza wizja Wielkiej Brytanii polegała na tym, że powinniśmy po prostu wycofać się i stać się czymś w rodzaju większej Szwajcarii, myślę, że byłoby to całkowite zaprzeczenie naszych interesów narodowych”. […]

Odkąd po raz pierwszy przybyłem do tych wybrzeży ponad 30 lat temu, Wielka Brytania stała się znacznie bardziej europejska. Zbudowaliście tunel pod kanałem La Manche, przyzwyczailiście się do pojedynczych kranów, kołder i podwójnych szyb. Nawet Wasza kuchnia się poprawiła. Jednak brytyjska opinia publiczna i polityka są bardziej eurosceptyczne niż kiedykolwiek wcześniej. I sądzę, że domyślam się dlaczego: marksiści na seminariach w Balliol nauczyli mnie pojęcia „fałszywa świadomość”, która pojawia się wówczas, gdy ideologiczna nadbudowa nie przystaje do bazy ekonomicznej. Dzisiejsza Wielka Brytania żyje z fałszywą świadomością. Wasze interesy leżą w Europie. Najwyższy czas, aby dołączyły do nich Wasze uczucia.

Wasi przywódcy muszą przedstawić wyraźniejsze argumenty na rzecz Waszych europejskich interesów. Wielka Brytania przez wieki słynęła z praktycznego zdrowego rozsądku i polityki opartej na rzeczywistości, nie mitach. Mamy nadzieję, że wkrótce powrócicie do tej tradycji.”

 

Autor zdjęcia: John Cameron

Prawda i porozumienie :)

Z dokumentu “Samorządna Rzeczpospolita” bije poczucie odpowiedzialności. Solidarność nie występuje z roszczeniami – ona mówi w imieniu społeczeństwa. Z poczucia autentycznej reprezentacji demokratyczne władze związku brały poczucie siły i przekonanie o własnej sprawczości. Tam gdzie napisane jest związek, czytać powinniśmy: społeczeństwo.

Naczelną ideą dokumentu programowego Pierwszego Zjazdu Solidarności jest balansowanie na cienkiej linie – jak bez kwestionowania podstaw ustrojowych, zmodyfikować i otworzyć autorytarny system na miliony, do niedawna zastraszonych i nieaktywnych, obywateli PRL i powalczyć o realną władzę – w samorządach i zakładach pracy, a w przyszłości nawet w sejmie. Postawienie nacisku na samorządność wynikało z konieczności, było pragmatycznym wyborem w obliczu geopolitycznych ograniczeń.

Problem politycznej bierności, braku poczucia wpływu jest oczywiście nieporównywalny z czasami Polski Ludowej, natomiast oderwanie politycznych elit od społeczeństwa, poczucie braku reprezentacji (szczególnie kiedy u władzy znajduje się znienawidzona partia) jest dojmujące również i dziś. Rozwiązania “Samorządnej Rzeczpospolitej” mają na celu tę wyrwę przynajmniej częściowo zmniejszyć. I w tym sensie mogą być inspirujące również w zupełnie innych warunkach ustrojowych i gospodarczych.

Równolegle do I Zjazdu postępowały plany siłowej konfrontacji, która zmaterializowała się trzy miesiące później. Partia nie widziała politycznej możliwości ustępstw. Społeczny bunt zderzył się ze ścianą ZOMOwskich tarcz i ośrodków internowania. Już nigdy później działania opozycyjne nie mogły liczyć na tak szerokie zaangażowanie, szczególnie w tzw. „dołach” – wśród zwykłych robotników. Sprzeczność w jaką uwikłana była Solidarność – organizacji reprezentującej materialne interesy swoich członków i jednocześnie ruchu politycznego, który chciał demokratyzacji ustroju i wpływu na losy kraju została po 1989 rozstrzygnięta. Działacze opozycji znaleźli się po przeciwnej stronie niż wielu dawnych kolegów.

Pęknięcie, wynikające z przyczyn strukturalnych, w ówczesnych warunkach nie do uniknięcia (jeśli Solidarność miała formować rząd), jest niezaleczoną raną, która nawet dziś przejawia się w oskarżeniach o „zdradę”. “Samorządna Rzeczpospolita”, to w zasadzie ostatni moment, kiedy założycielski mit Solidarności – jedności inteligencji i robotników mógł być jeszcze podtrzymany.

Edukacja i kultura

Warto zwrócić uwagę na znaczenie jakie nadaje się w Samorządnej Rzeczpospolitej wartościom niematerialnym – kulturze, ochronie środowiska, aktywnemu wypoczynkowi. Mimo że cały system oparty był na dialektycznym materializmie postulaty wychodzą poza prosty ekonomizm – płace, czy dostępność produktów. Teza 28: “Celem reform gospodarczych i społecznych musi być nie tylko poprawa warunków materialnych, ale i rozwój kultury i edukacji społeczeństwa. Chcemy nie tylko jeść, ale i żyć w sposób godny i światły”.

Poprawa bytu materialnego i warunków pracy jest po coś. Świadomość robotników, ich godne funkcjonowanie jako jednostek i obywateli jest równie ważna co poziom życia. Ta perspektywa była niemal nieobecna po roku 89, kiedy uznano, że rolą państwa jest dbałość o warunki materialne, a reszta wydarzy się sama. Tymczasem taka redukcja człowieka do homo oeconomicus bardzo go zubaża duchowo, intelektualnie i obywatelsko.

Teza 29 “Jedną z najpoważniejszych przyczyn obecnego kryzysu w kulturze i edukacji jest monopol państwowy w tych dziedzinach. Społeczeństwo musi stać się włodarzem własnej kultury i edukacji” (…) “Trudno o prawdziwy pluralizm, kiedy administracja centralna narzuca strukturę i program. Określeniem polityki kulturalnej i edukacyjnej oraz rozdziałem funduszy na te cele powinny się zajmować autonomiczne organy społeczne odpowiednich szczebli (jak np. Społeczna Komisja Edukacji Narodowej czy Społeczna Rada Kultury) tworzone w sposób akceptowany przez całe społeczeństwo. Administracja powinna pełnić jedynie rolę słebną”.

Są to bardzo dobre i zachowujące aktualność projekty, podobnie jak postulowane powołanie Społecznego Funduszu Kultury Narodowej. Problem w tym, że mogą one zostać zrealizowane tylko przy sprzyjającym rządzie, tymczasem centralizacja jest kluczowa w mentalności obecnej władzy.

Gdyby współcześnie – w warunkach demokratycznych – jakakolwiek organizacja czy ruch społeczny miały siłę, żeby przeprowadzić tak dalece zakrojone reformy we wrogim otoczeniu cieszyłyby się jednocześnie wystarczającym poparciem do tego, żeby zdobyć władzę w wyborach.

Na tym polega paradoks propozycji Solidarności. One mają sens przede wszystkim w warunkach podległości. W demokratycznej Polsce w naturalny sposób ciężar zmian przeniósł się na partie polityczne, o wiele bardziej kadrowe niż masowe (szczególnie te wywodzące się z opozycji). Nie było już organizacji, która mogła sobie rościć prawo do społecznej reprezentacji.

Czy względna niezależność nauki w Polsce mogłaby być wzorem dla kultury i edukacji? Czy taki model, częściowej niezależności – w dziedzinie zarządzania – byłby do zaakceptowania przez państwo i samorząd? Być może po doświadczeniach Czarnka i Glińskiego łatwiej będzie rozmawiać o modelu społecznym i zdecentralizowanym, po to, żeby uchronić – na ile to możliwe – najcenniejsze dobra narodowe jakim są kultura i edukacja dzieci przed wpływami politycznej propagandy.

Odtrutką na narodowe pranie mózgu nie jest zastąpienie go liberalnym, ale wprowadzenie takich rozwiązań, które skutecznie będą umacniać pluralizm, samodzielność i rozwój – a nie wspierać jedyną słuszną wizję świata. Takie rozwiązania mogą się cieszyć wystarczającym społecznym poparciem, żeby następne rządy, niezależnie od ich prowieniencji, nie zdemontowały popularnego i efektywnego systemu, ale musiały ograniczyć swoje apetyty na meblowanie głów Polakom.

Wyzwolenie odnajdziemy w języku wyrażającym prawdę i otwartym na dialog.

Teza 31 “Groźnym narzędziem kłamstwa jest sam język propagandy, który uszkadza nasz codzienny sposób wyrażania myśli i uczuć. Związek będzie dążył do przywrócenia społeczeństwu polszczyzny, umożliwiającej prawdziwe porozumienie się między ludźmi”.

 

*Tekst został opublikowany pierwotnie przez Fundację Batorego w ramach zbioru „Samorządna Rzeczypospolita 40 lat później”, poświęconym aktualnemu znaczeniu programu Samorządna Rzeczpospolita w 40 lat po jego sformułowaniu przez NSZZ „Solidarność”. Poniżej link do publikacji:

https://www.batory.org.pl/publikacja/samorzadna-rzeczpospolita-40-lat-pozniej/

 

Autor zdjęcia: PAP/CAF/J. Uklejewski,  I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność”.

Trzeba uczyć obywatelskiej dojrzałości :)

PiS podjęło uchwałę, że polexitu nie będzie, ale w rzeczywistości robi wszystko, aby do tego doszło. Prominentni politycy tej partii, nie mówiąc o wypowiedziach polityków sojuszniczej Solidarnej Polski, przedstawiają uczestnictwo w Unii jak największe nieszczęście, które spotkało nasz kraj. Polska nie stosuje się do wyroków TSUE i ETPC oraz kwestionuje wyższość prawa unijnego nad prawem krajowym. Sprzeczność między wspomnianą uchwałą a praktyką polityczną jest pozorna i wynika z przyjętej przez PiS strategii.

PiS, a właściwie całe środowisko konserwatywno-narodowe, łącznie z polskim Kościołem katolickim, nigdy nie chciało przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Było to bowiem sprzeczne z dążeniem twego środowiska do utworzenia z Polski autorytarnej, wyznaniowej enklawy. Pamiętamy przecież te wszystkie bzdury, jakie prawicowa propaganda głosiła przed referendum w 2003 roku, pod hasłem: „Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”, na temat zagrożeń związanych z członkostwem w Unii. Wskazywano na utratę suwerenności, upadek moralny, laicyzację i zniszczenie gospodarki.  Jan Paweł II, popierając przystąpienie Polski do UE, nieco złagodził stanowisko Kościoła. Nie ulega jednak wątpliwości, że zrobił to nie po to, aby przyspieszyć w Polsce sekularyzację, ale po to, aby przez przyjęcie tradycjonalistycznej Polski do Unii, zwolnić ten proces w Zachodniej Europie. Działania Episkopatu i związanych z nim sił politycznych wyraźnie na ten cel wskazuje.

Wspomniane hasła obrzydzające Unię Europejską wracają dzisiaj w niezmienionej formie. Jarosław Kaczyński i jego świta, licząc na krótką pamięć ludzi, obłudnie twierdzą, że to Unia się zmieniła, bo Polska w 2004 roku wstępowała do innej Unii, bynajmniej nie takiej, która tak wielki nacisk kładzie na praworządność, tolerancję, otwartość na mniejszości i równość wszystkich ludzi wobec prawa, nie pozwalając krajom członkowskim na swobodną interpretację tych wartości. Powód, dla którego PiS zapewnia o pozostaniu w Unii jest czysto pragmatyczny. Chodzi o to, że 80% Polaków tego właśnie pragnie. PiS podejmuje więc batalię, aby grono euroentuzjastów zmniejszyć przez deprecjonowanie korzyści z uczestnictwa w Unii, obwiniając unijne instytucje za próby szkodzenia interesom Polski i eksponowanie zagrożeń kulturowych. Jednocześnie tym swoim zwolennikom, którzy są zadowoleni, że Polska jest w Unii, daje nadzieję, że polexitu nie będzie, bo trzeba czynić starania, aby ideologiczną nadbudowę Unii przekształcić z liberalno-progresywnej w nacjonalistyczno-konserwatywną.

Wobec tak dużego poparcia dla Unii Europejskiej w polskim społeczeństwie, polityka Zjednoczonej Prawicy wydaje się straceńcza. A jednak uporczywe wciskanie kitu robi swoje. Zwiększa się bowiem odsetek zwolenników wyjścia z Unii. Jest to w tej chwili 17% i tendencja jest rosnąca. Warto też zastanowić się, jak silne jest przywiązanie do unijnych wartości jej zwolenników. Jak je na przykład pogodzić z tak dużym poparciem dla prezydenta Dudy i premiera Morawieckiego. Wszak dla nikogo nie jest tajemnicą, że ten pierwszy jest w kraju marionetką, a zagranicą pośmiewiskiem, zaś ten drugi – notorycznym kłamcą. Jak wytłumaczyć to, że reakcje naszego społeczeństwa na kompromitacje rządu są tak odmienne od reakcji społeczeństw zachodnich? Co sprawia, że mimo korupcji, defraudacji, nepotyzmu, kolesiostwa, ewidentnego łamania prawa i dobrych obyczajów, PiS ma wciąż największe poparcie? Wytłumaczenie wydaje się proste i dotyczy nie tylko Polski, ale wszystkich krajów wschodnio-europejskich pozostających długie lata za żelazną kurtyną. Jest to zniewalający wpływ przyzwyczajenia do autorytarnych rządów i brak edukacji obywatelskiej. Do pierwszych wolnych wyborów parlamentarnych w 1991 roku poszło zaledwie 43% uprawnionych. Do referendum unijnego, od którego zależało wykorzystanie dziejowej szansy, poszło 58%. Frekwencja wyborcza stopniowo się poprawia, ale w dalszym ciągu świadczy o obywatelskiej niedojrzałości dużej części społeczeństwa.

Tę niedojrzałość PiS wykorzystuje po mistrzowsku, skupiając się na jej trzech podstawowych aspektach:

– Większość ludzi interesuje się tylko tym, co ich bezpośrednio dotyczy.

– Dla większości ludzi ważny jest komunikat, który budzi emocje, a nie jego racjonalne uzasadnienie.

– Różnorodność w swoim otoczeniu społecznym większość ludzi traktuje jako zagrożenie dla stereotypów i nawyków, dzięki którym postrzegają oni wyobrażony obraz świata.

Obywatelska niedojrzałość dużej części polskiego społeczeństwa czyni je niezwykle podatnym na manipulację. Krótkowzroczność ocen, nieumiejętność i niechęć do krytycznej analizy otrzymywanych informacji oraz zamknięcie na wszystko, co obce, powoduje, że można ludźmi łatwo sterować. Jeśli do tego dodać mocno zakorzenione w polskiej kulturze populistyczne przekonanie o busoli moralnej i szczególnej mądrości, które cechują prostego człowieka, to szanse zmiany na lepsze mogą wydawać się znikome.

Aby uniknąć polexitu i dalszej dewastacji cywilizacyjnej Polski, trzeba odsunąć Zjednoczoną Prawicę od władzy. Nie da się tego zrobić bez pozyskania części dotychczasowego elektoratu PiS-u. Otóż podstawowym błędem opozycji demokratycznej jest próba oddziaływania na sympatyków PiS-u ścieżką wytyczoną przez tę partię. Polega to na przyjmowaniu dwóch przeciwnych strategii, które są równie nieskuteczne. Pierwsza z nich, to proste zaprzeczanie pisowskiej narracji, pokazywanie jej oczywistych kłamstw i błędów. Sugeruje to, że ludzie, którzy jej ulegają, muszą być wyjątkowo naiwni i bezmyślni. Próby odciągania ludzi od PiS-u przez ich zawstydzanie nie mogą być skuteczne, bo czują się oni ośmieszani i pogardzani przez jakąś wywyższającą się elitę. Drugą strategią jest z kolei próba przypodobania się wyborcom PiS-u przez schlebianie ich poglądom i oczekiwaniom przez unikanie wyraźnego odcinania się od ich ksenofobicznych i klerykalnych skłonności. Prowadzi to niekiedy do wspierania konkretnych pomysłów rządzącego obozu, aby uniknąć posądzenia o opozycyjność totalną. Niektórzy politycy skłonni są nawet pójść w tym zbyt daleko. Hańbą jest, że aż 133 radnych z PSL-u i kilku z ruchu Polska 2050 głosowało za „strefami wolnymi od LGBT”. Dużo złego robią zwolennicy politycznego realizmu i politycznego marketingu, którzy namawiają polityków opozycji, aby pogodzili się z gustami i upodobaniami zwykłych ludzi i unikali prezentowania odmiennych postaw, bo tylko w ten sposób można będzie pozyskać poparcie większości. Strategia „Damy wam więcej niż daje PiS” jest nie tylko nieskuteczna, bo zawsze lepszy jest wróbel w garści niż gołąb na dachu, ale również kapitulancka, bo oznacza pogodzenie się ze społeczną niedojrzałością, która zawsze demokrację liberalną czynić będzie kulawą. Dlatego wypowiedzi Donalda Tuska na ostatniej konwencji partyjnej, nasuwające podejrzenie o przypochlebianie się kręgom ksenofobicznym i klerykalnym, budzą niepokój. Z pewnością nie tędy droga do zacierania podziałów w społeczeństwie.

Te podziały zacierać jednak trzeba, ponieważ poszły one za daleko i nie mają nic wspólnego z normalną różnorodnością. Podział społeczeństwa na dwa wrogie plemiona uniemożliwia rozwój kraju. A zatem w jaki sposób oddziaływać na elektorat PiS-u, aby odsunąć tę partię od władzy? Na to pytanie muszą sobie odpowiedzieć nie tylko politycy opozycji, którzy często zapowiadają wizyty na terenach opanowanych przez zwolenników PiS-u, ale wszyscy, którzy chcą żyć w kraju otwartym i nowoczesnym, wśród ludzi wolnych i pozbawionych uprzedzeń. Nie wolno nam zamykać się w swojej bańce i unikać rozmów z ludźmi oczarowanymi narracją PiS-u. Musimy nauczyć się upowszechniać nasz język, liberalny świat wyobrażeń i wartości. Nie warto przy tym liczyć na łatwy sukces. Z pewnością spotykać się będziemy z kpiną i nienawiścią. Ale jeśli będziemy umieli z nimi rozmawiać w sposób, który zwolenników PiS-u do niczego nie nakłania, ale przedstawia sporne problemy w innym świetle, wówczas niektórzy z tych ludzi, choć początkowo odrzucą nasze argumenty, zostaną jednak skłonieni do przemyślenia swoich postaw i być może zmienią swoje dotychczasowe poglądy. Kropla drąży skałę, a ludzie wolą sami zmieniać poglądy niż robić to pod czyimś wpływem.

Odejście od typowych sposobów przekonywania adwersarzy, polegających bądź na radykalnym sprzeciwie, bądź na próbach przypochlebiania się im, powinno dotyczyć obszarów, które odnoszą się do wspomnianych wcześniej trzech aspektów obywatelskiej niedojrzałości. Chodzi więc o:

– Pokazywanie wpływu negatywnych skutków rządu PiS-u na życie zwykłych obywateli.

– Upowszechnianie sposobu obrony przed manipulacją, czyli nawyku racjonalnego reagowania na emocjonalne komunikaty.

–  Zastąpienie krytyki upowszechnionych w tym środowisku wzorów kulturowych pochwałą koniunkcji w życiu społecznym.

To was też dotyczy

PiS wykorzystuje skłonność ludzi do interesowania się tym, co ich bezpośrednio dotyczy i tylko wtedy, gdy się z tym stykają. Przekonuje zatem swoich wyborców, że sprawy ustrojowe państwa ich nie dotyczą i odnoszą się tylko do techniki rządzenia. A zatem ludzie niech się skupią na swoich sprawach, do których należy 500+ i inne transfery socjalne. I rzeczywiście wielu ludzi docenia przede wszystkim to, co bezpośrednio trafia do ich kieszeni. Natomiast takie sprawy, jak usprawnianie systemu opieki zdrowotnej, sądownictwa, administracji państwowej czy usług komunalnych umykają ich uwadze. Wady tych obszarów dotyczą ich tylko wtedy, gdy zmuszeni są z nich korzystać, ale potem szybko o nich zapominają. O sprawach tak abstrakcyjnych, jak ustrój i funkcjonowanie państwa nawet nie warto wspominać. Wyborcom nie przeszkadza zatem zniszczenie sądu konstytucyjnego, odejście od zasady trójpodziału władzy, zawłaszczanie mediów czy odbieranie uprawnień samorządom.

Apele opozycji, że obywatele powinni interesować się sprawami ustrojowymi państwa, bo to świadczy o ich obywatelskim wyrobieniu, trafiają do nielicznych. Reszta uznaje te apele za wywyższanie się wykształciuchów i nakłanianie ludzi do tego, na co nie mają ochoty, bo to nie należy do nich, tylko do rządzących. Właściwą reakcją na przekaz PiS-u powinno być natomiast pokazywanie związku między sprawami ustrojowymi a prywatnym życiem ludzi. O znaczeniu niezawisłości sędziów w demokratycznym kraju nie wystarczy mówić, ale trzeba to ilustrować konkretnymi przykładami. Ludzie często nie są zadowoleni z decyzji urzędników państwowych instytucji, co wcale nie znaczy, że racja jest zawsze po stronie państwa. Ludzie boją się wchodzić w konflikty z policją lub państwowymi dygnitarzami, bo uważają, że stoją z góry na straconej pozycji. Ludzie boją się informować o nieprawościach osób wysoko postawionych na danym terenie i członków ich rodzin czy świadczenia przeciwko nim w procesach sądowych, bo nie chcą się narażać na kłopoty. Niezawisłe sądy są właśnie po to, aby ci wszyscy ludzie mieli szanse dowieść swoich racji.

Należy zwracać uwagę na korzyści, które wynikają z rozwoju samorządności lokalnej, związane z możliwością własnego wpływu na rozwiązywanie wielu problemów w miejscu swojego zamieszkania. Centralizacja władzy w państwie i zmniejszanie budżetu samorządów wprost przekłada się na pogorszenie warunków życia obywateli.

500+ dla każdego dziecka, bez względu na poziom zamożności jego rodziców czy fundowanie dodatkowych emerytur, to piękna sprawa. Ale w takim razie rząd nie może się tłumaczyć brakiem pieniędzy, gdy chodzi o zwiększanie głodowych pensji pracownikom opieki zdrowotnej, nauczycielom i pracownikom administracyjnym w sferze budżetowej. Niezrozumiałe w tej sytuacji jest także chroniczne niedoinwestowanie placówek opieki zdrowotnej czy transportu publicznego, co naraża obywateli na rozmaite dolegliwości.

Nie bójcie się myśleć krytycznie

PiS stara się budzić w ludziach emocje, które wywołują lęk, gniew lub entuzjazm. Politycy tej partii trafnie zauważyli, że dla większości ludzi ważny jest sam komunikat, który wywołuje emocjonalną reakcję. W jej wyniku nie podejmują zwykle próby sprawdzenia prawdziwości komunikatu i zachowują się zgodnie z oczekiwaniami jego nadawcy. Dotyczy to zwłaszcza informacji o rozmaitych zagrożeniach, bo lęk przed nimi tłumi racjonalne myślenie. W tym celu pisowscy propagandziści posługują się wypróbowanymi sposobami manipulacji, do jakich należy: generalizacja, polaryzacja, mistyfikacja i kategoryzacja.

Przykładem generalizacji może być próba moralnego zdyskwalifikowania uchodźców, jako zoofilii, pedofili i terrorystów, na podstawie zdjęć z kilku telefonów komórkowych przedstawiających sceny z filmów porno lub ludzi w żołnierskim rynsztunku. Są to także próby przedstawiania sędziów, jako środowiska złodziei i ludzi dopuszczających się innych przestępstw pospolitych, na podstawie kilku takich przypadków. Było to również oskarżanie opozycji o inspirowanie zbrodni politycznych, po zabójstwie Pawła Rasiaka. Po zamordowaniu prezydenta Adamowicza tej insynuacji już zaniechano.

Przykłady polaryzacji też można mnożyć. Służy temu realizacja zasady „dziel i rządź”. Zjednoczona Prawica wraz z Kościołem katolickim przeciwstawia ludziom heteronormatywnym ludzi LGBT, traktując starania tych ostatnich o legalizację ich związków jako zagrożenia dla tradycyjnej rodziny. Polaryzacja często polega na dzieleniu Polaków na patriotów i zdrajców. Ci pierwsi to oczywiście ludzie popierający działania PiS-u, zaś ci drudzy to ci, którzy te działania poddają krytyce.

Mistyfikacją były wszystkie próby dowodzenia, że katastrofa smoleńska była zaplanowanym zamachem. Powodem, dla którego znaczna część społeczeństwa w to uwierzyła, było przekonanie, że ludzie tak ważni, jak prezydent kraju, nie giną w zwykłej katastrofie. Mistyfikacją jest kuriozalny raport europosła Jakiego, z którego wynika, że na członkostwie w UE Polska straciła już 535 mld złotych. Mistyfikacja polega w tym wypadku na odjęciu od unijnych transferów zysków firm zagranicznych, które zainwestowały w Polsce po 2004 roku.

Wreszcie kategoryzacją jest wrzucanie do jednego worka rozwiązań w wymiarze sprawiedliwości stosowanych w Polsce i w innych krajach Unii Europejskiej. Na tej podstawie wysuwane jest twierdzenie, że rząd polski postępuje tak samo, jak rządy w Niemczech, Hiszpanii czy Francji, ale tylko Polska jest karana przez TSUE. Mamy zatem prawo nie respektować jego wyroków.

Sprzeciw opozycji oparty na równie emocjonalnym kwestionowaniu słuszności tych komunikatów niewiele daje, bo podobnie jak Zjednoczona Prawica, opozycja również każe wierzyć w swój przeciwstawny tamtym komunikat. Reakcją właściwą jest natomiast podejście racjonalne, które odbiorcę zmusza do myślenia, a nie do wierzenia. Podejście racjonalne polega na żądaniu dowodu prawdziwości komunikatu, a w przypadku dostarczenia argumentów, na badaniu ich logiczności, związków przyczynowo – skutkowych i kontekstu społeczno-kulturowego. Trudno na przykład dopatrzeć się logiczności w raporcie Jakiego, w którym przychód z transferów unijnych porównywany jest z zyskiem firm zagranicznych w Polsce. Postępując w ten sposób można udowodnić wszystko. Trudno dopatrzeć się związku przyczynowo – skutkowego  pomiędzy legalizacją małżeństw homoseksualnych a upadkiem rodzin tradycyjnych. Twierdzenie, że te pierwsze mogą stać się bardziej atrakcyjne, a zatem modne, jest pozbawione jakiegokolwiek sensu. Orientacja seksualna ma podłoże biologiczne, a nie jest wynikiem swobodnego wyboru. W krajach, w których od dawna zalegalizowano małżeństwa homoseksualne i ich prawo do adopcji dzieci, nie zaobserwowano zmniejszenia liczby małżeństw heteroseksualnych. Podobnie nie widać związku przyczynowego w przekonaniu, że dopuszczalność aborcji wpłynie na zmniejszenie przyrostu naturalnego. W PRL aborcja była dopuszczalna, a przyrost naturalny znacznie większy niż w IIIRP przy zaostrzeniach aborcyjnych. Nieznajomość społeczno – kulturowego oraz politycznego kontekstu w innych krajach Unii, który gwarantuje niezawisłość sądów, pozwala Ziobrze i jego ludziom pleść bzdury na temat identyczności stosowanych przez nich rozwiązań z rozwiązaniami w innych krajach.

Zamiast emocjonalnego przekonywania zwolenników PiS-u potrzebny jest dialog, który zaczyna się od pytania: „Dlaczego tak sądzisz?” i wskazywania na nieracjonalność stosowanych uzasadnień. Warto przy tym zwrócić uwagę, że starsze pokolenie przyzwyczajone jest do relacji nadrzędności i podporządkowania w życiu społecznym. Dlatego żądanie uzasadnienia głoszonych poglądów i krytyczny do niego stosunek, często bywają traktowane jako nietakt czy wręcz przejaw nieposłuszeństwa wobec rodzica w domu, nauczyciela w szkole, przełożonego w pracy lub przedstawicieli władzy w państwie. W młodszym pokoleniu widoczne są już na szczęście wpływy liberalnych metod wychowawczych i edukacyjnych.

Niech żyje koniunkcja, precz z alternatywą

Politycy Zjednoczonej Prawicy wykorzystują to, że większość ludzi nie lubi pluralizmu, społecznej różnorodności. Ludzie skłonni są stawiać pytanie: „Ale co w tej różnorodności jest właściwe, dobre i prawdziwe?”. Bo przecież spośród wielu wierzeń, stylów życia i wartości, jedno z nich powinno mieć rację bytu – to właściwe, dobre i prawdziwe. Resztę należy zwalczać. Zjednoczona Prawica popiera ten sposób myślenia, ponieważ, według Antonio Gramsciego, każdy system autorytarny dąży do hegemonii kulturowej. Cechą przekazu ma więc być jednolitość, centralizm i powszechność po to, aby wykluczyć wszelki spór czy dyskusję.

Ludzie zawsze będą bardziej ufać tym, którzy ich utwierdzają w dotychczasowych stereotypach, iluzjach i nawykach, aniżeli tym, którzy je krytykują lub wyśmiewają. Dlatego, pomijając uprzedzenia, które zawsze powinny być przedmiotem otwartej krytyki, w przypadku innych nieliberalnych poglądów nie należy dążyć do ich zwalczania. Zwalczając je, niczym nie różnilibyśmy się od wrogów pluralizmu społecznego. Sprzeciw należy więc kierować nie przeciwko ludziom wiernym wartościom, które są dla nas obce, ale przeciwko formalnym nakazom zmuszającym nas, abyśmy postępowali zgodnie z tymi wartościami, jakim jest na przykład zakaz aborcji. Chodzi o to, by pozwolić ludziom być sobą i nie robić z tego nienawistnych podziałów. Aby to zrozumieć, trzeba przekonywać, że nikt nikomu nie zagraża. A więc żyj jak chcesz i pozwól tak żyć innym.

Chcąc skutecznie walczyć z fundamentalizmem w każdej dziedzinie, należy przyjąć, że podstawowym celem w rozmowach z przeciwnikami liberalnej demokracji jest przekonanie ich do odstąpienia od alternatywnego sposobu myślenia. Zasada „albo to, albo tamto” prowadzi do wykluczania ludzi inaczej myślących, inaczej się zachowujących i mających inne wartości, oraz traktowania ich jako zagrożenie, przed którym trzeba się bronić. Podejście alternatywne prowadzi do wrogości i zasadniczych podziałów między ludźmi, na czym swoją władzę opiera populistyczna prawica. Tymczasem chodzi o to, by ludzi przekonać do koniunkcji – „i to, i tamto”, czyli do akceptacji współistnienia różnych modeli życia. Będzie to możliwe tylko wtedy, kiedy zrezygnuje się z krytyki wzorów kulturowych, które wydają się niezgodne z etyką liberalizmu, kiedy nie będzie się obrażać i wyśmiewać ludzi, którzy te wzory akceptują.  Liberalna otwartość polega na ich zaakceptowaniu i przyjęciu do wiadomości, że tacy ludzie są i mają prawo takimi być, o ile nie szkodzi to innym (słynna zasada Woltera). Ale nie będzie to szkodzić innym tylko wtedy, kiedy oni również tych innych zaakceptują i nie będą ich wykluczać, krytykować i próbować zmieniać.

Dlatego nie warto atakować „obrońców życia”, którzy przyjmują, że zarodek jest człowiekiem. Warto im jedynie zwracać uwagę, że są ludzie, dla których zarodek jeszcze człowiekiem nie jest i są sytuacje, w których inne wartości mogą okazać się ważniejsze niż zachowanie zarodka. Jedni i drudzy mają prawo żyć obok siebie, nie zwalczając się wzajemnie i przestrzegając swoich zasad.

Nie warto wchodzić w spór czyją własnością jest ludzkie życie – Boga czy człowieka. Ci, którzy uważają, że Boga, będą przeciwnikami eutanazji. Natomiast ci, którzy uważają, że życie człowieka należy wyłącznie do niego, będą dopuszczać jej możliwość. Oczywiście tylko wówczas, gdy przez eutanazję rozumieć będziemy samodzielną, przez nikogo nie wymuszoną decyzję o zakończeniu swojego życia człowieka cierpiącego, dla którego śmierć jest jedynym zakończeniem cierpienia. Jedni i drudzy mogą pozostać przy swoich przekonaniach i nie widać powodu, aby się nienawidzili.

Trzeba przekonywać, że krytyka Kościoła i dążenie do państwa świeckiego nie jest walką z religią i ludźmi wierzącymi. To Kościół należy „odpiłować” od przywilejów, a nie katolików, którzy przecież żadnych przywilejów nie mają. Katolicy, innowiercy i ateiści mogą żyć obok siebie i zgodnie ze sobą współdziałać dla wspólnego dobra. Nie wolno tylko wprowadzać regulacji prawnych, które kogokolwiek będą zmuszać  do postępowania niezgodnie ze swoim sumieniem i przekonaniami.

Nie potępiać ludzi za to, że nie chcą być wegetarianami, że polują i łowią ryby. Trzeba tylko się starać, aby chcieli wysłuchać moralnych, ekologicznych i zdrowotnych motywów tych, którzy się  temu sprzeciwiają.

Uczmy się obywatelskiej dojrzałości, która pozwoli nam różnić się bez nienawiści i uczyni odpornymi na manipulacje autorytarnych polityków.

 

Autor zdjęcia: Claudio Schwarz

Nowe pokolenie, nowa polityka :)

Oczywiście temat jest prowokacyjny. Nowe pokolenie, nowa polityka, co to oznacza? To oznacza, że była jakaś stara polityka, i było jakieś stare pokolenie. W związku z tym pytanie, co ma być nowego, czy będzie krytyka tego co było? Nowa polityka nie ma nic wspólnego z PESELem, z datą urodzenia. To jest pewnego rodzaju paradoks, że człowiek, który w styczniu skończy 50 lat, jest uważany za nadzieję nowego pokolenia, to niezły paradoks. Jakie są dzisiejsze wyzwania? Jak powinna wyglądać polityka w najbliższych latach w Polsce? O tym chciałem państwu kilka słów powiedzieć.

To nowe pokolenie i ta nowa polityka nie jest w dowodzie osobistym, tylko jest tutaj [w głowie]. Nie ma nic wspólnego z tym, kto się kiedy urodził, jaki ma staż polityczny. To wszystko jest związane z tym, czy ktoś chce zmiany, czy chce trwania dokładnie w tym samym miejscu? Czy ktoś chce wyglądać w przyszłość, czy raczej przez cały czas chce się oglądać za siebie? I to jest dzisiaj odpowiedź, chyba na najważniejsze pytanie, żeby się zastanowić, jak polityka, jak Polska, jak Europa ma wyglądać za lat kilka. I przede wszystkim jak w tej nowej rzeczywistości się odnaleźć. W taki sposób móc nawiązać dialog z obywatelami, bo to jest dzisiaj najważniejsze.

Wyjść do ludzi

My bardzo często wpadamy różne fałszywe pułapki. Jedną taką fałszywą pułapką, jest przez cały czas próba nadawania nam etykietek. Ja twierdzę, że dzisiaj ten podział na lewicę i na prawicę się w dużej mierze zatarł. Dzisiaj powinniśmy się przede wszystkim zastanawiać, kto ma receptę na przyszłość, kto oferuje nadzieję, kto chce być partią, która przyciąga do siebie młodych ludzi? Kto chce budować na uśmiechu, na porozumieniu, kto chce dyskutować o tym, co naprawdę ważne, 

Nie przez cały czas zajmować się tym, co kto napisał na Twitterze, albo co kto powiedział w telewizji. To jest też doświadczenie z Campusu Polska przyszłości, bo jak pamiętacie państwo, tydzień temu zorganizowaliśmy Campus, i młodzi ludzie dokładnie o tym mówią. O tym, że chcą, aby politycy podejmowali prawdziwe wyzwanie, że męczy ich to, że tkwimy w tych naszych bańkach mediów społecznościowych, i że często nie próbujemy, ani nawet nie chcemy wyjść poza media społecznościowe. Poza krąg zwolenników, a czasami krok wzajemnej adoracji i zająć się tym, co naprawdę jest istotne. 

Wydaje mi się, że jeżeli naprawdę chcemy wybudować nową politykę, jeżeli naprawdę chcemy wykrzesać z siebie odrobina energii, nawiązać kontakt z ludźmi to musimy zdać sobie sprawę z tego, że do ludzi trzeba wyjść. Zwłaszcza po pandemii, że z ludźmi trzeba rozmawiać i przede wszystkim, wsłuchać się w to, co nam mówią. Doradcy polityczni często mówią: polityk, lider, prawdziwy lider, to musi wiedzieć, co chce zrobić. Nie powinien się z nikim konsultować. No właśnie, to jest stara polityka. Nowa polityka, ta, która ma dać nadzieję, to polityka rozmowy z ludźmi. Każdy to mówi. 

Słuchajcie, ja to słyszę przy każdej kampanii wyborczej, każdy polityk oto nagle objawia nam się jako słuchający.  Objawia nam się jako ten, kto widoczny jest na ulicach miast, miasteczek i polskiej wsi. Ja uważam, że taki prosty test jest następujący. Sprawdź, czy człowiek, któremu chcesz zaufać, rozmawia z ludźmi poza kampanią wyborczą. Jeżeli rozmawia z ludźmi, poza kampanią wyborcza to jest jakaś mała szansa, że jest szczery w tym jak mówi o tym, że trzeba rozmawiać. 

Druga kwestia dla mnie bardzo istotna, poza tym, że trzeba patrzeć w przyszłość, uciekać od tych etykietek i prawicowych, i lewicowych, i właśnie od tych, co mówią: nowa nadzieja, pokolenie. Uciekać od etykietek, bo one niczego nam nie dają.  Druga najważniejsza rzecz, to rozmowa o prawdziwych problemach. Często jest tak, że my się zajmujemy tematami, które być może są istotne, ale nie najważniejsze. Często jest tak, że zajmujemy się komentowaniem tego co kto powiedział. 

Wielokrotnie o tym mówiłem, jak dziennikarze odpytują mnie, z tego a co pan powie na słowa pana X albo pana Y, a jak ja powiem, że nie wiem, nie sprawdzałem co, kto na Twitterze tam napisał, to jest wielkie oburzenie i niechęć do rozmowy o tym, co jest naprawdę istotne. Poruszanie tych najważniejszych pytań i najważniejszych wyzwań przed nami to właśnie jest patrzenie w przyszłość,  nowa polityka. 

I to nie jest tak, że to jest oczywiste, jakie są najważniejsze tematy. Oczywiście może, my możemy powiedzieć, że dziś po pandemii wiemy, że musimy się zająć się  służbą zdrowia, musimy zając się tematem nowoczesnej edukacji. Wszyscy wiemy, że tematem numer jeden jest walka z kryzysem klimatycznym. Tylko że to za mało. Trzeba dokładnie zastanowić się nad tym co dokładnie nurtuje ludzi, jakie mamy recepty na te pytania, które mamy przed nami. A to już takie łatwe nie jest. Ale do tego trzeba rozmawiać, trzeba być zainteresowanym tematem. Trzeba sprawdzać, co jest dzisiaj najważniejsze. 

Patrząc w przyszłość

Bardzo często wpadamy też w pułapkę, która mnie najbardziej męczy. Dyskutowanie o wszystkim w oparciu o to, co tu i teraz. Bez zastanawiania się, w jaki sposób radzić sobie z problemem w sposób systematyczny. Jak budować jakąkolwiek strategie na przyszłość. To jest całkowicie naturalne, że my się skupiamy na tym co jest na wschodniej granicy i obserwujemy tych uchodźców, migrantów, którzy na tej granicy są, chcemy im pomóc, rozmawiamy również o utwardzeniu granicy, to jest wyjątkowo istotne. Dyskutujemy o tym, że PiS wprowadził stan wyjątkowy. A to wszystko, w pewnym sensie odwodzi nas od pytań  najbardziej zasadniczych. Jak powinna wyglądać polityka migracyjna, jak powinna wyglądać polityka azylowa. W nowoczesnej Europie, w Polsce. 

Zapominamy, że o tym, ze przez siedem lat pracowaliśmy w Unii Europejskiej, z olbrzymim udziałem Donalda Tuska, nad opracowaniem polityki migracyjnej i azylowej. Że mamy mnóstwo instrumentów, z których możemy korzystać. A rządzący  z tych instrumentów nie korzystali, jedynie zajmowali się szczuciem na uchodźców, a dzisiaj nagle się obudzili i będą nas ratować. Bo zwoje drutu kolczastego rozwiną nagle na wschodniej granicy. I znowu bieżączka przesłania nam rozwiązanie problemu, zastanowienie się nad strategią. 

W związku z tym to, co jest fundamentalne to oderwanie się od tego, co tu i teraz. Chociaż oczywiście o tym tez musimy pamiętać i o tym mówić. Ale zastanowienie się nad tym jak ma wyglądać Polska  jak mamy sobie radzić z najważniejszymi dylematami. Młodzież na Campusie Polska Przyszłości mówiła na przykład o problemie psychologii i psychiatrii dziecięcej. To jest jeden z najważniejszych problemów, jakie widać w szkole. Dzieciaki popełniają samobójstwa, dzieciaki czują się odrzucone, nie odnajdują się  po miesiącach zdalnego nauczania i polskie państwo nie ma na to odpowiedzi. 

My samorządowcy robimy, co możemy, otwierając nowe poradnie psychologiczne. Oczywiście  rządzący chcą nam w związku z tym zabrać pieniądze, bo przecież nie może być tak, żeby samorządowiec mógł robić, cos co ma sens według rządzących. Więc chcę jasno powiedzieć, że to nie jest tak, że my zawsze dokładnie wiemy, jeżeli tej rozmowy nie będziemy prowadzić, co powinno być dzisiaj najważniejsze. 

Szkoła, edukacja, ja zawsze o tym mówię, ponieważ to jest taka rzecz, która mnie dotyka w trójnasób, jako prezydenta miasta stołecznego Warszawy, jako wykładowcę akademickiego od ponad 20 lat i jako ojca dzieciaków, które są w szkole. I znowu dyskusja o tym, co dzisiaj powiedział Czarnek. Przecież to jest oczywiste, że tego Pana wybrano tylko po to, żeby nas drażnić. Ja innego usprawiedliwienia nie widzę. Żebyśmy się wszyscy zastanawiali, jaką ten facet  dzisiaj powie bzdurę. No i czekamy. I on oczywiście mówi nową bzdurę, żebyśmy mogli się denerwować. 

Natomiast nikt się nie zastanawia, jakie są nowe wyzwania, jakie stoją przed dzisiejszą szkołą. Że dzisiaj  nie jest zbyt sensowne tłoczenie w nas informacji  dlatego że to wszystko można za jednym kliknięciem znaleźć. Tylko trzeba nasz uczyć jak rozpoznawać fałsz od prawdy, jak radzić sobie w nowej rzeczywistości, jak weryfikować informacje, jak w zalewie nowych informacji potrafić dotrzeć do sedna. Tego nas nikt w dzisiejszej szkole nie uczy. My o tym nie rozmawiamy, bo na skupiamy się na tym, co tu i teraz. Nowoczesna polityka musi dawać nadzieje, że ci, którzy się nią zajmują, mają jakiś pomysł. Wiedzą co jest najważniejsze, ale nie tylko wiedza co jest najważniejsze, tylko dają nadzieję, że będą rozmawiali z tymi, którzy mają recepty na rozwiązanie problemów. Bo przecież nikt z nas nie jest Alfą i Omegą. Którzy widzą, w jaką stronę chcą iść. Tego wymaga przyszłość, tego wymaga właśnie nowoczesność.

Pokaż mi swoją opowieść

Na koniec chcę Państwa zostawić z jedną myślą. Ona też pochodzi z Campusu. Mieliśmy tam bardzo fajne warsztaty na Campusie Polska Przyszłości, w których próbowaliśmy różnych ludzi zupełnie niezwiązanych z polityką namówić na to, żeby ze swojej  perspektywy opowiedzieli, jak widzą politykę. Rozmawialiśmy z kilkoma bardzo poczytnymi autorami książek, którzy przez pryzmat budowania opowieści w literaturze odpowiedzieli, na to jak powinno budować się jakąś opowieść, która dotrze do ludzi w polityce. Oni zaczęli  od dosyć prostej konstatacji, która jest dosyć bolesna. Mówiącej o tym, że my nie potrafimy budować opowieści. Że my nie potrafimy opowiedzieć, o tym co chcemy zrobić, w sposób przekonywający i ciekawy. Zygmunt Miłoszewski powiedział, jeśli chcecie opowiedzieć jakąś opowieść, to przede wszystkim musicie wiedzieć, w jaką stronę idziecie. Po drugie ta wasza opowieść musi zainteresować, ona musi się odnosić do Waszego doświadczenia i ona musi zaskakiwać. 

Ona nie może być jasna i banalna. Jeśli ktoś chce opowiedzieć jasną i banalną opowieść, nawet u cioci na imieninach, to lepiej niech tego nie robi. I to jest problem, który przed nami staje, bo w tym zalewie informacji, w tym czasie nie mamy nawet już umiejętności skupienia się dłużej niż kilka minut. Trzeba umieć opowiadać co chcemy zrobić. Czasami bywa, i to jest największe zagrożenie dla tych wszystkich, którzy chcą zmiany, prawdziwej zmiany, którzy chcą państwa obywatelskiego, którzy chcą państwa, w którym szanowane są niezależne instytucje, że populiści są lepsi od nas w opowiadaniu opowieści. Ich opowieści są zwyczajnie prostsze. Ale to nie znaczy, ze my mamy skapitulować. Nowoczesna polityka to umiejętność opowiedzenia historii o tym co chcemy zrobić. Umiejętność jasnego wyrażenia myśli i nieuciekania od tych tematów, które są niesłychanie istotne.  

Zawsze mnie pytają, bo to jest fajny, sensacyjny headline: jakie Platforma Obywatelska popełniła błędy i potem już nikogo nie interesuje, co ja wcześniej powiedziałem, bo mają już ładny headline: Trzaskowski przyznaje się do błędów Platformy Obywatelskiej. Ale jak mówimy o błędach, Ja na to pytanie opowiadałem już na Campusie wielokrotnie, że daliśmy drugiej stronie zagospodarować słowo patriotyzm. Nie dbaliśmy o to, żeby przekonywać, że wszyscy jesteśmy patriotami i że wszyscy mamy swoją receptę na patriotyzm, który buduje, który jest patriotyzmem przyszłości, patriotyzmem wspólnoty, patriotyzmem, który pozwala nam budować. 

Łatwo tę opowieść opowiedzieć, że my chcemy edukacji, która uczy myślenia, uczy pracy w grupie. Że my chcemy odpowiedzialnej polityki, która nie tylko mówi o walce z kryzysem klimatycznym, ale przy każdej decyzji polityk się zastanawia, jakie jego działania będą miały konsekwencje. Że my chcemy przede wszystkim budować, bo dzisiaj nikt nas nie atakuje.  Nie ma potrzeby, żeby mówić bez przerwy, o daninie krwi, dzisiaj jest potrzeba zastanowienia się nad tym, co możemy razem zrobić. I to jest ta myśl, która jest dla mnie niesamowicie istotna. Mianowicie jeżeli rzeczywiście, chcemy dać ludziom nadzieję, że nowoczesność nie polega na tym, że ktoś od czasu do czasu założy jeansy albo, że posługuje się aplikacją internetową albo że potrafi korzystać  z mediów internetowych. 

Tylko nowoczesność polega na tym, że myśli się o przyszłości, myśli się o tym jak przekonać ludzi. Jak opowiedzieć tę opowieść, która będzie dla innych przekonywająca. I jak znaleźć, to co najważniejsze, czyli równowagę pomiędzy promowaniem aspiracji każdej i każdego z nas, a wzmacnianiem wspólnoty, w której żyjemy. Bo to jest sprawa fundamentalna, żeby pogodzić jedno z drugim.  Żeby umieć dać nadzieję, to trzeba również umieć wyciągnąć wnioski z tego co się stało wcześniej. Nie można być  bezkrytycznym w stosunku do własnych błędów, nie można tylko i wyłącznie żyć dniem dzisiejszym, bo to nas do niczego nie doprowadzi. Trzeba zawsze się zastanawiać co dalej. 

I jestem głęboko przekonany, że po dzisiejszej władzy, jeżeli opozycja wygra wybory, to będzie musiała tak budować swoją narrację, tak w pewnym sensie zmienić swój stosunek, swoje przyzwyczajenia, żeby właśnie budować politykę, która jest polityką dialogu, polityką rozwiązywania prawdziwych problemów, a do tego trzeba bardzo dużo odwagi. J

ak patrzę na swoje koleżanki i kolegów, to wiem, że jesteśmy do tego gotowi i tak jak powiedziałem, zupełnie nie zależy od tego kto się kiedy urodził, kto ma jakiś staż polityczny, bo nowe odważne myślenie jest tu [w głowie]. A nie w dowodzie osobistym. I państwa udział w tym przedsięwzięciu zaprojektowania Polski na nowo po tym co się dzisiaj dzieje, przede wszystkim właśnie polega na tym, żeby naciskać na polityków i wymagać więcej, to nie jest łatwe. 

Ja zawsze o tym mówię, że my mamy trochę trudniej niż niektórzy w konkurencji polityczni, bo od nas się bardzo dużo wymaga. Ale to bardzo dobrze, że się od nas dużo wymaga, bo to powoduje pewne zobowiązanie, które napędza nas do tego, żeby mówić i myśleć o zmianie. Bo bez zmiany, prawdziwej zmiany, w myśleniu w konstruowaniu rzeczywistości trudno mówić rzetelnym i efektywnym stawianiu czoła rzeczywistości.

 

Autor zdjęcia: Agnieszka Cytacka

Na granicy Unii Europejskiej z Białorusią. Apel :)

Na granicy Unii Europejskiej z Białorusią. 6 października 2021

Apel

Wierni dziedzictwu Marka Edelmana, Jacka Kuronia, Ireny Sendlerowej, w życiu starając się podążać za ich przykładem, nie możemy milczeć, gdy na polskiej granicy umierają ludzie.

Nie możemy milczeć, gdy nie udzielają im pomocy zobowiązane do tego służby.

Nie możemy milczeć, gdy ludziom dobrej woli udaremnia się ratowanie i wspieranie ludzi pozbawionych dachu nad głową, narażonych na głód, chłód, choroby i cierpienie.

Bezradni wobec odrażającej, nieludzkiej polityki imigracyjnej polskich władz apelujemy o solidarność z ludźmi poniżanymi, traktowanymi okrutnie i bezdusznie.

Apelujemy do międzynarodowej opinii publicznej, do ludzi kultury, nauki, biznesu, do polityków u władzy i w opozycji na całym świecie o nieustępliwe wywieranie presji na polskie władze, by zaprzestały tortur.

Witold BEREŚ

Bogdan BIAŁEK,

Seweryn BLUMSZTAJN,

Teresa BOGUCKA,

Krzysztof BURNETKO,

Agnieszka HOLLAND,

Paula SAWICKA,

Andrzej SEWERYN

 

 

Autor zdjęcia: Phil Botha

Ryszard Legutko’s dystopian attempt do discredit democracy :)

Ryszard Legutko is an active politician, a Polish philosopher and a professor on the faculty of the History of Philosophy Department of the Institute of Philosophy at the Jagiellonian University in Krakow. A member of Poland’s Prawo i Sprawiedliwość (Law and Justice; PiS) party, which is situated on the right of the political spectrum, he is currently on sabbatical from the Jagellonian, serving as a member of the European Parliament and the head of the Law and Justice delegation there. In this capacity, he is also a co-chairman of the ‘Conservatives and Reformists’, a Eurosceptic fraction of the EU parliament.

In 2012, Legutko published a book in Polish, Triumf człowieka pospolitego. The literal translation of that would be ‘The Triumph of the Common Man’. However, it was translated and published in English in 2016 as The Demon in Democracy: Totalitarian Temptations in Free Societies[1].

This review of that book is a personal account of its highly negative and damaging influence on the discourse around democracy and politics in the first decades of the twenty-first century.

The Demon in Democracy is written as a narrative and its central thesis is that, in essence, communism and liberal democracy are equivalent systems in human history. In order to reinforce his premise, Legutko frequently uses a substitute for the word ‘systems’. That substitute is ‘regimes’[2] and it creates a subtle, profoundly motivated framing which aims to classify democracy as a bad form of socio-historic development.

The entire book is an attempt to prove his claim by examining five key aspects of sociopolitical systems, namely, the historical, the utopian, the political, the ideological and the religious. This review assesses the value of Legutko’s proofs for all five. To begin with, though, it looks at the reviewer’s first and main discovery, which is easily made by carefully reading Legutko’s arguments concerning them. This first discovery, and it is a very disappointing one, is that Legutko seems to have failed to understand the very term which describes the main target of his onslaught, in other words, ‘liberal democracy’. To Legutko, ‘liberal democracy’ is a democracy dominated by liberals or by the ideas referred to in politics as liberal. He succeeds in producing a convincing impression that, if his target were not democracy, but the modern educational system, he would render the ‘liberal arts’ as the sciences, arts and humanities dominated by liberal ideology!

This fallacy is not put forward by Legutko alone. When Victor Orban calls his form of government ‘an illiberal democracy’, he intends his fellow citizens to accept the negation of ‘liberal’ as a positive feature of his system. The problem, of course, is this; in the phrase ‘liberal democracy’, ‘liberal’ is an adjective and has a different meaning from ‘liberal’ used as a noun! Maybe neither Legutko nor Orban understands English well enough?

It certainly seems as if Legutko, a distinguished scholar at one of Europe’s most prestigious universities, has either never read or never fully comprehended a classic, and fundamental, definition of ‘liberal democracy’ such as:

A democratic system of government in which individual rights and freedoms are officially recognized and protected, and the exercise of political power is limited by the rule of law. ‘The objective of liberal democracy is not limitless freedom‘[3].

The foregoing conclusion is further corroborated by Legutko’s labelling of those who subscribe to such democratic ideas as “liberal-democratic man”[4] or “liberal man”[5]. The former term occurs quite frequently in the book.

 

Legutko’s take on history

If this were the only issue with the book, it might, perhaps, still have some merit. However, there is second fundamental problem, namely, the way in which its author justifies his central claim that, in essence, modern, western democratic systems are equivalent to communism. Chapter One, which scrutinises the historical aspect, opens with the words:

Let us begin with what seems obvious: that communism and liberal democracy share a similar perception of history[6].

This statement is disturbing to many, particularly to those who lived half of their life under the communist regime, as this reviewer did. Even more shocking is Legutko’s explanation of this similarity. First, he claims that it lies in the efforts to improve the social aspects of life under both systems and then he tries to equate the Marxist laws of history with thinking he ascribes to early exponents of democracy like John Stuart Mill, Immanuel Kant, Adam Smith and Frederic Bastiat, to name just a few. By so doing, he apparently forgets that the first, very rapid implementation of Marxist laws in Russia came in the wake of bloody revolution, while the steady growth of western democracies brought real and undeniable social improvements. In other words, Legutko takes the communist, propagandistic ‘effort to improve society’, which, in reality, covered the most brutal acts of those regimes, and equates it with the efforts that were implemented in western civilization, bringing the growth of the middle class and, generally, a genuinely better life for many millions of people. He appears to note that, unlike communism, liberal democracy has no ‘founding fathers’[7], and he claims that “the liberals and the democrats”[8] made use of the same historical pattern in their representation of liberal thinking.

Of course, he fails to substantiate that assertion in the book. He cites John Stuart Mills’ statement to the effect that:

The struggle between Liberty and Authority is the most conspicuous feature of history since the earliest times known to us [sic][9].

It seems hard to accept that, if an author decides to refer to Mills’ statement, they are signifying their alignment with the ideas of Marx, Engels or Lenin. To Legutko, though, Mills’ words are proof that his intentions and goals are similarly oriented. Applying the same kind of thinking, he gives the impression of trying to squeeze thinkers like Adam Smith, Frédéric Bastiat, Immanuel Kant and the people behind British Whiggism into the pit where the leaders of communism are buried! To anyone who knows the writings of these authors, this claim is beyond belief.

Nonetheless, Legutko presses on and asserts that communism and liberal democracy share three common threads, namely, belief in the unilateralism of history, belief in the efficacy of a deliberate human action and belief in mankind’s ability to achieve maturity and intellectual independence. First, though, it is absolutely not true that these lines of thought have dominated the modern discourse in liberal democratic[10] circles, a statement borne out, for instance, by Francis Fukujama’s most recent works[11]. Second, even if the two systems share some specific beliefs, it is logically impossible to equate them, particularly given that they are deeply contradictory to each other in every aspect. Elementary logic relating to reality prompts us to note that, if two objects have only a few properties in common, then simply equating them is unacceptable. Here, then, Legutko has committed what we might call a ‘meta-error’; in this case, it is the error of assuming that apparently similar methods or properties lead to an equivalence between the subjects they apply to. One might venture to say that this is a serious problem for someone whom some people regard as a philosopher!

At this point, one could list all the historical distortions in the History chapter. However, that would be a pointless exercise, because the view of modern history Legutko presents slams the door on any discourse, with assertions like this:

Just as in real socialism, so in real democracy it is difficult to find some nondoctrinal slice of the world, a nondoctrinal image, narrative, tone, or thought. In a way, liberal democracy presents a somewhat more insidious ideological mystification than communism[12].

The absurdity of this assertion is obvious. It is hard to understand how such notions could be purveyed by someone who, as he himself implies, has read works by giants like José Ortegay Gasset. Yet The Demon in Democracy suggests that Legutko is blind to that thinker’s fundamental thoughts:

Liberalism – it is well to recall this today – is the supreme form of generosity; it is the right which the majority concedes to minorities and hence it is the noblest cry that has ever resounded in this planet. It announces the determination to share existence with the enemy; more than that, with an enemy that is weak. It was incredible that the human species should have arrived at so noble an attitude, so paradoxical, so refined, so acrobatic, so antinatural[13].

 

Legutko’s brand of Utopia

For Legutko, liberal democracy is as utopian as communism. He claims that:

Both communism and liberal democracy are therefore perceived—from an inside perspective—as having no alternatives[14].

Before we dispute this patently false claim, we should look at Legutko’s arguments. His first line of reasoning turns once again to the mind of his mythical “liberal man”, as in, for instance:

Liberal democracy is also viewed by its supporters as the final realization of the eternal desires of mankind, particularly those of freedom and the rule of the people[15],

or, to provide another example:

Over time, the mind of a liberal democrat began to resemble that of a socialist, exhibiting the same tendency to combine the languages of morality and politics, as no other discourse could possibly do justice to the nature of the system[16].

This is one of the moments where he actually goes so far as to employ an accusative tone against the “liberal man” of his creation:

Even the most liberal of liberals displayed extraordinary softness against the Soviet Union and the Soviet communism and sometimes even actively supported the idea of unilateral disarmament of the West (…)[17].

Let this deconstruction of his reasoning begin with the last of these three assertions. In the twentieth century, we witnessed the total defeat of the Soviet system by liberal, western democracies. The fact that this was brought about not by an all-out war, but by peaceful means, does not render those democracies soft. On the contrary, the way in which liberal democracy won the cold war, quite simply, was both potent and efficacious! Unfortunately, Legutko does not explain who he deems to be those “most liberal of liberals”. In all probability, he would have been hard put to justify his argument by trying to provide any actual names. The reviewer, on the other hand, can do just that and it would quickly become obvious how baseless and erroneous Legutko’s claim really is!

As for the argument he posits in the first of the three quotations, to the effect that liberal democrats see “no alternatives”, it is simplicity itself to show that it was liberal democracy which, over the last, well-nigh two hundred years, has redefined itself dramatically, particularly when it comes to its most important systemic aspect, which is to say, its economy. Today, not one of the Western liberal democracies implements the libertarian ideas of an unrestricted free market. Over time, they came to understand that many domains, such as financial systems, environmental protection, and the fundamental shape of national health systems, cannot follow the initial paradigms which still shaped them in the first half of the twentieth century. When it comes to these fundamental facets of the societal strata, demonstrating the sweeping differences existing between countries rightly called “liberal democracies” today and their nineteenth-century predecessors presents no real challenge.

How it is possible for Legutko, a member of the European Parliament, to have failed to grasp this, is beyond comprehension. One instance of his reasoning can be found in his reference to thinkers Friedrich von Hayek, Ludwig von Misses, Ayn Rand and Robert Nozick. First, he pigeonholes them all as libertarians. While this is certainly just as regards Ayn Rand and Robert Nozick and verges on being just in the case of Ludwig von Misses, it is inarguably unjust when it comes to Friedrich von Hayek, a pure, classical liberal who never claimed that government intervention in the economy is wrong. In fact, to provide one example, he supported the notion of a social safety net designed to protect citizens from extreme poverty.

However, this particular aspect of Legutko’s thinking runs up against a much more important problem; he has apparently forgotten that the real liberal democracies have never strictly adhered to the ideas of these thinkers! On a superficial level, he seems to understand this, noting that “Democracy did not have obvious links with utopian thinking”[18]. In the very next sentence, though, we discover the way in which he understands the difference:

Since antiquity, democracy had been considered one of the defective systems; not better but certainly not worse than oligarchy or monarchy,[19]

which simply shows how shallow Legutko’s understanding of democracy is. Knowledge of the works of Tocqueville and Rawls has not helped him. As far as the latter is concerned, Legutko is guilty of a horrible fallacy, claiming that “The man who called the liberal-democratic political system a utopia was John Rawls (…)”[20]. Yet anyone who is familiar with Rawls’ works is well aware of the fact that he only ever used the word ‘utopia’ in the phrases
“realistic utopia”[21] and “realistically utopian”[22] and that his intended meaning was dramatically different, namely, that ‘the Laws of People’ are utopian only because they do not always reflect existing social arrangements, but they are realistic as they do not go against human nature[23]. It is thus obvious that Rawls’ phrase is more metaphorical than literal. Later on in the book, Legutko apparently admits that Rawls was the thinker behind the modern liberal-democratic system, but even then, he uses a pejorative term, “today’s liberal-democratic orthodoxy”[24], in order both to discredit the great thinker and to use his thoughts distortedly.

The striking thing about Legutko’s focus on ‘utopia’ is that it seems to be the only chapter of the book where he gives signs of suggesting that there are systems which are better than liberal democracy. It makes for interesting reading as it kindles the hope that some bright ideas might finally start appearing. In essence, liberal democracy’s ability to reinvent itself lies in its nature; history does, after all, clearly show us examples of that process. What a surprise lies in store for Legutko’s readers when he first points to better systems from the ancient world, systems proposed by Plato and developed by Aristotle. It is a well-known fact that Plato thought of democracy as a degenerate political system. Just a few paragraphs later comes Legutko’s vision of the ideal system:

One could therefore devise a political structure that combined monarchy, oligarchy, and democracy in such a way that each would foster the advantages and neutralize the disadvantages of the others. We would then have, for example, a democratic representativeness but at the same time some oligarchic-aristocratic institutions that would preserve a form of elitism as well as some form of monarchy guaranteeing the efficiency of governance.[25]

Here, the author’s intentions and views are laid bare. Legutko aches for a system that is, in essence, pure, oligarchic elitism and, if it takes the form of a monarchy, then so much the better.

The hopes of readers who approach the book expecting some genuine ideas for improvements to democracy are dashed. Legutko yearns for past systems with which we are all familiar and which have proved to be teeming with the injustice and exploitation served up to those who happened not to be of the elite by those who belonged to the oligarchy. If we then recall which political party Legutko belongs to, in other words, the right-wing, populist PiS, and which fraction he joined in the EU parliament, it becomes obvious exactly how dangerous his attempts to throw us back into the past really are. He genuinely hopes for such a revolution, even going so far as to call it a “European perestroika”:

The emergence of such beliefs in the EU spheres would encourage a European perestroika—something that the European Union might not survive[26].

This brings home to us precisely how perilous ideas of this kind are. Dressed in lofty declarations and backed up by the erudition of someone who is a scholar at one of Europe’s most prestigious universities, this thinking, in essence, condones autocratic tendencies, where a specific cast of the enlightened, belonging to the oligarchy and vouched for by pseudo-democratic elements, not only have unlimited power over society, but also lay claim to the right to formulate the moral norms which everyone else is forced to live by.

History tells us what ideas like this have led to…

 

Politics according to Legutko

Politics is yet another area where Legutko finds similarities between communism and liberal democracy. His depiction of the hypocritical attitude of communist ideologues towards politics is relatively accurate. However, the way he translates some of the ideas propounded by thinkers like John Locke, Benjamin Constant, Isaiah Berlin and Joseph Schumpeter into his own constructs is nothing more nor less than bizarre. For instance, he claims that Locke’s focus on the protection of private property by the state is an example of an attempt to describe human activities as non-political and that, in this context, the role of a private person contradicts their role as citizen. Incomprehensible! Of course, anyone who has read Locke or his commentators will be well aware of the depths of falsity in Legutko’s reading of the master. The reality is that Locke forged both a well-defined political theory and a theory of government, a fact which really is fairly common knowledge.

Legutko also distorts the views of Benjamin Constant when he writes:

In his famous lecture about the difference between the freedom of the ancients and that of the moderns, [Constant] argued that to participate in public life (which was the freedom enjoyed by the ancients) ceased to be a priority in our time and had been supplanted by the individual freedom to pursue private goals[27].

Since Legutko ignores the norm of providing references, the reader has no real idea as to which of Constant’s lectures he is referring to, never mind his exact point of reference. However, the reviewer is reasonably confident that it is his 1816 lecture, The Liberty of Ancients Compared with that of Moderns. Careful reading of that text reveals its author to have quite a different position:

Political liberty, by submitting to all the citizens, without exception, the care and assessment of their most sacred interests, enlarges their spirit, ennobles their thoughts, and establishes among them a kind of intellectual equality which forms the glory and power of a people. (…) I bear witness to the better part of our nature, that noble disquiet which pursues and torments us, that desire to broaden our knowledge and develop our faculties. It is not to happiness alone, it is to self-development that our destiny calls us; and political liberty is the most powerful, the most effective means of self-development that heaven has given us.[28]

In other words, Constant prizes political liberty, a pre-condition for liberal democracy, which did not even exist in 1816 and without which, as he points out, citizens lose the best tool for self-development. Legutko, however, suggests that Constant argued that people put the pursuit of their private goals higher. Total distortion!

Having created such distortions or, perhaps, having read the works of the thinkers in question and failed dismally in understanding them, it comes as no surprise to discover that Legutko comes to the conclusion that:

Liberalism is primarily a doctrine of power, both self-regarding and other-regarding: it aims to limit the power of other agents, and at the same time grants enormous prerogatives for itself[29].

This is so ridiculous that it warrants noting here as an example of the many claims he makes which have nothing to do with a true characterisation of reality. In this case, it begs the following questions. If liberalism is a doctrine of power, then what was communism a doctrine of? Or the oligarchic republicanism so much exalted by Legutko; that is a doctrine of what, precisely?

In direct contradiction to the fundamental principles of liberal democracy expressed so beautifully by Ortega y Gasset when he wrote that “it announces the determination to share existence with the enemy”, Legutko dares to make statements like “liberalism has always had a strong sense of the enemy”[30]. In the light of the aforementioned questions, his assertions of this kind have the ominous ring of a Große Lüge-type pronouncement…

The chapter on politics also introduces another form of distortion. This time, it is a twisting of history, a device which Legutko continues to employ in subsequent chapters. When he writes about the counterculture of the nineteen sixties, he uses the phrase “revolution of the sixties”, but provides no wider context, leaving any reader less well-informed about twentieth-century history with a picture of some kind of revolt that overthrew or radically changed the structures and political organisation of Western civilisation. However, nothing like that happened, of course, despite the important cultural impact which the anti-establishment phenomenon had on western societies. Legutko’s context-free ‘revolution’ thus provides a deformed image. We discover why he clutched at this particular rhetorical instrument when he first concludes that “at some point, the ’68 generation finally laid their hands on European integration”[31], leading to the construction of “a federal super-state”[32]and the creation of “a European demos, a new European man”[33] and then goes on to characterise the EU as a degeneration:

The European Union reflects the order and the spirit of liberal democracy in its most degenerate version[34].

It thus comes as no shock when the references to Hungary’s Fidesz and Poland’s PiS appear in the chapter. In Legutko’s words, both parties are examples of ‘righteous indignation’, a just resistance to that ‘degeneration’. False accusations follow, such as “Immediately after the elections [the EU] launched an extremely aggressive hostility campaign.”[35]. The truth is that the EU has never been hostile to any legally elected government. What it has been opposing is the serious attacks on the rule of law perpetrated by those two parties. In this context, it bears noting that, in 2019, another member of PiS, Janusz Wojciechowski, was appointed EU Commissioner for Agriculture[36], which gives the lie to Legutko’s line of reasoning.

As if this were not enough, Legutko then accuses liberal democracy of attacking families and communities:

Liberal democrats were guided by a similar assumption as the communists before them: both disliked communities for their alleged anachronism and, for that reason, thought them, because deep-rooted, to be the major obstacles to progress. Both believed that one cannot modernize society without modernizing communities, including rural areas, families, churches, and schools. Just as communism was not possible with families adhering to the feudal-patriarchal system, so liberal democracy is believed to be incomplete and unsuccessful with schools respecting traditional moral and cultural authoritarianism[37].

The blatant falsity of accusations like this is so obvious that the reader wonders where Legutko gets his conclusions from. Certainly not from liberal democracies, which protect communities; the EU has a series of strong programmes for social protection and social inclusion, for instance[38]. Not from rural communities, either, where the scale of agricultural subsidies in numerous liberal democracies speak for themselves.[39]Families cannot be his source, since the protection of families is a high priority for the EU, which lists “the right to respect for family life” as one of the fundamental human rights.[40] As for churches, under no other political system of modern times have churches enjoyed such a level of freedom.

The chapter then moves on to proffer another flavour of Legutko’s thought, which equates the protection of minorities in liberal democracies with the protection of women’s and LGBTQ’s rights:

Women, homosexuals, Muslims, ethnic groups are being perceived as and transformed into quasi-parties, organized from above by the political or ideological leadership and not possessing other characteristics than those resulting from the struggle for power against other groups and no other identity than that provided by this leadership, allowing no ideological dissent[41] [sic].

It is worth noting how bizarre Legutko’s thinking about women is. To him, being a woman in a liberal democracy is as abstract as being a member of the proletariat under communism was:

Just as the “proletariat,” “women” is an abstract concept that does not denote any actual existing community, but only an imagined collective made an object of political worship among feminist organizations and their allies[42] [sic].

The readers of Legutko’s book may wonder why the author does not believe in the basic values we all share, despite political differences. One such basic value is dialogue. Nowhere is this practiced better than in democracy. To him, however, the spirit of dialogue in democracy is false and hypocritical:

(…) it does not require much effort to see that the dialogue in liberal democracy is of a peculiar kind because its aim is to maintain the domination of the mainstream and not to undermine it.[43]

He continues thus, without limits or considerations. To provide just one example:

The liberal-democratic man politicized his privacy, perhaps his main contribution to the change in thinking about politics. He politicized marriage, family relations, communal life, language. In this he resembled his communist comrade.[44]

This narrative might, perhaps, speak to some young hotheads who did not live under communism. The reviewer, did, and to him, such claims represent blatant nonsense, to say the least. They are offensive to those who fought against communism in order to embrace democratic values.

When Legutko touches on moral matters, things get even worse. As he sees it, the essence of societal changes that occurred in nineteen-sixties is:

(…) the real great sexual revolution (…). What happened then was—in terms of scope and content—far more radical than anything in the past.[45]

This, too, he equates with:

(…) the old communist plan to overthrow the repressive power structures, including marriage and family[46]

What is worse is this; to him, the equalisation of women’s and men’s rights is one of the symptoms and the beginning of the revolution. Whenever Legutko attacks homosexuals, the  word ‘homosexuals’ is almost always coupled with ‘women’ or ‘feminists’. What a perspective!

 

Legutko’s ideology

The chapter on ideology begins with the claim which permeates Legutko’s entire treatise:

Both communism and liberal democracy have a strong tendency to ideology[47] [sic].

The fact that communism was a highly ideologised system is no news at all to anyone who is familiar with it, either from literature or from their lived experience.  However, it does come as quite a shock to the conscious reader to discover that, as averred by Legutko, liberal democracy is no different. Despite the ubiquitous presence and apparentness of ideology in communism, Legutko devotes more or less the entire first section of his fourth chapter to proving that communism was ideologised.

The second section then starts with what reads as an admission that the opening sentence was a provocative joke:

One should think that liberal democracy is relatively free from ideological temptation. The emergence of one unifying ideology seems rather unlikely when there is considerable differentiation in a society, and it is precisely such a differentiation that liberal democracy promised to tolerate and even stimulate.[48]

Legutko refers to thinkers like Daniel Bell, Seymour Martin Lipset, Edward Shils and Raymond Aron and apparently agrees that liberal democracy exhibits a greatly reduced level of ideology. Where, then, is the problem? Why does he take an entire chapter to tackle the ideology of democracy?

The answer arrives later on in the chapter, where the reader comes up against what is, perhaps, one of the finest examples of dystopian distortion ever to be encountered in modern discourse. Legutko claims that the nineteen sixties were an era of ideological explosion. His reading is peopled by radicals calling for the system to be overthrown  and replaced by something else. One can only marvel at where he obtained this picture of the sixties’ counterculture. From the communist propaganda that dominated schools in Poland? After all, that was the decade when Legutko underwent his secondary education. In reality, though, the essence of the social revolution lay in a denial of the ideologies predominant in the western world during the post-war era. It would be a distortion of meaning to call the civil rights movement or anti-war trends ‘new ideologies’ and a kind of mental blindness to dub Joan Baez or The Beatles or Kurt Vonnegut ‘new ideologues’.

Seen from Legutko’s standpoint, though, it was all was nothing more nor less than an “ideological smokescreen”[49]. Then he arrives at his much-cherished bête noire, the European Union and the revelation that:

In the European Union the ideology has been emanating with such intensity that each prolonged contact with its institutions requires a thorough detoxification of one’s mind and one’s language.[50]

What follows reads like a fantasy from a deeply hostile mind:

The liberal-democratic mind, just as [sic] the mind of a true communist, feels an inner compulsion to manifest its pious loyalty to the doctrine. Public life is full of mandatory rituals in which every politician, artist, writer, celebrity, teacher, or any public figure is willing to participate, all to prove that their liberal-democratic creed springs spontaneously from the depths of their hearts[51].

Only a few sentences later, Legutko’s distortions suddenly become easier to comprehend, as he admits that respect for the rights of women, minorities and the victims of violence is what he is terming ideology:

(…) one is expected to give one’s approving opinion about the rights of homosexuals and women and to condemn the usual villains such as domestic violence, racism, xenophobia, or discrimination (…)[52],

before adding insult to injury by adding environmental awareness to the list!

At this point in the book, it becomes clear that it is Legutko who subscribes to some strange and dangerous right-wing ideologies which glorify a misogynistic style of thinking and hatred of everyone who is different,whilst simultaneously denying any need to protect the environment. In essence, his invented “ideology of liberal-democracy” is nothing more than a projection of his own thoughts onto a very different reality.

This review now passes over a considerable part of what then ensues in the chapter on ideology; it proffers a level of discourse that is not even worthy of comment:

(…) a proletarian was replaced by a homosexual, a capitalist by a fundamentalist, exploitation by discrimination, a communist revolutionary by a feminist, and a red flag by a vagina[53].

In the last part of the chapter, Legutko tries to prove his patently false claim that liberal democracy, striving to protect equality between people, is a form of despotism:

(…) egalitarianism and despotism do not exclude each other, but usually go hand in hand. (…) Equality invites despotism[54].

Then, for a moment, it seems that he has grasped either the falsity of that claim or the falsity of his comparison of liberal democracy to communism, as  he admits that communism was deeply anti-egalitarian in nature[55]. Not that this stops him from flogging his main theme even further:

In every sentence from the Leninist and Stalinist catechisms one can replace “proletariat” with “women” or with “homosexuals,” make few other minor adjustments, and no one will recognize the original source[56].

He considers that both systems imposed an imperative on people “to side with one and be against the other”[57]. Bearing in mind the quality of life in all liberal democracies, it is pointless even endeavouring to argue with such claim. The very essence of the system, together with its practice over recent generations, gives the lie to Legutko’s reasoning.

Wading on, he tries to posit that the similarity of both systems led the liberal democratic leaders to like communist leaders for their:

(…) redeeming features—Andropov was fond of whiskey, Gierek spoke French, Kádár invented goulash communism[58],

and that the EU protected “former and present-day communists[59]”. Again, everybody who lived through the last years of Eastern European communism and its end in1989 knows that any accusation of that kind is baseless. Not that this seems to concern Legutko, though!

 

What does Legutko know about freedom of religion in the Western World?

The final chapter of Legutko’s book turns to religion and begins by recalling the communist hostility to it. There are no surprises here. The communists were deeply hostile to religion. However, somewhat out of keeping with the theme of the chapter, Legutko then goes on to elaborate on the apparent acceptance of the communist cause by numerous prominent figures of the post-war era. He takes as his starting point the Polish intellectuals who signed the infamous resolution of the Union of Polish Writers in Krakow concerning the Krakow spy trial; that resolution supported the communists’ prosecution of priests falsely accused of spying. Then he turns to figures like Karl Barth, Paul Tillich, Jacques Maritain and Hewlett Johnson, emphasising their sympathies toward communism. However, an analysis of whether or not it is just to brand all these people as communist sympathisers falls outside the scope of this review and must await a different occasion.

Then, though, Legutko states that the communists’ anti-religious tendencies led to the hostility of elites towards religion after the fall of the communism and, with that, he is plainly lying. In Legutko’s native country, at any rate, the underlying motivation of the majority of anti-communist fighters was deeply religious. It is enough to recall the profoundly Christian symbolism used by Solidarity leader Lech Wałęsa and the admiration of all the new democratic leaders for Pope John Paul II in order to see that Legutko is attempting to build a strange narrative with no obvious cause. Even his personal bête noire, historian, essayist, print-media editor and former dissident Adam Michnik, to whom he falsely assigns not only the proclamation of “the end of the entente cordiale with the Church”, but also an ability to “dictat[e] to the Polish herd of independent minds which way they should be going[60]”, was never either anti-religion or anti-Church[61].

Before long, his reason for trying to set up this odd narrative becomes clear. He needs it in order to present yet another false claim:

The attitude of liberalism toward religion was, from the start, frosty and sometimes hostile[62],

and, a little further on:

This began to change in recent decades when the European governments, by having espoused an ambitious ideological mission, started legislating morality in an open confrontation with the teaching of Christianity (and other religions).[63]

To prove these claims, Legutko tries to convince his readers by accusing democracy of regulating religious and moral matters as follows:

What we enforce is the law of the land and constitutional rights—be it in the matters of abortion, marriage, education, life, death—and not religion, and what we supervise is not the people’s souls, but our citizens’ loyalty to the existing legal and political system.[64]

In the book, this is set between quotation marks. However, not for the first time, Legutko fails to provide any hint of a source. It certainly seems to be nothing more nor less than a figment of his imagination. No known democratic system implements that kind of rule. Even with the most contentious issues, like that of abortion, for instance, the system allows its citizens full freedom to apply their religious rules in their lives. Of course, in most cases, democracy also protects those who profess different views and their right to express them, as well as  preventing one group of people from imposing their rules on another group and, in particular, on minorities. These important principles are ignored by Legutko, though.

Moving on, he tries to convince us that thinkers like Hobbes, Kant, Jean-Jacques Rousseau and Bertrand Russell prepared the ground for the “anti-Christian”[65] sentiments in modern democracies. Disputing that claim in full requires a separate response. Here, suffice it to say that it represents a huge oversimplification and massive exaggeration. For example, while Jean-Jacques Rousseau is now regarded as ‘an anti-theological theologian’, to paraphrase the term coined by Carolina Armenteros of Pontificia Universidad Católica Madre y Maestra[66], by no means he could be labelled as a promoter of anti-religious sentiments. In an excellent piece entitled “The Anti-Theological Theology of Jean-Jacques Rousseau” she writes:

Rousseau’s theology, like much of his philosophy, is paradoxical. It comprises both a rejection of traditional Christian dogma—notably original sin—as incommensurate with reason, and a defense of Christianity and political religion as institutions transcending the rationalism of the Enlightenment.[67] 

“Had we but world enough and time”[68], we could analyse the other thinkers Legutko blames for this anti-Christian attitude and show exactly how trivial and superficial his accusations are.

Some of the references he reaches for teeter on a brink of satire. For example, when he accuses EU governments of not reacting to the persecution of Christians, he reaches for a term coined by Joseph H. H. Weiler, ‘Christophobia’[69]:

Paralyzed by their Christophobia (to use Joseph H. H. Weiler’s wellknown [sic] expression), the European Union as well as the European governments [sic] do not react [sic] to the brutal persecution of Christians in other continents, and if they do, their reaction is low-key[70].

However, true to form, he fails to mention the context in which Weiler used it, namely:

It is a Europe that, while celebrating the noble heritage of Enlightenment humanism, also abandons its Christophobia and neither fears nor is embarrassed by the recognition that Christianity is one of the central elements in the evolution of its unique civilization. It is, finally, a Europe that, in public discourse about its own past and future, recovers all the riches that can come from confronting one of its two principal intellectual and spiritual traditions[71].

This juxtaposition of the two quotations shows how Legutko has distorted both Weiler’s intentions and his term in a crystal-clear example of a false, mendacious interpretation. Yet another instance occurs with his lament about the Lautsi v. Italy case[72] and the opinions issued by the various countries, he somehow ‘forgets’ to add that the final resolution of the European Court of Human Rights was that requirement does not violate the European Convention of Human Rights. He also seems to have had a mental blank when it came to noting that the same Joseph Weiler:

(…) took the case pro bono — arguing that forcing Italy to take down the cross would be a blow not against Christianity, but against pluralism[73].”

The truth is that all Legutko’s accusations describing both liberal democracy in general and the European Union as hostile are plainly false. For example:

In today’s Europe, the power has been in the hands of the political class hostile to Christianity (…)[74]

The blatant mendacity of that statement is exposed by the fact that the largest political block in the European Parliament is actually formed by Christian Democracy! The breadth of development in Christian philosophy and theology, mostly in western Europe, is another nail in the coffin of his spurious claims. Mentioning thinkers like Henri de Lubac, Yves Congar or Hans Urs von Balthasar, to name just a few, also somehow ‘slips his mind’. His writing suggests that he is ignorant, too, of the ressourcement, that great movement and true rediscovery of the wisdom of Christian tradition that occurred in many centres of liberal democracy. These trends were not restricted to academic theology, either, since they laid ground for such momentous and positive changes as those initiated by the Second Vatican Council. Why is there no mention whatsoever in the book of such important developments?

Could it be that Legutko has deeper motivations for spread his lies or is it that, despite living in Western democracy, he really has no knowledge of it at all. Take this sentence, for instance:

Is not—one may wonder—this nonreligious and antireligious reality of today’s Western world very close to the vision of the future without religion that the communists were so excited about, and which despite the millions of human lives sacrificed on the altar of progress, failed to materialize?[75]

How can a statement like that be substantiated at all in the light of all the many religious movements developing freely in the western world? It seems that Legutko has never experienced any interaction with communities like the Amish in the US or the Mennonites in Canada, who have strongly redefined every aspect of their lives and no ‘liberal democrat’ has ever tried to turn them away from their religion. In absolute numbers, Legutko’s main object of disdain, the EU, is the world’s largest Christian population, with more than seventy-five per cent of its residents identifying themselves as Christian.

Conclusion

In the conclusion to his book, Legutko assigns to liberal democrats a conviction that their world has come to the end and that it cannot change. This might be an indirect reference to Francis Fukuyama’s famous work, The End of History and the Last Man[76]. To readers of Fukuyama’s book and to all those who have observed or studied the evolution of liberal democracy over the course of the twentieth and twenty-first centuries, the imputation is obviously false. To Legutko, though, it is “a final confirmation that [in liberal democracy] mediocrity is inveterate[77]”.

Surely the evolution of the entire Western hemisphere’s political and social system during the last one hundred and twenty years is impossible to ignore. So it is interesting to ask why Legutko ignores it? Is he ideologically motivated by his right-wing, populist, Law and Justice party? Did he therefore write the book to vindicate their policies? Or, perhaps the opposite is true that his dystopian thinking actually motivates his political circle and its leader, Jarosław Kaczyński?

Whatever the answer to these questions may be, one thing is certain. Legutko’s criticism of western democracy is not followed by any reasonable suggestion as to how democracy could evolve to avoid the “mediocrity”. His only input here  is a throwback to “a political structure that combine[s] monarchy, oligarchy and democracy[78]”. A scrutiny of what is now happening in his homeland under the rule of the Law and Justice party reveals a literal, and very bad, combination of crippled democracy and an oligarchy enjoying the fruits of impunity. Turning this perspective onto his book suggests that only answer to the questions here is that Legutko is one of the most important ideologues of his right-wing, regressive political party and that his book is almost a blueprint for their agendas.

Viewed in this light, the reviewer felt that it was extremely important to debunk all the fallacies and accusations set out therein by Legutko and directed at western democracy.

 

References

[1] Ryszard Legutko, The Demon in Democracy: Totalitarian Temptations in Free Societies, Teresa Adelson (transl.), Encounter Books, New York · London, Kindle Edition, 2018. Page numbers in the subsequent references are from the Kindle readers numbering order.

[2] ‘Regime’ or ’regimes’ occurs almost ninety times in this context.

[3] https://www.lexico.com/definition/liberal_democracy, retrieved on 09/24/2021.

[4] Legutko, ibid., p. 30 passim.

[5] Legutko, ibid., p. 77.

[6] Legutko, ibid., p. 16.

[7] Legutko, ibid., Legutko numbers Karl Marx, Vladimir Lenin and György Lukács amongst the family of “founding fathers”. Omitting Engels and including Lukács is also absolutely characteristic of his approach. The fact that he passes over Lukács’ opposition to Stalinism is telling.

[8] Legutko, ibid.,

[9] John Stuart Mills, On Liberty, 1859, as cited in Legutko, ibid. N.B. It is provided as a direct quotation in the English translation of his book, but it is actually partly paraphrased and is not a complete sentence in itself, as it appears The Demon… The full, original sentence, which comes from the Introductory to the work, reads: “The struggle between Liberty and Authority is the most conspicuous feature in the portions of history with which we are earliest familiar, particularly that of Greece, Rome and England.”; Project Gutenberg, https://www.gutenberg.org/files/34901/34901-h/34901-h.htm, retrieved on 09-25-2021.

Should Legutko therefore not have cited it as ‘(…) “The struggle between Liberty and Authority is the most conspicuous feature (…) of history” since the earliest times known to us.’?

[10] Legutko, ibid., Foreword, p. VII.

[11] See Francis Fukujama, Identity: The Demand for Dignity and the Politics of Resentment, Farrar, Straus and Giroux, New York 2018; Political Order and Political Decay: From the Industrial Revolution to the Present Day, Farrar, Straus and Giroux, New York 2014; The Origins of Political Order: From Prehuman Times to the French Revolution, Farrar, Straus and Giroux, New York 2011.

[12] Legutko, ibid., p. 22.

[13] José Ortega y Gasset, The Revolt of the Masses, Anthony Kerrigan (trans.), University of Notre Dame Press, 1985, p. 65.

[14] Legutko, ibid., p. 43.

[15] Legutko, ibid., p. 44.

[16] Legutko, ibid., p. 45.

[17] Legutko, ibid., p. 46.

[18] Legutko, ibid., p. 50

[19] Legutko, ibid., p. 51

[20] Legutko, ibid., p. 52.

[21] John Rawls, The Law of Peoples: With “The Idea od Public Reason Revisited, Harvard University Press 1999, p. 4, passim.

[22] Legutko, ibid., p. 6, passim.

[23] See, for example, an excellent work by Chris Brown, The Construction of a ‚Realistic Utopia’: John Rawls and International Political Theory, in: Review of International Studies, Vol. 28, No. 1, Jan. 2002, pp. 5-21.

[24] Legutko, ibid., p. 52.

[25] Legutko, ibid., p. 53.

[26] Legutko, ibid., p. 69.

[27] Legutko, ibid., p. 75; reviewer’s emphasis.

[28]https://archive.is/20120805184450/http://www.uark.edu/depts/comminfo/cambridge/ancients.html#selection-11.0-17.23, retrieved on 09-25-2021; reviewer’s emphasis.

[29] Legutko, ibid., p. 77.

[30] Legutko, ibid., p. 77.

[31] Legutko, ibid., p. 86.

[32] Legutko, ibid., p. 86

[33] Legutko, ibid., pp. 86-87.

[34] Legutko, ibid., p. 85.

[35] Legutko, ibid., p. 89.

[36] https://en.wikipedia.org/wiki/Janusz_Wojciechowski, retrieved on 09-25-2021.

[37] Legutko, ibid., p. 91.

[38] https://ec.europa.eu/social/main.jsp?catId=756&langId=en, retrieved on 09-25-2021.

[39] https://en.wikipedia.org/wiki/Agricultural_subsidy, retrieved on 09-25-2021.

[40] https://www.coe.int/en/web/impact-convention-human-rights/family, retrieved on 09-25-2021.

[41] Legutko, ibid., p. 95.

[42] Legutko, ibid., p. 93.

[43] Legutko, ibid., p. 97.

[44] Legutko, ibid., p. 105.

[45] Legutko, ibid., p. 107.

[46] Legutko, ibid., p. 106.

[47] Legutko, ibid., p. 113.

[48] Legutko, ibid., p. 117.

[49] Legutko, ibid., p. 119.

[50] Legutko, ibid., p. 120.

[51] Legutko, ibid., p. 120.

[52] Legutko, ibid., p. 120.

[53] Legutko, ibid., p. 123.

[54] Legutko, ibid., p. 133.

[55] Legutko, ibid., p. 132.

[56] Legutko, ibid., p. 138.

[57] Legutko, ibid., p. 138.

[58] Legutko, ibid., p. 140.

[59] Legutko, ibid., p. 141.

[60] Legutko, ibid., p. 150.

[61] To the surprise of many, Adam Michnik was expressing positive and friendly views about the Catholic church during the time of writing of this review. See: https://wiez.pl/2021/04/04/michnik-odrzucam-myslenie-w-ktorym-nie-ma-miejsca-na-zyczliwosc-dla-kosciola/ , retrieved on 09-25-2021.

[62] Legutko, ibid., p. 151.

[63] Legutko, ibid., p. 154.

[64] Legutko, ibid., p. 153.

[65] Legutko, ibid., p. 146, passim.

[66] Carolina Armenteros, “The Anti-Theological Theology of Jean-Jacques Rousseau” in The Oxford Handbook of Early Modern Theology, 1600-1800, Ulrich L. Lehner, Richard A. Muller, and A. G. Roeber (eds.), Oxford Handbooks Online, September 2014, retrieved on 09-25-2021.

[67] Carolina Armenteros ibid.

[68] Andrew Marvell, “To his Coy Mistress”, 1681.

[69] Joseph H. H. Weiler, A Christian Europe: An Exploratory Essay, cited on https://www.firstthings.com/blogs/firstthoughts/2012/11/does-it-make-sense-to-speak-of-christophobia, retrieved on 09-25-2021.

[70] Legutko, ibid., p. 161.

[71] Weiler, ibid.

[72] The case concerned the requirement, under Italian law, for crucifixes to be displayed in school classrooms; cf.:  https://en.wikipedia.org/wiki/Lautsi_v._Italy, retrieved on 09-25-2021. https://hudoc.echr.coe.int/app/conversion/pdf/?library=ECHR&id=001-104040&filename=001-104040.pdf , retrieved on retrieved on 09-25-2021.

[73] John L. Allen Jr., Tackling taboos on Jews and Christians, the cross and deicide, in “National Catholic Reporter”, Jan 21 2011, retrieved from

https://www.ncronline.org/blogs/all-things-catholic/tackling-taboos-jews-and-christians-cross-and-deicide, retrieved on 09-25-201.

[74] Legutko, ibid., p. 164.

[75] Legutko, ibid., p. 168.

[76] Francis Fukuyama, The End of History and the Last Man, Free Press, 1992.

[77] Legutko, ibid., p. 182. This is the last sentence of the book.

[78] Legutko, ibid., p. 53.

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników. mogą też stosować je współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W programie służącym do obsługi internetu można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia.

Akceptuję